ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (526) / 2025

Maja Turak,

TRUDNA SZTUKA SŁUCHANIA MŁODYCH (AGATA KĘDZIA: 'TRUDNA SZTUKA DORASTANIA')

A A A
Książka „Trudna sztuka dorastania” autorstwa Agaty Kędzi, pedagożki teatru, stała się dla mnie impulsem do wielu refleksji, postawienia pytań i sformułowania kilku tez. Rozważania dotyczące sytuacji nastolatków w Polsce, kondycji systemu edukacji oraz samego szkolnictwa to temat rzeka. Umieszczenie tych dywagacji w zawężonym kontekście – edukacji teatralnej i roli teatru instytucjonalnego w tym systemie – teoretycznie miało pomóc w ograniczeniu poruszanych wątków i ich uszczegółowieniu. W praktyce okazało się jednak, że tematów jest tak wiele, iż nawet obszerniejsza publikacja nie byłaby w stanie ich w pełni wyczerpać. To z kolei najlepiej pokazuje, jak ważne i pilne są kwestie analizowane przez autorkę. Nie wiem, czy książkę można określić mianem interwencyjnej, jednak mogę stwierdzić, że zawarta w niej treść uświadamia nam, jak bardzo teatr może (i powinien) być przestrzenią realnego dialogu z młodym człowiekiem.

Publikacja Agaty Kędzi to nie tylko analiza teatralnych praktyk edukacyjnych, ale przede wszystkim próba zrozumienia, w jaki sposób teatr staje się przestrzenią współtworzenia wiedzy o świecie nastolatków. Autorka przygląda się procesom, w których młodzi i dorośli tworzą razem, nie w relacji nauczyciel-uczeń, lecz w relacji partnerskiej. W tym sensie teatr, o którym pisze Kędzia, to nie metafora ani instytucja, a żywe świadectwo dorastania – miejsce, w którym codzienność spotyka się z fikcją, a doświadczenie staje się materiałem do refleksji, zmiany, dojrzewania.

Podczas lektury wielokrotnie zatrzymywałam się, zapisując pytania, które nie dawały mi spokoju. Bo jeśli, jak zauważa Kędzia, wciąż mówimy o potrzebie uczestnictwa, udostępniania i demokratyzacji oferty kulturalnej, to dlaczego grono aktywnych odbiorców sztuki pozostaje tak niewielkie, często hermetyczne? Czy przy dzisiejszej różnorodności oferty kulturalnej nie staliśmy się po prostu zbyt wygodni, przesyceni, nieco zobojętniali? Może brutalnie można stwierdzić, że „przez dobrobyt nam się poprzewracało”, a może zgubiliśmy w nim jakikolwiek sens wspólnoty? Czy może wystarczy nam wyłącznie wspólnota wirtualna, media społecznościowe?

Głęboko zastanawiałam się też nad podjętym tematem potrzeby rewolucji kulturowej. Jeśli ma ona nastąpić, to co by zmieniła? Jak by wyglądała? Czy wywróciłaby wszystko do góry nogami i na nowo określiłaby czym jest uczestnictwo i współodpowiedzialność w kulturze?

W książce Kędzi dużo miejsca zajmuje refleksja nad praktykami partycypacyjnymi w teatrze. Autorka pokazuje, że różne formy zaangażowania (od projektów edukacyjnych po działania środowiskowe), mogą zmieniać samą instytucję i sposób myślenia o sztuce. Najczęściej osobami wprowadzającymi zmianę są nie tylko edukatorzy, ale także artyści. Nawiązując do wypowiedzi Claire Bishop nasunęło mi się następujące pytanie: czy artyści to na pewno najwłaściwsza grupa do wypełniania zadań, z którymi nie radzą sobie politycy? Faktem jest, że niezależnym artystom łatwiej dziś eksperymentować niż teatrom instytucjonalnym, jednak czy to oznacza, że muszą nastąpić radykalne zmiany w obrębie instytucji? Przecież podążanie za mainstreamem artystycznym też nie jest złe (tutaj chodzi mi o perspektywę odbiorcy sztuki). Czy może jednak potrzebna jest nam rewolucja? Jeśli tak, to kto najbardziej odczuwa tę potrzebę? Twórcy, odbiorcy czy oba te podmioty?

Ważną częścią refleksji Kędzi jest również temat przemocy symbolicznej i hierarchiczności w procesie twórczym. Odwołując się m.in. do ruchu #MeToo autorka przypomina, że zmiana w teatrze zaczyna się od odrzucenia przemocy, zarówno w relacjach, jak i w sposobie pracy. Pojawia się tu pojęcie „równej godności”, czyli fundamentu teatru tworzonego z młodymi ludźmi, a nie dla nich. Ten wątek szczególnie do mnie przemówił. Przypomniałam sobie wypowiedź jednego z dyrektorów teatrów, którego miałam okazję posłuchać podczas jednej z konferencji o edukacji teatralnej. Opowiadał, że tworząc grupę teatralną złożoną z nastolatków, początkowo skupiał się na efekcie końcowym – spektaklu, premierze, gotowym dziele. Szybko jednak zrozumiał, że to, co najważniejsze, wydarza się po drodze: w rozmowach, sporach, pomysłach, odkrywaniu siebie nawzajem. Dla wielu uczestników proces ten miał wymiar terapeutyczny.

I tu pojawia się kolejne pytanie – czy teatr dla młodzieży ma być terapią? Czy jego zadaniem jest wspieranie rozwoju społecznego oraz kształtowanie wrażliwości artystycznej? Mam wrażenie, że w praktyce nie da się tych dwóch sfer oddzielić. Dorastanie to w końcu proces, który sam w sobie jest rodzajem terapii, czyli próbą odnalezienia własnego głosu. Kędzia odwołuje się do pojęcia humanistyki afirmatywnej, które w pedagogice teatru oznacza skupienie się na potencjale i sprawczości uczestników, a nie na ich brakach. Teatr staje się tu przestrzenią wspólnoty i empatii, a także swoistym laboratorium, w którym można (trzeba?) popełniać błędy, co w systemie edukacyjnym opartym na ocenach i rankingach wydaje się luksusem. Sprowadzanie jednostki do cyferki (dehumanizacja), sprawia, że człowiek zatraca swoje „ja”, a jego odzyskiwanie jest procesem bardzo trudnym.

W książce pojawia się również refleksja nad przestrzenią wirtualną i tym, jak teatr przeniósł się do sieci w czasie pandemii (projekt „Dzieci Saturna” jest tu znaczącym przykładem). Autorka pyta, czy przestrzeń cyfrowa może być bezpieczna, i pokazuje, że nawet tam możliwe jest tworzenie relacji i wspólnoty – pod warunkiem, że zachowamy uważność i autentyczność spotkania. Pedagożka analizuje różne metody pracy dorosłych z nastolatkami, pokazując, jak zmieniają się one w zależności od kontekstu ekonomicznego, społecznego i geograficznego. To, co szczególnie istotne, to wrażliwość na autentyczność i wiarygodność w sztuce. Kędzia podkreśla, że młodzi ludzie nie szukają teatralnych metafor, lecz prawdy o własnym doświadczeniu. Ich zaufania nie zdobywa się kunsztem inscenizacyjnym, lecz bliskością tematów i języka przekazu. Teatr, który mówi głosem nastolatków, zyskuje sens. Teatr, który próbuje pouczać i moralizować często traci kontakt z ich rzeczywistym światem. W tym sensie książka Kędzi to nie tylko tekst o teatrze, ale też rzecz o komunikacji, dialogu i odpowiedzialności. Dorastanie przedstawione jest tu jako proces wzajemnego poznawania się i uczenia: dorośli uczą młodych, a młodzi – dorosłych. To wymiana, która nie opiera się na hierarchii, lecz na budowanym zaufania i ciekawości.

Autorka odwołuje się do filozofii pedagogiki teatru, w której proces jest ważniejszy od efektu. Wspólna praca nad przedstawieniem staje się narzędziem rozwoju społecznego – nie dlatego, że ma walory terapeutyczne, ale dlatego, że pozwala uczestnikom dostrzec siebie w relacji z innymi. Kędzia trafnie zauważa, że tylko poprzez doświadczenie współtworzenia młodzi ludzie mogą się otworzyć i uczyć rozumienia złożonych kontekstów kulturowych, społecznych i politycznych, które ich na co dzień otaczają.

Kiedy zamknęłam książkę Agaty Kędzi, długo jeszcze myślałam o tym, jak często teatr jest dla nas lustrem – takim, w które patrzymy nie po to, by zobaczyć siebie, ale by zrozumieć i dostrzec innych. „Trudna sztuka dorastania” to nie tylko opowieść o młodych ludziach, lecz także trochę o nas – dorosłych, nauczycielach, animatorach, artystach – tych, którzy próbują im towarzyszyć, choć sami wciąż jeszcze uczą się, jak robić to mądrze. Być może właśnie w tym tkwi sens edukacji teatralnej: nie w „kształtowaniu postaw”, lecz w spotkaniu, które pozwala nam zatrzymać się na chwilę, zrezygnować z roli eksperta i po prostu być razem. W świecie, który wymaga od nas ciągłego działania, efektywności i pewności siebie, książka Kędzi przypomina, że rozwój – zarówno młodych, jak i dorosłych – zaczyna się od zgody na niepewność. I może właśnie dlatego teatr wciąż jest potrzebny, wciąż stanowi przestrzeń do dialogu. Nie po to, żeby nas czegoś nauczył, ale żeby pozwolił nam uczyć się siebie nawzajem.
Agata Kędzia: „Trudna sztuka dorastania”. Wydawnictwo Wiele Kropek. Kraków 2024.