ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (526) / 2025

Monika Ładoń,

DOSSIER HIPOCHONDRYCZKI (CAROLINE CRAMPTON: 'CIAŁO ZE SZKŁA. HISTORIA HIPOCHONDRII')

A A A
Caroline Crampton już w introdukcji swojej książki przyznaje: „Jestem hipochondryczką. (…) Obawa, że coś się ze mną dzieje, że jestem chora, towarzyszy mi przez cały czas. Wątpię w każde fizyczne doznanie i nie ufam własnej interpretacji tego, co czuję” (s. 11). Takie wprowadzenie można by uznać za szczególny sprawdzian wiarygodności autorki, a jej wtajemniczenie – ciałem i umysłem – w hipochondrię za intrygującą pozycję wobec opisywanego zagadnienia: z samego centrum, serca choroby. Przyjmuję, że to usytuowanie Crampton stanowi wartość jej książki, ale też z ciekawością staram się zbadać, na ile autorka potrafi się zdystansować wobec przedmiotu własnej historii. Skądinąd wiemy przecież, że hipochondryk nie jest specjalnie wiarygodny. Jeśli współcześnie potrafimy określić jego typowe cechy, to dlatego, że hipochondria w społecznym przekazie zamieniła się w powszechnie znany żart. Crampton pisze, że hipochondryk to wręcz „figura komediowa” (s. 110), która nie może raczej liczyć na zrozumienie czy współczucie. Prywatnie ujawnienie własnej hipochondrii wiąże się ze wstydem, ale w popkulturowym przekazie sprowadza się często do chóralnego śmiechu, np. z postaci z filmów Woody’ego Allena, serialu „Kroniki Seinfelda” czy monologów stand-uperów (również polskich jak Cezary Jurkiewicz). I chociaż część opowieści o hipochondrycznych obsesjach wywołuje uśmiech, to bardziej przemawia do mnie czające się za nim przeczucie tragiczności i śmiertelności. Crampton doskonale wie, że „w największym uproszczeniu hipochondria to strach przed śmiercią. Albo może precyzyjniej: strach przed strachem przed śmiercią” (s. 200-201). Nie jest jednak w stanie wyjaśnić, czy ów strach to przyczyna hipochondrii czy jej symptom.

Ta niemoc czy niechęć ujawnia się w samym temacie książki i sposobie snucia narracji. Mamy bowiem do czynienia – zgodnie z drugim członem tytułu – z historią konkretnej choroby, ale jeśli ktoś oczekuje fabularnej opowieści o niegdyś tajemniczym schorzeniu, które wreszcie, szczęśliwie, wyjaśniono, a cierpiących z jego powodów poddano skutecznemu leczeniu, to może się czuć zaskoczony. Zamiast optymistycznej narracji Crampton buduje bowiem rodzaj labiryntu, w którym co rusz potykamy się o powracające problemy z identyfikacją i wyodrębnieniem hipochondrii jako choroby; kluczymy wśród dziwnych i absurdalnych teorii odbijających ówczesną wiedzę medyczną. Wrażenie nieuchwytności hipochondrii jest stale potęgowane, a na pierwszy plan wychodzą jej sprzeczności, zgodne z podstawowym opisem: „postrzegana jako choroba ciała, istnieje tylko w głowie” (s. 15). Crampton wciąga czytelniczki i czytelników w zawiłości hipochondrii, mnoży pytania, unika jednoznacznych odpowiedzi. Gdyby jednak wpisać hipochondrię w historię medycyny, to kilka elementów jest pewnych (co nie znaczy, że prostych do zrozumienia). Pierwsze sugestie dotyczące istnienia hipochondrii pochodzą ze starożytnego Egiptu, kiedy jej symptomy opisywane były jako niewidzialne i niewytłumaczalne zakłócenia organizmu i poddawane „leczeniu” w uzupełniających się obszarach nauki i magii. Sama nazwa zostaje po raz pierwszy użyta w V w. p.n.e., w pismach medycznych Corpus Hippocraticum. Źródłosłów (z języka greckiego: hipo ‘pod’, a chondros ‘tkanka chrzęstna mostka’) odnosi się do hypochondrium, średniowiecznego określenia brzucha, tzw. podżebrza. Początkowo termin oznaczał po prostu ten fragment tułowia, ale w XVII w. używany był już na określenie melancholii, czyli nadmiaru czarnej żółci w narządach. Później znaczenie rozszerzyło się na każdą chorobę bez wykrywalnej przyczyny, „chorobliwą i przesadną obawę o własne zdrowie” (s. 18).

Historia hipochondrii to wchodzenie w trudne związki z niemal wszystkimi ważnymi koncepcjami medycznymi (dziś powiedzielibyśmy raczej pseudomedycznymi), np. z niesłychanie wpływową teorią humoralną. Koncepcje Galena z Pergamonu i jego przekonanie, że istnieją zależności między układem trawiennym a emocjami i rolą żółci w organizmie, pozwoliły na wytyczenie sugestywnej drogi od ciała do psychiki, skłonności do depresji i lęku. Crampton śledzi zresztą nie tylko historię pojęcia, ale też pokazuje, że część tych protonaukowych teorii pokutuje we współczesnych wymiarach hipochondrii, do dziś choćby uwaga wielu hipochondryków skupia się na układzie trawiennym (i objawia np. zespołem jelita drażliwego). Podobnie spektakularne – i nieprzynoszące żadnych wyjaśnień – było łączenie hipochondrii z melancholią i histerią. Za pierwszy splot odpowiada Robert Burton, z którego dzieła, „Anatomii melancholii”, wywodzi się „melancholia hipochondryczna”. Z kolei związanie losów hipochondrii z macicą przyczyniło się w gruncie rzeczy do tego, że ból kobiet, już wcześniej traktowany z pobłażliwością i wiązany z mityczną „wędrówką macicy”, stawał się jeszcze bardziej niewiarygodny. Niejasne objawy wszelkich chorób zgłaszanych przez kobiety pozostawały trwale zaciemnione. Nie dziwi zatem widoczny współcześnie sposób stygmatyzowania kobiecego bólu np. w przebiegu endometriozy – chorujące kobiety nazywa się hipochondryczkami lub histeryczkami. Wymienność i bliskość tych pojęć jest uderzająca.

Kiedy wyczerpały się możliwości łączenia hipochondrii z konkretnym obszarem ciała, czarną żółcią, melancholią i macicą, okazało się, że żadna z tajemnic choroby nie została wyjaśniona. Kolejne hipotezy (np. tzw. duchów życiowych czy waporów, czyli wyziewów i oparów wydzielanych przez ciało) przynosiły coraz bardziej absurdalne tłumaczenia. Przełomem była dopiero koncepcja nerwów organicznych, która zwiastowała neurologię i doprowadziła do uznania hipochondrii za chorobę umysłu. Co ciekawe jednak, została właściwie zlekceważona przez psychoanalizę, bo według Freuda nie miała narracyjnego sensu, więc nie pozwalała się leczyć analizą (choć warto dodać, że sam Freud martwił się własną skłonnością do hipochondrii; Crampton nie omieszkała dodać ciekawego fragmentu o „wyleczeniu” się Freuda z lęku dzięki rzuceniu cygar i „znieczuleniu lewego nozdrza kokainą” [s. 200]).

Wędrowanie po zawiłej przeszłości hipochondrii pozwala Crampton oświetlić najważniejszy splot schorzenia, który ujmuje ten cytat: „Hipochondria jest jak lupa przystawiona do odwiecznej opozycji ciała i umysłu” (s. 27). Hipochondria w jej opowieści jest chorobą zwiększającą tę świadomość podziału i prowadzącą do paradoksu: przesadnej czujności dotyczącej ciała, ale i niechęci uświadamiania sobie, że dzieje się coś niepokojącego. Dostrzegając, że początki i podwaliny hipochondrii tkwią w głębi ludzkiej psychiki i są ewolucyjną zdobyczą (czyli zdolnością do oceny prawdopodobieństwa wystąpienia zagrożenia), Crampton przyznaje także, że choroba stała się rodzajem karykatury tej ludzkiej umiejętności, zaczęła cechować się przesadą, nadmiernością, a życie w stanie gotowości na katastrofę zamieniło się w usterkę ciała i umysłu. Ten rodzaj nadwrażliwości i kruchości hipochondryków wiąże ich zresztą z tytułowymi „ludźmi ze szkła”, czyli melancholikami, którzy uważali, że ich ciała przybrały kształt naczynia (w pierwszych urojeniach z gliny, później ze szkła) albo że całe ich ciało jest ze szkła – łamliwe i przezroczyste.

Crampton przegląda się w wielu historiach hipochondryków sprzed wieków. Są wśród nich wspomniany już Robert Burton, John Donne (jego „Medytacje. Alembik śmierci” to najdoskonalsze dzieło hipochondrii i portret hipochondryka), Marcel Proust, Hans Christian Andersen, Karol Darwin czy Alice James; są bohaterowie Moliera i Jane Austen. Pisarka metodycznie opisuje, jak ich obsesje nasilają się, prowadzą do zaostrzenia objawów i pogarszają stan zdrowia. Przekonująco pokazuje, jak pierwotna choroba (bo najczęściej hipochondrycy na coś naprawdę chorują lub chorowali), podjęte środki, by ją wyleczyć, oraz osobowość łączą się w dziwnym splocie, który momentami wydaje się już parodią prawdziwej choroby. Crampton jednak wie, że hipochondria nie polega na udawaniu, więc portrety, jakie rysuje, nie mają w sobie nadmiaru cudzysłowu, dystansu. Hipochondryk jest bowiem przekonany, że choruje, nawet jeśli wie, że jego objawy są jednostkowo odczuwane, rzeczywiste tylko dla niego. Czy hipochondryczka mogłaby zresztą napisać inną historię hipochondrii? Jeśli kwestionowałaby doświadczenia swoich bohaterów, pozwalałaby tym samym kwestionować własne.

Tymczasem podstawy hipochondrii pisarki są prawdziwe. Jako siedemnastolatka dowiedziała się, że choruje na chłoniaka Hodgkina, rodzaj rzadkiego raka krwi. Po kilkumiesięcznym leczeniu choroba powróciła w postaci guza w szyi. Konieczne były kolejne inwazyjne metody leczenia, m.in. ponowna chemioterapia i przeszczep komórek macierzystych. Crampton dopiero jako dwudziestodwulatkę uznano za w pełni wyleczoną. Tyle że dla niej była to może wolność od tego konkretnego raka, ale nie powrót do zdrowia. Ono wydawało się utracone na zawsze, a na jego miejscu rozpanoszyła się hipochondria. Crampton dostrzega absurd własnej sytuacji: „Trzeba było wyjścia z groźnej choroby, aby opętała mnie myśl, że jestem chora” (s. 23). Szuka zatem początku, który jest jej potrzebny jako punkt wyjścia narracji, i dostrzega go w spojrzeniu lekarza na szyję. Wówczas spada na nią dotychczas ukryta wiedza, ujawnia się świadomość, że w niej jest ‘coś’, ale ta epifania wiąże się też z pytaniem „jak mogłam nie wiedzieć” (s. 70). To właśnie na tym podłożu rozwija się lęk, że można przeoczyć coś tak ważnego.

Crampton nie odpowie jednak na pytanie, czy jej lęk o zdrowie to odpowiedzialność (wynikająca z wcześniejszych doświadczeń nowotworowych) czy przesada. Jednak gdy czytam scenę przedstawiającą samobadanie przeprowadzane przez Crampton podczas ataku paniki, to nie mam wątpliwości, że jest w tym drobiazgowym opisie coś zarazem niepokojącego i przejmującego. Kiedy lęk słabnie i narratorka nie znajduje przekonujących dowodów w sprawie kolejnego kryzysu zdrowotnego, szuka pomocy u lekarzy. Jej chorobowa przeszłość i historia leczenia powodują, że nie sposób zbagatelizować lęków, więc często jedna wizyta prowadzi do kolejnych badań. Crampton dowodzi, że tylko pozornie tak profesjonalne zachowanie lekarzy sprzyja hipochondrykom. Z jednej strony coraz bardziej zaawansowane procedury medyczne mogą jednoznacznie zaprzeczyć chorobie, z drugiej badania podtrzymują stan lęku, czyniąc wahanie lekarza probierzem narastającego strachu przed chorobą. Pisarka przekonuje, że hipochondrycy równie często korzystają z usług sektora medycznego, co całkowicie z niego rezygnują. I to z różnych przyczyn – po pierwsze, jeszcze silniejszy niż lęk o zdrowie jest bowiem lęk przed zdiagnozowaniem konkretnej choroby, po drugie, trudno mierzyć się z niedowierzaniem czy politowaniem. Potrzeba poważnego traktowania przenika się z sugestią, że troska lekarzy może wzmagać lęki.

Crampton stawia zarazem pytanie, kto może sobie pozwolić na bycie hipochondrykiem. Zwraca uwagę na grupy marginalizowane, wykluczenia w dostępności do opieki medycznej, znaczenie pandemii COVID-19, która zrównała demokratycznie wszystkich w normalnym lęku o zdrowie. Inny paradoks hipochondrii to jej biegunowe przedstawianie. Z jednej strony mówi się, że hipochondria to od dawna choroba cywilizacyjna, choroba „bogatych leni, nieruchawych i nawykłych do luksusu” (s. 140), a więc dekadencka, związana z przyjemnościami, modą, prestiżem i pozycją; z drugiej jednak demokratyczna, bo odnosząca się do niemocy psychicznej i stresu, który dotyka wszystkich równościowo.

Historia hipochondrii pokazuje, jak wielką siłą jest nazwa choroby; w tym wypadku nieco anachroniczna. Współcześnie to jednocześnie cielesne i metaforyczne określenie bywa zastępowane neutralnym „lękiem o zdrowie”. I chociaż Crampton wie, że hipochondria ma moc stygmatyzującą (przez wdrukowane zwątpienie), to świadomie używa tego trącącego myszką słowa: „Tymczasem dla mnie jest znajome, bo pozwala nazwać żyjące we mnie strachy i emocje” (s. 17). Historyczny termin łączy ją z poprzednikami, przywołuje echo tradycji, ustanawia wspólnotę z innymi hipochondrykami, wręcz przynosi ulgę, bo pozwala myśleć, że to, co się jej przydarza, to „tylko” hipochondria. Podobne znaczenie mają dawne poglądy: „tamte koślawe teorie nadal są we mnie żywe. (…) Staromodne frazy – zamglony umysł, spazmy, nerwy, pomieszanie zmysłów – mają w sobie coś, co zgubiło się w dzisiejszej terminologii. Uznanie ludzkiego ciała w całej jego dziwności” (s. 137).

Są to ponadto podwaliny narracji Crampton i wspomnianej już pozycji, autorka pisze bowiem o sobie „staję się niewiarygodną narratorką własnego ciała” (s. 35). Jej głos jest mieszaniną strachu przed odsłonięciem i oceną, braku obiektywizmu, ale i rzetelności eseistki i badaczki, która czyta krytycznie i z dystansem. Napędza ją potrzeba stworzenia narracji, odkrycia prawidłowości, logiki, odsiania niewiadomych. Jednocześnie Crampton nie ukrywa, jak nieuchwytna jest istota hipochondrii i jak wiele kosztuje ją kształtowanie opowieści z głębi własnego ciała. Naprzemiennie zatem przedstawia własne doświadczenia i odczucia i odwołuje się do rożnych koncepcji literackich czy naukowych, np. medycyny narracyjnej Rity Charon, esejów Virginii Woolf, Susan Sontag i Anne Boyer. W tym wymiarze książka Crampton jest równie meandryczna jak sama hipochondria. Pisarka stawia pytania, ale – zgodnie z istotą hipochondrii – często nie udziela konkretnych odpowiedzi, bo historia choroby na to nie pozwala. Nie usuwa powtórzeń, kluczy, krąży od jednej zaskakującej odpowiedzi do innej, równie absurdalnej. Można odnieść wrażenie, że tkwimy wraz z nią w miejscu, bez rozwiązania i szans na wyleczenie; między mętną wiedzą a kolejnymi metaforami, które kumulują się w następującym obrazie: „Zastanawiam się, czy sam hipochondryk nie jest metaforą, skondensowanym splotem różnych wyobrażeń choroby ubitym w jedną postać. Tkwię wciśnięta pomiędzy warstwy znaczeń, niczym kwiatek między kartami książki, uwięziona w narracjach o mojej chorobie, które ktoś już wcześniej stworzył” (s. 189).

Trudno nie przyznać Crampton racji. Współczesne oblicze hipochondrii, mimo tylu nowoczesnych narzędzi diagnostycznych, wciąż pozostaje niejasne, ciemne. Tak autorka ostatecznie ocenia ujęcie hipochondrii w najnowszej wersji Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM-5). Jej choroba została przyporządkowana do dwóch odrębnych kategorii: „zaburzeń z objawami somatycznymi i zaburzeń z lękiem o stan zdrowia” (s. 16). Temu wydarzeniu z jednej strony towarzyszyła ekscytacja wynikająca z samego faktu wpisania czegoś tak nieuchwytnego jak hipochondria do podręcznika, z drugiej strony – pojawiło się rozczarowanie, bo, jak pisarka zaznaczyła, „mój przypadek nie pasuje w pełni do żadnego z dwóch zaburzeń” (s. 16). Znów zatem zmiana okazała się połowiczna, niewiele korygująca w dawnym obrazie. Crampton zwraca jednak uwagę na inny współczesny wymiar hipochondrii – otóż coraz częściej przyznaje się, że pojmowanie jej jako choroby wyłącznie umysłu nie jest wystarczające. Należy zatem przywrócić ciało, a umożliwiają to badania genetyczne czy coraz bardziej zaawansowane neuroobrazowanie.

Crampton nie patrzy w przyszłość z przesadnym optymizmem, ponieważ wie, że marzenie hipochondryka, by istniał prosty i skuteczny test na wszystko, jest utopią. Nadzieja tkwi może w zmieniających się sposobach leczenia (choć nie wyleczenia). Od myślenia magicznego, szukania pokrzepienia w najbardziej absurdalnych znakach, wierze w boski wpływ, przez mikstury szarlatanów (jak „wdychanie dymu z podpalonej mieszanki żywicy benzoesowej, dziegciu, soku z ruty zwyczajnej i sproszkowanej mumii” [s. 152]), aplikowanie trucizn, efekt placebo i nocebo (czyli mocy sugestii doświadczania negatywnych skutków przyjmowanych leków), po aferę z firmą biotechnologiczną Theranos (oferującą metodę badania krwi z małych próbek i „kuracje w czasie rzeczywistym”) – ta długa i kręta droga prowadzi do stosowania np. uznanej terapii poznawczo-behawioralnej, leków (zwłaszcza SSRI) czy rezonansu magnetycznego. Drugą stroną, już nie tak pozytywną, współczesnego pola diagnozowania i prób leczenia hipochondrii, jest rzecz jasna internet, przestrzeń wręcz wymarzona dla hipochondryków, która zrodziła ich specyficzne wersje określane jako „guglacze” czy „e-pacjenci” (s. 253) i właściwie doprowadziła do nowej odmiany, czyli cyberchondrii. W gruncie rzeczy jeśli ostatecznie porównamy zebrane przez Crampton obrazy z przeszłości z najnowszą definicją, to zauważymy, że korekty są wciąż niewielkie. Współczesne rozumienie hipochondrii opiera się na trzech kwestiach: „Czy cierpiąca na nią osoba naprawdę jest chora czy tylko się za taką uważa? Czy problem rzeczywiście dotyczy ciała czy może powstał w głowie? I czy terapia działa, bo prowadzi do zmian na poziomie komórkowym, czy dlatego, że pacjent wierzy w jej moc” (s. 51). Nawet najbardziej zaawansowane metody diagnostyczne i postęp technologiczny mogą co najwyżej podstawić w miejsce dawnego „ciała ze szkła” współczesną „przejrzystą szklaną figurę” (s. 239), ujawniającą część swoich tajemnic np. w maszynie do rezonansu, ale rzadko poprawiającą kondycję badanego.

Książka Crampton nie może skończyć się jak klasyczna autopatografia, czyli wyzdrowieniem lub śmiercią narratorki. Kiedy więc w finale opowieści Crampton przejmująco opisuje „coś, czego nikt nie widzi” (s. 222), to łatwo przewidzieć, że nie będzie żadnej odpowiedzi, diagnozy i wyjaśnienia. Ciało narratorki kolejny raz chytrze strzeże swoich tajemnic i zasila jej strachy. Ostatecznie musi ona zatem przyznać: „dziś wciąż jestem tym samym zalęknionym człowiekiem z obsesją na punkcie zdrowia, co w momencie, kiedy zaczynałam. (…) Kiedyś myślałam, że choroba i lęk są tylko dodatkiem do mojego życia, osobną sferą, w którą raz na jakiś czas mogę zanurkować (…). Dziś już wiem, że nie ma żadnego podziału: że to po prostu różne aspekty życia, które zostaną ze mną do końca” (s. 281, 282).

Na koniec jeszcze żartobliwe ostrzeżenie. Crampton przytacza historię jednego z bohaterów powieści „Trzech panów w łódce nie licząc psa”, który chcąc dowiedzieć się czegoś o konkretnej chorobie, sięgnął po leksykon medyczny. Porwany przez inne hasła stwierdził, że cierpi na każdą z wymienionych chorób. Lektura zmieniła tego zdrowego mężczyznę w „nędzny strzęp ludzki” (s. 243). Zastanawiam się, czy obsesyjna narracja „Ciała ze szkła” nie wpłynie podobnie na bardziej podatnych i przekonanych o własnej kruchości czytelników i czytelniczki.
Caroline Crampton: „Ciało ze szkła. Historia hipochondrii”. Przeł. Martyna Tomczak. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025.