ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (527) / 2025

Cezary Żarna,

WIERSZE

A A A
Te deum

Słyszysz bicie serca w falującej

klatce piersiowej, kościelny dzwon i słowa



z głośnika – bierzcie



i jedzcie z tego wszyscy, ryby, żaby, kijanki,

mandarynki. Tu na dole



jest zimno, chłodem zaciąga od ziemi, tam

wyżej gołąbki pokoju



kule noszą. Te deum.



Homines

Oto wypowiadasz to, co jest. Gnie się metalowe ciało i pręty

 

wyrastają z jego boków, nie słychać szmeru serca, jest ręka

i nie ma ręki, nic nie układa się w całość, niczego nie można

 

dogonić, nic się nie zdaje. Nie odpowiadasz, gdy wołają cię

po nazwisku, nie wychodzisz przed szereg, stoisz w rzędzie

na swoim miejscu. Tylko stoisz

 

i patrzysz. I oni już tylko stoją i patrzą. Oni

już dawno poumierali.



Nic już nie mówi

w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa

 

nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,

by się tłumaczyć. Ziemia

 

też milczy. Pamiętaj, że ona

kosztuje, że tutaj nie wystarczy Bóg zapłać, żeby w nią

 

wejść i zostać. Nie możesz

 

zatrzymać się w pół,

 

gdy stoisz samotnie w kłębach, zachodzącym słońcu,

między wszystkimi krawędziami mostów przerzuconych

nad przepaścią. Rozdmuchuje Cię

 

po brzegi.



Papier mâché

Ciszę,

zatkane ucho, dziurawy przewód

słuchowy; oko nadpsute, drugie z opadłą powieką i ręce,

obie lewe, zgubione po drodze, nie łapię, nie chwytam, niewiele

mam –



tylko z ust wypadają

świsty i zgrzyty. Widzisz? Stoję. Możesz podejść. Możesz rzucić

zmiętymi słowami jak papierową kulką.



*** (Mój syn na kilkadziesiąt lat)

Mój syn

na kilkadziesiąt lat przed śmiercią,

biega po osiedlu, jeździ na hulajnodze,

gra z kumplami na telefonie,

ogląda tiktoki.

 

A potem przychodzi i mówi –

– kocham Cię, tato.

 

Boże

miłosierny! A ja muszę mu powiedzieć,

po co się urodził –



Absorbcja

W pobliżu



cmentarz – potwierdza się, cisi

posiedli ziemię, półmrok, neony,



dwa



słowa, trzy słowa — jak zmienia

się kolor? Sama wybierzesz.



Kameleon. Absorbcja.



Twoje ciało

To zjawia się nagle, jak zapalenie gardła lub

krtani, uderza mnie w twarz, złe myśli ustępują

ustom



wypowiadającym złe słowa. Ruiny na powrót

zostają odkryte, a ja myślę, że najlepsze



Twoje ciało jest o poranku – przeciągające się



leniwie, z przymrużonym szarym błękitem nieba

w oczach i wyciągniętymi



ramionami. Jeśli jest jakiś



dom, budzisz się w nim teraz, oplatasz mnie

ramieniem, niepostrzeżenie przegryzasz gardło,



wbijasz nóż w plecy.



To nastąpi jedno 

po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro –

włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach

czasopism. Napiszemy to



po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach

bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo

ściany mają uszy).



Wrony

Spuszczamy psy. Biegną. Potem



wracają przynosząc w pyskach resztki czułości. Wrony

patrzą chciwie, obsiadają gałęzie.



*** (Dusisz. Nikt nie słyszy. Nikt nie wie.)

Dusisz.

Nikt nie słyszy. Nikt nie wie.



Obok.

Spokojnie śpi człowiek.



Umieram w jej ramionach

z miłości nie do niej.



Umierasz w moich ramionach

z miłości nie do mnie.