ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (527) / 2025

Mateusz Rosicki,

DOM MOJEGO OJCA ('SPRINGSTEEN. OCAL MNIE OD NICOŚCI')

A A A
Lata 80. – czasy syntezatorowego popu i hair metalu – nie były najszczęśliwszym okresem, żeby wydawać wyciszone albumy z osobistymi wyznaniami. Dlatego, kiedy producenci pierwszy raz usłyszeli o pomyśle Bruce’a Springsteena na „Nebraskę”, złapali się za głowy. Przecież muzyk miał im dostarczyć album wypełniony stadionowymi przebojami, które rozbiją bank, a tymczasem postawił na folkowe opowieści przy oszczędnym akompaniamencie gitary i harmonijki ustnej. Na szczęście jednak status Springsteena jako gwiazdy był wówczas tak wysoki, że nie perswadowano artyście, aby porzucił swoje plany. Współpracownicy musieli mu zaufać z nadzieją, że wydawnictwo nie okaże się całkowitą klapą. Tak powstał jeden z najciekawszych albumów w historii muzyki popularnej, wystarczająco intrygujący, by procesowi jego powstawania poświęcić cały film.

Muzyczne biopiki, których ostatnio sporo produkuje się w hollywoodzkiej fabryce snów, zazwyczaj nie koncentrują się na wybranym momencie z życia artysty. Zamiast tego pokazują całą drogę z niebytu do sławy, ewentualnego upadku i odrodzenia. W ten sposób powstaje dwugodzinny przegląd biografii, który z konieczności musi być pobieżny i nie pozwala zagłębić się w jakikolwiek aspekt kariery czy życia prywatnego. „Springsteen. Ocal mnie od nicości” na szczęście nie podąża w tym kierunku i znajduje inną, ciekawszą formułę opowiedzenia o zmaganiach twórczych.

Springsteena poznajemy w konkretnym momencie, na początku lat 80., po sukcesie takich albumów jak „Born to Run”, „Darkness at the Edge of Town” czy „The River”. Muzyk ma już ugruntowaną pozycję gwiazdy rocka, która dysponuje zarówno przejmującym, chropowatym głosem, jak i imponującą sylwetką. Wszystkiego dopełnia zaś dar opowiadania, który jest być może najważniejszą przyczyną sukcesu Bossa (przydomek Springsteena). Kolejne piosenki tego artysty nie wpisują się w schemat sex, drugs & rock’n’roll. To nie banalna wyliczanka skonsumowanych narkotyków i „zaliczonych” dziewczyn, tylko inspirowana bardami pokroju Woody’ego Gurthiego czy Boba Dylana epopeja o „niebieskich kołnierzykach” – ciężko pracujących, zwykłych Amerykanach, którzy snując marzenia, zmagają się jednocześnie z trudami życia w „kraju wolnych i ojczyźnie dzielnych”.

To, że Springsteen odzwierciedlał w swoich tekstach realia klasy robotniczej, miało swoje źródło w dzieciństwie spędzonym w małej miejscowości w stanie New Jersey. Muzyk nigdy nie odciął się od tego doświadczenia i zawsze nawiązywał do niego w swojej twórczości, nie starając się być kimś innym niż chłopakiem z prowincji, z którym łatwo było się utożsamić rzeszom fanów. Jednak w miarę jak wychowujący się w skromnych warunkach katolickiego domu Bruce stawał się coraz bardziej znany, coraz bardziej dojmująco odczuwał też wyrwę między teraźniejszym doświadczeniem sławy i uznania a wciąż powracającą, niełatwą przeszłością, na której największe piętno odcisnęła relacja z ojcem. Czarno-białe retrospekcje w „Ocal mnie od nicości” ukazują tę postać jako człowieka odizolowanego, udręczonego życiem, który swoją frustrację wyładowuje w najbardziej destrukcyjne sposoby – zaglądając do kieliszka albo uciekając się do przemocy względem bliskich.

Kiedy po trasie koncertowej promującej album „The River” Springsteen ponownie zamieszkał w New Jersey, konfrontacja ze wspomnieniami przywołującymi mroczną postać ojca okazała się nieunikniona. „Ocal mnie od nicości” usiłuje pokazać kolejne etapy wewnętrznej podróży, którą muzyk odbył w głąb swojej duszy, by wydobyć z niej zbiór akustycznych piosenek o wyalienowanych, przeklętych bohaterach. To seryjny morderca skazany na śmierć („Nebraska”), młody mafioso wchodzący w świat przestępczy, aby związać koniec z końcem („Atlantic City”), bezrobotny, który z frustracji porażką posuwa się do zabójstwa („Johnny 99”), czy złodziej samochodów („State Trooper”). Motyw przewodni tych potępieńczych ballad to skazana na klęskę walka z rzeczywistością, która wśród surowości robotniczych realiów nie pozwala na inne gesty pozornego wyzwolenia niż agresja i przemoc. Nie da się ukryć, że opowiadając o tego typu doświadczeniach, Springsteen w pośredni sposób starał się zawrzeć w swoich piosenkach także historię własnego ojca, a kulminacją tego wysiłku stała się najbardziej osobista piosenka z „Nebraski” – „My Father’s House”.

Kulturowy sztafaż, który posłużył Springsteenowi do pracy nad „Nebraską”, był wyjątkowo bogaty. Składały się na niego zarówno opowiadania Flannery O’Connor, jak i takie klasyki amerykańskiego kina jak „Badlands” czy „Noc myśliwego”. „Ocal mnie od nicości” poświęca sporo czasu, aby wspomnieć o tych źródłach, jednak popada przy tym w typowy problem filmów nasyconych intertekstualnymi odniesieniami – biopik ten sam w sobie bywa niezrozumiały, jego seans musi być wspomagany lekturami pomocniczymi. Pokazane w retrospekcji przerażenie małego Bruce’a podczas seansu „Nocy myśliwego” można pojąć tylko wtedy, jeśli na własnej skórze doświadczyło się stworzonej przez Roberta Mitchuma kreacji złowrogiego pastora. Kartkowanie przez trzydziestoletniego Springsteena książki O’Connor nic nie powie widzowi, który nie miał wcześniej do czynienia z tą pisarką.

Znacznie lepiej niż proces powstawania tekstów na „Nebraskę” zostały za to oddane zmagania o uzyskanie odpowiedniego dźwięku. Medium filmowe doskonale nadało się do tego, aby przedstawić studyjną batalię o zachowanie specyficznego brzmienia, które Springsteen osiągnął we własnym domu. Pierwotne wersje utworów, które znalazły się na „Nebrasce”, ale i na „Born in the USA”, powstały bowiem dzięki niezwykle chałupniczej jak na gwiazdę rocka metodzie. Twórca „Darknes at the Edge of Town” nagrywał kolejne piosenki w zaciszu swojej sypialni przy pomocy czterościeżkowego rejestratora, który był wówczas techniczną nowinką, ale pozwalał tylko na proste, ascetyczne wręcz aranżacje. „Ocal mnie od nicości” wzbudza największe zainteresowanie wtedy, kiedy skupia się na technicznych aspektach produkcji „Nebraski” i w fascynujący sposób zaznajamia nas z wątpliwościami, czy pozostać przy pierwotnych, minimalistycznych wersjach piosenek, czy spróbować je poszerzyć o inne instrumenty. Równie ciekawie zostaje przedstawiony wyjątkowo skomplikowany proces transformacji niepozornej kasety magnetofonowej, na którą Springsteen nagrał propozycje utworów, na płytę analogową – wszystko w trosce o to, aby nie utracić charakterystycznego pogłosu, który sprawił, że muzykę słychać, jakby dobiegała z oddali, z przeszłości, co tylko wzmaga jej klimat. Ten niezwykły sposób powstawania „Nebraski” pokazuje Bossa jako prekursora filozofii DIY, której śladem podążą potem liczne zespoły indie (wielkim fanem Springsteena jest chociażby Win Butler z Arcade Fire).

Omawiając muzyczne biopiki, dużo miejsca poświęca się zazwyczaj odtwórcom głównych ról, a papierkiem lakmusowym występu jest to, czy aktor wystarczająco podobnie wygląda i śpiewa. Nie sposób nie zwrócić na to uwagi również w przypadku „Ocal mnie od nicości”. Jeremy Allen White był niewątpliwie dobrą decyzją obsadową ze względu na swoją sylwetkę, a także wyjątkowy talent do naśladowania głosu Bossa. Trzeba także docenić, że kiedy aktor gra na gitarze, nie naciska przypadkowych progów, jego palce wiernie odtwarzają oryginalną sekwencję dźwięków. Można mieć jednak wątpliwości, czy White zdołał przekonująco oddać wewnętrzne rozterki i utrapienia Springsteena. Ma się wrażenie, że zaledwie dotknął tego, co musiało być przepastną otchłanią pogmatwanych uczuć. Nieszczególnie wybrzmiewa też wątek romantyczny, który ma pokazać nieumiejętność nawiązywania relacji po trudnym doświadczeniu dorastania w przemocowym domu. Zamiast przedstawić fiasko obiecującej znajomości z wyczuciem, twórcy „Ocal mnie od nicości” zdecydowali się uderzyć widza po głowie obuchem pod postacią przydługiej przemowy partnerki Springsteena, która kawa na ławę wykłada bohaterowi, w czym tkwi jego problem.

Zwracając uwagę na niedociągnięcia „Ocal mnie od nicości”, nie ma jednak co przesadzać – w końcu to nie tylko dzieło filmowe, lecz także materiał promocyjny. Równolegle z premierą filmu miało bowiem miejsce oficjalne wydanie nieudostępnianych wcześniej szerszej publiczności muzycznych rarytasów – elektrycznych aranżacji utworów z „Nebraski”, które ostatecznie zarzucono na rzecz akustycznych pierwowzorów. Po ponad czterdziestu latach od powstania albumu można ich dziś posłuchać za sprawą „Nebraska ’82: Expanded Edition” – i trudno nie odnieść wrażenia, że „Ocal mnie od nicości” ma przede wszystkim nakierować uwagę na ten fakt. Bo to właśnie on jest dla fanów Bossa największym wydarzeniem 2025 roku, natomiast film z White’em można potraktować po prostu jako miły dodatek do tego długo oczekiwanego wydania.
„Springsteen. Ocal mnie od nicości”. Reżyseria: Scott Cooper. Scenariusz: Scott Cooper. Obsada: Jeremy Allen White, Jeremy Strong, Paul Walter Hauser, Stephen Graham, Odessa Young. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: Stany Zjednoczone 2025, 120 min.