SZTUKA OD ZAPLECZA (GRAŻYNA BASTEK: 'ILUSTROWNIK. PRZEWODNIK PO SZTUCE MALARSKIEJ')
A
A
A
„Pedantyczny ogląd obrazów, a zwłaszcza błądzenie wzrokiem po marginesach, pozwala odnaleźć drobiazgi, które – wcześniej niezauważane – nagle zyskują na znaczeniu” – pisze Maria Poprzęcka w „Na oko” (Poprzęcka 2015: 113). Grażyna Bastek, historyczka sztuki, która zajmuje się jej popularyzacją, w swoim „Ilustrowniku” pozwala nam „wgryźć się” w marginesy, drobiazgi, ale zupełnie z innej strony, niż umożliwia to uważne patrzenie. Pozwala zajrzeć w proces twórczy starych mistrzów (dlaczego nie mistrzyń – o tym za chwilę), zaglądać im do warsztatu, na paletę, słowem – podglądać ich przy pracy, by tym lepiej, cóż – nie tylko patrzeć na obraz, ale też patrzeć im na ręce.
Cieszy mnie niezmiernie coraz większą liczba publikacji o sztuce, które szukają kobiecego głosu w mrokach HIStorii. Głos ten staje się coraz głośniejszy, wyrazistszy, po prostu – istnieje. Są to często publikacje zaangażowane; o rewolucji mówić nie chcę, bo niestety do tej daleko, niemniej jednak nie chcę zaniżać wartości toczących się zmian.
Na tym tle wybija się „Ilustrownik”, jako książka już samą okładką zwracająca nasz wzrok ku kobiecie artystce (a nie tylko muzie i modelce), ale nie jest to bynajmniej publikacja, która tylko tak rozkłada akcenty. Bardzo doceniam okładkowy wybór Bastek – choć kobiet-twórczyń w tomie prawie nie ma (nie może być, skoro to przewodnik po sztuce dawnych mistrzów, a jak wiemy choćby z eseju Lindy Nochlin, dla kobiet nie było miejsca w tym panteonie), to oddaje Marie Denise Villers miejsce centralne. Wybiera obraz namalowany przez kobietę, na którym widnieje kobieta – nie jako projekcja męskich fantazji, ucieleśnienie wzniosłych idei, sztafaż. Jest to Charlotte du Val d’Ognes, artystka namalowana przez artystkę. Przytacza Bastek przewrotną smutną historię obrazu – dopóki przypisywano go Jacques’owi-Louisowi Davidowi, obraz był doskonały i podziwiany. Kiedy poprawiono jego atrybucję, zaczęto dostrzegać jego niedoskonałości… (zob. s. 17). „Kobiety nie są bohaterkami tej książki – mistrzowie, ich współpracownicy, czeladnicy i uczniowie to byli mężczyźni, młodzieńcy i chłopcy, których ścieżkę nauki i pracy wyznaczał system cechowy” (s. 17).
Bastek – za co od lat ją niezmiennie cenię, a co tą książką udowadnia tylko jeszcze bardziej – potrafi z pozornie mało interesujących szczegółów upleść fascynującą historię o sztuce. Tym razem opowiada o malarstwie, właściwie dosłownie, od zaplecza. I to chcę podkreślić – opowiada. Znajduje sposób, aby leksykon nie był leksykonem, pokrojonym, fragmentarycznym, ale jakimś cudem udaje się badaczce utkać z tego piękną opowieść o sztuce. Można więc „Ilustrownik” czytać, wybierając poszczególne hasła, ale nawet czytając go „od deski do deski”, trudno poczuć znużenie.
Nawigację po książce ułatwiają także odnośniki – słowa, które zostaną omówione w innej części tomu, pogrubiono i zapisano innym kolorem.
Książka jest publikacją, która nasyci nie tylko treścią, ale i bogatymi ilustracjami. Nie trzeba wyszukiwać na własną rękę omawianych dzieł, zamieszczono je obok tekstu, co znacznie ułatwia lekturę, i to w świetnej jakości, na pięknym papierze.
Tom podzielony jest na osiem dużych działów (wyposażenie pracowni malarskiej i praktyki warsztatowe; budowa obrazu i techniki malarskie; pigmenty i barwniki; środki i efekty malarskie; iluzje i triki optyczne; formy i funkcje dzieł sztuki; rodzaje zniszczeń i konserwacja obrazów; badania dzieł sztuki), które dodatkowo systematyzują wywód. Podział na rozdziały-eseje pozwala na wybór takiego tematu, na który akurat mamy największą ochotę, choć ten swoisty słownik świetnie czyta się linearnie.
Publikacja wykarmi nas nie tylko solidną wiedzą, ale też drobnymi ciekawostkami, których Bastek jest prawdziwą skarbnicą. Czemu na obrazie Goi jedna z kobiet ma twarz zwróconą w bok (zob. s. 42) ? Co mają robaki do koloru czerwonego (zob. s. 218)? Jaki słynny obraz kryje, delikatnie mówiąc, niewybredny żart (zob. s. 269)? I co ma wspólnego taca z porodem (zob. s. 358)?
Moimi ulubionymi fragmentami „Ilustrownika” są drobne, rozsiane przy omawianiu kolejnych zagadnień opisy „błędów” – źle skopiowano obraz z kartonu, więc ktoś na obrazie skończył z za dużą głową i w dodatku patrzy nie w tę stronę, gdzieś zaburza się perspektywa w wyniku technicznego błędu. Uśmiecham się sama do sienie, bo doskonale potrafię sobie wyobrazić, jak stoję przed takim obrazem i zamyślam się nad skomplikowanym zamysłem czy symbolicznym znaczeniem użycia takiego zabiegu, gdy prawda jest zdecydowanie bardziej prozaiczna – to tylko brak wiedzy. A kolor? Do niego też należy podchodzić ostrożnie, zanim odczyta się ciemne tony jako jakoś symboliczny przekaz: „Ciemnienie i brązowienie zieleni miedziowych to procesy nieodwracalne. Oglądając i analizując obrazy dawnych mistrzów, należy mieć na uwadze, że brązowe lub ciemnooliwkowe drzewa, łąki i rośliny (…) pierwotnie były najprawdopodobniej intensywnie zielone” (s. 203).
O tym, jak cenna jest ultramaryna, słyszało zapewne wiele osób, ale ile osób wie, że ultramaryna może „chorować” albo że kolor można opatentować (zob. s. 211)? Natomiast moim ulubionym fragmentem o kolorze jest passus o czerni (zob. s. 227-229). Fascynująca okazuje się historia vantablack i tego, czy kolor może być czyjś. Aż szkoda, że Bastek nie poświęciła temu zagadnieniu, patentowaniu kolorów, więcej miejsca. Vantablack stanowi tu jedynie część innego rozdziału, za to na blogu autorka poświęciła mu osobny wpis, do którego odsyłam chętnych i chętne (https://www.grazynabastek.pl/vantablack).
Projekt „Ilustrownika” jest wyjątkowo udany. Cieszę się, że Jacek Dehnel przekonał Bastek, aby cały cykl wpisów, które zamieszczone zostały na jej stronie internetowej, przekuć w publikację. Jeszcze bardziej cieszę się, że na samym wstępie zapowiedziano część kolejną: „Ten tom nie zawiera opisu gatunków malarskich, środków retorycznych ani też objaśnienia terminów i motywów ikonograficznych. Te zagadnienia pojawią się w kolejnej książce z serii” (s. 16). Nie mogę się już doczekać.
Literatura:
Poprzęcka M.: „Na oko”. Gdańsk–Warszawa 2015.
Cieszy mnie niezmiernie coraz większą liczba publikacji o sztuce, które szukają kobiecego głosu w mrokach HIStorii. Głos ten staje się coraz głośniejszy, wyrazistszy, po prostu – istnieje. Są to często publikacje zaangażowane; o rewolucji mówić nie chcę, bo niestety do tej daleko, niemniej jednak nie chcę zaniżać wartości toczących się zmian.
Na tym tle wybija się „Ilustrownik”, jako książka już samą okładką zwracająca nasz wzrok ku kobiecie artystce (a nie tylko muzie i modelce), ale nie jest to bynajmniej publikacja, która tylko tak rozkłada akcenty. Bardzo doceniam okładkowy wybór Bastek – choć kobiet-twórczyń w tomie prawie nie ma (nie może być, skoro to przewodnik po sztuce dawnych mistrzów, a jak wiemy choćby z eseju Lindy Nochlin, dla kobiet nie było miejsca w tym panteonie), to oddaje Marie Denise Villers miejsce centralne. Wybiera obraz namalowany przez kobietę, na którym widnieje kobieta – nie jako projekcja męskich fantazji, ucieleśnienie wzniosłych idei, sztafaż. Jest to Charlotte du Val d’Ognes, artystka namalowana przez artystkę. Przytacza Bastek przewrotną smutną historię obrazu – dopóki przypisywano go Jacques’owi-Louisowi Davidowi, obraz był doskonały i podziwiany. Kiedy poprawiono jego atrybucję, zaczęto dostrzegać jego niedoskonałości… (zob. s. 17). „Kobiety nie są bohaterkami tej książki – mistrzowie, ich współpracownicy, czeladnicy i uczniowie to byli mężczyźni, młodzieńcy i chłopcy, których ścieżkę nauki i pracy wyznaczał system cechowy” (s. 17).
Bastek – za co od lat ją niezmiennie cenię, a co tą książką udowadnia tylko jeszcze bardziej – potrafi z pozornie mało interesujących szczegółów upleść fascynującą historię o sztuce. Tym razem opowiada o malarstwie, właściwie dosłownie, od zaplecza. I to chcę podkreślić – opowiada. Znajduje sposób, aby leksykon nie był leksykonem, pokrojonym, fragmentarycznym, ale jakimś cudem udaje się badaczce utkać z tego piękną opowieść o sztuce. Można więc „Ilustrownik” czytać, wybierając poszczególne hasła, ale nawet czytając go „od deski do deski”, trudno poczuć znużenie.
Nawigację po książce ułatwiają także odnośniki – słowa, które zostaną omówione w innej części tomu, pogrubiono i zapisano innym kolorem.
Książka jest publikacją, która nasyci nie tylko treścią, ale i bogatymi ilustracjami. Nie trzeba wyszukiwać na własną rękę omawianych dzieł, zamieszczono je obok tekstu, co znacznie ułatwia lekturę, i to w świetnej jakości, na pięknym papierze.
Tom podzielony jest na osiem dużych działów (wyposażenie pracowni malarskiej i praktyki warsztatowe; budowa obrazu i techniki malarskie; pigmenty i barwniki; środki i efekty malarskie; iluzje i triki optyczne; formy i funkcje dzieł sztuki; rodzaje zniszczeń i konserwacja obrazów; badania dzieł sztuki), które dodatkowo systematyzują wywód. Podział na rozdziały-eseje pozwala na wybór takiego tematu, na który akurat mamy największą ochotę, choć ten swoisty słownik świetnie czyta się linearnie.
Publikacja wykarmi nas nie tylko solidną wiedzą, ale też drobnymi ciekawostkami, których Bastek jest prawdziwą skarbnicą. Czemu na obrazie Goi jedna z kobiet ma twarz zwróconą w bok (zob. s. 42) ? Co mają robaki do koloru czerwonego (zob. s. 218)? Jaki słynny obraz kryje, delikatnie mówiąc, niewybredny żart (zob. s. 269)? I co ma wspólnego taca z porodem (zob. s. 358)?
Moimi ulubionymi fragmentami „Ilustrownika” są drobne, rozsiane przy omawianiu kolejnych zagadnień opisy „błędów” – źle skopiowano obraz z kartonu, więc ktoś na obrazie skończył z za dużą głową i w dodatku patrzy nie w tę stronę, gdzieś zaburza się perspektywa w wyniku technicznego błędu. Uśmiecham się sama do sienie, bo doskonale potrafię sobie wyobrazić, jak stoję przed takim obrazem i zamyślam się nad skomplikowanym zamysłem czy symbolicznym znaczeniem użycia takiego zabiegu, gdy prawda jest zdecydowanie bardziej prozaiczna – to tylko brak wiedzy. A kolor? Do niego też należy podchodzić ostrożnie, zanim odczyta się ciemne tony jako jakoś symboliczny przekaz: „Ciemnienie i brązowienie zieleni miedziowych to procesy nieodwracalne. Oglądając i analizując obrazy dawnych mistrzów, należy mieć na uwadze, że brązowe lub ciemnooliwkowe drzewa, łąki i rośliny (…) pierwotnie były najprawdopodobniej intensywnie zielone” (s. 203).
O tym, jak cenna jest ultramaryna, słyszało zapewne wiele osób, ale ile osób wie, że ultramaryna może „chorować” albo że kolor można opatentować (zob. s. 211)? Natomiast moim ulubionym fragmentem o kolorze jest passus o czerni (zob. s. 227-229). Fascynująca okazuje się historia vantablack i tego, czy kolor może być czyjś. Aż szkoda, że Bastek nie poświęciła temu zagadnieniu, patentowaniu kolorów, więcej miejsca. Vantablack stanowi tu jedynie część innego rozdziału, za to na blogu autorka poświęciła mu osobny wpis, do którego odsyłam chętnych i chętne (https://www.grazynabastek.pl/vantablack).
Projekt „Ilustrownika” jest wyjątkowo udany. Cieszę się, że Jacek Dehnel przekonał Bastek, aby cały cykl wpisów, które zamieszczone zostały na jej stronie internetowej, przekuć w publikację. Jeszcze bardziej cieszę się, że na samym wstępie zapowiedziano część kolejną: „Ten tom nie zawiera opisu gatunków malarskich, środków retorycznych ani też objaśnienia terminów i motywów ikonograficznych. Te zagadnienia pojawią się w kolejnej książce z serii” (s. 16). Nie mogę się już doczekać.
Literatura:
Poprzęcka M.: „Na oko”. Gdańsk–Warszawa 2015.
Grażyna Bastek: „Ilustrownik. Przewodnik po sztuce malarskiej”. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

