ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (526) / 2025

Anna Strzałkowska (Szumiec),

(ANTY)BOHATER PILNIE POSZUKIWANY! (ŁUKASZ STANISZEWSKI: 'PIEŚNI ŁACIATYCH KRÓW')

A A A
„Jest tylko jedna Warmia na świecie. Las wpada tu gwałtem do rzeki, a ta wije się przed nim i nie pozwala się poskromić. Latem jeziora są płaskimi słońcami, zimą – pokrywą z ołowiu. Powietrze jest tutaj rześkie i wysusza łzy. Istnieją ziemie, lasy i wody równie cudowne, ale Bóg musiał mieć do Warmii wyjątkową słabość, skoro przemienił się w tę krainę (s. 10)”.

Jakiś czas temu na Facebookowej stronie Wydawnictwa Znak wyświetlił mi się post zawierający cytat Łukasz Staniszewskiego promujący jego najnowszą książkę „Pieśni łaciatych krów”: „Jeśli sięgniesz po »Krowy...«, mam nadzieję, że coś Cię w tej historii zatrzyma. Może język, może Bernard Witten, może Warmia, a może jakiś obraz. Ale jeśli zostanie z Tobą choćby jeden akapit – to znaczy, że było warto”. A zatem już na wstępie chcę powiedzieć: było warto, a echa lektury ciągle we mnie rezonują, i to bynajmniej nie w wymiarze jednej sceny.

Powieść przedstawia historię warmińskiej wsi o nader znaczącej nazwie Skowycze, przypominającej Macondo znane z prozy Gabriela Garcíi Márqueza (odniesienia do „Stu lat samotności” pojawiają się zresztą w omówieniach książki, między innymi w recenzji Kuby Paczuli. Życie mieszkańców tej niezwykłej krainy, Warmii mityzowanej, „wieży Babel” (korzystając z określenia Aleksandry Pakieły: Pakieła 2025), a więc praktykujących katolików odwiedzających Babę, zapijających smutki w karczmie ojców, biedujących matek i dzieci, ludzi „kotów”, „sów”, „świń”, „myszy”, „koni”, Katarzynek i Marcinów, zostaje zakłócone przez apokaliptyczną suszę. Warmiacy szukają ratunku, zbierając gorączkowo każdy okruch nadziei. Jednak, jak to zwykle w opowieściach bywa, ową nadzieją okazuje się najbardziej antybohaterska z antybohaterskich postaci. Protagonistą jest Bernard Witten w niczym nie przypominający szlachetnego wybawcy (choć imię nosi zgoła heroiczne). To jednak on zostaje wyznaczony do podjęcia decyzji, od których zależy los mieszkańców.

Wydaje się, że to właśnie wyrazistość literackich kreacji nadaje powieści Staniszewskiego szczególnego smaku. Jak czytamy, Bernard Witten „przypomina żabę, bo to wiecznie naburmuszony mężczyzna, któremu żal otwierać usta. Zardzewiały w swym milczeniu, odzywa się jedynie po to, żeby wydać polecenie lub zażądać czegoś do jedzenia. Trudno o mniej sympatycznego człowieka w Skowyczach, ale nikt nie ma odwagi mu tego wypomnieć. Może dlatego, że Bernard Witten jest bogaty. Stać go na wynajęcie ludzi, którzy mówią w jego imieniu. I na takich, którzy przez cały dzień pracują z nim w oborze. Potrafią też jednym uderzeniem pięści wybić przednie zęby. Z tego powodu Witten budzi szacunek, a o jego względy zabiega się z nabożnym strachem (s. 11-12)”. Powiedzieć, że nie przepada za towarzystwem sąsiadek i sąsiadów, to nic nie powiedzieć – mężczyzna z trudem znosi nawet obecność własnej żony, Anny. Owo odosobnienie dotyczy tak strefy psychicznej, jak cielesnej, bowiem Witten unika jak tylko może również i małżeńskich zbliżeń. Oddziela się oficjalnie od swoich emocji, wszelkie rozważania, przemyślenia i refleksje traktując jako fanaberię („– Kurwa jego mać, przyszedłem tu, żeby się wyleczyć. Nie będę o niczym myślał, bo nie zajmuję się marzycielstwem, tylko krowami. Uczuć, o których pan mówi, nigdy nie miałem i mieć nie zamierzam. Proszę się ode mnie odpieprzyć i do głupot nie namawiać!”, s. 163). Gołym okiem widać jednak, że Wittenem targają emocje – Anna wprost mówi choćby o kipiącej z mężczyzny złości.

Dobrze czuje się jedynie wśród swoich krów, niemych świadkiń zdarzeń, spowiedniczek win i żalów, co nie oznacza, że traktuje je zawsze z należytym szacunkiem. Opisy przebywania ze zwierzętami to jednak nieliczne w zasadzie fragmenty, w których czytelniczki i czytelnicy dostrzec mogą zalążki Wittenowskiej empatii (za którą przyjdzie mu jednak zapłacić). Mężczyzna, który w stosunku do ludzi nie waha się podjąć okrutnych praktyk, wobec krów, przeznaczonych skądinąd na cele rzeźne i gospodarskie, zachowuje większą uważność, troszcząc się o ich dobrostan i nie żałując paszy czy wody, również w szczególnie trudnym dla mieszkańców wsi okresie głodu i suszy. Co więcej, przebywanie w oborze traktuje jako osobisty rytuał o niemalże sakralnym charakterze. Relacja ta znajduje swoje odbicie także w kontaktach międzyludzkich, także tych przemocowych, a odniesienia do zwierzęcej metaforyki wydają się najlepiej oddawać jego postrzeganie rzeczywistości: „Oszołomiona Mirka nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Starała się osłonić delikatne części ciała, ale wtedy uderzył ją w plecy. Nie potrzebował pręta, mógł zmiażdżyć niebożę gołymi rękami. Położył dłoń na jej twarzy. Spod jego palców wyzierało zaczerwienione oko z wielką czarną źrenicą bez dna. Widok takiego przerażenia niezmiernie go zaciekawił. Tak zachowywały się krowy, gdy się domyśliły, że idą na rzeź. Ale tu zobaczył coś jeszcze, coś bardziej ludzkiego, i to coś musiało mu być kiedyś bliskie (s. 165)”.

Wykorzystanie elementów swojskiego realizmu magicznego jest z całą pewnością jednym z bardziej interesujących zabiegów kształtujących powieść Staniszewskiego. Lekturowe podążanie za zasadami współistnienia płaszczyzn – w tym krajobrazu niewiele mającego wspólnego ze „wsią szczęśliwą, wsią wesołą”, zbioru lokalnych wierzeń, a nawet nieśmiałych prób analizy medyczno-psychologicznych – to szczególnie zajmująca czytelniczo aktywność, choć przyznam, że momentami gęstość powieści potrafi nieco przytłoczyć. Czytelniczki i czytelnicy otrzymują jednak książkę „charakterną”, zapadającą w pamięć, tak apokaliptyczną, jak zabawną, momentami przerażająco rzeczywistą, ale i ocierającą się o surrealistyczną groteskę, przepełnioną przemocą, ale i erotyzmem.

„Pieśni łaciatych krów” to powieść o bardzo ciekawym potencjale interpretacyjnym. Śledzenie złożoności świata przedstawionego oraz niejednoznacznych kreacji postaci z pewnością prowokują do namysłu, tak pod kątem metodologicznym (na przykład ekokrytycznym lub feministycznym), jak filozoficznym czy etycznym. Synestetyczna i plastyczna narracja Staniszewskiego jest zjawiskiem nietuzinkowym, a samo czytelnicze poruszanie się w konglomeracie znaczeń i symboli okazuje się wyzwaniem, które warto podjąć.

LITERATURA:

Paczula K.: „Pieśni łaciatych krów” – mała wioska, wielka apokalipsa. Dostęp: https://writerat.pl/piesni-laciatych-krow-mala-wioska-wielka-apokalipsa/

Pakieła A.: „Pieśni łaciatych krów” Łukasza Staniszewskiego. Magiczna przypowieść o katastrofie klimatycznej. Vogue, 29.08.2025. Dostęp: https://www.vogue.pl/a/piesni-laciatych-krow-lukasz-staniszewski-recenzja

[post na stronie Facebookowej Wydawnictwa Znak] https://www.facebook.com/WydawnictwoZnak/posts/-pie%C5%9Bni-%C5%82aciatych-kr%C3%B3w-od-niedawna-goszcz%C4%85-na-ksi%C4%99garskich-p%C3%B3%C5%82kach-a-wiemy-%C5%BCe-ju/1246664430840120/
Łukasz Staniszewski: „Pieśni łaciatych krów”. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Kraków 2025 [seria: PROZA PL].