WIERSZE
A
A
A
Te deum
Słyszysz bicie serca w falującej
klatce piersiowej, kościelny dzwon i słowa
z głośnika – bierzcie
i jedzcie z tego wszyscy, ryby, żaby, kijanki,
mandarynki. Tu na dole
jest zimno, chłodem zaciąga od ziemi, tam
wyżej gołąbki pokoju
kule noszą. Te deum.
Homines
Oto wypowiadasz to, co jest. Gnie się metalowe ciało i pręty
wyrastają z jego boków, nie słychać szmeru serca, jest ręka
i nie ma ręki, nic nie układa się w całość, niczego nie można
dogonić, nic się nie zdaje. Nie odpowiadasz, gdy wołają cię
po nazwisku, nie wychodzisz przed szereg, stoisz w rzędzie
na swoim miejscu. Tylko stoisz
i patrzysz. I oni już tylko stoją i patrzą. Oni
już dawno poumierali.
Nic już nie mówi
w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa
nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,
by się tłumaczyć. Ziemia
też milczy. Pamiętaj, że ona
kosztuje, że tutaj nie wystarczy Bóg zapłać, żeby w nią
wejść i zostać. Nie możesz
zatrzymać się w pół,
gdy stoisz samotnie w kłębach, zachodzącym słońcu,
między wszystkimi krawędziami mostów przerzuconych
nad przepaścią. Rozdmuchuje Cię
po brzegi.
Papier mâché
Ciszę,
zatkane ucho, dziurawy przewód
słuchowy; oko nadpsute, drugie z opadłą powieką i ręce,
obie lewe, zgubione po drodze, nie łapię, nie chwytam, niewiele
mam –
tylko z ust wypadają
świsty i zgrzyty. Widzisz? Stoję. Możesz podejść. Możesz rzucić
zmiętymi słowami jak papierową kulką.
*** (Mój syn na kilkadziesiąt lat)
Mój syn
na kilkadziesiąt lat przed śmiercią,
biega po osiedlu, jeździ na hulajnodze,
gra z kumplami na telefonie,
ogląda tiktoki.
A potem przychodzi i mówi –
– kocham Cię, tato.
Boże
miłosierny! A ja muszę mu powiedzieć,
po co się urodził –
Absorbcja
W pobliżu
cmentarz – potwierdza się, cisi
posiedli ziemię, półmrok, neony,
dwa
słowa, trzy słowa — jak zmienia
się kolor? Sama wybierzesz.
Kameleon. Absorbcja.
Twoje ciało
To zjawia się nagle, jak zapalenie gardła lub
krtani, uderza mnie w twarz, złe myśli ustępują
ustom
wypowiadającym złe słowa. Ruiny na powrót
zostają odkryte, a ja myślę, że najlepsze
Twoje ciało jest o poranku – przeciągające się
leniwie, z przymrużonym szarym błękitem nieba
w oczach i wyciągniętymi
ramionami. Jeśli jest jakiś
dom, budzisz się w nim teraz, oplatasz mnie
ramieniem, niepostrzeżenie przegryzasz gardło,
wbijasz nóż w plecy.
To nastąpi jedno
po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro –
włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach
czasopism. Napiszemy to
po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach
bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo
ściany mają uszy).
Wrony
Spuszczamy psy. Biegną. Potem
wracają przynosząc w pyskach resztki czułości. Wrony
patrzą chciwie, obsiadają gałęzie.
*** (Dusisz. Nikt nie słyszy. Nikt nie wie.)
Dusisz.
Nikt nie słyszy. Nikt nie wie.
Obok.
Spokojnie śpi człowiek.
Umieram w jej ramionach
z miłości nie do niej.
Umierasz w moich ramionach
z miłości nie do mnie.
Słyszysz bicie serca w falującej
klatce piersiowej, kościelny dzwon i słowa
z głośnika – bierzcie
i jedzcie z tego wszyscy, ryby, żaby, kijanki,
mandarynki. Tu na dole
jest zimno, chłodem zaciąga od ziemi, tam
wyżej gołąbki pokoju
kule noszą. Te deum.
Homines
Oto wypowiadasz to, co jest. Gnie się metalowe ciało i pręty
wyrastają z jego boków, nie słychać szmeru serca, jest ręka
i nie ma ręki, nic nie układa się w całość, niczego nie można
dogonić, nic się nie zdaje. Nie odpowiadasz, gdy wołają cię
po nazwisku, nie wychodzisz przed szereg, stoisz w rzędzie
na swoim miejscu. Tylko stoisz
i patrzysz. I oni już tylko stoją i patrzą. Oni
już dawno poumierali.
Nic już nie mówi
w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa
nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,
by się tłumaczyć. Ziemia
też milczy. Pamiętaj, że ona
kosztuje, że tutaj nie wystarczy Bóg zapłać, żeby w nią
wejść i zostać. Nie możesz
zatrzymać się w pół,
gdy stoisz samotnie w kłębach, zachodzącym słońcu,
między wszystkimi krawędziami mostów przerzuconych
nad przepaścią. Rozdmuchuje Cię
po brzegi.
Papier mâché
Ciszę,
zatkane ucho, dziurawy przewód
słuchowy; oko nadpsute, drugie z opadłą powieką i ręce,
obie lewe, zgubione po drodze, nie łapię, nie chwytam, niewiele
mam –
tylko z ust wypadają
świsty i zgrzyty. Widzisz? Stoję. Możesz podejść. Możesz rzucić
zmiętymi słowami jak papierową kulką.
*** (Mój syn na kilkadziesiąt lat)
Mój syn
na kilkadziesiąt lat przed śmiercią,
biega po osiedlu, jeździ na hulajnodze,
gra z kumplami na telefonie,
ogląda tiktoki.
A potem przychodzi i mówi –
– kocham Cię, tato.
Boże
miłosierny! A ja muszę mu powiedzieć,
po co się urodził –
Absorbcja
W pobliżu
cmentarz – potwierdza się, cisi
posiedli ziemię, półmrok, neony,
dwa
słowa, trzy słowa — jak zmienia
się kolor? Sama wybierzesz.
Kameleon. Absorbcja.
Twoje ciało
To zjawia się nagle, jak zapalenie gardła lub
krtani, uderza mnie w twarz, złe myśli ustępują
ustom
wypowiadającym złe słowa. Ruiny na powrót
zostają odkryte, a ja myślę, że najlepsze
Twoje ciało jest o poranku – przeciągające się
leniwie, z przymrużonym szarym błękitem nieba
w oczach i wyciągniętymi
ramionami. Jeśli jest jakiś
dom, budzisz się w nim teraz, oplatasz mnie
ramieniem, niepostrzeżenie przegryzasz gardło,
wbijasz nóż w plecy.
To nastąpi jedno
po drugim, tkanki owoców będą drżały, wnętrza spuchną, mikro –
włoski będą zanikać na skórkach jak mikro opowiadania na stronach
czasopism. Napiszemy to
po ciemku, wciągniemy nosem, by zatrzeć ślady po pozostałościach
bliskości. Jeśli musisz krzyczeć – krzycz, lecz rób to po cichu (bo
ściany mają uszy).
Wrony
Spuszczamy psy. Biegną. Potem
wracają przynosząc w pyskach resztki czułości. Wrony
patrzą chciwie, obsiadają gałęzie.
*** (Dusisz. Nikt nie słyszy. Nikt nie wie.)
Dusisz.
Nikt nie słyszy. Nikt nie wie.
Obok.
Spokojnie śpi człowiek.
Umieram w jej ramionach
z miłości nie do niej.
Umierasz w moich ramionach
z miłości nie do mnie.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

