ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (527) / 2025

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

PRZEWODNIK PO GROZIE (PAWEŁ WIELOPOLSKI: 'REJESTR GROZY. PRZEWODNIK PO TECHNIKACH NARRACYJNYCH')

A A A
„Rejestr grozy. Przewodnik po technikach narracyjnych” Pawła Wielopolskiego to rozmiarowo i objętościowo imponująca publikacja szczegółowo omawiająca, jak zbudowane są powieści grozy. Czytanie jej przypomina obserwowanie, jak ktoś na naszych oczach rozkręca skomplikowany, ale dość klasyczny mechanizm, a następnie pieczołowicie objaśnia, do czego służą te wszystkie zębatki i jak ze sobą współpracują. Już od pierwszych stron można łatwo wychwycić, jaką metodologię autor przyjął jako wiodącą – a hasłem kluczowym będzie tabelka. Tytułowy rejestr został potraktowany bardzo dosłownie: rozmaitych tabel, schematów i rameczek zawierających dodatkowe objaśnienia można tu znaleźć naprawdę sporo, ponadto sam spis treści wskazuje na wysokie uporządkowanie: najpierw paleta emocjonalna rejestru grozy, potem struktura narracyjna, następnie geografia i przestrzeń, czyli gdzie straszy, następnie archetypy potworów, czyli kto/co straszy, a na koniec: co konkretnie robi, żebyśmy się bali (katalog motywów na linii prześladowca–ofiara, sposoby dręczenia).

„Rejestr grozy” to nie tylko rozbieranie powieści grozy na podstawowe elementy składowe. Sporo uwagi Wielopolski poświęca zarysowaniu tła – filozoficznego, (pop)kulturowego, antropologicznego czy psychologicznego. Jeśli czytelniczka (i aspirująca autorka powieści grozy) miała do czynienia z akademicką humanistyką dłużej niż jeden semestr, raczej nie będzie zaskoczona – Freudowska niesamowitość, Kantowska estetyka, Jungowskie archetypy, a jak wampir, to oczywiście Janion. Często tło teoretyczne i filozoficzne z konieczności zarysowano w sposób uproszczony i skrótowy, czasami jednak nie jest jasne, czemu przywołane konteksty mają służyć. Na przykład w podrozdziale poświęconym sobowtórom autor wyróżnia trzy typy: mroczny sobowtór, czyli alter ego, sobowtór fizyczny (doppelgänger) i sobowtór symboliczny (cień). Wielopolski zaznacza, że zaproponowana przez niego klasyfikacja jest ujednolicona, ale nie jest kanoniczna. Zastrzeżenia budzi jednak przypisanie do wskazanych typów sobowtóra terminów psychologicznych. I tak odpowiednikiem mrocznego sobowtóra/alter ego miałoby być rozdwojenie jaźni, doppelgängera – rozszczepienie osobowości, a cienia – projekcja (zob. s. 244-245). Występuje tutaj kilka problemów: czemu w zasadzie miałoby służyć przypisanie do literackich typów sobowtóra terminologii psychologicznej? W jaki sposób objaśnia ona funkcjonowanie tego typu postaci w literaturze? W jaki sposób wzbogaca rozumienie danego motywu?

Kolejnym problemem stanowi zastosowanie pojęć. Przede wszystkim rozdwojenie jaźni nie jest terminem psychologicznym, a raczej popularnym określeniem na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Nie jest również jasne, czym miałoby się różnić rozdwojenie jaźni od rozszczepienia osobowości, przypisanego do doppelgängera – przynajmniej na planie psychologicznym, bo na planie literaturoznawczym różnicę między alter ego a doppelgängerem można łatwo uchwycić. Z kolei do sobowtóra symbolicznego, cienia, przypisano projekcję, objaśniając, że to „zobaczenie »mrocznego siebie« w kimś zupełnie innym” (s. 245). Nie tak działa projekcja (w rozumieniu psychoanalitycznym, a stąd się to pojęcie wywodzi) – to raczej uporczywe niewidzenie i/lub nieakceptowanie „mrocznego siebie” w sobie i przypisywanie własnych mrocznych cech innym. Mechanizm projekcji może się oczywiście wiązać z cieniem, zwłaszcza niezintegrowanym, ale nie jest to to samo. To chyba najbardziej jaskrawy przykład zbędnego i błędnego zastosowania tzw. szerszego kontekstu z innych dziedzin.

Do niewątpliwych zalet „Rejestru grozy” należy prowadzenie czytelniczki za rękę poprzez historię gatunku rozumianą bardzo szeroko i obejmującą także gatunki pokrewne, korzystające z podobnych motywów. Służą temu nie tylko kalendarium połączone ze spisem lektur „Przyzwanie ciemności. Literatura polecana” (zob. s. 371-383), ale także rozliczne ramki z treścią uzupełniającą. Miejscami jednak autor popada w nadmiernie dydaktyczny ton, „zalatujący” gombrowiczowskim Pimką: „Powtórzmy to: Edgar Allan Poe uchodzi za ojca literatury grozy i powieści detektywistycznej” (s. 94), „Kant był filozofem wyrafinowanym, niestroniącym od subtelnych niuansów i nieuciekającym od problemów ludzkiej natury [o którym z filozofów nie da się napisać takiego zdania? – przyp. A.W.-Z.]. Choć chciał rozjaśnić mroki ludzkiej myśli, sam nieraz przyczyniał się do jej zaciemnienia niejasnymi sformułowaniami i trudnym językiem. Jeśli będziemy jednak pamiętać, że tak jak utalentowany pisarz wynajduje literaturę na nowo, by opowiedzieć fascynującą opowieść, tak wybitny filozof wynajduje na nowo język, by wyrazić rewolucyjne idee, wówczas sięgniemy po pisma myśliciela z Królewca bez uprzedzeń, z większą pokorą i zaangażowaniem będziemy zwiedzać nadzwyczajne konstrukcje intelektualne, które trwają na solidnych fundamentach grubo ponad dwieście lat” (s. 70). Rewersem Pimki jest oklepany żarcik na temat Freuda: „Freud w swej praktyce terapeutycznej starał się pomóc swoim pacjentom, choć jego interpretacje są dość kontrowersyjne, krążące obsesyjnie wokół seksu, co wiele mówi też o samym twórcy psychoanalizy” (s. 259).

Jak już zachichotaliśmy, to teraz odrobina Pimki z mojej strony: psychoanaliza Freuda więcej mówi o społeczeństwie i epoce, w jakiej powstała, żart z ogarniętego seksualną obsesją psychoanalityka ma brodę znacznie bardziej imponującą niż sam psychiatra z Wiednia. Psychiatra z Wiednia, „Samotnik z Providence”, „myśliciel z Królewca” – autor wielokrotnie posługuje się takimi omówieniami, które, owszem, są wyborem stylistycznym i pozwalają unikać powtarzania nazwisk w obrębie akapitu, ale w moim odczuciu leżą stanowczo za blisko „Kraju Kwitnącej Wiśni” i „amatorów białego szaleństwa”.

Największą zaletą „Rejestru grozy” jest obfity – może nawet kompleksowy – katalog motywów charakterystycznych dla tego gatunku. Mimo skrupulatnego, metodycznego podejścia mocno podszytego bardzo klasycznym strukturalizmem, a także przypisów i całkiem bogatej bibliografii oraz częstych odwołań do ustaleń badaczy gatunku, zarówno polskich, jak i zagranicznych, „Rejestr grozy” nie jest jednak książką stricte naukową – i nie miał nią być. W zamierzeniu ma to być raczej poradnik/podręcznik dla pisarzy bądź aspirujących pisarzy – czyli ma mieć wymiar praktyczny, a nie tylko teoretyczny. I tu upatruję główny problem z tą publikacją – chociaż kataloguje motywy, chwyty i archetypy charakterystyczne dla powieści grozy, to mało w niej użytecznych porad pisarskich. Najliczniejsze są one w rozdziale pierwszym, w którym najwięcej miejsca poświęcono technikom narracyjnym w dość klasycznym ujęciu. Uwaga nakierowana jest tam na paletę emocjonalną rejestru grozy, zjawisko niesamowitości, modele powieści grozy, schematy fabularne Carrolla i znaczenie autentyczności dla tekstów tego rodzaju. „Rejestr grozy” daje narzędzia do przeanalizowania składników, a nawet do zbudowania własnej konstrukcji fabularnej w oparciu o tytułowy rejestr, ale mało uwagi (poza wspomnianym rozdziałem pierwszym) poświęca temu, jak tymi chwytami budować napięcie i skutecznie straszyć. Gdyż włożenie ofiary w nawiedzony dom pełen wampirów z wielkimi piłami mechanicznymi i szalonych naukowców z tajemniczymi laboratoriami, w których powstają krwiożercze hybrydy, wszystko w ciężkiej mgle i przy świetle księżyca (opcjonalnie: mrugającej i dyndającej żarówki), okraszenie tego body horrorem i niesamowitością może zamierzonego efektu nie wywołać – z czego autor doskonale zdaje sobie sprawę (o tym za chwilę).

Jak Wielopolski zapowiada we wstępie: „Napisałem tę książkę z myślą o osobach, które chcą tworzyć własne teksty grozy i rozpoznawać to zjawisko w rozmaitych tekstach kultury. (…) Ta publikacja postawiła sobie za zadanie odpowiedzieć na dwa pytania: w jaki sposób doświadczamy (nastroju) grozy? W jaki sposób twórcy wpływają na to, byśmy tej grozy doświadczyli?” (s. 23). Mało w niej jednak zapowiadanych porad pisarskich czy analizy tego, jak skutecznie wywoływany jest nastrój grozy i dlaczego w tym zakresie jedne teksty działają lepiej niż inne. Kilka razy autorowi udało się zbliżyć do tego problemu, ale nie pociągnął wątku – np. kiedy zaznaczył, że sukces ekranizacji „Inwazji porywaczy ciał” z 1956 roku zaskoczył jej twórców, którzy nie spodziewali się „politycznych interpretacji ich filmu nakręconego z myślą zaserwowania publiczności czystej rozrywki. Inwazja kosmitów odzwierciedliła bowiem największy lęk Amerykanów w tamtych czasach – lęk przed komunistami infiltrującymi rodzime społeczeństwo” (s. 306). I tu, zdaje się, bije serce skutecznej grozy. Zastosowanie motywów z bogatej palety i ułożenie ich w spójną konstrukcję to jedno. Zupełnie inną sprawą jest – pozostańmy jeszcze przy metaforach związanych z układem krążenia – skuteczne namacanie pulsującej żyły społecznego lęku i wbicie się w nią. To ważne, społecznego, a nie jednostkowego: na własnej fobii czy lęku można zbudować niezłą scenę akcji, ale raczej nie dobrą powieść grozy, która podziała w zamierzony sposób na czytelniczkę. Groza musi wpełznąć za kołnierz i tam zostać, wijąc się jeszcze na długo po tym, jak odbiorczyni odłoży książkę czy wyłączy ekran.

Katalogowanie i zarysowywanie (cienką kreską) tła pochłonęło autora na tyle, że zabrakło pierwszego planu – kluczowych z perspektywy twórcy rozważań. Wielopolski zdaje sobie z tego sprawę, pisząc w zakończeniu: „Literatury – na całe szczęście – nie można zaplanować, gdyż częstokroć powstaje ona samoistnie, mimo że jest pełna stałych motywów, wpisanych niejako w kod naszej kultury. Gdyby było inaczej, przestalibyśmy nie tylko pisać, ale i czytać, rozkosz bowiem czerpalibyśmy ze studiowania modeli, trochę jakbyśmy zamienili podróżowanie na jeżdżenie palcem po mapie (…). Tak naprawdę nikomu nie są potrzebne ani modele, ani żadne katalogi motywów, żeby myśleć i mówić pięknie o literaturze” (s. 367). I dalej: „Powtórzę, tworzenie literatury nie polega na opanowaniu zbioru reguł. To dopiero początek. Inaczej literatura będzie odtwarzaniem, niczym więcej” (s. 368). Tu muszę autorowi przyklasnąć – pełna zgoda. Podzielam opinię, że literatura nie jest tylko zbiorem motywów i technik narracyjnych. Z opinią, że literatura to coś więcej niż rzemiosło, z radością mogłabym się pospierać – bo czasami to rzemiosło (i im sprawniejsze, tym lepsze), a czasami to rzemiosło i tajemnicze je ne sais quoi czy inny X factor.

Zadaniem literaturoznawcy jest jednak nie tylko rozebrać literacką maszynerię na części składowe, ale też wskazać, jak one działają – i dlaczego różnie. Wskazać na specyfikę literatury czy szerzej – dowolnych tekstów, które nie są tylko sumą powtarzalnych motywów, uchwycić właśnie to je ne sais quoi. Nie znaczy to, że można aspirującym twórcom dać do ręki przepis na powieść będącą czymś więcej niż rzemiosłem. Ale można im wskazać, gdzie mają szukać ducha do swojej maszyny. Lub konkretnie: gdzie mają szukać, na jakie potrzeby czytelniczek (i własne, bo pisze się tak dla siebie, jak i dla innych) odpowiadać, o czym mają myśleć, żeby powieść grozy wprawiała w przerażenie i zostawała z odbiorcą na dłużej niż jeden seans. I tego najbardziej w „Rejestrze grozy” zabrakło.
Paweł Wielopolski „Rejestr grozy. Przewodnik po technikach narracyjnych”. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2025.