KATE BUSH: PARTYTURA ALTERNATYWNEGO WRZECHŚWIATA
A
A
A
Rozmawiając o artystach, zwykle koncentrujemy się na ich dorobku, ewentualnie przyglądamy się wpływowi, jaki wywarli na postępujące po sobie pokolenia. Czy taki osąd i adnotacja do życiorysu są wobec artystów uczciwe – to moim zdaniem kwestia sporna. Bo nawet odnosząc się do ruchu społeczno-kulturowego, bierzemy pod uwagę kulisy jego powstania, transformacje, które się pod jego kierunkiem dokonały oraz utracone korzyści, jakie poniosłoby społeczeństwo, gdyby dane zjawisko nie wystąpiło. Wpływ Kate Bush na dzisiejszy kształt popkultury jest ewidentny, wielu wymienia ją jako przyczynek lub powód wkroczenia na ścieżkę artysty. Nikt jednak nie podjął rozprawy, która zestawia współczesny wygląd rynku muzycznego i świat pozbawiony głosu Kate Bush w jednym zbiorze, choć to elementy z pozoru należące do różnych przedziałów czasowych i logicznych. Pierwotnie zamierzałam posłużyć się konstruktem definicji negatywnej, do czego skłoniło mnie ponowne obejrzenie filmu „Ambassada” z 2011 roku, i choć sam film nie zebrał przychylnych recenzji, ciekawie prezentuje zabieg, który zmienił moje myślenie o opisywaniu niektórych zjawisk i stanów faktycznych. Bohaterowie komedii cofają się do 1939 roku, tuż przed wybuchem II wojny światowej. Kiedy orientują się, że mają szansę zapobiec wydarzeniom znanym z lekcji historii, bez cienia wątpliwości podejmują działanie, tj. porywają a następnie więżą w szafie Adolfa Hitlera, w związku z czym II wojna światowa nigdy nie wybucha.
Mogłabym zastanawiać się, jak wyglądałaby współczesna popkultura, gdybyśmy nie mieli Kate Bush w ciągu ostatnich pięciu dekad. Po namyśle jednak uznałam, że taka wizja byłaby dla mnie całkiem nie do zniesienia – i postanowiłam te okropne myśli natychmiast odrzucić. Idąc w sukurs wyrzutom sumienia, zadałam sobie większego trudu i zaczęłam opisywać kulturalny dorobek Bush, umieszczając ją w scenariuszu jako postać, która dopiero odmieni rynek muzyczny, mając do dyspozycji dzisiejsze technologie i rozwiązania audiowizualne. Odwrócenie porządków – taka właśnie idea przyświecała mi przy podsumowywaniu wkładu Bush w muzykę, kinematografię i rozwój żeńskiego nurtu progresywnego. I oto mamy – szaloną, choć nie niemożliwą wizję artystki na miarę naszych czasów.
Kate Bush rodzi się twórczo w 2025 roku i…
Biorąc pod uwagę młody wiek artystki w momencie debiutu (19 lat) i zgodność z powstającym scenariuszem, musiałaby się narodzić w 2006 roku. I tak przyjmijmy – nie ma to ogromnego znaczenia dla dyskursu, gdyż tworzone przez nią poematy muzyczne od najmłodszych lat szokowały dojrzałością i geniuszem. Początki tej przygody nie zapowiadają się kolorowo. Wbrew szumnym zapowiedziom, jakie Kate i wytwórnia składali do tej pory, współistnieje talmudyczna rezerwa ze strony odbiorców, którzy nie wtórują zachwytom wygłoszonym przez krytyków, fragment jednej z recenzji: „Przy Kate Bush, świat muzyki popularnej zmienia strój z temperowanego na hermetyczno-intuicyjny. Dzisiejsza popkultura, choć afektywnie nasycona, oparta jest na semiotycznym uproszczeniu: szczypta retro, odrobina glitchu, gotowa perkusyjna pętla MIDI i teksty, z którymi mogą się utożsamiać młode kobiety, lecz semantycznie skupione wyłącznie wokół wymiaru społeczno-uczuciowego. Kate objawia się tu jako dysonans w systemie - a może nawet jako kwinta zmienna. Jest stanowczo zbyt wysublimowana, by zamknąć ją w ramach stereotypowego popu, ale też zbyt dramatyczna, by skategoryzować ją jako artystkę indie. Bo, choć aranżacje utworów Bush to przykład sztuki wysokiej, nadal mieszczą się w ramach jaskrawego konceptu jaki z kolei reprezentuje muzyka rozrywkowa”. Producenci odmawiają współpracy z Kate, zrzucając to na karb kontrowersyjnych rozwiązań, które Bush wplata w kompozycje, oraz obawy o niski potencjał sprzedażowy. Jest skazana na pastwę własnych producenckich podrygów i konszachty z muzycznymi antysystemowcami. Chcąc uchronić się od zupełnego skreślenia, Kate postanawia zbudować swoją tożsamość artystyczną na ezopowych implikacjach społeczno-politycznych, z nadzieją, że nie zostaną wychwycone przez grupę nadąsanych panów w garniturach.
Spektralne struktury i złożona timbralność
Debiutancki singiel Bush z 2025 roku zamiast tytułu nosi znak glosolalii w alfabecie fonetycznym IPA, /ˈskɛldr`/ reklamowany okładką o tym samym symbolu. Zatem użytkuje rozwiązanie dość niespotykane w czynnej erze obrazków, nic więc dziwnego, że Spotify odmawia wytwórni umieszczenia okładki na jednej z głównych playlist. Sonicznie, składa się z akordów budowanych wokół modulacji spektralnej, z akcentem na mikro interwały. Tak jak to zwykło się odbywać u kompozytorów Gérarda Griseya i Kaiji Saariaho. Kate korzysta z fizycznego modelowania z pomocą Max/MSP oraz SuperCollider, czym oddaje się fali rodzimych wpływów. Przestrzeń między dźwiękową wypełniają instrumenty akustyczne, za których inżynierie odpowiada starszy brat Kate – Paddy Bush. Paddy buduje i gra na egzotycznych i średniowiecznych instrumentach, które często można usłyszeć na albumach Kate. Wśród najlepiej słyszalnych wybroczyn na ˈskɛldr` są m.in.: valihia, harfa elektryczna oraz fujara przetworzona granularnie. Nie obyło się też bez inżynieryjnej fantazji, bowiem dźwięku perkusji przysparzają samplowane trzaski emaliowanej porcelany, nałożone na kompresję równoległą i przetworzone przez spectral morphing, który zmienia strukturę widma w czasie rzeczywistym. Dzięki temu otrzymany przedział dźwięków posiada rozpiętość od szumu do tonicznego niskiego zejścia, przypominającego pogłos lodowca.
W teledysku do debiutanckiego singla widzimy obraz z amatorskiej kamery, która rejestruje ludzi wchodzących do starego budynku szkoły. Niosą głośniki, futerały, błyszczące kamertony, odłamki porcelany. Na środku sali stoi przymocowany starannie do podłogi, tubalny szklany klosz, z którego wydobywa się masa przypominająca proszkowaną mgłę. Kamera zwraca się ku osobliwemu obiektowi, zbliżając obraz nieufnie, jak gdyby próbowała pokazać zawartość z bezpiecznej odległości. Gdy źrenica wystarczająco napatrzy się na cementowo-białą powierzchnię klosza, dostrzega wówczas spomiędzy bladolicych nierówności, niezauważoną wcześniej materię, która teraz porusza się delikatnie, jakoby światło spowijało szklaną kulę od wewnątrz. W końcu wytężony wzrok dostrzega, że pod kloszem „rośnie” dźwięk. Dźwięk mieniący się jako spoiwo połączeń i kabli skropione czarną farbą, wyglądające jak powalany ziemią trzewik. Następnie dochodzi do przemian, widzimy, że stojące dotąd nieruchomo głośniki z wolna topnieją, zaczynają teraz wydzielać nie tylko dźwięk, ale także półprzezroczystą ciecz, jak organizm wydalający zewsząd płyny przy ciężko przebytej grypie żołądkowej. Z gęstniejącego światła i dźwięku wynurza się postać. To Kate Bush, ale nie, jaką pamiętamy, tym razem jej ciało zdaje się być zbudowane z fonemów, a skóra błyszczy perłowym blaskiem z odbitymi znakami pisma IPA.
Właściwie trudno ją rozpoznać, na dystynkt pozwala jedynie schizoidalny głos Kate i wybałuszone do granic możliwości oczy artystki. W dłoniach Bush trzyma dron, który wygląda niczym zestrzelony ptak, znaleziony dosłownie chwilę przed wejściem do budynku. Jej posępna mina potwierdza, że unieruchomiony obiekt zwiastuje nadejście napawającego strachem kresu. Kate patrzy w obiektyw, ale wzrok przenika przez kamerę, odmawia kontaktu. Ruchem jednej ręki – spokojnym, lecz nieubłaganym przesuwa przestrzeń – na jej tle ludzie, stojący w szeregu, ale już nie jako widzowie, ponieważ nastąpiło zlanie ich twarzy w jedno. Teraz są pozbawieni oczu, nosa, ust. Mają tylko gładką, perłową skórę jak manekiny albo przedludzki organizm wspólny. W miarę gdy Kate przesuwa scenę do przodu, głos – dotąd pełen niuansu, oddychający i ekspresyjny, zaczyna się upraszczać. Traci tembr, bogactwo barwy zanika, jak gdyby ktoś powoli ścierał pigment z obrazu. Głos pozbawiony akcentów prozodycznych, wyzuty z cech odpowiedzialnych za rozpoznawalność mowy, spłaszcza się i ostatecznie rozpływa w jednostajnej, nieskończenie długiej fali.
W obiektywie bratniej duszy
Po powrocie ze szkoły Cathy Bush zwykła przebierać się w różne stroje, czy miała na to ochotę, czy też nie. Bez protestów brała udział w eksperymentach fotograficznych swojego – dwudziestodwuletniego wtedy brata – Johna Cardera Busha. W 1986 roku ukazał się jego pierwszy album zdjęciowy z enigmatycznymi i stylizowanymi mroczną historią „Piotrusia Pana” fotografiami Kate. John jest autorem większości okładek płyt wokalistki. Grzechem byłoby więc nie zastanowić się jak wyglądałaby graficzna strona dyskografii Kate, gdyby koncypowali tu i teraz. Okładka albumu „Oral History” prezentuje wyizolowany fragment ludzkiego ciała – połączone nićmi usta – osadzone na niemal zupełnie białym, neutralnym tle, pozbawione kontekstu twarzy czy ciała, stają się interfejsem między pamięcią a jej blokadą. Kolory o wysokiej saturacji porażają ostrością w stopniu, który potrafi pozostać pod powiekami przez długie godziny. Kate, choć prawie niewidoczna na okładce, bezbłędnie oddaje nastrój na jaki możemy liczyć wciskając play – napięta skóra, powykręcane mięśnie wargowe, wystający ząb, co przypomina więźnia. Przekaz artystki jest jasny: piękno znajdziesz w niepokoju, a to co niewidoczne, nie wymaga wyjaśnienia. Album wykańcza zaprojektowana przez rodzeństwo drobnostkowa instalacja, ulokowana w miejscowej galerii, będąca przedłużeniem treści zapisanych na albumie. Kate zagorzale walczy z konsumpcjonizmem, dlatego niestety nie kupicie merchu dedykowanego jej twórczości, w zamian za to Kate proponuje wam, kolektywne obcowanie ze sztuką. Możecie wymieniać się przemyśleniami i teoriami, a Kate na pewno nie zawiedzie was w kwestii prowokowania kolejnych rozwinięć. Pamiętajcie, że to kobieta wielu talentów. Poniżej krótki opis instalacji: „W centrum sali zawieszono wielkoformatową fotografię zaszytych ust, stopniowo uwalniających przez zlutowane spoiwa, metaliczne litery. Obraz umieszczono w przestrzeni zaaranżowanej na białą komorę dźwiękoszczelną – każde kroki odwiedzającego zostają stłumione, każde słowo zgaszone. Pod obrazem stoi gipsowy odlew dolnej szczęki, z którego przez niewidoczne głośniki sączy się półszeptem głos Kate Bush – zniekształcony, odległy, fragmentaryczny, jakby opowiadał pamięć, której nie można przywrócić. Ściany pokryte są linijkami tekstów w językach martwych i wymyślonych, przetłumaczonych na kod binarny i odtwarzanych na monitorach przez AI jako »język bez fonii«. W czasach nadprodukcji znaczeń i symulakrów, Kate Bush proponuje nam ciszę jako medium: nie pustkę, lecz przestrzeń potencjalności. Instalacja stanowi trotuar doświadczania ciszy, licując z postacią wydarzenia dźwiękowego, ciało zaś ustawia w pozycji nośnika niepamięci. Zwiedzający są zachęcani do »słuchania ustami,« jak sugeruje zapisany na podłodze cytat z artystki: »You don’t sing from your throat, you sing from the memory of water«” — K.T. Kate od zawsze podpisywała swoje okładki K.T. W gruncie rzeczy wyglądało to bardziej jak sama litera T, z której niczym kończyny wyrasta litera K. Niektóre z tych symboli są łatwe do odnalezienia na albumach, inne wymagają zoomu w telefonie. Litery te zauważył kiedyś jej brat – John, na drzwiach pewnego starego kościoła, gdzieś w głębi Walii. To dawny symbol templariuszy, który można jeszcze spotkać na prowincjonalnych budowlach. Kate inkorporowała skrót jako własny znak towarowy i po zleceniu Delemu Palmerowi projektu, używała go na okładkach płyt, począwszy od debiutu. Klamrę domyka fakt, że młoda Cathy występowała kiedyś w zespole o nazwie KT Kate Bush.
Technoestetyka spotyka jestestwo
Podczas gdy większość artystów flirtuje z glitch-emocjonalnością i post-ironijnym minimalizmem, Kate przearanżowuje paradygmat muzyki popularnej i staje się neo-symbolistką dźwięku. Kontrakt ustalany z odbiorcami zakłada wymianę energetyczną oraz wyekspediowanie uczuciowych skamielin, tak by ciało podążało w zgodzie z systemem świadomości. Obecnie Phoebe Bridgers stara się dekonstruować smutek, a z kolei Caroline Polachek prowadzi operę przez pop. Kate byłaby w tym układzie głosem duszy wyrwanej z ziemi na poły osadzonym w myśli platońsko-nordyckiej. Fascynacja Bushów filozofią Gurdżijewa dodaje ciąg muzycznych rarytasów. Wśród godnych literata zabiegów, na nowym albumie znalazły się takie smaczki jak: rytmiczne podziały oparte o regułę złotego porządku, harmonie rozwijane w spirale (jak u Bacha), teksty przypominające ćwiczenia duchowe à la Simone Weil, a wszystko złożone na fantom duchowego oczyszczenia. Kate obrała za cel dotarcie do sedna każdego ze słuchaczy, z zaciekawieniem obserwując emocje malujące się na twarzach ludzi podczas słuchania utworów na żywo, niczym ksiądz przeprowadzający egzorcyzmy na żywym organizmie. Skoro mowa o koncertach, czy wiedzieliście, że Kate wynalazła bezprzewodowy mikrofon? Podczas gdy wszyscy są przekonani, że gadżet ten pojawił się pierwszy raz w latach 2000 na koncertach Britney Spears, tak naprawdę pierwszego bezprzewodowego mikrofonu użyto podczas występów Kate Bush w latach 80., a był on wykonany z… drutu odzieżowego. Koncerty Bush przypominały spektakle teatralne, bo artystce zależało na swobodzie ruchu i możliwości występowania z rekwizytami.
Co wymyśliłaby na dziś? Obstawiam technologię, która pozwala publiczności bezpośrednio partycypować w ceremonii dźwiękowych doznań. Zawieszone hologramy instrumentów, sterowane ruchem i monitory dalekiego pola, spełniły by tę rolę z nawiązką. Do tego absurdalna ilość mikrofonów o charakterystyce kardioidalnej, wsparte technologią transmisji bezprzewodowej typu Donner CV2. I najważniejsze – obsługiwane przez AI, nieużyte dotąd oprogramowanie z analizą istniejących nagrań wokalnych. W tym wypadku zastosowane do rejestrowania głosów publiczności, prezentując nienaganne spektrum wokalno-instrumentalne, z możliwością odtworzenia na później. Tym sposobem Kate zostawiłaby światu nieprzecenione świadectwo i pamiątkę po każdym koncercie, bo wnoszenie telefonów na koncerty Kate Bush jest przecież surowo zakazane.
Sexuality as sacred language
Brytyjski muzyk i dziennikarz Bob Stanley postawił w swojej książce „Let’s Do It: The Birth of Pop” tezę, że historia muzyki popularnej nie zaczęła się ani od zespołu The Beatles w 1963 roku, ani od Elvisa Presleya w 1956 roku, ani też od pojawienia się pierwszych siedmio calowych singli winylowych w 1949 roku. Stanley mówi o tym, że historia popu sięga 100 milionów lat wstecz – w śpiewie ptaków. Chodzi bowiem o to samo co w muzyce popularnej: o tożsamość i seks. Ptaki śpiewają, by zwabić partnerkę i oznaczyć swój rewir. A zatem najstarsze i ponadczasowe melodie słychać na łąkach i wśród drzew. „Seks sprzedaje” - ten banał przeżył własne życie i dziś wraca do nas ze strojoną siłą. Zwykło tak być, ale nie u Kate. Jej najnowszy, piąty singiel z 2025 roku nosi tytuł „Völva ex Machina” - i jest reinterpretacją seksualności w duchu Pasoliniego i Hildegardy z Bingen jednocześnie. Rzeźbiąc frazy wokalne w stylu gregoriańskim, Kate buduje narrację o kobiecym pożądaniu jako sile kosmo-genetycznej. Cielesność przeplata się z metaforą rozszczepienia atomu, stawiając kobiecą energię w centrum wszechświata, i co niespodziewane, nie ma w tym niczego obscenicznego. Przeciwnie, Kate z uporem próbuje wydobyć z siebie i słuchających, pierwotne instynkty, bez względu na to jakie przybiorą formy. Zmusza do czucia, kwestionowania, podążania za butą świadomości – i robi to z dziką satysfakcją, naocznie „wykorzystując” ludzkie przywary do swoich muzycznych eksperymentów.
Kolaboracje poza światłem reflektorów
Okłamujemy się. Udajemy, że nie widzimy. Popkultura zrzuciła z siebie odpowiedzialność - nie zajmuje się rzeczywistością, nie mówi o wojnie, wykluczeniu, depresji, winie. W zamian daje błysk, umowę sponsorską i coś, co przypomina „temat”. Śmiech i ironia to odruchy niezbędne. Są obroną, narzędziem, wentylem, ale popkultura nie musi być tylko rozrywką – „Może być ostrzeżeniem, oporem oraz świadectwem. Pytanie tylko, czy chce” (frag. wywiadu z Laurie Anderson, 1996). Gdy Kate pisała „Pull Out the Pin” w 1982 roku, fascynował ją szczegół: żołnierze Wietkongu potrafili niekiedy całymi dniami skradać się za żołnierzami amerykańskimi, korzystając ze zmysłu węchu - wyczuwali woń typową dla mieszkańców miast: pot, płyn po goleniu, narkotyki. Ścigali ich w ten sposób tak długo aż żołnierze słaniali się z wyczerpania i dopiero wtedy znienacka atakowali. W refrenie słyszymy brzmiące chłodno i groźnie dźwięki gitary. Jego gitara niesiona w echolalii, brzmi jak czyjś przeszywający oddech na karku. Dziś w tej roli widziałabym Due Lipe, nie jako gwiazdę parkietu, ale jako ciemne tło, niski kontrapunkt dla schizoidalnej wokalizy Bush - pozostający z tyłu, ale esencjonalny dla całości utworu. Kto jeszcze mógłby stanąć obok Kate? Może Sabrina Carpenter - która jako pierwsza zaczęła odwracać hierarchię ról scenicznych, ustawiając swoją seksualność pod female gaze. Absolutnie przecząca kanonom urody – kontrkulturowa, mimo iż działająca w popkulturze - brzmi jak idealna kompanka do rewolucyjnego zrywu. Myśląc o mainstreamie przychodzi mi jeszcze do głowy Rina Sawayama – totalna, hybrydowa, wywrotowa. Śmiało łącząca tradycję foniczną z nowoczesnym brzmieniem. Opryskliwa w zestawianiu gatunków i kultur. Taka eksplozja to potencjalny katalizator powstania nieznanych dotąd zapisów w muzyce. Każda z pań, choć inna stylistycznie mogłaby przynieść nowe znaczenie - pod warunkiem, że byłaby gotowa wejść w ciemność.
Czy Kate by się przebiła? Tak. Ale…
Nie przez playlisty. Nie przez radiową rotację. Kate Bush w 2025 tworzy mikro-środowisko kulturalne. Teraz to performance w termach rzymskich i koncerty na pustyni z transmisją neuro-elektryczną jawią się w zbiorowej świadomości jako konstant popkulturowy. TikTok? Tak – ale tylko po to, by raz na rok wrzucić dziesięcio-sekundowe wideo z odgłosem uderzanej misy tybetańskiej i cytatem z „Beelzebub’s Tales to His Grandson”. Jej wpływ? Katastrofalny dla przemysłu, odrodzeńczy dla kultury. Sceniczna obecność Kate inspiruje nowe pokolenie artystek, które rezygnują z narracji rynkowej, do tego stopnia, że Florence Welch śpiewa w binauralnych plenerach, a Billie Eilish porzuca whisper-pop na rzecz quadro-fonicznych instalacji dźwiękowych. Na wartości przybierają: intymność, kameralność, ośmio-minutowe utwory muzyczne. A stadiony? Zaczynają kojarzyć się z… kiczem. To moment oddechu. Kate Bush nie zabawia a wręcz wprawia w zawieszenie i zmusza do kontemplacji, jeśli nie słów to warstw muzycznych, które wylęgają się jakby były zaalarmowane zgiełkiem. Dostarcza chwili ciszy i refleksji jakich nieświadomie poszukujemy, łakniemy. Wydobywający się z głośników głos Kate przerywa nawet rytuał kawowy w open space czy wyrywa z inercyjnego automatyzmu. Scenicznie, Kate Bush wprowadza nową składnię kobiecej ekspresji. Zmysłowość nie filtruje już z seksualizacją, ale nabiera zbawiennego wymiaru. W filmie „In the Mood for Love” (reż. Wong Kar-wai, 2000), bohaterowie żyją tuż obok siebie, dzielą podobne cierpienie - zdradzeni przez partnerów, zaczynają się spotykać. Ale nie po to, by ulec namiętności. Próbują raczej zrozumieć zdradę, odtworzyć ją, oswoić. Jak daleko można się do siebie zbliżyć, nie przekraczając granicy? To eksperyment do którego Kate zaprasza nas w 2025 roku.
Epilog
Gdyby Kate Bush tworzyła dziś, byłaby nie tyle artystką, co zjawiskiem liminalnym. Granicznym. Nieprzekładalnym. Otworzyłaby zupełnie nową erę i wyrwała popkulturę z jej własnych ram czasowych. Paradoksalnie, Kate Bush przypomina mi zjawisko... Abby. Choć różnią się niemal wszystkim – od wyborów gatunkowych po strategie ekspresji - łączy je jedno: absolutna tożsamość brzmieniowa. Obie formacje muzyczne, mimo zmieniających się czasów, mód i technologii, brzmią niezmiennie sobą. Kate, choć najmocniej obecna w dekadzie lat 80., ani na jotę nie dała się pochłonąć przez dominujące stylistyki.
LITERATURA:
„Technologia muzyczna: Sztuczna inteligencja w produkcji dźwięku. 0dB.pl – Magazyn Online”, czerwiec 2025.
Ayalon D. (2025). „What does AI mean for musicians & producers? Sound on Sound”, czerwiec 2025.
Doyle T.: „Kate Bush w 50 odsłonach”. Przeł. Lesław Haliński. Poznań 2023.
Gradvall J.: „ABBA: Melancholia undercover”. Przeł. Ewa Wojciechowska. Warszawa 2024.
Senior M.: „Sekrety profesjonalnego brzmienia”. Przeł. Krzysztof Krzyżanowski. Gliwice 2014.
Mogłabym zastanawiać się, jak wyglądałaby współczesna popkultura, gdybyśmy nie mieli Kate Bush w ciągu ostatnich pięciu dekad. Po namyśle jednak uznałam, że taka wizja byłaby dla mnie całkiem nie do zniesienia – i postanowiłam te okropne myśli natychmiast odrzucić. Idąc w sukurs wyrzutom sumienia, zadałam sobie większego trudu i zaczęłam opisywać kulturalny dorobek Bush, umieszczając ją w scenariuszu jako postać, która dopiero odmieni rynek muzyczny, mając do dyspozycji dzisiejsze technologie i rozwiązania audiowizualne. Odwrócenie porządków – taka właśnie idea przyświecała mi przy podsumowywaniu wkładu Bush w muzykę, kinematografię i rozwój żeńskiego nurtu progresywnego. I oto mamy – szaloną, choć nie niemożliwą wizję artystki na miarę naszych czasów.
Kate Bush rodzi się twórczo w 2025 roku i…
Biorąc pod uwagę młody wiek artystki w momencie debiutu (19 lat) i zgodność z powstającym scenariuszem, musiałaby się narodzić w 2006 roku. I tak przyjmijmy – nie ma to ogromnego znaczenia dla dyskursu, gdyż tworzone przez nią poematy muzyczne od najmłodszych lat szokowały dojrzałością i geniuszem. Początki tej przygody nie zapowiadają się kolorowo. Wbrew szumnym zapowiedziom, jakie Kate i wytwórnia składali do tej pory, współistnieje talmudyczna rezerwa ze strony odbiorców, którzy nie wtórują zachwytom wygłoszonym przez krytyków, fragment jednej z recenzji: „Przy Kate Bush, świat muzyki popularnej zmienia strój z temperowanego na hermetyczno-intuicyjny. Dzisiejsza popkultura, choć afektywnie nasycona, oparta jest na semiotycznym uproszczeniu: szczypta retro, odrobina glitchu, gotowa perkusyjna pętla MIDI i teksty, z którymi mogą się utożsamiać młode kobiety, lecz semantycznie skupione wyłącznie wokół wymiaru społeczno-uczuciowego. Kate objawia się tu jako dysonans w systemie - a może nawet jako kwinta zmienna. Jest stanowczo zbyt wysublimowana, by zamknąć ją w ramach stereotypowego popu, ale też zbyt dramatyczna, by skategoryzować ją jako artystkę indie. Bo, choć aranżacje utworów Bush to przykład sztuki wysokiej, nadal mieszczą się w ramach jaskrawego konceptu jaki z kolei reprezentuje muzyka rozrywkowa”. Producenci odmawiają współpracy z Kate, zrzucając to na karb kontrowersyjnych rozwiązań, które Bush wplata w kompozycje, oraz obawy o niski potencjał sprzedażowy. Jest skazana na pastwę własnych producenckich podrygów i konszachty z muzycznymi antysystemowcami. Chcąc uchronić się od zupełnego skreślenia, Kate postanawia zbudować swoją tożsamość artystyczną na ezopowych implikacjach społeczno-politycznych, z nadzieją, że nie zostaną wychwycone przez grupę nadąsanych panów w garniturach.
Spektralne struktury i złożona timbralność
Debiutancki singiel Bush z 2025 roku zamiast tytułu nosi znak glosolalii w alfabecie fonetycznym IPA, /ˈskɛldr`/ reklamowany okładką o tym samym symbolu. Zatem użytkuje rozwiązanie dość niespotykane w czynnej erze obrazków, nic więc dziwnego, że Spotify odmawia wytwórni umieszczenia okładki na jednej z głównych playlist. Sonicznie, składa się z akordów budowanych wokół modulacji spektralnej, z akcentem na mikro interwały. Tak jak to zwykło się odbywać u kompozytorów Gérarda Griseya i Kaiji Saariaho. Kate korzysta z fizycznego modelowania z pomocą Max/MSP oraz SuperCollider, czym oddaje się fali rodzimych wpływów. Przestrzeń między dźwiękową wypełniają instrumenty akustyczne, za których inżynierie odpowiada starszy brat Kate – Paddy Bush. Paddy buduje i gra na egzotycznych i średniowiecznych instrumentach, które często można usłyszeć na albumach Kate. Wśród najlepiej słyszalnych wybroczyn na ˈskɛldr` są m.in.: valihia, harfa elektryczna oraz fujara przetworzona granularnie. Nie obyło się też bez inżynieryjnej fantazji, bowiem dźwięku perkusji przysparzają samplowane trzaski emaliowanej porcelany, nałożone na kompresję równoległą i przetworzone przez spectral morphing, który zmienia strukturę widma w czasie rzeczywistym. Dzięki temu otrzymany przedział dźwięków posiada rozpiętość od szumu do tonicznego niskiego zejścia, przypominającego pogłos lodowca.
W teledysku do debiutanckiego singla widzimy obraz z amatorskiej kamery, która rejestruje ludzi wchodzących do starego budynku szkoły. Niosą głośniki, futerały, błyszczące kamertony, odłamki porcelany. Na środku sali stoi przymocowany starannie do podłogi, tubalny szklany klosz, z którego wydobywa się masa przypominająca proszkowaną mgłę. Kamera zwraca się ku osobliwemu obiektowi, zbliżając obraz nieufnie, jak gdyby próbowała pokazać zawartość z bezpiecznej odległości. Gdy źrenica wystarczająco napatrzy się na cementowo-białą powierzchnię klosza, dostrzega wówczas spomiędzy bladolicych nierówności, niezauważoną wcześniej materię, która teraz porusza się delikatnie, jakoby światło spowijało szklaną kulę od wewnątrz. W końcu wytężony wzrok dostrzega, że pod kloszem „rośnie” dźwięk. Dźwięk mieniący się jako spoiwo połączeń i kabli skropione czarną farbą, wyglądające jak powalany ziemią trzewik. Następnie dochodzi do przemian, widzimy, że stojące dotąd nieruchomo głośniki z wolna topnieją, zaczynają teraz wydzielać nie tylko dźwięk, ale także półprzezroczystą ciecz, jak organizm wydalający zewsząd płyny przy ciężko przebytej grypie żołądkowej. Z gęstniejącego światła i dźwięku wynurza się postać. To Kate Bush, ale nie, jaką pamiętamy, tym razem jej ciało zdaje się być zbudowane z fonemów, a skóra błyszczy perłowym blaskiem z odbitymi znakami pisma IPA.
Właściwie trudno ją rozpoznać, na dystynkt pozwala jedynie schizoidalny głos Kate i wybałuszone do granic możliwości oczy artystki. W dłoniach Bush trzyma dron, który wygląda niczym zestrzelony ptak, znaleziony dosłownie chwilę przed wejściem do budynku. Jej posępna mina potwierdza, że unieruchomiony obiekt zwiastuje nadejście napawającego strachem kresu. Kate patrzy w obiektyw, ale wzrok przenika przez kamerę, odmawia kontaktu. Ruchem jednej ręki – spokojnym, lecz nieubłaganym przesuwa przestrzeń – na jej tle ludzie, stojący w szeregu, ale już nie jako widzowie, ponieważ nastąpiło zlanie ich twarzy w jedno. Teraz są pozbawieni oczu, nosa, ust. Mają tylko gładką, perłową skórę jak manekiny albo przedludzki organizm wspólny. W miarę gdy Kate przesuwa scenę do przodu, głos – dotąd pełen niuansu, oddychający i ekspresyjny, zaczyna się upraszczać. Traci tembr, bogactwo barwy zanika, jak gdyby ktoś powoli ścierał pigment z obrazu. Głos pozbawiony akcentów prozodycznych, wyzuty z cech odpowiedzialnych za rozpoznawalność mowy, spłaszcza się i ostatecznie rozpływa w jednostajnej, nieskończenie długiej fali.
W obiektywie bratniej duszy
Po powrocie ze szkoły Cathy Bush zwykła przebierać się w różne stroje, czy miała na to ochotę, czy też nie. Bez protestów brała udział w eksperymentach fotograficznych swojego – dwudziestodwuletniego wtedy brata – Johna Cardera Busha. W 1986 roku ukazał się jego pierwszy album zdjęciowy z enigmatycznymi i stylizowanymi mroczną historią „Piotrusia Pana” fotografiami Kate. John jest autorem większości okładek płyt wokalistki. Grzechem byłoby więc nie zastanowić się jak wyglądałaby graficzna strona dyskografii Kate, gdyby koncypowali tu i teraz. Okładka albumu „Oral History” prezentuje wyizolowany fragment ludzkiego ciała – połączone nićmi usta – osadzone na niemal zupełnie białym, neutralnym tle, pozbawione kontekstu twarzy czy ciała, stają się interfejsem między pamięcią a jej blokadą. Kolory o wysokiej saturacji porażają ostrością w stopniu, który potrafi pozostać pod powiekami przez długie godziny. Kate, choć prawie niewidoczna na okładce, bezbłędnie oddaje nastrój na jaki możemy liczyć wciskając play – napięta skóra, powykręcane mięśnie wargowe, wystający ząb, co przypomina więźnia. Przekaz artystki jest jasny: piękno znajdziesz w niepokoju, a to co niewidoczne, nie wymaga wyjaśnienia. Album wykańcza zaprojektowana przez rodzeństwo drobnostkowa instalacja, ulokowana w miejscowej galerii, będąca przedłużeniem treści zapisanych na albumie. Kate zagorzale walczy z konsumpcjonizmem, dlatego niestety nie kupicie merchu dedykowanego jej twórczości, w zamian za to Kate proponuje wam, kolektywne obcowanie ze sztuką. Możecie wymieniać się przemyśleniami i teoriami, a Kate na pewno nie zawiedzie was w kwestii prowokowania kolejnych rozwinięć. Pamiętajcie, że to kobieta wielu talentów. Poniżej krótki opis instalacji: „W centrum sali zawieszono wielkoformatową fotografię zaszytych ust, stopniowo uwalniających przez zlutowane spoiwa, metaliczne litery. Obraz umieszczono w przestrzeni zaaranżowanej na białą komorę dźwiękoszczelną – każde kroki odwiedzającego zostają stłumione, każde słowo zgaszone. Pod obrazem stoi gipsowy odlew dolnej szczęki, z którego przez niewidoczne głośniki sączy się półszeptem głos Kate Bush – zniekształcony, odległy, fragmentaryczny, jakby opowiadał pamięć, której nie można przywrócić. Ściany pokryte są linijkami tekstów w językach martwych i wymyślonych, przetłumaczonych na kod binarny i odtwarzanych na monitorach przez AI jako »język bez fonii«. W czasach nadprodukcji znaczeń i symulakrów, Kate Bush proponuje nam ciszę jako medium: nie pustkę, lecz przestrzeń potencjalności. Instalacja stanowi trotuar doświadczania ciszy, licując z postacią wydarzenia dźwiękowego, ciało zaś ustawia w pozycji nośnika niepamięci. Zwiedzający są zachęcani do »słuchania ustami,« jak sugeruje zapisany na podłodze cytat z artystki: »You don’t sing from your throat, you sing from the memory of water«” — K.T. Kate od zawsze podpisywała swoje okładki K.T. W gruncie rzeczy wyglądało to bardziej jak sama litera T, z której niczym kończyny wyrasta litera K. Niektóre z tych symboli są łatwe do odnalezienia na albumach, inne wymagają zoomu w telefonie. Litery te zauważył kiedyś jej brat – John, na drzwiach pewnego starego kościoła, gdzieś w głębi Walii. To dawny symbol templariuszy, który można jeszcze spotkać na prowincjonalnych budowlach. Kate inkorporowała skrót jako własny znak towarowy i po zleceniu Delemu Palmerowi projektu, używała go na okładkach płyt, począwszy od debiutu. Klamrę domyka fakt, że młoda Cathy występowała kiedyś w zespole o nazwie KT Kate Bush.
Technoestetyka spotyka jestestwo
Podczas gdy większość artystów flirtuje z glitch-emocjonalnością i post-ironijnym minimalizmem, Kate przearanżowuje paradygmat muzyki popularnej i staje się neo-symbolistką dźwięku. Kontrakt ustalany z odbiorcami zakłada wymianę energetyczną oraz wyekspediowanie uczuciowych skamielin, tak by ciało podążało w zgodzie z systemem świadomości. Obecnie Phoebe Bridgers stara się dekonstruować smutek, a z kolei Caroline Polachek prowadzi operę przez pop. Kate byłaby w tym układzie głosem duszy wyrwanej z ziemi na poły osadzonym w myśli platońsko-nordyckiej. Fascynacja Bushów filozofią Gurdżijewa dodaje ciąg muzycznych rarytasów. Wśród godnych literata zabiegów, na nowym albumie znalazły się takie smaczki jak: rytmiczne podziały oparte o regułę złotego porządku, harmonie rozwijane w spirale (jak u Bacha), teksty przypominające ćwiczenia duchowe à la Simone Weil, a wszystko złożone na fantom duchowego oczyszczenia. Kate obrała za cel dotarcie do sedna każdego ze słuchaczy, z zaciekawieniem obserwując emocje malujące się na twarzach ludzi podczas słuchania utworów na żywo, niczym ksiądz przeprowadzający egzorcyzmy na żywym organizmie. Skoro mowa o koncertach, czy wiedzieliście, że Kate wynalazła bezprzewodowy mikrofon? Podczas gdy wszyscy są przekonani, że gadżet ten pojawił się pierwszy raz w latach 2000 na koncertach Britney Spears, tak naprawdę pierwszego bezprzewodowego mikrofonu użyto podczas występów Kate Bush w latach 80., a był on wykonany z… drutu odzieżowego. Koncerty Bush przypominały spektakle teatralne, bo artystce zależało na swobodzie ruchu i możliwości występowania z rekwizytami.
Co wymyśliłaby na dziś? Obstawiam technologię, która pozwala publiczności bezpośrednio partycypować w ceremonii dźwiękowych doznań. Zawieszone hologramy instrumentów, sterowane ruchem i monitory dalekiego pola, spełniły by tę rolę z nawiązką. Do tego absurdalna ilość mikrofonów o charakterystyce kardioidalnej, wsparte technologią transmisji bezprzewodowej typu Donner CV2. I najważniejsze – obsługiwane przez AI, nieużyte dotąd oprogramowanie z analizą istniejących nagrań wokalnych. W tym wypadku zastosowane do rejestrowania głosów publiczności, prezentując nienaganne spektrum wokalno-instrumentalne, z możliwością odtworzenia na później. Tym sposobem Kate zostawiłaby światu nieprzecenione świadectwo i pamiątkę po każdym koncercie, bo wnoszenie telefonów na koncerty Kate Bush jest przecież surowo zakazane.
Sexuality as sacred language
Brytyjski muzyk i dziennikarz Bob Stanley postawił w swojej książce „Let’s Do It: The Birth of Pop” tezę, że historia muzyki popularnej nie zaczęła się ani od zespołu The Beatles w 1963 roku, ani od Elvisa Presleya w 1956 roku, ani też od pojawienia się pierwszych siedmio calowych singli winylowych w 1949 roku. Stanley mówi o tym, że historia popu sięga 100 milionów lat wstecz – w śpiewie ptaków. Chodzi bowiem o to samo co w muzyce popularnej: o tożsamość i seks. Ptaki śpiewają, by zwabić partnerkę i oznaczyć swój rewir. A zatem najstarsze i ponadczasowe melodie słychać na łąkach i wśród drzew. „Seks sprzedaje” - ten banał przeżył własne życie i dziś wraca do nas ze strojoną siłą. Zwykło tak być, ale nie u Kate. Jej najnowszy, piąty singiel z 2025 roku nosi tytuł „Völva ex Machina” - i jest reinterpretacją seksualności w duchu Pasoliniego i Hildegardy z Bingen jednocześnie. Rzeźbiąc frazy wokalne w stylu gregoriańskim, Kate buduje narrację o kobiecym pożądaniu jako sile kosmo-genetycznej. Cielesność przeplata się z metaforą rozszczepienia atomu, stawiając kobiecą energię w centrum wszechświata, i co niespodziewane, nie ma w tym niczego obscenicznego. Przeciwnie, Kate z uporem próbuje wydobyć z siebie i słuchających, pierwotne instynkty, bez względu na to jakie przybiorą formy. Zmusza do czucia, kwestionowania, podążania za butą świadomości – i robi to z dziką satysfakcją, naocznie „wykorzystując” ludzkie przywary do swoich muzycznych eksperymentów.
Kolaboracje poza światłem reflektorów
Okłamujemy się. Udajemy, że nie widzimy. Popkultura zrzuciła z siebie odpowiedzialność - nie zajmuje się rzeczywistością, nie mówi o wojnie, wykluczeniu, depresji, winie. W zamian daje błysk, umowę sponsorską i coś, co przypomina „temat”. Śmiech i ironia to odruchy niezbędne. Są obroną, narzędziem, wentylem, ale popkultura nie musi być tylko rozrywką – „Może być ostrzeżeniem, oporem oraz świadectwem. Pytanie tylko, czy chce” (frag. wywiadu z Laurie Anderson, 1996). Gdy Kate pisała „Pull Out the Pin” w 1982 roku, fascynował ją szczegół: żołnierze Wietkongu potrafili niekiedy całymi dniami skradać się za żołnierzami amerykańskimi, korzystając ze zmysłu węchu - wyczuwali woń typową dla mieszkańców miast: pot, płyn po goleniu, narkotyki. Ścigali ich w ten sposób tak długo aż żołnierze słaniali się z wyczerpania i dopiero wtedy znienacka atakowali. W refrenie słyszymy brzmiące chłodno i groźnie dźwięki gitary. Jego gitara niesiona w echolalii, brzmi jak czyjś przeszywający oddech na karku. Dziś w tej roli widziałabym Due Lipe, nie jako gwiazdę parkietu, ale jako ciemne tło, niski kontrapunkt dla schizoidalnej wokalizy Bush - pozostający z tyłu, ale esencjonalny dla całości utworu. Kto jeszcze mógłby stanąć obok Kate? Może Sabrina Carpenter - która jako pierwsza zaczęła odwracać hierarchię ról scenicznych, ustawiając swoją seksualność pod female gaze. Absolutnie przecząca kanonom urody – kontrkulturowa, mimo iż działająca w popkulturze - brzmi jak idealna kompanka do rewolucyjnego zrywu. Myśląc o mainstreamie przychodzi mi jeszcze do głowy Rina Sawayama – totalna, hybrydowa, wywrotowa. Śmiało łącząca tradycję foniczną z nowoczesnym brzmieniem. Opryskliwa w zestawianiu gatunków i kultur. Taka eksplozja to potencjalny katalizator powstania nieznanych dotąd zapisów w muzyce. Każda z pań, choć inna stylistycznie mogłaby przynieść nowe znaczenie - pod warunkiem, że byłaby gotowa wejść w ciemność.
Czy Kate by się przebiła? Tak. Ale…
Nie przez playlisty. Nie przez radiową rotację. Kate Bush w 2025 tworzy mikro-środowisko kulturalne. Teraz to performance w termach rzymskich i koncerty na pustyni z transmisją neuro-elektryczną jawią się w zbiorowej świadomości jako konstant popkulturowy. TikTok? Tak – ale tylko po to, by raz na rok wrzucić dziesięcio-sekundowe wideo z odgłosem uderzanej misy tybetańskiej i cytatem z „Beelzebub’s Tales to His Grandson”. Jej wpływ? Katastrofalny dla przemysłu, odrodzeńczy dla kultury. Sceniczna obecność Kate inspiruje nowe pokolenie artystek, które rezygnują z narracji rynkowej, do tego stopnia, że Florence Welch śpiewa w binauralnych plenerach, a Billie Eilish porzuca whisper-pop na rzecz quadro-fonicznych instalacji dźwiękowych. Na wartości przybierają: intymność, kameralność, ośmio-minutowe utwory muzyczne. A stadiony? Zaczynają kojarzyć się z… kiczem. To moment oddechu. Kate Bush nie zabawia a wręcz wprawia w zawieszenie i zmusza do kontemplacji, jeśli nie słów to warstw muzycznych, które wylęgają się jakby były zaalarmowane zgiełkiem. Dostarcza chwili ciszy i refleksji jakich nieświadomie poszukujemy, łakniemy. Wydobywający się z głośników głos Kate przerywa nawet rytuał kawowy w open space czy wyrywa z inercyjnego automatyzmu. Scenicznie, Kate Bush wprowadza nową składnię kobiecej ekspresji. Zmysłowość nie filtruje już z seksualizacją, ale nabiera zbawiennego wymiaru. W filmie „In the Mood for Love” (reż. Wong Kar-wai, 2000), bohaterowie żyją tuż obok siebie, dzielą podobne cierpienie - zdradzeni przez partnerów, zaczynają się spotykać. Ale nie po to, by ulec namiętności. Próbują raczej zrozumieć zdradę, odtworzyć ją, oswoić. Jak daleko można się do siebie zbliżyć, nie przekraczając granicy? To eksperyment do którego Kate zaprasza nas w 2025 roku.
Epilog
Gdyby Kate Bush tworzyła dziś, byłaby nie tyle artystką, co zjawiskiem liminalnym. Granicznym. Nieprzekładalnym. Otworzyłaby zupełnie nową erę i wyrwała popkulturę z jej własnych ram czasowych. Paradoksalnie, Kate Bush przypomina mi zjawisko... Abby. Choć różnią się niemal wszystkim – od wyborów gatunkowych po strategie ekspresji - łączy je jedno: absolutna tożsamość brzmieniowa. Obie formacje muzyczne, mimo zmieniających się czasów, mód i technologii, brzmią niezmiennie sobą. Kate, choć najmocniej obecna w dekadzie lat 80., ani na jotę nie dała się pochłonąć przez dominujące stylistyki.
LITERATURA:
„Technologia muzyczna: Sztuczna inteligencja w produkcji dźwięku. 0dB.pl – Magazyn Online”, czerwiec 2025.
Ayalon D. (2025). „What does AI mean for musicians & producers? Sound on Sound”, czerwiec 2025.
Doyle T.: „Kate Bush w 50 odsłonach”. Przeł. Lesław Haliński. Poznań 2023.
Gradvall J.: „ABBA: Melancholia undercover”. Przeł. Ewa Wojciechowska. Warszawa 2024.
Senior M.: „Sekrety profesjonalnego brzmienia”. Przeł. Krzysztof Krzyżanowski. Gliwice 2014.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

