INNY CHOPIN ('CHOPIN, CHOPIN!')
A
A
A
W chwili, gdy „Chopin, Chopin!” wchodzi na ekrany, trwa jeszcze XIX Konkurs Chopinowski. Wydawałoby się, że to idealny moment na wprowadzenie filmu na ekrany kin, zwłaszcza że bilety do Filharmonii Narodowej całkowicie się wyprzedały. Z pewnością wielu melomanów podjęło decyzję taką jak ja – wybrało się do kina na obraz o kompozytorze, pozostawiając sobie nadrobienie konkursu online, dzięki szeroko udostępnionym przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina zapisom audiowizualnym każdego występu.
Przyznam, że osobiście szłam na seans z pewną obawą. Filmów o Fryderyku Chopinie powstało już sporo, zdawałoby się, że prawie wszystko na ten temat zostało powiedziane. Jednak z uwagi na moje zawodowe i naukowe zainteresowania, wydawało się mi się, że po prostu nie mogę na ten film nie pójść. Obiecująco brzmiały też nazwiska twórców – reżyser Michał Kwieciński, aktor Eryk Kulm i operator Michał Sobociński spotkali się na planie kilka lat wcześniej, przy produkcji „Filipa” nagrodzonego Srebrnymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2022 roku. Podczas tegorocznej edycji prestiżowego gdyńskiego festiwalu „Chopin, Chopin!” wprawdzie został przy wręczaniu nagród głównych pominięty, niemniej doceniono go za kostiumy (Magdalena Biedrzycka, Justyna Stolarz) i scenografię (Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński). I rzeczywiście – warstwa wizualna filmu jest imponująca. Doskonała rekonstrukcja XIX-wiecznego Paryża, cudownie wykreowane wnętrza, oddany klimat salonowej Francji u progu rewolucji. Na uwagę zasługuje także praca kamery – bardzo przemyślana, płynna, konsekwentnie i jakby empatycznie skupiająca się na głównym bohaterze, przybliżając nas do świata jego przeżyć. Bo Chopin to osoba pełna wahań, mająca swoje nadzieje i fascynacje, a także chwile zwątpienia – jak każdy artysta. Reżyser przeczytał wcześniej wszystkie listy kompozytora właśnie po to, aby lepiej zrozumieć psychikę swojego bohatera. Z kolei Eryk Kulm jako Chopin gra niesłychanie sugestywnie, naprawdę chapeau bas.
Musiało być szalenie trudno zbudować przekonującą, osadzoną w klimacie epoki, ale jednocześnie uniwersalną w wymowie postać, mówiąc przez większość filmu po francusku i do tego wykonując na żywo utwory Chopina, a wręcz na ich bazie improwizując. Zwłaszcza że to ostatnie miało zabrzmieć profesjonalnie i służyć wydobyciu geniuszu Chopina – znów ze wszystkimi jego twórczymi rozterkami i uniesieniami. Kulmowi się ta sztuka w pełni udała. Jak przyznał podczas spotkania z widzami po jednym z przedpremierowych seansów, długo się do tej roli przygotowywał i otrzymał w tym celu od producentów potrzebny czas, przestrzeń i wsparcie. Prywatnie Kulm uwielbia muzykę Fryderyka Chopina, niegdyś kształcił się muzycznie (choć stosunkowo krótko), marzy nawet o recitalach chopinowskich (!). Cóż, został w tym celu „namaszczony” przez wybitnego pianistę śp. Janusza Olejniczaka (zarazem odtwórcę roli Chopina w „Błękitnej nucie” Andrzeja Żuławskiego), konsultanta projektu. To rzadka sytuacja, gdy to nie pianista uczył się gry aktorskiej na potrzeby zagrania roli Chopina w filmie, a aktor gry na fortepianie, by wcielić się w tę postać… Aż dziwne więc, że to nie Kulm otrzymał nagrodę aktorską w Gdyni, mimo iż bardzo doceniam Idana Weissa – tak bezbłędnego i rzetelnego w roli Franza Kafki w filmie Agnieszki Holland (polski reprezentant w wyścigu o oscarową nominację).
Film Kwiecińskiego pokazuje Chopina, jakiego do końca nie znamy. Młodego bon vivanta, w którym umiłowanie twórczej samotności i niechęć do tłumu mieszają się z ekscytacją samą sceną i potrzebą ułożenia sobie życia osobistego, co nagle dramatycznie przekreśla gorzka diagnoza (najprawdopodobniej Chopin chorował na gruźlicę, o której w tamtych czasach nawet nie wiadomo było, czy jest zaraźliwa). Jednocześnie to właśnie ta diagnoza daje kompozytorowi dodatkową motywację zarówno do tego, aby bezgranicznie cieszyć się życiem, jak i aby za wszelką cenę pozostawić po sobie spuściznę (także w postaci niemalże usynowionego ucznia Carla Filstcha – w tej roli Theo Grundmann Brechet). Jak wspomniałam, twórcy bardzo autentycznie oddają w filmie psychikę artysty, jego zmienność, jego pasję. Ale wspiera ich w tym również świetnie dobrana muzyka – i nie tylko utwory Chopina, bo i bardzo dobrze tutaj pasujące, o dziwo, brzmienia bardziej współczesne, za które odpowiada przede wszystkim Robot Koch.
„Chopin, Chopin!” to w gruncie rzeczy opowieść o bardzo wrażliwym, zdolnym młodym człowieku, któremu zagląda w oczy śmierć. Z tego względu w tym filmie nie znajdziemy wszystkiego, co mogłoby nas interesować odnośnie do życiorysu kompozytora. Wątek George Sand (Josephine dla Baume) został potraktowany skrótowo, ledwie zarysowany (przynajmniej dla tych, którzy znają biografię Chopina), a jej córka Solange nie pojawia się na ekranie wcale. Ale czy to ważne? Nie, ten film miał być inny. Mamy tu świetną Maję Ostaszewską w roli matki Chopina, ujmującą Karolinę Gruszkę w roli Delfiny Potockiej, znakomitego Victora Meuteleta jako zaprzyjaźnionego z Chopinem równie wybitnego kompozytora i pianistę Franciszka Liszta. To właśnie Liszt sugeruje Chopinowi, że jego muzykę zrozumieją w pełni dopiero następne pokolenia, choć Chopin raczej nie od razu akceptuje fakt, że tego momentu nie doczeka.
Ponieważ film formalnie inspirowany jest ponoć strukturą „Najgorszego człowieka na świecie” (2021) w reżyserii Joachima Triera, obserwujemy na ekranie kolejne rozdziały z końcówki życia wielkiego polskiego twórcy, czasem są to po prostu pewne impresje. Chopin świat postrzegał przede wszystkim przez zmysł słuchu, ale i potrafił wielbić piękno wizualne (jak np. ulubione fiołki). Do nas też twórcy przemawiają pełnymi emocji „obrazami”. Jeden z nich zostanie ze mną na długo. Kiedy z powodu epidemii cholery wszyscy opuścili Paryż, Chopin jako jeden z niewielu postanowił podjąć ryzyko pozostania. W ciszy tworzył dzieła życia, ale gdy któregoś dnia zwróciły jego uwagę na ulicy jęki umierającego, zapragnął uratować go za wszelką cenę – tak jak i sam najprawdopodobniej chciałby zostać uratowany…
Uważam, że Kwieciński dobrze dramaturgicznie uwypuklił momenty dla Chopina przełomowe. W efekcie powstał obraz poruszający, w którym muzyka artysty brzmi jakby słyszana po raz pierwszy, bliska jak nigdy dotąd. Chopinem nigdy nie będzie nikt z nas i jednocześnie mógłby być nim każdy.
Przyznam, że osobiście szłam na seans z pewną obawą. Filmów o Fryderyku Chopinie powstało już sporo, zdawałoby się, że prawie wszystko na ten temat zostało powiedziane. Jednak z uwagi na moje zawodowe i naukowe zainteresowania, wydawało się mi się, że po prostu nie mogę na ten film nie pójść. Obiecująco brzmiały też nazwiska twórców – reżyser Michał Kwieciński, aktor Eryk Kulm i operator Michał Sobociński spotkali się na planie kilka lat wcześniej, przy produkcji „Filipa” nagrodzonego Srebrnymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 2022 roku. Podczas tegorocznej edycji prestiżowego gdyńskiego festiwalu „Chopin, Chopin!” wprawdzie został przy wręczaniu nagród głównych pominięty, niemniej doceniono go za kostiumy (Magdalena Biedrzycka, Justyna Stolarz) i scenografię (Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński). I rzeczywiście – warstwa wizualna filmu jest imponująca. Doskonała rekonstrukcja XIX-wiecznego Paryża, cudownie wykreowane wnętrza, oddany klimat salonowej Francji u progu rewolucji. Na uwagę zasługuje także praca kamery – bardzo przemyślana, płynna, konsekwentnie i jakby empatycznie skupiająca się na głównym bohaterze, przybliżając nas do świata jego przeżyć. Bo Chopin to osoba pełna wahań, mająca swoje nadzieje i fascynacje, a także chwile zwątpienia – jak każdy artysta. Reżyser przeczytał wcześniej wszystkie listy kompozytora właśnie po to, aby lepiej zrozumieć psychikę swojego bohatera. Z kolei Eryk Kulm jako Chopin gra niesłychanie sugestywnie, naprawdę chapeau bas.
Musiało być szalenie trudno zbudować przekonującą, osadzoną w klimacie epoki, ale jednocześnie uniwersalną w wymowie postać, mówiąc przez większość filmu po francusku i do tego wykonując na żywo utwory Chopina, a wręcz na ich bazie improwizując. Zwłaszcza że to ostatnie miało zabrzmieć profesjonalnie i służyć wydobyciu geniuszu Chopina – znów ze wszystkimi jego twórczymi rozterkami i uniesieniami. Kulmowi się ta sztuka w pełni udała. Jak przyznał podczas spotkania z widzami po jednym z przedpremierowych seansów, długo się do tej roli przygotowywał i otrzymał w tym celu od producentów potrzebny czas, przestrzeń i wsparcie. Prywatnie Kulm uwielbia muzykę Fryderyka Chopina, niegdyś kształcił się muzycznie (choć stosunkowo krótko), marzy nawet o recitalach chopinowskich (!). Cóż, został w tym celu „namaszczony” przez wybitnego pianistę śp. Janusza Olejniczaka (zarazem odtwórcę roli Chopina w „Błękitnej nucie” Andrzeja Żuławskiego), konsultanta projektu. To rzadka sytuacja, gdy to nie pianista uczył się gry aktorskiej na potrzeby zagrania roli Chopina w filmie, a aktor gry na fortepianie, by wcielić się w tę postać… Aż dziwne więc, że to nie Kulm otrzymał nagrodę aktorską w Gdyni, mimo iż bardzo doceniam Idana Weissa – tak bezbłędnego i rzetelnego w roli Franza Kafki w filmie Agnieszki Holland (polski reprezentant w wyścigu o oscarową nominację).
Film Kwiecińskiego pokazuje Chopina, jakiego do końca nie znamy. Młodego bon vivanta, w którym umiłowanie twórczej samotności i niechęć do tłumu mieszają się z ekscytacją samą sceną i potrzebą ułożenia sobie życia osobistego, co nagle dramatycznie przekreśla gorzka diagnoza (najprawdopodobniej Chopin chorował na gruźlicę, o której w tamtych czasach nawet nie wiadomo było, czy jest zaraźliwa). Jednocześnie to właśnie ta diagnoza daje kompozytorowi dodatkową motywację zarówno do tego, aby bezgranicznie cieszyć się życiem, jak i aby za wszelką cenę pozostawić po sobie spuściznę (także w postaci niemalże usynowionego ucznia Carla Filstcha – w tej roli Theo Grundmann Brechet). Jak wspomniałam, twórcy bardzo autentycznie oddają w filmie psychikę artysty, jego zmienność, jego pasję. Ale wspiera ich w tym również świetnie dobrana muzyka – i nie tylko utwory Chopina, bo i bardzo dobrze tutaj pasujące, o dziwo, brzmienia bardziej współczesne, za które odpowiada przede wszystkim Robot Koch.
„Chopin, Chopin!” to w gruncie rzeczy opowieść o bardzo wrażliwym, zdolnym młodym człowieku, któremu zagląda w oczy śmierć. Z tego względu w tym filmie nie znajdziemy wszystkiego, co mogłoby nas interesować odnośnie do życiorysu kompozytora. Wątek George Sand (Josephine dla Baume) został potraktowany skrótowo, ledwie zarysowany (przynajmniej dla tych, którzy znają biografię Chopina), a jej córka Solange nie pojawia się na ekranie wcale. Ale czy to ważne? Nie, ten film miał być inny. Mamy tu świetną Maję Ostaszewską w roli matki Chopina, ujmującą Karolinę Gruszkę w roli Delfiny Potockiej, znakomitego Victora Meuteleta jako zaprzyjaźnionego z Chopinem równie wybitnego kompozytora i pianistę Franciszka Liszta. To właśnie Liszt sugeruje Chopinowi, że jego muzykę zrozumieją w pełni dopiero następne pokolenia, choć Chopin raczej nie od razu akceptuje fakt, że tego momentu nie doczeka.
Ponieważ film formalnie inspirowany jest ponoć strukturą „Najgorszego człowieka na świecie” (2021) w reżyserii Joachima Triera, obserwujemy na ekranie kolejne rozdziały z końcówki życia wielkiego polskiego twórcy, czasem są to po prostu pewne impresje. Chopin świat postrzegał przede wszystkim przez zmysł słuchu, ale i potrafił wielbić piękno wizualne (jak np. ulubione fiołki). Do nas też twórcy przemawiają pełnymi emocji „obrazami”. Jeden z nich zostanie ze mną na długo. Kiedy z powodu epidemii cholery wszyscy opuścili Paryż, Chopin jako jeden z niewielu postanowił podjąć ryzyko pozostania. W ciszy tworzył dzieła życia, ale gdy któregoś dnia zwróciły jego uwagę na ulicy jęki umierającego, zapragnął uratować go za wszelką cenę – tak jak i sam najprawdopodobniej chciałby zostać uratowany…
Uważam, że Kwieciński dobrze dramaturgicznie uwypuklił momenty dla Chopina przełomowe. W efekcie powstał obraz poruszający, w którym muzyka artysty brzmi jakby słyszana po raz pierwszy, bliska jak nigdy dotąd. Chopinem nigdy nie będzie nikt z nas i jednocześnie mógłby być nim każdy.
„Chopin, Chopin!”. Reżyseria: Michał Kwieciński. Scenariusz: Bartosz Janiszewski. Obsada: Eryk Kulm, Josephine de la Baume, Victor Meutelet, Lambert Wilson, Theo Grundmann Brechet i in. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: Polska 2025, 133 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

