ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 września 18 (522) / 2025

Monika Ładoń,

ZAWAŁOWE ROZSTAJE (MIKOŁAJ GRYNBERG: 'ROK, W KTÓRYM NIE UMARŁEM')

A A A
Nie będę oryginalna i zacznę od powtórzenia zdania Marka Bieńczyka z tylnej okładki „Roku, w którym nie umarłem”: „Polska literatura ma szczęście do zawałów”. Oprócz Mirona Białoszewskiego dodać można Andrzeja Kuśniewicza czy Jana Kotta i z każdym z nich książka Mikołaja Grynberga będzie mieć elementy wspólne. Zawał jawi się zatem jako męska specjalność (obecnie powszechnie wiadomo, że zawał przechodzony przez kobiety ma odmienny przebieg i symptomy) i jednocześnie – pisarski traf. Bestsellerowy status narracji Grynberga przekonuje, jak potrzebne i ważne są zawałowe wątki w literaturze pięknej. Nie mam żadnych wątpliwości, że „Rok, w którym nie umarłem” okazał się dla czytelniczek i czytelników pozycją o znacznie większym znaczeniu niż jakakolwiek popularnonaukowa (nie mówiąc już o naukowej) książka dotycząca problemów kardiologicznych. A skoro są one wciąż najczęstszą przyczyną zgonów Polaków, nie będzie nadużyciem założenie, że wśród czytających najnowszą prozę Grynberga znaleźli się tyleż miłośnicy jego talentu literackiego, co (byli i przyszli) zawałowcy, „kardiologiczne klony” (s. 48).

Grynberg rozwinął więc z jednej strony literacki obraz zawałowych i pozawałowych perypetii, z drugiej uzyskał swoisty medyczny certyfikat wagi jednostkowego doświadczenia. Blurb napisany przez kardiolożkę prof. Janinę Stępińską łączy Grynberga w jakimś stopniu z „Zawałem” Białoszewskiego, którego wydanie spowodowało, że autora „Tajnego dziennika” obwołano „pisarzem szpitalnym”, co odnotowywał w pisanych po drugim zawale „Listach do Eumenid”: „Puścił [pacjent] lawinę czytania »Zawału«. Bo nie tylko on, ale czytają lekarki, oddziałowa, pielęgniarki. Zostałem całkowicie uznany za szpitalnego pisarza, z honorami, z dogadzaniem. […] Mój »Zawał« czytają kolejno wszystkie pielęgniarki. Trafiło pod strzechy! Znów duma ze spełnienia” (Białoszewski, s. 914, 916). Ten nieoczekiwany krąg czytelniczy jest jednak tyleż powodem radości, co prowadzi do ironicznego komentarza: „Doniesiono mi (niestety) z miasta, że zalecane jest czytanie mojego »Zawału« jako terapii” (Białoszewski, s. 888). Nie wiem, czy podobny scenariusz rysuje się przed książką Grynberga, jednego jestem wszak pewna – „Rok, w którym nie umarłem” odznacza się walorami, które uniemożliwiają sprowadzenie go do literatury (auto)terapeutycznej czy tylko zawałowej. Jest intymną i przejmującą opowieścią o nagłej konieczności przewartościowania życia w sytuacji granicznej.

Zawał przydarza się Grynbergowi w Purim, w czasie żydowskiego święta losów, i ta kalendarzowa rama wyznacza istotny trop książki. Sporo tu bowiem rozważań o przypadkach, znakach, wróżbach i przeznaczeniu. Pertraktacje z losem i nadzieja na dalsze życie przeplatają się z przekonaniem, że wszystko jest już ostatnie, na co wskazywać może choćby tytuł losowo (czy aby na pewno?) wybranej podczas jazdy samochodem płyty – „Finale”. Czy zawał jest dziedzictwem rodzinnym, „spadkiem” po ojcu, czy może spełnieniem złych przeczuć, zagładowych miazmatów, w których pisarz poruszał się od lat? Wszystkie sugestie zdają się równie prawdziwe i wyznaczają bieguny podobne do życia i śmierci, splotu tematycznego tej książki. Blisko tego wątku sytuują się ponadto rozważania Grynberga o równoległym życiu, ścieżce, którą wyznaczyłaby jego śmierć. Pisarz żyje zatem według dwóch kalendarzy: pierwszy odlicza życie, drugi, ukryty – nieżycie, czyli czas po śmierci, która się przecież nie wydarzyła, i natrętnie powracające pytania o to, co zmieniłoby się w świecie bez niego. Grynberg pisze: „równoległa linia nieżycia niosła wiele intrygujących fabularnych przygód” (s. 85). Gdyby spojrzeć na nią z pisarskiego punktu widzenia, to istotnie dostrzec tu można frapujący materiał i możliwość odpowiedzi na różne pytania: od przebiegu własnego pogrzebu do ewentualnych partnerów dla żony. Snując takie dywagacje i wtajemniczając w nie żonę, Grynberg balansuje między żartem a zgrozą, ale wynika to z wagi, jaką wnosi zawałowa bliskość śmierci. „Dobrze, że pan do nas przyjechał, bo to by była ostatnia godzina pana życia – mówi lekarz” (s. 20) i wiedza, że wiele rzeczy mogło potoczyć inaczej, nie pozwala odczepić się myślom pisarza od tego alternatywnego scenariusza.

Nie bez znaczenia jest fakt, że zawał przydarza się pięćdziesięcioośmioletniemu mężczyźnie, który znajduje się, mówiąc językiem Katarzyny Sobczuk, „w oknie pogodowym między młodością i starością” (Sobczuk, s. 7). Tyle, że skrajna sytuacja zawału nakazuje troskę nie o najbliższych, ale o siebie: „Pierwszy raz w naszym życiu chodziło o któreś z nas. Nie o rodziców, nie o dzieci. O nas, o nasze zdrowie. O to, czy uda się jeszcze trochę pobyć razem” (s. 14). Zawał konfrontuje zatem boleśnie z kruchością życia i w trybie pilnym oraz w nieoczekiwanych momentach wyzwala skrajne emocje. Siłą narracji Grynberga jest w tym aspekcie jej bezpretensjonalność – jeśli bowiem zdrowym wydaje się, że lęk przed śmiercią czy radość i łzy uratowanego przed nią są banalne, to Grynberg daje lekcję, jak się ich nie wstydzić. Doświadczany i opisany przez niego zawał ma w sobie pierwiastek wręcz epifaniczny, a towarzyszące mu afekty, być może niezrozumiałe dla osób z zewnątrz, na erce są zupełnie naturalne. Pisarz bowiem staje się nie tylko tym, „który przemija” (s. 38), ale i pacjentem, a to kondycja szczególnie dolegliwa. Lęk o zdrowie i życie, koszmarne, zawałowe sny, cierpienie, samotność, odarcie z intymności, wreszcie ulga i wdzięczność – wszystko to jest obecne, ale Grynberg szczęśliwie omija rafę tragizmu. Zdaje się mocniej zainteresowany zagadką nachodzących na siebie prześcieradeł na łóżku, szczególnym momentem, w którym synchronizują się melodie kardiomonitorów pacjentów leżących na jednej sali, czy – podobnie jak Białoszewskiego – wycieczkami szpitalnymi na „badania terenowe” (s. 67).

Dyscyplina pacjenta splata się tutaj z ciekawością pisarza, który zachowuje czujność nawet podczas rozmowy z lekarką („Porozmawiamy o tym, co się wydarzyło, i o tym, żeby się znowu nie wydarzyło. Fajne zdanie, pomyślałem. Bez zbędnych słów, nasycone treścią. Ciekawe, czy ona sobie robi jakieś notatki? A może pisze krótkie opowiadania? Lekarze są bardzo zajęci, ale takie zdanie brzmi naprawdę obiecująco. Szkoda, żeby się zmarnowało”, s. 75). Zmarnować nie powinno się samo doświadczenie zawałowe, by nie tyle stać się książką, ile częścią życiowej historii. Chociaż jako czytelnicy mamy dostęp do narracji powstałej na bazie notatek (robionych od drugiego dnia szpitalnego pobytu), to dla Grynberga ważniejsza jest konieczność zachowania pamięci o zawale i wpisania go w biografię. Temu służą powroty na oddział, na którym został uratowany: „Przychodzę pobyć w swojej przeszłości. W swoim czasie przejścia. Różnie mogło się potoczyć. Ten oddział to moje rozstaje. Wzrusza mnie siedzenie tam, ale i oswaja” (s. 88). Zawał, jakkolwiek straszny się wydaje, okazuje się ostatecznie jednym z wydarzeń budujących życie, nie najlepszym, ale przecież i nie najgorszym, wspomnieniem, częścią zbioru życiowych zdarzeń. Grynberg pisze zatem: „Niech się skataloguje rach-ciach, przyniesie porządek i dołączy do mojego doświadczenia. I idę dalej” (s. 89).

Właściwie należałoby napisać – jadę dalej. Rekonwalescencja Grynberga przebiega pod znakiem prawdziwego prymusostwa. Chęć życia i zdrowienia „zdyscyplinowanego nadgorliwca” (s. 108) prowadzi od kontrolowanej jazdy na rowerze stacjonarnym do zakupu własnego roweru. To zwiastuje prawdziwy przełom, radykalną zmianę życia, która jest jak gest świadomej ucieczki (rowerem) z kolejki do drugiego i kolejnego zawału. Rehabilitacyjne perypetie pozwalają pisarzowi przejrzeć się w przerażającym lustrze pozawałowej Polski w miniaturze, którą obserwuje w męskiej szatni, podczas ćwiczeń i wykładów: zawałowców wychodzących w przerwie na papierosa czy wyśmiewających dietetyczne zalecenia ignorantów. Bogatsze karty pacjentów unaoczniają, że doświadczenia (nawet skrajne i powtarzalne) czasem niczego nie uczą. Nie jest to przypadek Grynberga, bo ten jest jak „niepoprawny neofita” (s. 123) – chociaż wie, że statystyki przyczyn zgonów Polaków najprawdopodobniej nie zmieni, to zachłanny na życie skutecznie walczy o siebie. A przy okazji pozostawia świetną opowieść na ten temat: zdyscyplinowaną, przejmującą, miejscami smutną, w innych śmieszną, mówiącą o pełni życia, o jego intensywności, którą uświadamiamy sobie czasem dopiero w sytuacji granicznej, ale później – kiedy przeżyjemy – możemy doświadczać tak, jak chcemy.

Literatura:

Białoszewski M.: „Listy do Eumenid”. W: Miron Białoszewski: „Tajny dziennik”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2012.

Sobczuk K.: „Mała empiria”. Wydawnictwo Dowody. Warszawa 2024.
Mikołaj Grynberg: „Rok, w którym nie umarłem”. Wydawnictwo Agora. Warszawa 2025.