ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (525) / 2025

Luiza Stachura,

MŁODZIEŻOWE SCIENCE FICTION (HAO JINGFANG: 'WŁÓCZĘDZY')

A A A
Dryfujące odłamki idei, fragmenty krystalicznych snów przeszłości tworzą ulotne konstelacje. Szybko ulegają rozpadowi, czasem spektakularnie eksplodują. Nieustannie odradzają się i umierają, utknęły w błędnym kole, w cyklu przemian, więc wciąż powtarzają te same błędy, skazując się na wieczne wygnanie.

Statek kosmiczny Maerth to symboliczny pomost, łącznik między Ziemią a Marsem. Mija 40 lat od zakończenia wojny planetarnej, według ziemskiego sposobu określania czasu jest 2190 rok. Tym razem Maerth przewozi na Marsa trzy grupy pasażerów: delegację Ziemian (między innymi biznesmena Thomasa Theona i filmowca Eko Lu), Marsjan, czyli Ziemian mieszkających na piaszczystej planecie, oraz Drużynę Merkurego – marsjańskich uczniów powracających do domu po pięciu latach spędzonych na Ziemi. Wśród młodzieży znajduje się osiemnastoletnia Luoying Sloan, wnuczka Hansa Sloana, gubernatora zbudowanego ze szkła i piasku miasta Mars. Doświadczenia z wyprawy i obserwacje poczynione na Ziemi staną się iskrą zapalającą w niektórych młodych ludziach pragnienie buntu wobec skostniałej kryształowej metropolii, zdającej się im więzieniem w porównaniu do (iluzorycznie) gwarantującej swobodę błękitnej gwiazdy. Ich pragnienie rewolucji zbiegnie się w czasie z planami części mieszkańców, w tym Juana – zwierzchnika Systemu Lotnictwa, by zburzyć dotychczasowy porządek.

Chinka Hao Jingfang (郝景芳, ur. 1984) na co dzień prowadzi badania w ramach nauk fizycznych i ekonomicznych. Pierwsze literackie próby zaczęła w czasach licealnych, ale wróciła do pisarstwa parę lat później, ponieważ nie wierzyła w siebie i potrzebowała motywacji, czegoś popychającego ją do działania, bez względu na wynik. I tak w 2007 roku rozpoczęła pisanie 流浪苍穹 – opowieści kosmicznej, w której zarówno konfrontuje upadki różnych utopii, koncepcji idealnego społeczeństwa, jak i próbuje odsłonić momenty karłowacenia, wykoślawiania idei. Ale utwór opublikowano dopiero w 2016 roku. Co ciekawe, cztery lata wcześniej na chińskim rynku wydawniczym pojawiła się powieść 北京折叠 (ang. „Folding Beijing”), za którą Hao otrzymała właśnie w 2016 roku prestiżową nagrodę Hugo Award for Best Novelette. Można zaryzykować twierdzenie, że nieprzypadkowo wydawcy w Chinach zdecydowali się na publikację 流浪苍穹 po latach od powstania opowieści. Tłumaczenie Joanny Krenz, sinolożki znanej ze świetnych przekładów na język polski (między innymi prozy Yan Liankego), ukazało się w 2025 roku pod tytułem „Włóczędzy”. Pominę podobieństwa choćby z „Wydziedziczonymi” Ursuli K. Le Guin, z chińskim utworem z 1933 roku – 貓城記 („Zapiski z kociego grodu”) Lao She, z koncepcją Encyklopedii z cyklu „Fundacja” Isaaka Asimova czy innymi dziełami science fiction. Warto bowiem sięgać po „Włóczęgów” z myślą, że to… juwenilia albo po prostu fantastyka naukowa przeznaczona raczej dla młodzieży, chociaż serwowane przez autorkę pustosłowie, nużące retardacje, rozciąganie ekspozycji, zbędne dłużyzny i tyrady imitujące filozoficzne rozważania mogą zmęczyć każdego odbiorcę bez względu na wiek.

Alegoryczne odczytania „Włóczęgów” jako tyleż konfliktu, starcia, ile napięcia między odmiennymi koncepcjami jednostki i społeczeństwa, modelami życia prezentowanymi przez szeroko pojęty Zachód i Chiny oraz sięgnięcie po dyskurs postkolonialny, umożliwiający analizowanie kwestii imperialistycznych zapędów, podboju, nienasyconej żądzy ekspansji, a w konsekwencji usiłowania wynarodowienia, podporządkowania Innego, może i uatrakcyjniają wizję utworu Chinki, nadadzą jakiejś mitycznej głębi, pociągającego rysu filozoficznego, błyskotliwej refleksji o upadku rozmaitych utopii (a nawet idei), na pewno świetnie wpływają na działania promocyjne (Theon z „Włóczęgów” byłby ukontentowany), ale odsuwają uwagę odbiorcy od istoty powieści Hao. Sedno rzeczy to owo młodzieńcze zaślepienie, energetyczny zapał podniecający do działania, walki, buntu przeciwko sztywnym normom, ograniczeniom, to impuls do szukania dróg na urzeczywistnienie ideałów o doskonałym społeczeństwie, w którym nie ma cierpień, każdy jest wolny.

Innymi słowy, „Włóczędzy” zdają się niestety powieścią wdzięczną na nadinterpretacje, która w gruncie rzeczy nie jest nawet szlifowaniem literackiego warsztatu chińskiej twórczyni, próbkami, wprawkami do pisania, lecz – co sugeruje Hao Jingfang w krótkim posłowiu z 2016 roku – terapią przez pisanie, notowaniem i przekształcaniem w fikcję własnych młodzieńczych doświadczeń, przeżyć, dylematów, szczególnie poczucia osamotnienia, rozbicia. Są próbą konstytuowania tożsamości, odnajdywania własnej drogi i miejsca w karnawałowym pochodzie, własnego głosu w szumie świata, w kakofonii codzienności, gdzie iluzje, mistyfikacje, luki, brak wiedzy na dany temat, powierzchowne ocenianie zjawisk mogą przyczynić się do błędnych wyborów, a nawet doprowadzić do tragedii. Można zaryzykować twierdzenie, że labilna, nieustannie zmieniająca zdanie, wahająca się przez całą powieść, bierna, niewierząca w siebie Luoying to porte-parole Hao. Do pewnego stopnia czy raczej do pewnego momentu opowieści utożsamiać się z nią mogą ludzie wchodzący w dorosłość, konfrontujący swoje idealistyczne wyobrażenia z rzeczywistością, uwarunkowaniami politycznymi, społecznymi, ekonomicznymi, historycznymi, kulturowymi, a przede wszystkim z naturą człowieka. Ale niestety szybko odkrywamy, że postacie dryfują: to włóczędzy, wędrowcy bez celu, w większości są pacynkami, kukiełkami, którym nadano jedną wiodącą cechę (choćby zapalczywej rewolucjonistki, cynicznego i wyrachowanego gracza politycznego, heroicznego młodzieńca poświęcającego życie podczas ratowania ludzi czy filozofującego rozbitka życiowego z postawą nieco mesjanistyczną). Wyciąga się ich jak lalki w teatrzyku – jeśli są niepotrzebni w kolejnych scenach, to chowa się ich do pudełka, ewentualnie okazjonalnie jako statyści przemkną w tle, a świetnymi przykładami są fotograf Eko Lu, Thomas Theon, badaczka Janet Brook i kapitan Maerth Garcia, przyjaciel Hansa Sloana.

Joanna Krenz w zamieszczonym na końcu polskiego wydania „Włóczęgów” ciekawym i wartym uwagi tekście „Roztańczony kompas, czyli kilka uwag o nawigacji w uniwersum Hao Jingfang” słusznie wskazuje jako „jedno z niedociągnięć” brak namysłu Chinki nad językiem, mimo wprowadzenia między innymi motywu wieży Babel i interpretowania przez Hao biblijnej budowli jako „syntezy języka uogólnionego”. W urywkach rozmów Luoying z Reinim (polska sinolożka wskazuje na doktora Bernarda Rieuxa jako pierwowzór Reiniego) oraz w reminiscencjach związanych z wydarzeniami sprzed narodzin Luoying można uchwycić myśl, że „język jest zwierciadłem światła”, świat(ł)em zaś są ludzie i relacje między nimi. Tymczasem zdaje się, że dla Hao języki to wyłącznie sposoby mówienia o świecie (w języku polskim ładnie wybrzmiewa wspólna etymologia słów „świat” i „światło”), w powieści pomija choćby aspekt lingwistyczny. Kieruje uwagę ku polifoniczności (Hao stara się wprowadzić wielogłosowość), różnorodności stanowisk, punktów widzenia konstytuujących (mikro)światy, które wypływają z (jednego) praźródła, wyrastają z jednego drzewa jak jabłka. I owa koncepcja wspólnych korzeni, źródła, kolebki mogłaby przyczynić się do gestu archeologicznego, do odgrzebywania, zdejmowania narosłych warstw, odzierania z mitów i legend, pogłosek i domysłów, do spojrzenia na miasto Mars jak na palimpsest skrywający niezabliźnione rany. Wydaje się, że gdy Luoying i Anka planują wyprawę do Wielkiego Urwiska, ten motyw zostanie rozwinięty, ale tak się jednak nie dzieje, bo dla Hao ważniejsze są inne wątki – romansowy i szpiegowski.

W utworze rozbłysną na moment nie tylko symbole jabłka i drzewa odwróconego koroną ku dołowi (aż kusi odczytywanie tego w kontekście hinduizmu), ale i wiele innych znaków, metafor, aluzji, na przykład: kwestie architektury (w tym choćby wzorowania się na starożytnych, antycznych konstrukcjach czy wiszących ogrodach Semiramidy), wykorzystanie piasku i szkła do budowy (piasek, piach, glina – porzucone przez Hao symbole, a jedynie zasygnalizowane przy okazji architekta miasta Mars Galimana oraz jego wnuka Pierre’a), inspirowanie się strojami greckimi, nie wspominając o odwołaniach do mitologii, niekoniecznie chińskiej, lecz głównie greckiej (vide: motyw latania, skrzydeł Ikara), do tradycji starotestamentowej (poza wspomnianą wieżą Babel warto zwrócić uwagę na Maerthę jako swoistą arkę Noego), do pierwotnych wierzeń powiązanych z rytuałami, obrzędami, a szczególnie z tańcem (szkoda, że potencjał motywu tańca i upadku Luoying został zmarnowany, rozmyty w narracji Hao), do żywiołów (wody i powietrza) czy do dźwięków i ich braku (cisza na Marsie przywołująca skojarzenia z milczeniem, z pustką, ale i z otchłanią, przepaścią, ciemnością, śmiercią). Kolażową narrację Hao wypełniają znaki, symbole, alegorie, metafory, metonimie, aluzje filozoficzne i kulturowe, które okazują się puste semantycznie, są ornamentami, dekoracjami, wydmuszkami rozsypującymi się podczas analizy, prowadzą czytelnika na manowce,. To atrakcyjne dodatki, jak opis wschodu słońca czy jak rozmowa sprzed lat, gdy wuj Ronen powiedział Luoying, że tworzenie jest sposobem na zostawienie śladu po swoim istnieniu (co wywołuje asocjacje na przykład z Horacym). A jeszcze dodajmy do tego zestawu dryfujące we „Włóczęgach” problemy takie jak: wykluczenie, inwigilacja, rejestracja wszystkich dokonań obywateli, ścisła kontrola, reglamentacja dób, cenzura, blokowanie dostępu do pełnej informacji, kult pieniądza, spekulacja, manipulacja, rywalizacja, sprzedawanie marzeń, świat mediów i komercji, konfrontacje modelu kapitalistycznego z socjalistycznym... Duży niedosyt pozostawia również kwestia repozytorium i pragnienia wdrożenia go na Ziemi, najpierw przez filmowca Arthura Davosky’ego, później przez jego ucznia Eko. No ale wątek delegatów z Ziemi i ich utopijnych pomysłów zostaje zasadniczo zamknięty w pierwszym tomie, by w trzeciej części przelotnie pojawić się w jednym z listów do Luoying.

Autorka usiłuje wywołać wrażenie symultaniczności, niekiedy wplata retrospektywne obrazy i antycypacje. Eksperymentuje z retoryką i erystyką, z narracją szkatułkową, polifonią, monologiem wewnętrznym. Gra paralelizmami, silnymi kontrastami, zestawieniami, porównaniami, ale w dużej mierze umykają jej niuanse, odcienie. Sięga po „intymistykę”, zwłaszcza konfesje, wyznania, epistoły, ale nie braknie też eseistycznych elementów, wspomnień, pamiętników (elektronicznych), tekstów źródłowych. Pomijając kostium science fiction, we „Włóczęgach” znajdziemy elementy schematów takich jak: Bildungsroman, powieść inicjacyjna, podróżniczo-przygodowa, młodzieżowa, sensacyjno-szpiegowska, kryminalno-detektywistyczna, thriller i obowiązkowo romans. Chińska autorka dokonuje szeregu konfiguracji romantycznych relacji, niekiedy rozbłyskują dziwne trójkąty, gdzie jedno wykorzystuje drugie do ugrania partykularnych interesów. Szkoda, że Hao przesuwa akcenty z wątku twórczego, gestu kreacyjnego, konstrukcyjnego na miłosne perypetie bohaterów. Niezrozumiałe jest wplatanie w narrację cytatów przybierających formę aforyzmów pobranych z Wikicytaty, bezrefleksyjnie powielanych i powtarzanych, o czym można się przekonać, gdy przyglądamy się czynom bohaterów i konfrontujemy z ich słowami. Postacie w dużej mierze sięgają po wyimki z tekstów… Alberta Camusa (i z esejów, przede wszystkim „Człowieka zbuntowanego”, i z „Dżumy”), ale nie braknie filozoficznych wstawek, głównie w wykonaniu Reiniego, który z uwagi na przyjaźń z Hansem doraźnie pomaga Luoying odnaleźć się w marsjańskiej rzeczywistości po powrocie.

Siłą tej powieści mogłyby być próby odsłaniania czynników wpływających na bycie podatnym na manipulację, czyli przede wszystkim brak wiedzy, znajomości historii, krytycznej analizy przeszłości i wyciągania wniosków z błędów poprzednich generacji. Ale tak nie jest, bo mimo tego, że Luoying i jej rówieśnicy urodzili się w mieście Mars, gdzie rozwinęła się wysoka technologia, której pożądają mieszkańcy Ziemi, młodzi ludzie – paradoksalnie – nie mają najmniejszego pojęcia o niedalekiej przeszłości, czyli czasach, gdy przychodzili na świat. Luoying nikt (ani brat, ani dziadek, ani wujkowie, ani Reini!) nie powie, w imię czego walczyli jej rodzice, z jakiego powodu zostali ukarani, jak wyglądało życie na Marsie w początkach kolonizowania planety i po wojnie z Ziemią (czyli jedynie czterdzieści lat przed tym, jak rozgrywa się akcja!). W społeczeństwie marsjańskim, gdzie funkcjonuje Archiwum i repozytorium, w którym przechowywane i dostępne są osiągnięcia naukowo-badawcze, a młodzież zachęcana jest do nauki i rozwoju technologii, nikt nie mówi o niedawnej historii (jednym z fundamentów tożsamości), a mimo to mieszkańcy czerwonej planety wysyłają dzieci na Ziemię i dziwią się później, że w nastoletnim wieku zachłysnęły się sprzedawaną im tam iluzoryczną, złudną wizją wolności bez granic, mitem Marsa jako szklanego więzienia, a gubernatora jako dyktatora. Część osób z Drużyny Merkurego podchodzi bezrefleksyjnie do koncepcji rewolucji, buntu – uważają się za reformatorów, wynalazców antydotu na zatrucie Marsa (analogicznie postępuje Eko na Ziemi), sądzą, że są wyzwolicielami, wybawcami, ale brak im podstawowej wiedzy między innymi na temat mechanizmów funkcjonowania rozrastającego się i rozwijającego społeczeństwa.

We „Włóczęgach” Hao Jingfang wszystko dryfuje, jest iluzoryczne, efemeryczne, rozbłyskujące na chwilę w nurcie narracji jak w kalejdoskopie. Powieść imituje wielowymiarowość podobną do zwielokrotnionego odbicia w lustrzanym labiryncie, ale jeśli zajrzeć pod powierzchnię, to niestety znajduje się pustkę.

 
Hao Jingfang: „Włóczędzy”. Przekł. Joanna Krenz. PIW. Warszawa 2025 [Seria: Proza Dalekiego Wschodu].