ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (526) / 2025

Katarzyna Szkaradnik,

DLACZEGO PO SIEDMIU LATACH PONOWNIE WSIADŁAM DO TONĄCEJ ŁODZI ('ONCE', REŻ. WOJCIECH KĘPCZYŃSKI)

A A A
One of the sweetest, painful and real movies ever”
(jeden z 6600 komentarzy pod oficjalnym wideo
z piosenką „Falling Slowly” w serwisie YouTube)
Musical jest gatunkiem, który swoją siłę oddziaływania czerpie z emocji, chyba więc na palcach można by policzyć dzieła tego typu pozbawione wątku romantycznego. Kontrapunktem dla jego koturnowości i melodramatyzmu rodem choćby z „Aidy”, „Miss Saigon” czy „Roméo et Juliette” są realizacje tematu miłosnego w klimacie lekkiej komedii (np. „Mamma Mia”) lub wręcz o potencjale transgresyjnym („Six”). Czy poza ową triadą: tragedia i trupy versus „żyli długo i szczęśliwie” versus wywrotowość, istnieje w obrębie gatunku przestrzeń, gdzie po prostu toczy się pełne niuansów życie? Na tak sformułowane pytanie automatycznie nasuwa mi się odpowiedź: „Once”, czyli jedna z najbardziej bezpretensjonalnych i szczerych musicalowych fabuł zogniskowanych wokół zakochania.

O jej wyjątkowym charakterze przesądza kilka czynników. Po pierwsze, zwyczajność postaci protagonistów (bezimiennych everymanów) oraz ich losu (brak perypetii i dramatycznych zwrotów akcji – co nie znaczy: brak dramaturgii emocjonalnej). Życie jest wszak niezaprzeczalnie bardziej skomplikowane i na ogół mniej widowiskowe niż happy endy. Niby nic szczególnego się nie dzieje, aż ni stąd, ni zowąd następuje zawęźlenie, w którym dokonuje się wszystko – a później nici rozplatają się i snują dalej… Po drugie, subtelność uczuć, zasadniczo sygnalizowanych poprzez poetyckie piosenki, na dodatek w zawoalowany sposób. Po trzecie, realistycznie oddany dylemat między romantyzmem a pragmatyzmem. „Once” nie traktuje ani o miłości fatalnej, ani o spełnionej, lecz raczej – jak to celnie ujęła Agnieszka Serlikowska (2020: 208) – „o dojrzałym jej odrzuceniu”. Libretto przenika atmosfera melancholii, poczucie, że coś nam (każdemu z widzów, nie tylko bohaterom) zawsze się wymyka. Może właśnie po to wracamy do takich fabuł, by przelotnie dotknąć tego czegoś w momencie, gdy zdaje się krystalizować i mieć szansę na ziszczenie?

Użyłam już dwukrotnie słowa „fabuła”, ponieważ pierwotną wersją był film muzyczny w reżyserii Johna Carneya z 2007 roku, który stał się swego rodzaju fenomenem. Sama jego historia brzmi iście filmowo, niczym motyw from zero to hero. Niskobudżetowa, skromna realizatorsko, w dużej mierze improwizowana produkcja prędzej groziła klapą, niż zapowiadała się na hit, niespodziewanie jednak zdobyła powodzenie i uznanie. Ich przypieczętowaniem okazał się Oscar w kategorii „najlepsza piosenka oryginalna” dla „Falling Slowly”, co pociągnęło za sobą sukces medialno-komercyjny utworu, który wcześniej pod szyldem grupy The Frames właściwie przeszedł bez echa. „Wcześniej”, bo w parę głównych bohaterów wcielili się muzycy: Glen Hansard ze wspomnianego wyżej irlandzkiego zespołu oraz czeska pianistka Markéta Irglová, współautorzy piosenek do „Once”. Zresztą wątek tych dwojga może poniekąd wpływać na odbiór filmu. Powiedziałabym żartobliwie, że zanadto wczuli się oni w role – nie tylko założyli potem zespół The Swell Season, lecz także zostali duetem pozamuzycznie, czemu sensacyjnego posmaku dodawały młody wiek Irglovej i znaczna różnica wieku między nimi. Cóż, niekiedy paradoksalnie życie pisze „musicalowe” scenariusze.

Po triumfie na srebrnym ekranie łatwo było przewidzieć, że „Once” w niedługim czasie zostanie przeniesione na deski teatralne. Nastąpiło to w 2011 roku, a broadwayowski spektakl z 2012 roku, z librettem Endy Walsha oraz Steve’em Kazeem i Cristin Milioti w rolach głównych, zgarnął osiem nagród Tony. W wersji scenicznej pojawiły się elementy humorystyczne, przede wszystkim zaś rozbudowano wątki bohaterów drugoplanowych, którym jeszcze się tu przyjrzę, gdyż wprowadzają niebagatelny kontekst społeczno-kulturowy. Postacie te, będące zarazem członkami zespołu konstruowanego przez Faceta i Dziewczynę, stają się w musicalu przedmiotem zainteresowania podobnie jak protagoniści. Albo raczej: zyskują podmiotowość, dostają swoje pięć minut i piosenki, które nie tylko pełnią funkcję przerywników, lecz także pogłębiają charakterystykę ich psychiki oraz ich relacji z innymi. W rezultacie inscenizacja – dłuższa niż film, acz równie kameralna – odmiennie rozkłada akcenty. Chociaż więc Facet i Dziewczyna zawsze będą mieli dla mnie twarze Hansarda i Irglovej i chociaż niektóre sceny bardziej do mnie przemawiają w wersji kinowej, to stojąc przed alternatywą „albo-albo”, wybrałabym spektakl.

Niniejszy tekst przypomina typową recenzję, mimo że być nią nie powinien, jeśli przez owo pojęcie rozumiemy omówienie i ocenę dzieła czy utworu (stosunkowo) niedawno ogłoszonego publicznie. Tymczasem polska prapremiera przedstawienia w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego w Teatrze Muzycznym „Roma” odbyła się… 12 maja 2018 roku. Widziałam tam „Once” na Novej Scenie półtora miesiąca później, wtedy jednak nie dzieliłam się wrażeniami „urbi et orbi”, bo uważałam musicale za swój bastion bezinteresownej rozrywki – wszak inaczej doświadcza się sztuki, pozwalając sobie na pełną immersję (czemu forma tego gatunku z definicji sprzyja), a inaczej, gdy patrzy się na nią badawczo pod rozmaitymi kątami. Powtórnie obejrzałam w „Romie” historię Dziewczyny i Faceta po… siedmiu latach. Owszem, sporo miłośników musicali – zwłaszcza ci z miast, gdzie jest teatr muzyczny – kilkakrotnie ogląda tę samą inscenizację danego tytułu nawet w krótkich odstępach czasu, choćby dla porównania różnych obsad. Nie mam takiego przywileju, stąd uzasadnione byłoby pytanie, dlaczego właśnie na „Once” wybrałam się ponownie. Ten szkic powinien na nie odpowiedzieć. Notabene, chyba nie ja jedna zdecydowałam się na taki krok, skoro przedstawienie dotąd nie zeszło na dobre z afisza i w repertuarze Novej Sceny stale pojawiają się kolejne sety spektakli (akurat gdy piszę niniejsze słowa na początku listopada 2025 roku, teatr oznajmił, że zagrano ich już trzysta).

Ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale o dziwo, można wejść drugi raz – robię tu aluzję do frazy z oscarowej piosenki – do tonącej łodzi. Mile mnie zaskoczyło, że większość członków obsady widzianych 30 czerwca 2018 roku nadal występuje w musicalu. Mianowicie 18 czerwca 2025 roku znów zobaczyłam Aleksandrę Świdzińską jako Rezę, Pawła Izdebskiego jako Eamona (pamiętam, że debiutował w tej roli właśnie w dniu mojej poprzedniej wizyty na „Once”), Marcina Murawskiego jako MC, Michała Chwałę jako Sveca, Artura Gierczaka jako bankowca, Jacka Wąsowskiego jako ojca Faceta oraz Kamilę Szalińską-Bałwas jako jego „eks” (a ponadto pierwszy raz Martynę Chojnacką jako Baruskę, Wojciecha Dmochowskiego jako Billy’ego, Patryka Robozińskiego jako Andreja i Helenkę Chrzanowską jako małą Ivonkę). Zapewne ważnym powodem niezmienności grona wykonawców jest trudność w doborze ekipy o tak wszechstronnych kompetencjach, jakich wymaga spektakl: do aktorstwa, śpiewu i tańca dochodzi tu profesjonalna gra na instrumentach, toteż – wyrokuje Daniel Wyszogrodzki (2018: 398) – „obsadzenie musicalu »Once« graniczy z cudem”. Inaczej niż w filmie, w inscenizacji cały zespół znajduje się przed oczami widza, prezentując muzykę na żywo, co może nie przydaje realizmu przedstawieniu, ale zbliża odbiorców do postaci. Zresztą wersja ta rozpoczyna się strojeniem instrumentów i folkowym utworem na gitarach, skrzypcach, akordeonie, wiolonczeli i mandolinie – „The North Strand”, w którym pobrzmiewa już motyw „Falling Slowly”. Istny popis zaś, także taneczny i nieledwie ekwilibrystyczny (z przerzucaniem komponentów dekoracji włącznie), daje ansambl w ludowej piosence „Ej, padá, padá rosička”, kojarzącej się z muzyką góralską i wykonywanej częściowo po czesku, z towarzyszeniem tamburynu, w mieszkaniu Dziewczyny. O ile bowiem w filmie Facet montuje zespół ad hoc z napotkanych na ulicy grajków – takich jak on sam – o tyle w spektaklu tworzą go przede wszystkim jej współlokatorzy, dzielący z nią imigranckie dole i niedole. Również scena, acz mała i bez imponujących dekoracji, pełni różnorodne funkcje: staje się irlandzkim pubem, ulicą, warsztatem naprawiacza odkurzaczy, sklepem muzycznym, studiem nagraniowym, bankiem…

Właściwie w ciągu siedmiu lat rotacja w obsadzie dotyczyła głównie (poza, co zrozumiałe, dzieckiem) osób wcielających się w protagonistów; 30 czerwca 2018 roku wystąpili Masza Wągrocka i Adam Krylik. Chociaż Irglová i Hansard, tak prawdziwi w swoich rolach, byli naturszczykami, to pamiętam, że Krylik – świetny muzyk, wokalista i aktor dubbingowy – nie przekonał mnie do siebie jako Facet: w moim odbiorze jedynie grał tę postać, nie potrafiłam go z nią utożsamić. Mariusz Totoszko, którego widziałam na Novej Scenie za drugim razem i który też długo współpracuje z „Romą”, wypadł znacznie wiarygodniej aktorsko, aczkolwiek on także jest przede wszystkim muzykiem, szerzej znanym z programu „Idol” i jako wokalista grupy Volver. Już w pierwszym solowym utworze „Leave” („Idź”) Facet („nazwany” tak wyłącznie na potrzeby opisów filmu czy musicalu) dramatycznie śpiewa o rozstaniu z partnerką i o rozczarowaniu związkiem, lub raczej: życiem w ogóle – stanie wywołującym u niego desperację i zamiar porzucenia muzyki. O ile w obrazie kinowym zawarto scenę, w której bohater ogląda wideo z migawkami ze wspólnych chwil z byłą dziewczyną, o tyle w musicalu pozostaje ona postacią bardziej abstrakcyjną i niewygasła miłość zdaje się w mniejszym stopniu wpływać na wybory Faceta. Niejednoznaczność uczuć w dużej mierze odpowiada za wrażenie autentyzmu: nie wiadomo wszak, czy „Sleeping” („We śnie”) z frazą „jak mam teraz dalej żyć bez ciebie?” jest utworem adresowanym do zdradzieckiej partnerki czy do świeżo poznanej młodej imigrantki.

W obu wersjach „Once” ciężar psychologiczny zasadza się na rozdarciu mężczyzny między przeszłością (eksdziewczyną), teraźniejszością (Dziewczyną) a przyszłością (marzenie o rozpoczęciu kariery muzycznej w Londynie lub Nowym Jorku). Musi on rozstrzygnąć, co osiągnąć pragnie, a co może oraz jakim kosztem; musi przemóc niezdecydowanie i – niczym bohater każdej klasycznej fabuły – dojrzeć. W scenicznej odsłonie Facet (przynajmniej w wykonaniu Totoszki) ma więcej ikry i wykazuje więcej inicjatywy niż w filmowej; z drugiej strony natomiast jest bardziej zrezygnowany, skrywa myśli samobójcze, co dodaje musicalowi powagi, a protagoniście – rys tragiczny. Przy czym jako mniej tragiczne jawi się rozważanie zadania sobie śmierci z powodu złamanego serca niż to, że bohaterowi przestaje zależeć na muzyce – tej miłości, która go nigdy nie porzuci.

Jego uczucia w mig odgaduje krążąca po ulicy sprzedawczyni kwiatów i nieoczekiwanie wciąga Faceta ponownie w wir życia: „Pięć minut temu chciałeś się zabić, a teraz naprawiasz mi odkurzacz”. Również ona w wydaniu scenicznym – w 2025 roku w roli Dziewczyny oglądałam Anastazję Simińską, znaną publiczności „Romy” m.in. z „Waitress” czy „Aidy” – wnosi ze sobą więcej żywiołowości niż jej filmowa odpowiedniczka. Postać graną przez Irglovą można by określić jako pogodną i otwartą, lecz nie jako pełną temperamentu. „Skąd ty masz tyle energii?” – zastanawia się bohater w adaptacji teatralnej. „Jestem młodą matką – pada wyjaśnienie. – Młode matki to specjalny gatunek człowieka”. Dziewczynie nie brak autoironii, choćby nawiązującej do stereotypów narodowych („Nigdy nie żartuję. Jestem z Czech”), a także – o co trudno podejrzewać heroinę love story – pragmatyzmu („Coś jest ważniejszego od miłości?” – pyta retorycznie Reza. „Bębny Billy’ego” – ripostuje protagonistka).

W „If You Want Me” („Jeśli chcesz mnie”), śpiewanym w snopie światła pośród ciemności, odsłania ona z kolei swoją zmysłowość (tu trzeba napomknąć, że w tym kameralnym spektaklu istotną, nomen omen, rolę odgrywa światło, którego reżyserię, podobnie jak za scenografię, przygotował Mariusz Napierała). Jednak właśnie tę sensualną i tęskną zarazem piosenkę wolę w wersji filmowej – tam Dziewczyna wraca w szlafroku i bamboszach przez pół Dublina ze sklepu całodobowego, dokąd udała się po baterie do discmana, żeby natychmiast przesłuchać utwory, które skomponował Facet. Ta scena zresztą wydaje się symptomatyczna dla sposobu nakreślenia relacji obojga w filmie: więcej w nim powściągliwości i niedopowiedzeń, rosnące zauroczenie zarysowano subtelniej, raczej przez pokazanie np. wspólnej jazdy autobusem czy skuterem. Musical zaś uwypukla sprzeczne motywacje bohaterki, napięcie pomiędzy obowiązkami i lojalnością a rodzącym się uczuciem; wprost też padają słowa o odtrąceniu. W obu przypadkach jednak najwięcej o jej życiu wewnętrznym mówi przejmujący utwór-wyznanie „The Hill” („W górę”), dzięki któremu widzowie zyskują dostęp do jej refleksji, obaw i rozterek, a przede wszystkim dowiadują się, jak głęboko jest zraniona.

Rany te wszakże starannie ukrywa za zasłoną przebojowości. Do moich ulubionych należy scena negocjowania pożyczki w banku – Facet okazuje się dziecinnie nieporadny, więc rezolutna Dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce. O ile w filmie wystarczy odsłuchanie jednej z piosenek bohatera, by bankowiec wyciągnął własną gitarę i z entuzjazmem podpisał umowę kredytową, o tyle w musicalu protagonistka apeluje do jego patriotyzmu i dumy z irlandzkiej kultury, w którą aspirujący kompozytor też może mieć wkład. Tu wreszcie chcę się przyjrzeć wątkowi równie ważnemu jak miłosny i silnie z nim splecionemu, czyli relacjom między autochtonami a przybyszami oraz stosunkowi obu grup do swego dziedzictwa. Przepisem na sukces „Once” zdaje się przecież połączenie współczesnego konkretu kulturowo-społecznego (Dublin na początku XXI wieku) z uniwersalnym pierwiastkiem romantycznym: w efekcie mamy do czynienia z „pełnym czułości i zarazem autentycznym peanem na cześć tego miejsca, jak również z szerszą muzyczną fantazją o miłości zdobytej i utraconej” (Heaney, 2015, tłum. własne). Facet pyta nowo poznaną, czy czuje się dublinianką, tymczasem sam – Irlandczyk z krwi i kości – cierpi na brak zakorzenienia, jest gotów wyjechać tam, dokąd przyzywa go wizja kariery piosenkarskiej i… ukochanej. Dziewczyna zaś mimo wszystko to Czechy nazywa domem.

Temat imigrantów wiąże się z problemem ich integracji i ulokowania w strukturze społecznej. Bohaterka dzieli mieszkanie nie tylko z matką i córeczką, lecz także z kilkoma rodakami, którzy notabene w inscenizacji okazują się bandą ekscentryków. W zagraconym lokalu panują ścisk i rozgardiasz, ale wspólne posiłki, pogawędki i muzykowanie (plastyczniej zaprezentowane w filmie ze względu na możliwość użycia mnóstwa rekwizytów) zbliżają protagonistę do jego mieszkańców. Na ich sytuacji odbija się bariera językowa: imigranci uczą się języka angielskiego z seriali, marząc o lepszej pracy, a między sobą posługują czeszczyzną – w wariancie kinowym Dziewczyna pełni funkcję tłumaczki między Facetem a swoją matką.

Zagadnienie wpływu przekładu libretta na interpretację „Once” ciekawie omawia Agnieszka Serlikowska (2020). Zwraca uwagę, że akcent zdradza zarówno Czeszkę, jak i Irlandczyka (rzekłabym, że umiejscawia ich w sieci znaczeń i definiuje poprzez przynależność do określonej grupy). Właśnie wyraźna odrębność przybyszów i aspekt tożsamości etnicznej oraz koegzystencji przedstawicieli różnych narodowości sprawiają, że prosty film o miłości unika bycia płaskim i pretensjonalnym. Przywołana badaczka nie wspomina o otwierającej go znamiennej scenie, w której drobny złodziejaszek próbuje ukraść Facetowi datki zebrane do futerału gitary – on też „wygląda” na imigranta, choć pewnie z innego rejonu świata. W musicalu z kolei został rozbudowany wątek postaci w filmie całkiem epizodycznej, Billy’ego – właściciela sklepu muzycznego, bezpardonowego i krewkiego pół-Hiszpana. Słusznie jednak zauważa Serlikowska (2020: 211), że polska realizacja (sceniczna) jest niejako okrojona z kontekstu, gdyż nie występują w niej autentyczni imigranci, znika kwestia akcentu oraz nie rysują się tak ostro problem styku kultur i społeczny wymiar migracji. Według badaczki przedstawienie bardziej by rezonowało w widzach, gdyby akcja działa się w Warszawie, a część bohaterów była np. narodowości ukraińskiej (autorka zaproponowała to w 2020 roku – dziś wskazana przez nią przykładowo nacja budziłaby jeszcze żywsze emocje).

Warto podkreślić, że Polska jest drugim po Korei Południowej nieanglojęzycznym krajem, gdzie powstała inscenizacja „Once”. Za tłumaczenie libretta i piosenek odpowiada Michał Wojnarowski, a finezję rezultatu oddaje chociażby „W górę”. Można go posłuchać, gdyż „Roma” wydała soundtrack – w nagraniu wzięli udział, wraz z zespołem, wcielający się wtedy w główne role Natalia Krakowiak i Paweł Mielewczyk. Niektóre utwory mają charakter poetycki, ale łatwo byłoby przełożyć je trywialnie, a przecież to one są motorem fabuły i zwierciadłem psychiki bohaterów. W „Once” – jak twierdzi ekspert – „[w]szystko tłumaczy piosenka »Falling Slowly«, tak, wystarczy jej posłuchać jeden raz. Wysłuchana w internecie wzrusza. Obejrzana w filmie i na teatralnej scenie – miażdży. Pozostając najbardziej niemusicalowym przebojem z musicalu” (Wyszogrodzki, 2018: 401). Zdumiewa mnie tak ekspresywna i kategoryczna opinia, bo miażdżącymi – z różnych względów – nazwałabym np. „Gethsemane” z „Jesus Christ Superstar”, „Confrontation” z „Jekyll & Hyde” czy „She Used to Be Mine” z „Waitress”. „Falling Slowly” uważam raczej za wzruszającą mieszankę niezbywalnej melancholii i otuchy, która ją koi. Niemniej zatrzymałabym się przy refrenie, nieraz bowiem myślałam o tym, jak wydźwięk jego spolszczenia rzutuje na interpretację posunięć protagonistów. W przekładzie Wojnarowskiego śpiewają oni w duecie: „Wsiądź w tonącą łódź, weź kurs na dom, wciąż mamy czas, / Daj nadziei głos i wybierz los – kierunek znasz”. Pierwszy wers stanowi niemal literalne tłumaczenie oryginału, drugi natomiast bardziej zgodny z pierwowzorem okazuje się w przekładzie Doroty Kozielskiej na potrzeby coveru Studia Accantus: „Mimo tylu szans straconych wciąż masz jeszcze czas, / Wciąż nadzieja tli się w tobie i wciąż wybór masz”. W obu wersjach mowa o ufności w przyszłość, ale inny jest zwrot wektora: w piosence wykonywanej w „Romie” zdaje się chodzić o powrót osoby, która teraz błąka się niczym rozbitek, do czegoś znanego i bezpiecznego (opuszczonego domu). Co prawda „wybór losu” może sugerować zawierzenie przypadkowi, lecz można to interpretować także jako wybór przypisanego losu, czyli przeznaczenia. Z kolei tłumaczenie Kozielskiej sugeruje szansę na przełamanie impasu, porzucenie status quo. Ta rozbieżność sensów koresponduje z dylematem bohaterów: rozpocząć od nowa czy wrócić do przeszłości? A może powrót do przeszłości pozwoli na nowe otwarcie?

Przełomowe wyznanie pada po czesku i o ile Polak łatwo je zrozumie, o tyle Irlandczyka wypowiedź w obcym języku wprawia w konfuzję. Gdyby pojął słowa Dziewczyny, niewykluczone, że dalsze losy obojga potoczyłyby się inaczej. Może podążyliby za porywami serca? Jednak czy wyjazd Faceta nie jest takim porywem? W „Once” nie obserwujemy wielkiej namiętności, gwałtownych zwrotów akcji – raczej śledzimy, jak rozwija się delikatne uczucie, ale właśnie ono przekonuje zawiedzionego bohatera, że warto zawalczyć o marzenia, przestać marnować życie z obawy przed tym, co przyniesie. Wzięcie odpowiedzialności za kierunek swej drogi wbrew obojętnemu światu stanowi przesłanie kluczowego songu protagonisty – „When Your Mind’s Made Up” („Kiedy pewność masz”), przy czym inscenizacja wyraźniej pokazuje, że Facet nie jest po prostu bardziej wrażliwą jednostką – również postacie drugoplanowe pozostają wierne muzycznej pasji mimo niesprzyjających okoliczności.

Obydwie wersje „Once” obrazują skądinąd banalną myśl, że choć język dzieli, prawdziwą lingua franca może być muzyka. Rzeczywiście mamy tutaj do czynienia z eklektycznym zbiorem elementów oscylujących wokół indie folku czy folk rocka, którym laik mojego pokroju mógłby przypisać pochodzenie zarówno irlandzkie, jak i czeskie (ale pojawia się nawet… hiszpańskie flamenco). Muzyka spaja ludzi o różnych charakterach, statusach społecznych i doświadczeniach: parę głównych bohaterów po przejściach, imigrantów z rodowitymi dublińczykami, opanowanego producenta z żywiołowymi muzykami, zadłużonego właściciela składu instrumentów z bankowcem. Wprawdzie Billy wyrzuca tego ostatniego z próby po niewybrednej kłótni, nawyzywawszy takich jak on od „banksterów”, finalnie godzi ich jednak wspólny cel. Wszystkich łączą też frustracje, ambicje i tęsknoty, wyrażone w piosence „Gold” („Złoty skarb”), w której pozostałe postacie uzupełniają opowieść Faceta: „Mam księżyc pod stopą, chcę morze wzrokiem pić…”.

W wersji scenicznej „Once” tchnie łagodnym smutkiem wynikającym nie tylko z tułaczej nostalgii, lecz także z poczucia niespełnienia, wrażenia, że coś się przegapiło – może tę wielką miłość, o której Billy i reszta zespołu dumają nad oceanem? Niemniej na końcu powraca motyw przewodni, gdyż pomimo rozdzielenia bohaterów coś nadal trwa i wciąż pozostaje nadzieja. Jak zauważył jeden z recenzentów, twórcy filmu (ale również adaptacji) zdołali w nim zawrzeć „jakiś rodzaj szlachetnej, krzepiącej czułości, która nie pozwala na obojętność w asystowaniu rodzącej się miłości, choć przecież wcale nie zwieńczonej happy endem. Tyle że jego brak nie nosi znamion tragicznego rozstania, jest w tym pożegnaniu jakiś ton pozytywnej energii, optymizmu, który każe z podniesioną głową i pogodą ducha patrzeć w przyszłość” (Kowalski, 2018). Dodałabym: i ponownie wsiąść do tonącej łodzi. Wszak znamy właściwy kierunek. Chcemy wierzyć, że znamy.

LITERATURA:

Heaney M.: „»Once« brings it all back home”. „The Irish Times”, 15.07.2015. https://www.irishtimes.com/culture/stage/once-brings-it-all-back-home-musical-review-1.2286038 [dostęp: 7.11.2025].

Kowalski W.: „Światełko w tunelu”. E-teatr.pl, 25.06.2018. https://e-teatr.pl/Swiatelko-w-tunelu-a256102 [dostęp: 7.11.2025].

Serlikowska A.: „Wpływ tłumaczenia libretta na interpretację musicalu »Once«”. W: „Republika musicali. Historia – gatunek – interpretacje”. Red. J. Maleszyńska, J. Roszak, R. Koschany. Poznań 2020.

Wyszogrodzki D.: „Ale musicale! Złote stulecie 1918–2018”. Warszawa 2018.
Once”. Muzyka i teksty piosenek: Glen Hansard i Markéta Irglová. Libretto: Enda Walsh. Na podstawie filmu w reżyserii Johna Carneya. Reżyseria spektaklu: Wojciech Kępczyński. Przekład: Michał Wojnarowski. Scenografia i reżyseria światła: Mariusz Napierała. Choreografia, asystent reżysera: Agnieszka Brańska. Kierownictwo muzyczne: Jakub Lubowicz. Polska prapremiera: 12.05.2018 r., Teatr Muzyczny „Roma”.