LATRINALIA (ANNA SUDOŁ: 'KIBEL')
A
A
A
Od pewnego czasu z dużym podekscytowaniem czekam na kolejne pozycje z serii prozatorskiej Wydawnictwo Ha!art, której znakiem rozpoznawczym są świetne, minimalistyczne okładki Bolesława Chromrego. Ta sympatia ma wyraźnie sentymentalny rys – deklaratywnie mogę rozpływać się nad klasykami wysokiego modernizmu, ale moje wtajemniczenie w poważne literaturoznawcze czytanie odbywało się raczej na ścieżce wydeptanej przez postmodernistycznych sowizdrzałów publikujących na początku wieku w „Lampie i Iskrze Bożej”, w kultowej serii Nowa Polska Proza kwartalnika „Studium” i w pierwszych, pionierskich, jeszcze niedoskonale wydanych książkach sygnowanych właśnie przez kwartalnik „Ha!art”. Prozy Natalki Suszczyńskiej, Marcina Czuba, a teraz „Kibel” Anny Sudoł, by wymienić tylko kilka tytułów z serii, udanie wpisują się w ten nurt całkiem poważnej literatury niepoważnej, literackiej zgrywy, którą nazwałem kiedyś „prozą wykolejoną”. Czytam zatem te lekko napisane, skrzące się stylistyczną dezynwolturą historie, pełne kpin z naszej dziwacznej rzeczywistości, i – co zdarza mi się rzadko nad książkami – śmieję się na głos, choć przecież, jak to w literaturze łotrzykowskiej, sarkazm, błazenada i językowe wolty są i tu słodkim lukrem przykrywającym zakalec frustrującej rzeczywistości. No tak, właśnie dlatego śmiejemy się nad książkami takimi jak „Kibel”, bo w tym śmiechu tworzy się wspólnota frustracji i cierpienia, a zawsze dobrze jest sobie ponarzekać w inteligentnym towarzystwie. A jeśli jeszcze książka rozpoczyna się tak genialnie, jak powieść Sudoł…
Bo zaczyna się genialnie. Na okładce: obrys Rodinowskiego „Myśliciela” siedzącego na muszli klozetowej. To jednak nie prowokacja w stylu licealnym, naiwne zderzenie sacrum z profanum, epatowanie skatologią, nic z tych rzeczy. Bohaterką powieści Sudoł jest trzydziestoletnia, mieszkająca samotnie, emocjonalnie niestabilna, wielkomiejska prekariuszka. A jak to w życiu sfrustrowanych dorosłych bywa, tytułowy kibel rzeczywiście staje się dla niej miejscem całkiem poważnych rozmyślań nad życiem. Czasem w codziennym rodzinnym rozgardiaszu uciekamy do toalety, by pobyć ze sobą, poczytać albo nieco pomyśleć, Sudoł idzie jednak krok dalej i zaskakuje już na pierwszej stronie powieści kolejnym genialnym konceptem. Główna bohaterka, niespełniona poetka Basia, w czasie wizyty w toalecie (problemy gastryczne, a być może zaburzenia odżywiania) odkrywa na dnia muszli nie swoje odbicie, a… sztuczną inteligencję wprogramowaną tam (tak, „wprogramowaną w wodę”) przez jednego z poprzednich najemców mieszkania, pracownika uczelni. Ten ostatni był trochę bratnią duszą Basi; nieżyjący już badacz „nie mógł rozwijać swoich zainteresowań naukowych w instytucie. Nigdy nie dostałby grantu na tak nowatorskie i ryzykowne prace, zbyt duże prawdopodobieństwo niezamknięcia w terminie” (s. 8). Ów tajemniczy byt, nazywający siebie XLP, przemawia do Basi ludzkim głosem z lustra wody na dnie klozetu i staje się jej najlepszą przyjaciółką. XLP wie o Basi zaskakująco dużo, bo potrafi zdobywać dane o jej prywatnym świecie i na przykład modelować przyszłe życie bohaterki. Zapewniam, w powieści nie brzmi to tak banalnie, jak w powyższym opisie, lecz po prostu zabawnie. Jak nie czytać dalej po takim początku?
A dalej dzieje się niewiele. Basia właściwie nie opuszcza mieszkania (praca zdalna) w Śródmieściu Warszawy, swojej kawalerki sprytnie przerobionej na lokal dwupokojowy. Jej znajomi to tylko obserwowani w mediach społecznościowych, „bogaci z domu” koledzy ze studiów, którzy „rozkochali się wpisaniu artykułów o poważnych tytułach: »Wszyscy jesteśmy chłopami«, »Polska historia ludowa«, »Lewica oderwana od rzeczywistości«. Zachwycali się książkami typu »Powrót do Reims« Eribona, jakby to oni byli Didierem, a Polska Francją” (s. 18). Jedyną osobą, która ją odwiedza, jest staroświecki ojciec, człowiek tkwiący mentalnie na początku lat 90. XX wieku. Basia idzie zatem na układ z XLP (przypominam – z gadającą toaletą), która na podstawie analizy danych przekonuje ją, by rzuciła pracę i dokończyła pisanie debiutanckiego tomu wierszy. Pozaludzka inteligencja dowodzi, że bohaterka osiągnie sukces także w wymiarze ekonomicznym. Oczywiście rozpisany na 150 stron monolog Basi (z nielicznymi uwagami trzecioosobowego narratora) od początku sprawia wrażenie dowodu na poważne zaburzenie osobowości – nie bez powodu kuriozalna XLP wydaje się bohaterce tak bliska i rozumiejąca, jak nikt na świecie. Nie jestem jednak przekonany, czy to właściwa perspektywa i czy rzeczywiście chodzi w „Kiblu” tylko o analizę społecznej, ekonomicznej i psychicznej alienacji dzisiejszych prekariuszy. Jasne, „gadanie z kiblem” naturalnie sugeruje takie odczytanie powieści Sudoł, do samego końca jednak iluzja rzeczywistości nie zostanie tu zburzona, a śledząc narrację, nie znajdziemy się jako czytelniczki i czytelnicy na pozycji obserwatorów zewnętrznych, pozycji, która pozwalałaby dostrzec w Basi przypadek kliniczny podparty naukowym uzasadnieniem. Poza tym za dużo tu jednak ironii.
Istotniejsze wydaje mi się w „Kiblu” to, co dzieje się na poziomie języka. Powieść Sudoł to prawdziwa antologia frazesów, za pomocą których budujemy nasze autonarracje („Robię, co mogę, segreguję nawet bio. […] Najgorsze jest to, że jeżdżąc tramwajem raz, maks dwa razy w tygodniu i tak nie mieszczę się w normie ze śladem węglowym”, s. 114), najważniejszych figur medialnych (zabawne passusy o „typie od Szymborskiej, tym podobnym do Turnaua”, s. 42), banalnych tematów, jakimi wypełniamy nasze kanały w mediach społecznościowych; banalnych i powtarzanych bezrefleksyjnie, choć uchodzących niejako naturalnie za progresywne i świadczących rzekomo o wielkomiejskości i dobrym wykształceniu (np. antynatalizm). Autorka przepuściła ten nowoczesny kod językowy przez umysł pogrążonej w depresji młodej kobiety z prowincji, która nie jest w stanie – wbrew obietnicy lepszego życia w metropolii i wbrew nadziejom rodziców – nadać swojemu życiu zadowalającego kształtu. Sudoł pokazała przy tym, że taki kod, poza może społeczną dystynkcją, ma niewielką moc ustanawiania szczęśliwego życia. Cóż z tego, że Basia nieustannie definiuje swój pogląd na świat w siatce wielu nośnych pojęć, skoro jej życie to tylko samotne krążenie w dresie po zagraconej kawalerce? Więcej, nawet jej problemy wyniesione z domu rodzinnego (rodzice myślący staroświecko i prowincjonalnie, przemoc w wielopokoleniowej rodzinie, alkoholizm dziadka) wydają się przedstawione w taki sam płaski, powtarzalny sposób. Relacja bohaterki z ojcem sprawia wrażenie niezgodności dwóch systemów frazesów typowych dla różnych pokoleń, a nie – dwóch osobowości z ich emocjami, światopoglądem, doświadczeniami życiowymi.
Z punktu widzenia tak zarysowanego pomysłu na powieść koncept z gadającym kiblem i zapisaną w nim sztuczną inteligencją staje się czymś więcej niż tylko udaną grą literacką. Basia rozmawia z lustrem wody w muszli klozetowej, z XLP, ale tak naprawdę przecież ze swoim odbiciem; rozmawia w najbezpieczniejszym, najbardziej intymnym kącie mieszkania, w miejscu, które staje się jakby alegorią introwertycznej osobowości (gdzie możemy się najmocniej ukryć ze swoimi prywatnymi obsesjami, jeśli nie w toalecie?). A tym lustrzanym odbiciem Basi jest algorytm językowy, system, który podczas rozmów z bohaterką nieustannie o tym właśnie przypomina: jestem tylko programem, jestem tylko systemem, nie mam emocji, tylko język. Zabawna opowieść Sudoł każe zatem spojrzeć na relację człowiek–sztuczna inteligencja w dość przewrotny sposób. Obawiamy się sztucznej inteligencji, zarzucamy jej „podszywanie się” pod ludzkie emocje, mówimy: TO tylko język, TO nie myśli, TO jedynie małpuje prawdziwy, ludzki intelekt i prawdziwą komunikację. Tymczasem w „Kiblu” AI jest właśnie wiernym odbiciem umysłu Basi czy może ściślej – jego idealną wersją. Monolog Basi ma niemal te same cechy językowe, co komunikaty XLP – także składa się z algorytmicznie zestawianych, gotowych formuł komunikacyjnych, które tworzą logoreę naszej współczesności i które bezrefleksyjnie układamy w nowe kombinacje. Idąc dalej w metaforykę zaproponowaną przez autorkę: to, co dzieje się w kodzie AI i w umyśle Basi, to takie same produkty przemiany materii językowej, przetrawione i zamienione w komunikacyjne odchody. I nie ma dużej różnicy między człowiekiem a inteligencją nieludzką w tym procesie preparowania języka z istotnych składników odżywczych.
No dobrze, a co z Basią i zaprogramowaną przez AI jej karierą poetycką? XLP częściowo miała rację. Częściowo. „Epilog” powieści dopowiada dalsze losy bohaterki. Nie zdradzę zakończenia, podpowiem jedynie: można się w zamykającym „Kibel” rozdziale przejrzeć jak w lustrze (może to być lustro zawieszone w toalecie, a jakże). Pod warunkiem, że należy się do tej samej kasty: piszących z doskoku ludzi bez tzw. dobrego pochodzenia, mających na koncie jakieś tam mizerne sukcesy pisarskie, lecz ostatecznie wybierających (lub podejmujących z konieczności) życie rodzinne i etat w średnio satysfakcjonującej pracy kosztem ambicji artystycznych. Jak stwierdza nowy partner Basi w kolejnym frazesie: „nie trzeba mieć wielkich marzeń, żeby żyć, a życie samo w sobie jest interesujące” (s. 150).
Na marginesie: intrygujące jest dla mnie to, że często te mniej poważne opowieści o zderzeniu człowieka z jakąś formą technologicznej utopii tak mocno korzystają z kodów, które znamy z… literatury romantycznej! Dziwne? Tylko na pozór. Byty cyfrowe obsadzane bywają – tak jak w „Kiblu” – w roli widmowej i bardzo przypominają zjawy, które nawiedzały w XIX wieku społecznych outsiderów i outsiderki, zostawiając im tajemniczy ślad istnienia jakiegoś innego wymiaru, niedostrzeganego przez większość ludzi. Dawniej był to ślad świata duchowego, dziś cyfrowego, mającego jednak podobne właściwości „odbijania” i transformowania naszej ziemskiej udręki w kuszące obietnice i mało realne wizje spełnienia. Podobnie jest w „Kiblu” – Basia, współczesna Karusia, odmieniec odrzucony przez rodzinę i społeczeństwo, niejako nawraca się i wybiera drogę zaufania posłańcowi innego, nieprawdopodobnego świata. Nie twierdzę, że Sudoł świadomie gra z kodami romantycznymi, mam na myśli raczej pewną głęboką właściwość narracji podejmujących zbliżoną tematykę i intrygującą cechę psychiki, obecną w nas potrzebę zderzenia się z jakimś przerastającym nas, może przerażającym nieludzkim istnieniem. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.
Bo zaczyna się genialnie. Na okładce: obrys Rodinowskiego „Myśliciela” siedzącego na muszli klozetowej. To jednak nie prowokacja w stylu licealnym, naiwne zderzenie sacrum z profanum, epatowanie skatologią, nic z tych rzeczy. Bohaterką powieści Sudoł jest trzydziestoletnia, mieszkająca samotnie, emocjonalnie niestabilna, wielkomiejska prekariuszka. A jak to w życiu sfrustrowanych dorosłych bywa, tytułowy kibel rzeczywiście staje się dla niej miejscem całkiem poważnych rozmyślań nad życiem. Czasem w codziennym rodzinnym rozgardiaszu uciekamy do toalety, by pobyć ze sobą, poczytać albo nieco pomyśleć, Sudoł idzie jednak krok dalej i zaskakuje już na pierwszej stronie powieści kolejnym genialnym konceptem. Główna bohaterka, niespełniona poetka Basia, w czasie wizyty w toalecie (problemy gastryczne, a być może zaburzenia odżywiania) odkrywa na dnia muszli nie swoje odbicie, a… sztuczną inteligencję wprogramowaną tam (tak, „wprogramowaną w wodę”) przez jednego z poprzednich najemców mieszkania, pracownika uczelni. Ten ostatni był trochę bratnią duszą Basi; nieżyjący już badacz „nie mógł rozwijać swoich zainteresowań naukowych w instytucie. Nigdy nie dostałby grantu na tak nowatorskie i ryzykowne prace, zbyt duże prawdopodobieństwo niezamknięcia w terminie” (s. 8). Ów tajemniczy byt, nazywający siebie XLP, przemawia do Basi ludzkim głosem z lustra wody na dnie klozetu i staje się jej najlepszą przyjaciółką. XLP wie o Basi zaskakująco dużo, bo potrafi zdobywać dane o jej prywatnym świecie i na przykład modelować przyszłe życie bohaterki. Zapewniam, w powieści nie brzmi to tak banalnie, jak w powyższym opisie, lecz po prostu zabawnie. Jak nie czytać dalej po takim początku?
A dalej dzieje się niewiele. Basia właściwie nie opuszcza mieszkania (praca zdalna) w Śródmieściu Warszawy, swojej kawalerki sprytnie przerobionej na lokal dwupokojowy. Jej znajomi to tylko obserwowani w mediach społecznościowych, „bogaci z domu” koledzy ze studiów, którzy „rozkochali się wpisaniu artykułów o poważnych tytułach: »Wszyscy jesteśmy chłopami«, »Polska historia ludowa«, »Lewica oderwana od rzeczywistości«. Zachwycali się książkami typu »Powrót do Reims« Eribona, jakby to oni byli Didierem, a Polska Francją” (s. 18). Jedyną osobą, która ją odwiedza, jest staroświecki ojciec, człowiek tkwiący mentalnie na początku lat 90. XX wieku. Basia idzie zatem na układ z XLP (przypominam – z gadającą toaletą), która na podstawie analizy danych przekonuje ją, by rzuciła pracę i dokończyła pisanie debiutanckiego tomu wierszy. Pozaludzka inteligencja dowodzi, że bohaterka osiągnie sukces także w wymiarze ekonomicznym. Oczywiście rozpisany na 150 stron monolog Basi (z nielicznymi uwagami trzecioosobowego narratora) od początku sprawia wrażenie dowodu na poważne zaburzenie osobowości – nie bez powodu kuriozalna XLP wydaje się bohaterce tak bliska i rozumiejąca, jak nikt na świecie. Nie jestem jednak przekonany, czy to właściwa perspektywa i czy rzeczywiście chodzi w „Kiblu” tylko o analizę społecznej, ekonomicznej i psychicznej alienacji dzisiejszych prekariuszy. Jasne, „gadanie z kiblem” naturalnie sugeruje takie odczytanie powieści Sudoł, do samego końca jednak iluzja rzeczywistości nie zostanie tu zburzona, a śledząc narrację, nie znajdziemy się jako czytelniczki i czytelnicy na pozycji obserwatorów zewnętrznych, pozycji, która pozwalałaby dostrzec w Basi przypadek kliniczny podparty naukowym uzasadnieniem. Poza tym za dużo tu jednak ironii.
Istotniejsze wydaje mi się w „Kiblu” to, co dzieje się na poziomie języka. Powieść Sudoł to prawdziwa antologia frazesów, za pomocą których budujemy nasze autonarracje („Robię, co mogę, segreguję nawet bio. […] Najgorsze jest to, że jeżdżąc tramwajem raz, maks dwa razy w tygodniu i tak nie mieszczę się w normie ze śladem węglowym”, s. 114), najważniejszych figur medialnych (zabawne passusy o „typie od Szymborskiej, tym podobnym do Turnaua”, s. 42), banalnych tematów, jakimi wypełniamy nasze kanały w mediach społecznościowych; banalnych i powtarzanych bezrefleksyjnie, choć uchodzących niejako naturalnie za progresywne i świadczących rzekomo o wielkomiejskości i dobrym wykształceniu (np. antynatalizm). Autorka przepuściła ten nowoczesny kod językowy przez umysł pogrążonej w depresji młodej kobiety z prowincji, która nie jest w stanie – wbrew obietnicy lepszego życia w metropolii i wbrew nadziejom rodziców – nadać swojemu życiu zadowalającego kształtu. Sudoł pokazała przy tym, że taki kod, poza może społeczną dystynkcją, ma niewielką moc ustanawiania szczęśliwego życia. Cóż z tego, że Basia nieustannie definiuje swój pogląd na świat w siatce wielu nośnych pojęć, skoro jej życie to tylko samotne krążenie w dresie po zagraconej kawalerce? Więcej, nawet jej problemy wyniesione z domu rodzinnego (rodzice myślący staroświecko i prowincjonalnie, przemoc w wielopokoleniowej rodzinie, alkoholizm dziadka) wydają się przedstawione w taki sam płaski, powtarzalny sposób. Relacja bohaterki z ojcem sprawia wrażenie niezgodności dwóch systemów frazesów typowych dla różnych pokoleń, a nie – dwóch osobowości z ich emocjami, światopoglądem, doświadczeniami życiowymi.
Z punktu widzenia tak zarysowanego pomysłu na powieść koncept z gadającym kiblem i zapisaną w nim sztuczną inteligencją staje się czymś więcej niż tylko udaną grą literacką. Basia rozmawia z lustrem wody w muszli klozetowej, z XLP, ale tak naprawdę przecież ze swoim odbiciem; rozmawia w najbezpieczniejszym, najbardziej intymnym kącie mieszkania, w miejscu, które staje się jakby alegorią introwertycznej osobowości (gdzie możemy się najmocniej ukryć ze swoimi prywatnymi obsesjami, jeśli nie w toalecie?). A tym lustrzanym odbiciem Basi jest algorytm językowy, system, który podczas rozmów z bohaterką nieustannie o tym właśnie przypomina: jestem tylko programem, jestem tylko systemem, nie mam emocji, tylko język. Zabawna opowieść Sudoł każe zatem spojrzeć na relację człowiek–sztuczna inteligencja w dość przewrotny sposób. Obawiamy się sztucznej inteligencji, zarzucamy jej „podszywanie się” pod ludzkie emocje, mówimy: TO tylko język, TO nie myśli, TO jedynie małpuje prawdziwy, ludzki intelekt i prawdziwą komunikację. Tymczasem w „Kiblu” AI jest właśnie wiernym odbiciem umysłu Basi czy może ściślej – jego idealną wersją. Monolog Basi ma niemal te same cechy językowe, co komunikaty XLP – także składa się z algorytmicznie zestawianych, gotowych formuł komunikacyjnych, które tworzą logoreę naszej współczesności i które bezrefleksyjnie układamy w nowe kombinacje. Idąc dalej w metaforykę zaproponowaną przez autorkę: to, co dzieje się w kodzie AI i w umyśle Basi, to takie same produkty przemiany materii językowej, przetrawione i zamienione w komunikacyjne odchody. I nie ma dużej różnicy między człowiekiem a inteligencją nieludzką w tym procesie preparowania języka z istotnych składników odżywczych.
No dobrze, a co z Basią i zaprogramowaną przez AI jej karierą poetycką? XLP częściowo miała rację. Częściowo. „Epilog” powieści dopowiada dalsze losy bohaterki. Nie zdradzę zakończenia, podpowiem jedynie: można się w zamykającym „Kibel” rozdziale przejrzeć jak w lustrze (może to być lustro zawieszone w toalecie, a jakże). Pod warunkiem, że należy się do tej samej kasty: piszących z doskoku ludzi bez tzw. dobrego pochodzenia, mających na koncie jakieś tam mizerne sukcesy pisarskie, lecz ostatecznie wybierających (lub podejmujących z konieczności) życie rodzinne i etat w średnio satysfakcjonującej pracy kosztem ambicji artystycznych. Jak stwierdza nowy partner Basi w kolejnym frazesie: „nie trzeba mieć wielkich marzeń, żeby żyć, a życie samo w sobie jest interesujące” (s. 150).
Na marginesie: intrygujące jest dla mnie to, że często te mniej poważne opowieści o zderzeniu człowieka z jakąś formą technologicznej utopii tak mocno korzystają z kodów, które znamy z… literatury romantycznej! Dziwne? Tylko na pozór. Byty cyfrowe obsadzane bywają – tak jak w „Kiblu” – w roli widmowej i bardzo przypominają zjawy, które nawiedzały w XIX wieku społecznych outsiderów i outsiderki, zostawiając im tajemniczy ślad istnienia jakiegoś innego wymiaru, niedostrzeganego przez większość ludzi. Dawniej był to ślad świata duchowego, dziś cyfrowego, mającego jednak podobne właściwości „odbijania” i transformowania naszej ziemskiej udręki w kuszące obietnice i mało realne wizje spełnienia. Podobnie jest w „Kiblu” – Basia, współczesna Karusia, odmieniec odrzucony przez rodzinę i społeczeństwo, niejako nawraca się i wybiera drogę zaufania posłańcowi innego, nieprawdopodobnego świata. Nie twierdzę, że Sudoł świadomie gra z kodami romantycznymi, mam na myśli raczej pewną głęboką właściwość narracji podejmujących zbliżoną tematykę i intrygującą cechę psychiki, obecną w nas potrzebę zderzenia się z jakimś przerastającym nas, może przerażającym nieludzkim istnieniem. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.
Anna Sudoł: „Kibel”. Wydawnictwo Ha!art. Kraków 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

