CEKINÓW BRAK (TAYLOR SWIFT: 'THE LIFE OF A SHOWGIRL')
A
A
A
Trzeciego października miał premierę nowy album Taylor Swift pt.: „The Life of a Showgirl” i to premierę z rozmachem godnym największej gwiazdy pop ostatnich dwudziestu lat. Fani mogli uczestniczyć w kinowej premierze w formie seansu teledysku do utworu „The Fate of Ophelia”, klipów z tekstami piosenek oraz materiałów zakulisowych z komentarzem artystki. Rynek został zalany wieloma wariantami wydania płyty: CD, winyle, kasety – a wszystko w różnych wersjach kolorystycznych, często sprzedawanych w limitowanych rzutach, tak, aby sprawdzić głębokość portfeli kolekcjonerów i największych fanów.
Album był bardzo wyczekiwany – już miesiące temu pojawił się wzrost w teoriach, w swoim skomplikowaniu nie odbiegających od najbardziej wymyślnych teorii spiskowych, dotyczących tego, kiedy Swift opublikuje swój następny projekt. Oczekiwania były spore, zwłaszcza biorąc pod uwagę komentarz autorki, która określiła „The Life of a Showgirl” jako spotkanie się popowych brzmień z jej najsłynniejszego albumu „1989” oraz bardzo dobrze przyjętego przez krytyków albumu „folklore”, z jej lirycznym stylem w szczególności. Motywem przewodnim albumu miało być spojrzenie za kulisy największej w historii trasy koncertowej „The Eras Tour”; cekiny, brokat, aplauz tłumów, pot i łzy. Niestety nowa płyta zawodzi zwłaszcza pod względem tekstów oraz realizacji konceptu „The Life of a Showgirl”.
Tym razem płyta składa się z dwunastu piosenek, co jest bezpośrednim rezultatem po krytyce „The Tortured Poets Departament”, na którego pełnej wersji znajdowało się aż trzydzieści jeden utworów. Na tak małej przestrzeni nie ma miejsca na fałszywą nutę, a tu niestety jest ich wiele. Jedną z lepszych piosenek jest pierwszy singiel pt: „The Fate of Ophelia”, nie odnoszący się bezpośrednio do konceptu albumu, ale jest tym, co zostało obiecane, czyli popowe brzmienia, których autorem jest Max Martin, wraz z narracyjnym stylem znanym z wcześniejszych projektów Swift. Mamy tu do czynienia z nawiązaniem do znanego wszystkim szekspirowskiego wątku. Pojawia się nawet parafraza wersów z aktu I, sceny III „Hamleta”: „Tis locked inside my memory / And only you possess the key”. Utwór spełnił oczekiwania zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej, choć nie odbywa się bez drobnych zgrzytów stylistycznych – tu należałoby porównać np. Szekspirowską parafrazę z wersem „pledge allegiance to your hands, your team, your vibes”.
Utworów nawiązujących do bycia tytułową showgirl jest stosunkowo niewiele: „Elizabeth Taylor”, „Father Figure”, „CANCELLED!” oraz „The Life of a Showgirl”. Każdy z nich podejmuje inny aspekt życia jednej z najbardziej rozpoznawalnych figur popkultury. „Father Figure” jest jednym z najciekawszych piosenek na płycie, ponieważ rozważa relację między mentorem a podopiecznym w kontekście przemysłu muzycznego, a autorka dobrze zna obydwie role, namaszczając kolejne gwiazdy pop, co przynosi mieszane rezultaty. Charakterystyczne jest jednak to, że jako swoich następców wybiera artystów, którzy nigdy nie mogliby zagrozić jej hegemonii na rynku. „Father Figure” mówi o lojalności oraz o blisko zaciśniętych więzach zarówno pod względem kapitału kulturowego czy biznesowego, równocześnie odnosząc się do przeboju George'a Michaela. Kontrowersyjną i z lekka nieprzemyślaną piosenką jest „CANCELLED!” po raz kolejny odwołująca się do motywu, z którego autorka czerpie garściami, czyli ostracyzmu społeczno-medialnego związanego z byciem rozpoznawalną postacią oraz wszelkimi konsekwencjami za tym idącymi. Niestety staje się to powtarzalne, a wręcz niesmaczne biorąc pod uwagę emocjonalny moment w amerykańskiej kulturze: piękna, biała miliarderka śpiewa o tym, jak jej najbliżsi znajomi mają trupy w szafach – od tego typu narracji do powiązań z aktami Epsteina obecnie naprawdę nie jest daleko. Na krótką pochwałę zasługuje „Opalite”, który jest piosenką o przyjemnej melodii i miłym, ale i oczywistym przekazie na każdy czas, iż człowiek może być współtwórcą własnego szczęścia.
Pozostałe utwory wpadają w ucho ale charakteryzują się leniwym liryzmem, czego przykładem jest „Wood”. Istnieje ograniczona liczba aluzji do męskiego członka w tekście Taylor Swift, jaką jestem w stanie tolerować, co w tym przypadku osiągnęło masę krytyczną. Warto zaznaczyć, że nie jest to dla niej typowe. Podejmowała w swojej twórczości tematykę sensualną czy erotyczną, ale zawsze było to subtelne, ubrane w doświadczenia emocjonalne. „Wood” nie ma z tym nic wspólnego. Być może próbowała się zainspirować ostatnią twórczością Sabriny Carpenter, której zabawne aluzje do seksualności stały się jej znakiem rozpoznawczym, jednak gra na tych motywach u Sabriny jest samoświadoma oraz meta-ironiczna. „Wood” wydaje się być szczere, co pogarsza sytuację. Swift potrafi pisać piękne teksty, kiedy tworzy, żeby uchwycić jakąś wewnętrzną prawdę, ale kiedy postanawia coś odbiorcy powiedzieć, mówi to bezpośrednio, w sposób banalnie oczywisty. Cała subtelność wylatuje przez okno. Kiedy artystka postanawia, że bardzo chce się pochwalić swoim związkiem z futbolistą Travisem Kealce’m, nic jej przed tym nie powstrzyma.
Istnieje jednak na tej płycie piosenka, która przekazu nie ma. Jakby autorka zupełnie nie potrafiła wybrać kierunku do opowiedzenia historii. Mowa tu o „Eldest Daughter”, tzw. track five, czyli utworze będącym wrażliwym sercem albumu w praktyce Swift. Jednocześnie próbuje być komentarzem dotyczącym kultury internetowej, refleksją na temat miłości i małżeństwa oraz doświadczenia bycia najstarszą córką, na co wskazywałby tytuł. Wątek najstarszej córki jest interesującym tematem, zwłaszcza biorąc pod uwagę bieżący dyskurs publiczny. Według obserwacji internautów najstarsze córki często realizują schemat idealnej uczennicy, grzecznej, niewymagającej, represjonowanej emocjonalnie dziewczyny, odpowiedzialnej za bycie terapeutką całej rodziny. To bardzo ciekawy temat, ale piosenka unika go za wyjątkiem wersu „Every eldest daughter was the first lamb to the slaughter”, który jest intrygujący ale jego wyjątkowość została sprowadzona na ziemię przez następny: „So we all dressed up as wolves and we looked fire”, a w szczególności przez ostatnią frazę.
Ostatni, tytułowy utwór, jest historią o tym jak życie gwiazdy potrafi być trudne i ma być ostrzeżeniem przed tą ścieżką kariery oraz o tym, że mimo tych ostrzeżeń niektórzy marzą o pięknym, wspaniałym, męczącym życiu showgirl. Jest to piosenka ładna, spójna z narracyjnym stylem autorki, jednak nie jest ona niczym wyjątkowym w jej dyskografii.
Cały album bardziej niż o kulisach największej w historii trasy koncertowej i emocjach z tym związanych, mówi o kolejnym związku artystki. Daleka byłabym od powszechnego zdania, że Taylor pisze tylko o swoich związkach, bo to nieprawda, ale „The Life of a Showgirl”, nie dostarcza tego co obiecywało. Płyta brzmi dobrze, ale lirycznie momentalnie spada mocno poniżej oczekiwań. Miałam nadzieję na kolejne hity pokroju „Style”, „Out of the Woods”, „Getaway Car” czy „I Did Something Bad”, a dostałam alternatywną, mniej oryginalną wersję „Lover”. Nie zamierzam jednak wieścić upadku artystki i podążać za internetowym dyskursem, który postanowił tego albumu nienawidzić. Ma niepodważalne wady, ale nie jest tragicznie zły. Jest, niestety, po prostu przeciętny.
Album był bardzo wyczekiwany – już miesiące temu pojawił się wzrost w teoriach, w swoim skomplikowaniu nie odbiegających od najbardziej wymyślnych teorii spiskowych, dotyczących tego, kiedy Swift opublikuje swój następny projekt. Oczekiwania były spore, zwłaszcza biorąc pod uwagę komentarz autorki, która określiła „The Life of a Showgirl” jako spotkanie się popowych brzmień z jej najsłynniejszego albumu „1989” oraz bardzo dobrze przyjętego przez krytyków albumu „folklore”, z jej lirycznym stylem w szczególności. Motywem przewodnim albumu miało być spojrzenie za kulisy największej w historii trasy koncertowej „The Eras Tour”; cekiny, brokat, aplauz tłumów, pot i łzy. Niestety nowa płyta zawodzi zwłaszcza pod względem tekstów oraz realizacji konceptu „The Life of a Showgirl”.
Tym razem płyta składa się z dwunastu piosenek, co jest bezpośrednim rezultatem po krytyce „The Tortured Poets Departament”, na którego pełnej wersji znajdowało się aż trzydzieści jeden utworów. Na tak małej przestrzeni nie ma miejsca na fałszywą nutę, a tu niestety jest ich wiele. Jedną z lepszych piosenek jest pierwszy singiel pt: „The Fate of Ophelia”, nie odnoszący się bezpośrednio do konceptu albumu, ale jest tym, co zostało obiecane, czyli popowe brzmienia, których autorem jest Max Martin, wraz z narracyjnym stylem znanym z wcześniejszych projektów Swift. Mamy tu do czynienia z nawiązaniem do znanego wszystkim szekspirowskiego wątku. Pojawia się nawet parafraza wersów z aktu I, sceny III „Hamleta”: „Tis locked inside my memory / And only you possess the key”. Utwór spełnił oczekiwania zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej, choć nie odbywa się bez drobnych zgrzytów stylistycznych – tu należałoby porównać np. Szekspirowską parafrazę z wersem „pledge allegiance to your hands, your team, your vibes”.
Utworów nawiązujących do bycia tytułową showgirl jest stosunkowo niewiele: „Elizabeth Taylor”, „Father Figure”, „CANCELLED!” oraz „The Life of a Showgirl”. Każdy z nich podejmuje inny aspekt życia jednej z najbardziej rozpoznawalnych figur popkultury. „Father Figure” jest jednym z najciekawszych piosenek na płycie, ponieważ rozważa relację między mentorem a podopiecznym w kontekście przemysłu muzycznego, a autorka dobrze zna obydwie role, namaszczając kolejne gwiazdy pop, co przynosi mieszane rezultaty. Charakterystyczne jest jednak to, że jako swoich następców wybiera artystów, którzy nigdy nie mogliby zagrozić jej hegemonii na rynku. „Father Figure” mówi o lojalności oraz o blisko zaciśniętych więzach zarówno pod względem kapitału kulturowego czy biznesowego, równocześnie odnosząc się do przeboju George'a Michaela. Kontrowersyjną i z lekka nieprzemyślaną piosenką jest „CANCELLED!” po raz kolejny odwołująca się do motywu, z którego autorka czerpie garściami, czyli ostracyzmu społeczno-medialnego związanego z byciem rozpoznawalną postacią oraz wszelkimi konsekwencjami za tym idącymi. Niestety staje się to powtarzalne, a wręcz niesmaczne biorąc pod uwagę emocjonalny moment w amerykańskiej kulturze: piękna, biała miliarderka śpiewa o tym, jak jej najbliżsi znajomi mają trupy w szafach – od tego typu narracji do powiązań z aktami Epsteina obecnie naprawdę nie jest daleko. Na krótką pochwałę zasługuje „Opalite”, który jest piosenką o przyjemnej melodii i miłym, ale i oczywistym przekazie na każdy czas, iż człowiek może być współtwórcą własnego szczęścia.
Pozostałe utwory wpadają w ucho ale charakteryzują się leniwym liryzmem, czego przykładem jest „Wood”. Istnieje ograniczona liczba aluzji do męskiego członka w tekście Taylor Swift, jaką jestem w stanie tolerować, co w tym przypadku osiągnęło masę krytyczną. Warto zaznaczyć, że nie jest to dla niej typowe. Podejmowała w swojej twórczości tematykę sensualną czy erotyczną, ale zawsze było to subtelne, ubrane w doświadczenia emocjonalne. „Wood” nie ma z tym nic wspólnego. Być może próbowała się zainspirować ostatnią twórczością Sabriny Carpenter, której zabawne aluzje do seksualności stały się jej znakiem rozpoznawczym, jednak gra na tych motywach u Sabriny jest samoświadoma oraz meta-ironiczna. „Wood” wydaje się być szczere, co pogarsza sytuację. Swift potrafi pisać piękne teksty, kiedy tworzy, żeby uchwycić jakąś wewnętrzną prawdę, ale kiedy postanawia coś odbiorcy powiedzieć, mówi to bezpośrednio, w sposób banalnie oczywisty. Cała subtelność wylatuje przez okno. Kiedy artystka postanawia, że bardzo chce się pochwalić swoim związkiem z futbolistą Travisem Kealce’m, nic jej przed tym nie powstrzyma.
Istnieje jednak na tej płycie piosenka, która przekazu nie ma. Jakby autorka zupełnie nie potrafiła wybrać kierunku do opowiedzenia historii. Mowa tu o „Eldest Daughter”, tzw. track five, czyli utworze będącym wrażliwym sercem albumu w praktyce Swift. Jednocześnie próbuje być komentarzem dotyczącym kultury internetowej, refleksją na temat miłości i małżeństwa oraz doświadczenia bycia najstarszą córką, na co wskazywałby tytuł. Wątek najstarszej córki jest interesującym tematem, zwłaszcza biorąc pod uwagę bieżący dyskurs publiczny. Według obserwacji internautów najstarsze córki często realizują schemat idealnej uczennicy, grzecznej, niewymagającej, represjonowanej emocjonalnie dziewczyny, odpowiedzialnej za bycie terapeutką całej rodziny. To bardzo ciekawy temat, ale piosenka unika go za wyjątkiem wersu „Every eldest daughter was the first lamb to the slaughter”, który jest intrygujący ale jego wyjątkowość została sprowadzona na ziemię przez następny: „So we all dressed up as wolves and we looked fire”, a w szczególności przez ostatnią frazę.
Ostatni, tytułowy utwór, jest historią o tym jak życie gwiazdy potrafi być trudne i ma być ostrzeżeniem przed tą ścieżką kariery oraz o tym, że mimo tych ostrzeżeń niektórzy marzą o pięknym, wspaniałym, męczącym życiu showgirl. Jest to piosenka ładna, spójna z narracyjnym stylem autorki, jednak nie jest ona niczym wyjątkowym w jej dyskografii.
Cały album bardziej niż o kulisach największej w historii trasy koncertowej i emocjach z tym związanych, mówi o kolejnym związku artystki. Daleka byłabym od powszechnego zdania, że Taylor pisze tylko o swoich związkach, bo to nieprawda, ale „The Life of a Showgirl”, nie dostarcza tego co obiecywało. Płyta brzmi dobrze, ale lirycznie momentalnie spada mocno poniżej oczekiwań. Miałam nadzieję na kolejne hity pokroju „Style”, „Out of the Woods”, „Getaway Car” czy „I Did Something Bad”, a dostałam alternatywną, mniej oryginalną wersję „Lover”. Nie zamierzam jednak wieścić upadku artystki i podążać za internetowym dyskursem, który postanowił tego albumu nienawidzić. Ma niepodważalne wady, ale nie jest tragicznie zły. Jest, niestety, po prostu przeciętny.
Taylor Swift: „The Life of a Showgirl”. Republic Records 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

