Magdalena Piotrowska-Grot, Magdalena Lachman, Beata Śniecikowska,
'MOJE NAZWISKO NIC PANU NIE POWIE. TU ANTONI SŁONIMSKI'. PRO-ROK W TEATRZE POWSZECHNYM W ŁODZI
A
A
A
W grudniu 2024 roku dyrektorka Teatru Powszechnego w Łodzi, Ewa Pilawska, zaprosiła do współpracy nasz zespół – Magdalenę Lachman i Magdalenę Piotrowską-Grot z Uniwersytetu Łódzkiego oraz Beatą Śniecikowską z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk – do realizacji inicjatywy związanej z obchodami Roku Antoniego Słonimskiego.
Celem projektu jest przede wszystkim przypomnienie i przybliżenie poetyckiej, prozatorskiej i felietonistycznej działalności Słonimskiego – skamandryty, erudyty, autora zaskakującego i nierzadko zajadłego (np. w roli krytyka teatralnego i krytyka (nie)porządków społecznych).
Spotkania z twórczością Słonimskiego organizowane są w Teatrze Powszechnym raz w miesiącu (z wyłączeniem przerwy wakacyjnej). Para aktorska – Małgorzata Goździk i Jakub Kryształ – prezentuje wykrojony przez nas (każdorazowo po długich dysputach) materiał literacki, oddając głos samemu Słonimskiemu. Następnie odbywa się dyskusja koordynatorskiego trio z publicznością. Kolejne spotkania poświęcone są wybranym tematom, które unaoczniają złożoność oeuvre Słonimskiego i ukazują poszczególne etapy jego aktywności artystycznej.
„PRO-ROK SŁONIMSKIEGO”
W tym haśle wybrzmiewa nie tylko odniesienie do Roku Antoniego Słonimskiego, ustanowionego dekretem Sejmu RP w związku z 130. rocznicą urodzin pisarza, ale i agitacyjny entuzjazm, a poniekąd też przekornie zaakcentowany respekt wobec głosu autora, który w wierszu „Dokument epoki” z mocą nakazuje: „Proszę pamiętać, że ja byłem przeciw!” (Słonimski 1973: 71).
W nazwie podjętej inicjatywy przywoływany jest pseudonim twórcy, który w młodości sygnaturą „Pro-rok” podpisywał swoje rysunki, recenzje i utwory literackie, zwłaszcza te drukowane w pismach satyrycznych czy stanowiące dorobek rewiowo-rozrywkowy. Później (w tytule przedwojennego zbioru felietonów) dobitnie określił się mianem „heretyka na ambonie”, co zresztą do dziś jest jego nośną wizytówką (dzięki m.in. tak zaetykietowanej dwukrotnie już wydanej biografii napisanej przez Joannę Kuciel-Frydryszak). Jak widać, nawet jeśli miał potrzebę, by profetyczny rys unosił się nad jego dorobkiem, to przyprawiał go akcentem właściwej mu (auto)ironii.
Last, but not least, w szyldzie naszego przedsięwzięcia ważne jest także nawiązanie do silnej podmiotowości autora „Alarmu”. To „ego” Słonimskiego spaja wszystkie jego poczynania – nierzadko przewrotnie, jak w anegdocie przywołanej przez Józefa Hena, który pewnego dnia usłyszał w słuchawce telefonu głos mówiący: „Moje nazwisko nic panu nie powie. Tu Antoni Słonimski” (Hen 2016: 283). W projekcie realizowanym w Teatrze Powszechnym w Łodzi dokonania autora „Alfabetu wspomnień” poddajemy reaktywacjom i konfrontacjom właśnie po to, by szukać odpowiedzi na pytanie, co nam dziś mówi jego nazwisko.
Prezentowany w teatrze materiał ma bardzo różnorodny charakter, o czym lojalnie od początku uprzedzałyśmy: „Na kolejnych spotkaniach (…) wybrzmią te najbardziej znane, a także te mniej popularne dzieła pisarza – wiersze, recenzje i felietony, wspomnienia, szopki, utwory sceniczne i powieści. Będziemy wspólnie chichotać nad satyrami, pić kawę w Pikadorze i Ziemiańskiej oraz odwiedzać kabarety dwudziestolecia międzywojennego. Uronimy niejedną łzę w czasie sentymentalnej przechadzki po zniszczonej Warszawie. Przypomnimy także, dlaczego po śmierci pisarza zabroniono publikowania jego nekrologów i wspomnień. Odkryjemy, że cięte riposty Słonimskiego były ostrzejsze niż szpilki w kapeluszu, a gdyby pisarz żył w naszych czasach, zasłużyłby pewnie na miano króla stand-upu” (https://powszechny.pl/pl/teatr/spektakle/prorok-slonimskiego/).
„Liberał, pacyfista, antyklerykał, Żyd i mason…”. Różne oblicza Antoniego S.
Magdalena Piotrowska-Grot
Trudno o lepszą charakterystykę jednego z patronów roku 2025 niż ta, która pojawia się we wstępie biografii Antoniego Słonimskiego, napisanej przez Joannę Kuciel-Frydryszak: „Liberał, pacyfista, antyklerykał, Żyd i mason, wychowawca liberalnej inteligencji, ikona opozycji, guru różowego salonu… On sam lubił myśleć o sobie, że jest »heretykiem na ambonie«, pieniaczem, ale w słusznych sprawach. Przykrym w polemikach, jednak w życiu – optymistą, ulegającym licznym złudzeniom” (Kuciel-Frydryszak 2012: 9).
W trwającym już prawie jedenaście miesięcy projekcie „Pro-rok Słonimskiego” najważniejsze stało się dla mnie odkrywanie Antoniego Słonimskiego, jakiego wcześniej nie znałam. Najbliższy był mi okres skamandrycki – wczesne wiersze, szopki, anegdoty o kawiarnianym świecie literackim dwudziestolecia międzywojennego. Od lat znałam i czytywałam fragmenty rubryki „Książki najgorsze”, która stała się inspiracją dla Stanisława Barańczaka, a w której Słonimski tak bezlitośnie obnaża nieporadność prozatorską i poetycką niszowych twórców. Absolutnie uwielbiam zmysł konstrukcyjny (i językowy), który kryje się za antologią „W oparach absurdu”, czyli zbiorem miniatur humorystycznych z okresu dwudziestolecia, tekstów prasowych i broszur, które Słonimski pisał z Julianem Tuwimem. Wiedziałam też sporo o niezwykle ważnej działalności politycznej pisarza w okresie PRL, niezłomnie stojącego w opozycji wobec propagandy, domagającego się prawdy, walczącego o wolność słowa i prawo do nieskrępowanej działalności artystycznej. Projekt wymagał ode mnie jednak wnikliwej lektury także tych tekstów pisarza, które nie są szczególnie popularne, nie były przedrukowywane czy omawiane przez badaczy i badaczki, jak wspaniały poemat „Oko w oko” czy purnonsensowe utwory pisane wraz z Magdaleną Samozwaniec „Czy chcesz być dowcipny? Straszliwe opowieści »na wesoło«”.
Odkryciem były dla mnie także twórczość dramaturgiczna Słonimskiego, jego ogromne zaangażowanie w rozwój polskiej sztuki teatralnej, wrażliwość na to, żeby teatr – jako forma sztuki, ale także instytucja – nie poddał się ogólnym tendencjom polskich przemian kulturowych, aby pozostawał przestrzenią sztuki wolnej, a jednocześnie „wysokiej” i dopracowanej w każdym calu. Jak jednak zaznacza sam autor teatralnych recenzji i felietonów, „nigdy nie pretendował do obiektywizmu” i trzeba przyznać, czego zresztą także nie krył, że Słonimski bywał w tych tekstach snobistyczny, choć oczywiście potrafił to sprytnie zawoalować i zasłonić się erudycją przed ewentualnymi pomówieniami. Oto znakomity przykład: „W pięknej sali gmachu kolejarzy na Powiślu powstał teatr Ateneum. W zapowiedzi nowej placówki czytamy, iż kierownictwo zamierza pracować dla publiczności, która »dotychczas bardzo mało lub wcale do teatru nie uczęszczała«. Żywa sympatia, z jaką odnosimy się do tej imprezy, pozwala nam wysunąć parę ostrzeżeń. Premiera »Wandy« Norwida nie powinna być symptomatyczna dla poczynań nowej sceny. Już tak się dziwnie składa w Warszawie, że małe teatrzyki propagują tzw. niepopularny repertuar! Zegadłowicza grano na Pradze, Witkiewicza na Kaliksta, a Norwida na Powiślu. (…) Jest kwestią wątpliwą, czy w ogóle można dziś grać »Wandę«, z pewnością jednak nie w teatrze, który ma zdobyć nowych widzów, nie w teatrze robotniczym. Wolelibyśmy tam widzieć melodramat czy sztukę tendencyjną w rodzaju Shawa. Sztukę, która jest bliska życia, dotyka spraw zajmujących umysły, sztukę stawiającą jakieś zagadnienie, czy wreszcie obrazującą współczesne usiłowania i nowe piękno, bliższe nam od suchego estetyzmu, od szablonu i maniery celebrowania – jak to czyniono w »Wandzie«” (Słonimski, 1982: 132).
W czasie pogłębiania swojej wiedzy wielokrotnie musiałam więc zmierzyć się z tym, że się ze Słonimskim nie zgadzam, że dostrzegam w jego tekstach stronniczość, uwagi trącące poczuciem wyższości, ale także z tym, że jego poezja, poza wybranymi tekstami, jak „Czarna wiosna” czy „Alarm”, jest twórczością nieszczególnie udaną. Jako poeta bywał nieoryginalny, czego nie można powiedzieć o jego twórczości prozatorskiej czy prasowej. Słonimski zapisał się w historii polskiej kultury także jako recenzent i felietonista, należy dodać, że bardzo kontrowersyjny – niejednokrotnie celowo prowokował, hiperbolizując pewne zjawiska, decydując się na poetykę „zaczepno-krytykancką”, nie szczędząc ostrych, celnych słów politykom, redaktorom, pisarzom i pisarkom, a także całym grupom społecznym.
Wszystko to nie przesłania mi jednak ogromnego potencjału, wiedzy, zdolności dostrzegania najdrobniejszych detali i wnikliwego komentowania zjawisk artystycznych oraz społeczno-politycznych, a także wspaniałego, niepodrabialnego poczucia humoru – w tym zakresie Słonimski nie ma długiej listy konkurentów. To, co jednak w tych tekstach, moim zdaniem, najbardziej istotne, to wyłaniający się z nich obraz przemian, jakie przechodziła polska kultura przez prawie siedemdziesiąt lat XX wieku – Słonimski pozostał bowiem aktywny przez większość swojego życia. Niezwykle ważny jest w tym kontekście obraz relacji polsko-żydowskich, które wyłaniają się z felietonów i wspomnień pisarza – osoby pochodzenia żydowskiego, deklarującej jednak otwarcie polską tożsamość narodową, niejednokrotnie oskarżanej nawet o antysemityzm. Słonimski nie wypierał się pochodzenia i nie przykrywał go nigdy milczeniem, ale skoro krytykował wszystkich, zdarzało mu się także, niezwykle ostro, krytykować Żydów (warto zaznaczyć – na równi z „endekami”). Ostatecznie bowiem Słonimski obserwował, czytał, rozmawiał, podróżował i pisał, pisał o wszystkim i wszystkich, pozostawiwszy nam ogromny materiał, który wciąż bywa dziś aktualny i zmusza osoby czytające do, niejednokrotnie gorzkich, przemyśleń.
„Tu Antoni Słonimski”, czyli co nam dziś mówi to nazwisko
Magdalena Lachman
Po pierwsze, współczesny kontakt z dorobkiem Antoniego Słonimskiego rodzi przekonanie o nieprzebrzmiałości poruszanych przez niego spraw. Publiczne czytanie jego utworów, a potem rozmowa o nich z audytorium, które nie zawodzi frekwencyjnie, czyni dojmującym wrażenie, że ciągle tkwimy w horyzoncie podobnych czy wręcz tych samych problemów – społecznych, politycznych, komunikacyjnych, artystycznych. I wcale niekoniecznie wymagają one od nas poszukiwania diametralnie innych rozwiązań niż te proponowane przez autora „Kronik tygodniowych”. Jego celne werdykty, ostre jak brzytwa opinie, umiejętność napiętnowania nieprzyjaznej rzeczywistości i wywracania absurdu na nice przy zastosowaniu figury zwielokrotnienia, także żywioł humoru wydają się bardzo na miejscu i ciągle w cenie.
Po drugie, o żywotności postawy i kierunków myślenia Antoniego Słonimskiego świadczy i to, że nawet jeśli już nie może czegoś skomentować, i tak przydaje się jako diagnostyk indykatywny, punkt orientujący na horyzoncie, czyli drogowskaz do wykonywania operacji myślowych: co by on na to powiedział; jak on by to rozbroił; w czym zobaczyłby pułapkę; na co położyłby nacisk; jaki punkt ciężkości by temu nadał.
Po trzecie, nawet jeśli już o Antonim Słonimskim wiemy bardzo dużo, ciągle nie wszystko z jego dorobku jest w pełni przyswojone. Jego dokonania pobudzają jednak (dziś widać to bardzo wyraźnie) nie tyle wycinkowo i izolacyjnie, ile kompleksowo. W tym sensie nie ma potrzeby separować od siebie twórczości z wymiernymi efektami w postaci konkretnych dzieł od tej, której domeną były performatywne gesty osadzone w teatrze dnia codziennego, których też był niezrównanym fachmanem. Nie warto także oddzielać pozycji gatunkowo stricte literackich od tych, których żywiołem są doraźność, interwencja i przez to często też ulotność. Oprócz utworów lirycznych, powieści, sztuk teatralnych, Słonimski ma w swoim dorobku wiele tekstów publicystycznych, dziennikarskich, użytkowych. Wiersze, poematy, powieści, komedie, dramaty, skecze rewiowe, szopki polityczne, felietony, korespondencje, recenzje, zapiski dziennikowe, portrety, listy, odezwy występują w jego artystycznym portfolio na równych prawach i znaczą z taką samą intensywnością, bo nad wszystkim unosi się on sam jako porywające i sugestywne pisarskie „ja”.
Po czwarte, lekturowe potyczki z Antonim Słonimskim weryfikują go jako pełnokrwistego pisarza, dla którego ważny jest splot czytelnej intencji autorskiej, nośności komunikatu i jego oddziaływania na odbiorców. Największą siłą tego twórcy stanowi wypracowanie rozpoznawalnego idiomu, który wytrzymuje próbę czasu, nie tracąc nic z silnego wychylenia ku interakcji. Może dlatego teatr jest świetnym miejscem, by przypominać o scenicznej wirtuozerii Antoniego Słonimskiego, nie tylko jako autora sztuk czy recenzji z przedstawień, ale też wielu innych tekstów, które bez trudu przechodzą sprawdzian kontaktu z publicznością na żywo. Jego utwory i wypowiedzi to spektakle słowa, inscenizacje fraz, które wybrzmiewają, znaczą i działają. Są też przez niego samego nieustannie odgrywane i ogrywane – jak w przypadku formuły, z którą zwrócił się do Józefa Hena, też świetnie uoperacyjnionej na długo wcześniej w jednym z przedwojennych felietonów (z 1938 roku!):
„Szanowna publiczność z różnymi sprawami zwraca się do literatów. Jeśli literat figuruje w książce telefonicznej, narażony być musi na najdziwniejsze pytania i propozycje. Dzwonił kiedyś do mnie pewien jegomość z propozycją, żebym mu wymyślił nazwisko. (…) Ale dlaczego ja mam być tym doradcą i to tak od razu przez telefon? (…)
Osobną kategorię stanowią telefony anonimowe. Zaczyna się to od sakramentalnej formuły: »Nazwisko moje nic panu nie powie«. Nazwisko nie powie, ale facetka powie i to dużo. Jest to albo bratnia dusza, która pragnie czegoś, co jest zaprzeczeniem braterstwa, albo jest to żal o to, co napisałem, albo że czegoś nie napisałem. Próżno się tłumaczyć, bo taki, co dzwoni, nie jest przygotowany na rozmowę. Ma tylko jedną rzecz na wątrobie. Jest też pewna kategoria specjalna ludzi, którzy się założyli. Proszę pana, właśnie tu w pewnym towarzystwie spieramy się, czy się mówi »miała na sobie suknię« czy »nosiła suknię«. Nigdy nie wiadomo, czy ten, który pyta, jest rzecznikiem sprawy słusznej. Można się narwać. Odpowiadam: »Mówi się: „miała na sobie”«. Na to można usłyszeć: »Niech pana cholera ciśnie. Przegrałem zakład«.
Oczywiście, nie chcę tym, co tu piszę, obrażać wszystkich moich rozmówców. Są telefony miłe, zabawne i życzliwe. Ale to przeważnie, gdy ja do kogoś dzwonię” (Słonimski [2004]: 248–250).
Cały Pro-Rok Słonimskiego! Dobrze, że dzięki „torpedzie czasu” ciągle otwiera przed nami „okno bez krat” i zabiera nas w podróż „w beczce przez Niagarę”, by „oko w oko” toczyć „walki nad Bzdurą” i napiętnować „mętne łby”, pokazywać nam „dwa końce świata”, „załatwiać odmownie” „jedną stronę medalu”, a przy okazji propagować niezmiennie „ciekawość” i przede wszystkim kultywować z nami swoją „obecność”. To ogromnie ważne, że ciągle możemy podnosić słuchawkę, w której po drugiej stronie odzywa się jego pisarski głos.
***
„Pro-rok Słonimskiego” to kolejna tego typu inicjatywa Teatru Powszechnego w Łodzi, który w ten sposób nie tylko celebruje ważne postaci polskiej kultury, ale także popularyzuje twórczość – często zapomnianą, nieoczywistą, pozwalając publiczności dostrzec niecodzienny wymiar społecznego znaczenia teatru. Jak zaznacza dyrektorka teatru, Ewa Pilawska: „Zawsze staram się, aby Teatr Powszechny w Łodzi (poprzez premiery spektakli lub specjalne projekty cykliczne) przypominał ważne postaci – tak było w roku Zbigniewa Herberta, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Witolda Gombrowicza. W tym roku, Roku Antoniego Słonimskiego, podjęliśmy się próby przybliżenia sylwetki i twórczości niezwykłej postaci Słonimskiego. W przyszłych sezonach na pewno będziemy kontynuować cykliczne spotkania – skupione wokół innych ważnych bohaterów”.
LITERATURA:
Hen J.: „Posłowie do „Warszawy Antoniego Słonimskiego”. W: T.M. Lerski: „Warszawa Antoniego Słonimskiego. Portret miasta w zwierciadle literatury. W czterdziestolecie śmierci pisarza”. Warszawa 2016.
Kuciel-Frydryszak J.: „Słonimski. Heretyk na ambonie”. Warszawa 2012.
Słonimski A.: „138 wierszy”. Warszawa 1973.
Słonimski A.: „Gwałt na Melpomenie”. Warszawa 1982.
Słonimski A.: „Kroniki tygodniowe 1936-1939”. Warszawa b. r. w. [2004].
Grafika: https://polona.pl/item-view/c8e7e555-ac8d-491f-ae1b-e4cdbadcc737?page=0.
Celem projektu jest przede wszystkim przypomnienie i przybliżenie poetyckiej, prozatorskiej i felietonistycznej działalności Słonimskiego – skamandryty, erudyty, autora zaskakującego i nierzadko zajadłego (np. w roli krytyka teatralnego i krytyka (nie)porządków społecznych).
Spotkania z twórczością Słonimskiego organizowane są w Teatrze Powszechnym raz w miesiącu (z wyłączeniem przerwy wakacyjnej). Para aktorska – Małgorzata Goździk i Jakub Kryształ – prezentuje wykrojony przez nas (każdorazowo po długich dysputach) materiał literacki, oddając głos samemu Słonimskiemu. Następnie odbywa się dyskusja koordynatorskiego trio z publicznością. Kolejne spotkania poświęcone są wybranym tematom, które unaoczniają złożoność oeuvre Słonimskiego i ukazują poszczególne etapy jego aktywności artystycznej.
„PRO-ROK SŁONIMSKIEGO”
W tym haśle wybrzmiewa nie tylko odniesienie do Roku Antoniego Słonimskiego, ustanowionego dekretem Sejmu RP w związku z 130. rocznicą urodzin pisarza, ale i agitacyjny entuzjazm, a poniekąd też przekornie zaakcentowany respekt wobec głosu autora, który w wierszu „Dokument epoki” z mocą nakazuje: „Proszę pamiętać, że ja byłem przeciw!” (Słonimski 1973: 71).
W nazwie podjętej inicjatywy przywoływany jest pseudonim twórcy, który w młodości sygnaturą „Pro-rok” podpisywał swoje rysunki, recenzje i utwory literackie, zwłaszcza te drukowane w pismach satyrycznych czy stanowiące dorobek rewiowo-rozrywkowy. Później (w tytule przedwojennego zbioru felietonów) dobitnie określił się mianem „heretyka na ambonie”, co zresztą do dziś jest jego nośną wizytówką (dzięki m.in. tak zaetykietowanej dwukrotnie już wydanej biografii napisanej przez Joannę Kuciel-Frydryszak). Jak widać, nawet jeśli miał potrzebę, by profetyczny rys unosił się nad jego dorobkiem, to przyprawiał go akcentem właściwej mu (auto)ironii.
Last, but not least, w szyldzie naszego przedsięwzięcia ważne jest także nawiązanie do silnej podmiotowości autora „Alarmu”. To „ego” Słonimskiego spaja wszystkie jego poczynania – nierzadko przewrotnie, jak w anegdocie przywołanej przez Józefa Hena, który pewnego dnia usłyszał w słuchawce telefonu głos mówiący: „Moje nazwisko nic panu nie powie. Tu Antoni Słonimski” (Hen 2016: 283). W projekcie realizowanym w Teatrze Powszechnym w Łodzi dokonania autora „Alfabetu wspomnień” poddajemy reaktywacjom i konfrontacjom właśnie po to, by szukać odpowiedzi na pytanie, co nam dziś mówi jego nazwisko.
Prezentowany w teatrze materiał ma bardzo różnorodny charakter, o czym lojalnie od początku uprzedzałyśmy: „Na kolejnych spotkaniach (…) wybrzmią te najbardziej znane, a także te mniej popularne dzieła pisarza – wiersze, recenzje i felietony, wspomnienia, szopki, utwory sceniczne i powieści. Będziemy wspólnie chichotać nad satyrami, pić kawę w Pikadorze i Ziemiańskiej oraz odwiedzać kabarety dwudziestolecia międzywojennego. Uronimy niejedną łzę w czasie sentymentalnej przechadzki po zniszczonej Warszawie. Przypomnimy także, dlaczego po śmierci pisarza zabroniono publikowania jego nekrologów i wspomnień. Odkryjemy, że cięte riposty Słonimskiego były ostrzejsze niż szpilki w kapeluszu, a gdyby pisarz żył w naszych czasach, zasłużyłby pewnie na miano króla stand-upu” (https://powszechny.pl/pl/teatr/spektakle/prorok-slonimskiego/).
„Liberał, pacyfista, antyklerykał, Żyd i mason…”. Różne oblicza Antoniego S.
Magdalena Piotrowska-Grot
Trudno o lepszą charakterystykę jednego z patronów roku 2025 niż ta, która pojawia się we wstępie biografii Antoniego Słonimskiego, napisanej przez Joannę Kuciel-Frydryszak: „Liberał, pacyfista, antyklerykał, Żyd i mason, wychowawca liberalnej inteligencji, ikona opozycji, guru różowego salonu… On sam lubił myśleć o sobie, że jest »heretykiem na ambonie«, pieniaczem, ale w słusznych sprawach. Przykrym w polemikach, jednak w życiu – optymistą, ulegającym licznym złudzeniom” (Kuciel-Frydryszak 2012: 9).
W trwającym już prawie jedenaście miesięcy projekcie „Pro-rok Słonimskiego” najważniejsze stało się dla mnie odkrywanie Antoniego Słonimskiego, jakiego wcześniej nie znałam. Najbliższy był mi okres skamandrycki – wczesne wiersze, szopki, anegdoty o kawiarnianym świecie literackim dwudziestolecia międzywojennego. Od lat znałam i czytywałam fragmenty rubryki „Książki najgorsze”, która stała się inspiracją dla Stanisława Barańczaka, a w której Słonimski tak bezlitośnie obnaża nieporadność prozatorską i poetycką niszowych twórców. Absolutnie uwielbiam zmysł konstrukcyjny (i językowy), który kryje się za antologią „W oparach absurdu”, czyli zbiorem miniatur humorystycznych z okresu dwudziestolecia, tekstów prasowych i broszur, które Słonimski pisał z Julianem Tuwimem. Wiedziałam też sporo o niezwykle ważnej działalności politycznej pisarza w okresie PRL, niezłomnie stojącego w opozycji wobec propagandy, domagającego się prawdy, walczącego o wolność słowa i prawo do nieskrępowanej działalności artystycznej. Projekt wymagał ode mnie jednak wnikliwej lektury także tych tekstów pisarza, które nie są szczególnie popularne, nie były przedrukowywane czy omawiane przez badaczy i badaczki, jak wspaniały poemat „Oko w oko” czy purnonsensowe utwory pisane wraz z Magdaleną Samozwaniec „Czy chcesz być dowcipny? Straszliwe opowieści »na wesoło«”.
Odkryciem były dla mnie także twórczość dramaturgiczna Słonimskiego, jego ogromne zaangażowanie w rozwój polskiej sztuki teatralnej, wrażliwość na to, żeby teatr – jako forma sztuki, ale także instytucja – nie poddał się ogólnym tendencjom polskich przemian kulturowych, aby pozostawał przestrzenią sztuki wolnej, a jednocześnie „wysokiej” i dopracowanej w każdym calu. Jak jednak zaznacza sam autor teatralnych recenzji i felietonów, „nigdy nie pretendował do obiektywizmu” i trzeba przyznać, czego zresztą także nie krył, że Słonimski bywał w tych tekstach snobistyczny, choć oczywiście potrafił to sprytnie zawoalować i zasłonić się erudycją przed ewentualnymi pomówieniami. Oto znakomity przykład: „W pięknej sali gmachu kolejarzy na Powiślu powstał teatr Ateneum. W zapowiedzi nowej placówki czytamy, iż kierownictwo zamierza pracować dla publiczności, która »dotychczas bardzo mało lub wcale do teatru nie uczęszczała«. Żywa sympatia, z jaką odnosimy się do tej imprezy, pozwala nam wysunąć parę ostrzeżeń. Premiera »Wandy« Norwida nie powinna być symptomatyczna dla poczynań nowej sceny. Już tak się dziwnie składa w Warszawie, że małe teatrzyki propagują tzw. niepopularny repertuar! Zegadłowicza grano na Pradze, Witkiewicza na Kaliksta, a Norwida na Powiślu. (…) Jest kwestią wątpliwą, czy w ogóle można dziś grać »Wandę«, z pewnością jednak nie w teatrze, który ma zdobyć nowych widzów, nie w teatrze robotniczym. Wolelibyśmy tam widzieć melodramat czy sztukę tendencyjną w rodzaju Shawa. Sztukę, która jest bliska życia, dotyka spraw zajmujących umysły, sztukę stawiającą jakieś zagadnienie, czy wreszcie obrazującą współczesne usiłowania i nowe piękno, bliższe nam od suchego estetyzmu, od szablonu i maniery celebrowania – jak to czyniono w »Wandzie«” (Słonimski, 1982: 132).
W czasie pogłębiania swojej wiedzy wielokrotnie musiałam więc zmierzyć się z tym, że się ze Słonimskim nie zgadzam, że dostrzegam w jego tekstach stronniczość, uwagi trącące poczuciem wyższości, ale także z tym, że jego poezja, poza wybranymi tekstami, jak „Czarna wiosna” czy „Alarm”, jest twórczością nieszczególnie udaną. Jako poeta bywał nieoryginalny, czego nie można powiedzieć o jego twórczości prozatorskiej czy prasowej. Słonimski zapisał się w historii polskiej kultury także jako recenzent i felietonista, należy dodać, że bardzo kontrowersyjny – niejednokrotnie celowo prowokował, hiperbolizując pewne zjawiska, decydując się na poetykę „zaczepno-krytykancką”, nie szczędząc ostrych, celnych słów politykom, redaktorom, pisarzom i pisarkom, a także całym grupom społecznym.
Wszystko to nie przesłania mi jednak ogromnego potencjału, wiedzy, zdolności dostrzegania najdrobniejszych detali i wnikliwego komentowania zjawisk artystycznych oraz społeczno-politycznych, a także wspaniałego, niepodrabialnego poczucia humoru – w tym zakresie Słonimski nie ma długiej listy konkurentów. To, co jednak w tych tekstach, moim zdaniem, najbardziej istotne, to wyłaniający się z nich obraz przemian, jakie przechodziła polska kultura przez prawie siedemdziesiąt lat XX wieku – Słonimski pozostał bowiem aktywny przez większość swojego życia. Niezwykle ważny jest w tym kontekście obraz relacji polsko-żydowskich, które wyłaniają się z felietonów i wspomnień pisarza – osoby pochodzenia żydowskiego, deklarującej jednak otwarcie polską tożsamość narodową, niejednokrotnie oskarżanej nawet o antysemityzm. Słonimski nie wypierał się pochodzenia i nie przykrywał go nigdy milczeniem, ale skoro krytykował wszystkich, zdarzało mu się także, niezwykle ostro, krytykować Żydów (warto zaznaczyć – na równi z „endekami”). Ostatecznie bowiem Słonimski obserwował, czytał, rozmawiał, podróżował i pisał, pisał o wszystkim i wszystkich, pozostawiwszy nam ogromny materiał, który wciąż bywa dziś aktualny i zmusza osoby czytające do, niejednokrotnie gorzkich, przemyśleń.
„Tu Antoni Słonimski”, czyli co nam dziś mówi to nazwisko
Magdalena Lachman
Po pierwsze, współczesny kontakt z dorobkiem Antoniego Słonimskiego rodzi przekonanie o nieprzebrzmiałości poruszanych przez niego spraw. Publiczne czytanie jego utworów, a potem rozmowa o nich z audytorium, które nie zawodzi frekwencyjnie, czyni dojmującym wrażenie, że ciągle tkwimy w horyzoncie podobnych czy wręcz tych samych problemów – społecznych, politycznych, komunikacyjnych, artystycznych. I wcale niekoniecznie wymagają one od nas poszukiwania diametralnie innych rozwiązań niż te proponowane przez autora „Kronik tygodniowych”. Jego celne werdykty, ostre jak brzytwa opinie, umiejętność napiętnowania nieprzyjaznej rzeczywistości i wywracania absurdu na nice przy zastosowaniu figury zwielokrotnienia, także żywioł humoru wydają się bardzo na miejscu i ciągle w cenie.
Po drugie, o żywotności postawy i kierunków myślenia Antoniego Słonimskiego świadczy i to, że nawet jeśli już nie może czegoś skomentować, i tak przydaje się jako diagnostyk indykatywny, punkt orientujący na horyzoncie, czyli drogowskaz do wykonywania operacji myślowych: co by on na to powiedział; jak on by to rozbroił; w czym zobaczyłby pułapkę; na co położyłby nacisk; jaki punkt ciężkości by temu nadał.
Po trzecie, nawet jeśli już o Antonim Słonimskim wiemy bardzo dużo, ciągle nie wszystko z jego dorobku jest w pełni przyswojone. Jego dokonania pobudzają jednak (dziś widać to bardzo wyraźnie) nie tyle wycinkowo i izolacyjnie, ile kompleksowo. W tym sensie nie ma potrzeby separować od siebie twórczości z wymiernymi efektami w postaci konkretnych dzieł od tej, której domeną były performatywne gesty osadzone w teatrze dnia codziennego, których też był niezrównanym fachmanem. Nie warto także oddzielać pozycji gatunkowo stricte literackich od tych, których żywiołem są doraźność, interwencja i przez to często też ulotność. Oprócz utworów lirycznych, powieści, sztuk teatralnych, Słonimski ma w swoim dorobku wiele tekstów publicystycznych, dziennikarskich, użytkowych. Wiersze, poematy, powieści, komedie, dramaty, skecze rewiowe, szopki polityczne, felietony, korespondencje, recenzje, zapiski dziennikowe, portrety, listy, odezwy występują w jego artystycznym portfolio na równych prawach i znaczą z taką samą intensywnością, bo nad wszystkim unosi się on sam jako porywające i sugestywne pisarskie „ja”.
Po czwarte, lekturowe potyczki z Antonim Słonimskim weryfikują go jako pełnokrwistego pisarza, dla którego ważny jest splot czytelnej intencji autorskiej, nośności komunikatu i jego oddziaływania na odbiorców. Największą siłą tego twórcy stanowi wypracowanie rozpoznawalnego idiomu, który wytrzymuje próbę czasu, nie tracąc nic z silnego wychylenia ku interakcji. Może dlatego teatr jest świetnym miejscem, by przypominać o scenicznej wirtuozerii Antoniego Słonimskiego, nie tylko jako autora sztuk czy recenzji z przedstawień, ale też wielu innych tekstów, które bez trudu przechodzą sprawdzian kontaktu z publicznością na żywo. Jego utwory i wypowiedzi to spektakle słowa, inscenizacje fraz, które wybrzmiewają, znaczą i działają. Są też przez niego samego nieustannie odgrywane i ogrywane – jak w przypadku formuły, z którą zwrócił się do Józefa Hena, też świetnie uoperacyjnionej na długo wcześniej w jednym z przedwojennych felietonów (z 1938 roku!):
„Szanowna publiczność z różnymi sprawami zwraca się do literatów. Jeśli literat figuruje w książce telefonicznej, narażony być musi na najdziwniejsze pytania i propozycje. Dzwonił kiedyś do mnie pewien jegomość z propozycją, żebym mu wymyślił nazwisko. (…) Ale dlaczego ja mam być tym doradcą i to tak od razu przez telefon? (…)
Osobną kategorię stanowią telefony anonimowe. Zaczyna się to od sakramentalnej formuły: »Nazwisko moje nic panu nie powie«. Nazwisko nie powie, ale facetka powie i to dużo. Jest to albo bratnia dusza, która pragnie czegoś, co jest zaprzeczeniem braterstwa, albo jest to żal o to, co napisałem, albo że czegoś nie napisałem. Próżno się tłumaczyć, bo taki, co dzwoni, nie jest przygotowany na rozmowę. Ma tylko jedną rzecz na wątrobie. Jest też pewna kategoria specjalna ludzi, którzy się założyli. Proszę pana, właśnie tu w pewnym towarzystwie spieramy się, czy się mówi »miała na sobie suknię« czy »nosiła suknię«. Nigdy nie wiadomo, czy ten, który pyta, jest rzecznikiem sprawy słusznej. Można się narwać. Odpowiadam: »Mówi się: „miała na sobie”«. Na to można usłyszeć: »Niech pana cholera ciśnie. Przegrałem zakład«.
Oczywiście, nie chcę tym, co tu piszę, obrażać wszystkich moich rozmówców. Są telefony miłe, zabawne i życzliwe. Ale to przeważnie, gdy ja do kogoś dzwonię” (Słonimski [2004]: 248–250).
Cały Pro-Rok Słonimskiego! Dobrze, że dzięki „torpedzie czasu” ciągle otwiera przed nami „okno bez krat” i zabiera nas w podróż „w beczce przez Niagarę”, by „oko w oko” toczyć „walki nad Bzdurą” i napiętnować „mętne łby”, pokazywać nam „dwa końce świata”, „załatwiać odmownie” „jedną stronę medalu”, a przy okazji propagować niezmiennie „ciekawość” i przede wszystkim kultywować z nami swoją „obecność”. To ogromnie ważne, że ciągle możemy podnosić słuchawkę, w której po drugiej stronie odzywa się jego pisarski głos.
***
„Pro-rok Słonimskiego” to kolejna tego typu inicjatywa Teatru Powszechnego w Łodzi, który w ten sposób nie tylko celebruje ważne postaci polskiej kultury, ale także popularyzuje twórczość – często zapomnianą, nieoczywistą, pozwalając publiczności dostrzec niecodzienny wymiar społecznego znaczenia teatru. Jak zaznacza dyrektorka teatru, Ewa Pilawska: „Zawsze staram się, aby Teatr Powszechny w Łodzi (poprzez premiery spektakli lub specjalne projekty cykliczne) przypominał ważne postaci – tak było w roku Zbigniewa Herberta, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Witolda Gombrowicza. W tym roku, Roku Antoniego Słonimskiego, podjęliśmy się próby przybliżenia sylwetki i twórczości niezwykłej postaci Słonimskiego. W przyszłych sezonach na pewno będziemy kontynuować cykliczne spotkania – skupione wokół innych ważnych bohaterów”.
LITERATURA:
Hen J.: „Posłowie do „Warszawy Antoniego Słonimskiego”. W: T.M. Lerski: „Warszawa Antoniego Słonimskiego. Portret miasta w zwierciadle literatury. W czterdziestolecie śmierci pisarza”. Warszawa 2016.
Kuciel-Frydryszak J.: „Słonimski. Heretyk na ambonie”. Warszawa 2012.
Słonimski A.: „138 wierszy”. Warszawa 1973.
Słonimski A.: „Gwałt na Melpomenie”. Warszawa 1982.
Słonimski A.: „Kroniki tygodniowe 1936-1939”. Warszawa b. r. w. [2004].
Grafika: https://polona.pl/item-view/c8e7e555-ac8d-491f-ae1b-e4cdbadcc737?page=0.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

