SZWARC-MYDŁO-I-POWIDŁO ('SZPARAGI SOLIĆ, KRETY GUBIĆ. KSIĘGA DOMOWYCH PORAD WIELKOPOLSKIEGO DOMU')
A
A
A
To książka dla ludzi, którzy lubią ładnie wydane książki. „Szparagi solić, krety gubić” z pewnością spełni ich oczekiwania. Poczynając od twardej oprawy, przez ilustracje i opracowanie graficzne stworzone przez Helenę Stiasny, przez wyklejki, dobór papieru, a nawet trójkolorowy druk, a na fotografiach kończąc, wszystko jest wykwintne i przemyślane.
Ta książka przypomina regionalne muzeum. Co oznacza, że jawi nam się jako równie rozkoszna, jak i one. Jeśli kogoś nie zachwyca pewnego rodzaju zbieractwo, nieporządek, rozgardiasz, natłok i nawarstwienie, to nie powinien do tej książki zaglądać, ponieważ ciągle będzie zadawać pytanie: Z jakiego powodu powstała? Czemu ma służyć? Kto jest jej adresatem?
Odpowiedź na to pytanie może sprawić pewne trudności. Wyobraźmy sobie przepastny sepet we dworze, gdzieś w połowie XIX wieku (co oznacza, że mamy do czynienia z zabytkiem). Intarsjowane szufladki, przegródki wypełnione dokumentami, za ozdobnymi drzwiczkami kolejne tajemnice. Na początku książki znajdują się fotografie, które w tym właśnie momencie kompletnie nic nam jeszcze nie mówią. Ten zabieg zresztą uważam za najsłabszy punkt układu książki, gdy bowiem już poznamy osoby, które na tych fotografiach zostały przedstawione, to musimy wracać kilkanaście stron wcześniej, by jeszcze raz te zdjęcia obejrzeć. Spojrzeć na nie, gdy przestały być tylko twarzami, a stały się osobami, za którymi stoi konkretna i – co tu ukrywać – niezwykle interesująca historia. Z drugiej jednak strony zabieg umieszczenia zdjęć na początku książki jest zrozumiały, ponieważ wydawnictwo zdecydowało się na wydrukowanie fotografii na innym, półkredowym papierze, dzięki czemu prezentują się bardzo dobrze. Szkoda, że na stronie redakcyjnej nie znalazły się informacje o użytym papierze, co polecam wydawnictwu pod uwagę przy kolejnych edycjach tego typu.
Kolejna część książki to historia rodziny, historia jurkowskiego domu, gdzie powstał zeszyt stanowiący główną część publikacji. A także wpisanie konkretnego miejsca, jakim był dwór w Jurkowie, w perspektywę dziejów – od połowy XIX wieku, a dokładniej od 1841 roku. Młoda dziewczyna, dziewiętnastolatka tuż po ślubie, cieszy się „nową rolą żony, pani domu, przyszłej matki” (Mycielska 2025: 35). I zaczyna pisać zeszyt domowy, notes, który w tamtych czasach większość ziemianek i mieszczanek posiadała i tworzyła. Ba, wystarczy zajrzeć do szuflad w naszych rodzinnych domach, by znaleźć znacznie młodsze zapiski tego typu. Obecnie są to prywatne książki kucharskie i cukiernicze, czasem z wklejonym przepisem z czasopisma. Zeszyt Józefy, żony Kajetana Morawskiego, jest charakterystyczny dla epoki, w której żyła i działała. Z jednej strony znajdujemy tam niezbyt dokładne przepisy kulinarne, z drugiej istotne informacje na temat prowadzenia domu. Najciekawsze z pewnością są zapiski dotyczące cholery (wszak epidemie tej choroby nawiedzały Wielkopolskę w XIX w. kilka razy, np. w 1831, 1848, 1852 czy 1866 roku). Józefa, poza skrupulatnie notowanymi domowymi sposobami walki z chorobą, napomina, żeby ich nie stosować „bez potwierdzenia miejscowego lekarza, który sam jeden ma prawo wydawania stosownych przepisów” (s. 129). A następnie podaje jeszcze punkt dotyczący higieny w zachowaniach codziennych (jak wietrzenie) i ostrożności w kontakcie z odchodami chorych, które powinny być „wynoszone na dwór i tu zakopane lub polane kubkiem rozczynu jakiego funta siarczanego żelaza (Eissenwitriol) w węborku wody” (s. 129).
Obok przepisu na makaroniki mamy sposób przyrządzenia spirytusu chrabąszczowego, bardzo skutecznego w czasie ataków reumatycznych i na „suche bóle” (s. 122). Są dwa przepisy dotyczące opatrywania osób ugryzionych przez wściekłe zwierzę, sposób wybielania koronkowych szali (przepisany z francuskiej gazety), a także najlepsza recepta na oparzenie (trzeba mieć atrament). Są nawet recepty, które przy różnych schorzeniach przepisywał domownikom lekarz. Są także notatki na temat drzew czy kwiatów sadzonych wokół domu, a zaraz po nich… przepis na ciastka długotrwałe. A następnie przepis na domowe drożdże, który właścicielka zeszytu otrzymała od niejakiej pani Moczeńskiej w 1870 roku, co skrzętnie także zanotowane zostało. Część przepisów zapisana po polsku, część po francusku, niektóre niezbyt dokładnie, inne z kolei rozpisane krok po kroku. Jest o tuczeniu gęsi, walce z kretami – niektóre rzeczy się nie zmieniają, jak widać, przez stulecia, skoro bezsensowna i bezskuteczna walka z kretami napędzała ludzkość do działania w wieku XIX i w XXI.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na całostronicowe ilustracje, które co kilka kart przykuwają naszą uwagę. Zawsze tematycznie związane z treścią – przy potrawce z kurcząt mamy wizerunek dumnego koguta, a przy marmoladzie jabłkowej – apetyczne owoce. Ilustracje są dodatkowym atutem publikacji, która przecież (poza częścią biograficzną) nie służy do uważanego czytania, tylko raczej przeglądania, wszak chyba nikomu nie przyjdzie do głowy przygotowywanie paluszków z makiem, do których poza dwiema kwartami mąki, dwoma łutami drożdży i połową funta masła dodaje się „mleka tyle, żeby można w ręku wałkować” (s. 192). Miary, pojemności i jednostki masy z epoki są na początku książki dokładnie przeliczone na te przyjazne dzisiejszym czasom, używane współcześnie.
A porcelanę i szkło czyści się „miałkim popiołem z wodą letnią” (s. 100). I chociaż informacja ta z pewnością nie wydaje nam się jakoś nadmiernie istotna, to zapoznawanie się z zeszytem domowym z drugiej połowy XIX wieku okazuje się czynnością bardzo przyjemną. To właśnie zajrzenie do starego sepetu, o którym wspomniałam na początku, wypełnionego karteluszkami, fotografiami, biletami kolejowymi, fragmentami gazet. Dotknięcie świata, który już nie istnieje, ale przez moment możemy się weń zanurzyć. Dłuższa wycieczka w miejsce, gdzie przygotowywano „wodę poziomkową jak limoniada” (s. 99), a także prawie dwieście innych przepisów, może być męcząca, ale makagigi z makiem i sok agrestowy (przepis z Chlewisk) mają – z drugiej strony – swój nieodparty urok.
Elaine Freedgood w tekście „Czytając rzeczy” pisze o swoistym przytłoczeniu czytelników przedmiotami zapełniającymi karty wiktoriańskich powieści („dyliżansami, chusteczkami, kamieniami księżycowymi, testamentami, szpicrutami, wszelkiego rodzaju przyrządami żeglugowymi, sukniami z muślinu, jedwabiu i wełny merynosów, kawą, winem bordo i kotletami” [Freedgood 2009: 113]). Chociaż zeszyt domowy Józefy Morawskiej nie jest fikcją, prowadzone w nim zapiski doskonale ukazują niezwykle mocne osadzenie w codzienności, przywiązanie do rytuałów w zakresie prowadzenia domu oraz – właśnie – otaczające ludzi przedmioty i ich wykorzystanie. To także myślenie, by niczego nie zmarnować, nie dopuścić do zniszczenia, a wszelkie usterki naprawiać na bieżąco, niczego nie odkładać na później. Zeszyt Józefy ukazuje nam zupełnie inne rozplanowanie czasu, nie tylko w perspektywie rocznej, lecz także dziennej, tak jak w książkach o prowadzeniu domu Lucyny Ćwierczakiewiczowej, która planowała zadania na każdy miesiąc z dużym wyprzedzeniem.
Gdyby tego typu słowa nie mogły być postrzegane jako nachalna reklama, to napisałabym, że to doskonały prezent świąteczny dla kogoś, kto docenia ładnie wydane książki, kto docenia pomysły edytorskie.
LITERATURA:
Freedgood E.: „Czytając rzeczy”. Przeł. J. Sadowska. „Pamiętnik Literacki” 2009, z. 4.
Mycielaks D.: „W Jurkowie”. W: „Szparagi solić, krety gubić. Księga domowych porad wielkopolskiego domu”. Opracowała i wstępem opatrzyła D. Mycielska. Warszawa 2025.
Ta książka przypomina regionalne muzeum. Co oznacza, że jawi nam się jako równie rozkoszna, jak i one. Jeśli kogoś nie zachwyca pewnego rodzaju zbieractwo, nieporządek, rozgardiasz, natłok i nawarstwienie, to nie powinien do tej książki zaglądać, ponieważ ciągle będzie zadawać pytanie: Z jakiego powodu powstała? Czemu ma służyć? Kto jest jej adresatem?
Odpowiedź na to pytanie może sprawić pewne trudności. Wyobraźmy sobie przepastny sepet we dworze, gdzieś w połowie XIX wieku (co oznacza, że mamy do czynienia z zabytkiem). Intarsjowane szufladki, przegródki wypełnione dokumentami, za ozdobnymi drzwiczkami kolejne tajemnice. Na początku książki znajdują się fotografie, które w tym właśnie momencie kompletnie nic nam jeszcze nie mówią. Ten zabieg zresztą uważam za najsłabszy punkt układu książki, gdy bowiem już poznamy osoby, które na tych fotografiach zostały przedstawione, to musimy wracać kilkanaście stron wcześniej, by jeszcze raz te zdjęcia obejrzeć. Spojrzeć na nie, gdy przestały być tylko twarzami, a stały się osobami, za którymi stoi konkretna i – co tu ukrywać – niezwykle interesująca historia. Z drugiej jednak strony zabieg umieszczenia zdjęć na początku książki jest zrozumiały, ponieważ wydawnictwo zdecydowało się na wydrukowanie fotografii na innym, półkredowym papierze, dzięki czemu prezentują się bardzo dobrze. Szkoda, że na stronie redakcyjnej nie znalazły się informacje o użytym papierze, co polecam wydawnictwu pod uwagę przy kolejnych edycjach tego typu.
Kolejna część książki to historia rodziny, historia jurkowskiego domu, gdzie powstał zeszyt stanowiący główną część publikacji. A także wpisanie konkretnego miejsca, jakim był dwór w Jurkowie, w perspektywę dziejów – od połowy XIX wieku, a dokładniej od 1841 roku. Młoda dziewczyna, dziewiętnastolatka tuż po ślubie, cieszy się „nową rolą żony, pani domu, przyszłej matki” (Mycielska 2025: 35). I zaczyna pisać zeszyt domowy, notes, który w tamtych czasach większość ziemianek i mieszczanek posiadała i tworzyła. Ba, wystarczy zajrzeć do szuflad w naszych rodzinnych domach, by znaleźć znacznie młodsze zapiski tego typu. Obecnie są to prywatne książki kucharskie i cukiernicze, czasem z wklejonym przepisem z czasopisma. Zeszyt Józefy, żony Kajetana Morawskiego, jest charakterystyczny dla epoki, w której żyła i działała. Z jednej strony znajdujemy tam niezbyt dokładne przepisy kulinarne, z drugiej istotne informacje na temat prowadzenia domu. Najciekawsze z pewnością są zapiski dotyczące cholery (wszak epidemie tej choroby nawiedzały Wielkopolskę w XIX w. kilka razy, np. w 1831, 1848, 1852 czy 1866 roku). Józefa, poza skrupulatnie notowanymi domowymi sposobami walki z chorobą, napomina, żeby ich nie stosować „bez potwierdzenia miejscowego lekarza, który sam jeden ma prawo wydawania stosownych przepisów” (s. 129). A następnie podaje jeszcze punkt dotyczący higieny w zachowaniach codziennych (jak wietrzenie) i ostrożności w kontakcie z odchodami chorych, które powinny być „wynoszone na dwór i tu zakopane lub polane kubkiem rozczynu jakiego funta siarczanego żelaza (Eissenwitriol) w węborku wody” (s. 129).
Obok przepisu na makaroniki mamy sposób przyrządzenia spirytusu chrabąszczowego, bardzo skutecznego w czasie ataków reumatycznych i na „suche bóle” (s. 122). Są dwa przepisy dotyczące opatrywania osób ugryzionych przez wściekłe zwierzę, sposób wybielania koronkowych szali (przepisany z francuskiej gazety), a także najlepsza recepta na oparzenie (trzeba mieć atrament). Są nawet recepty, które przy różnych schorzeniach przepisywał domownikom lekarz. Są także notatki na temat drzew czy kwiatów sadzonych wokół domu, a zaraz po nich… przepis na ciastka długotrwałe. A następnie przepis na domowe drożdże, który właścicielka zeszytu otrzymała od niejakiej pani Moczeńskiej w 1870 roku, co skrzętnie także zanotowane zostało. Część przepisów zapisana po polsku, część po francusku, niektóre niezbyt dokładnie, inne z kolei rozpisane krok po kroku. Jest o tuczeniu gęsi, walce z kretami – niektóre rzeczy się nie zmieniają, jak widać, przez stulecia, skoro bezsensowna i bezskuteczna walka z kretami napędzała ludzkość do działania w wieku XIX i w XXI.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na całostronicowe ilustracje, które co kilka kart przykuwają naszą uwagę. Zawsze tematycznie związane z treścią – przy potrawce z kurcząt mamy wizerunek dumnego koguta, a przy marmoladzie jabłkowej – apetyczne owoce. Ilustracje są dodatkowym atutem publikacji, która przecież (poza częścią biograficzną) nie służy do uważanego czytania, tylko raczej przeglądania, wszak chyba nikomu nie przyjdzie do głowy przygotowywanie paluszków z makiem, do których poza dwiema kwartami mąki, dwoma łutami drożdży i połową funta masła dodaje się „mleka tyle, żeby można w ręku wałkować” (s. 192). Miary, pojemności i jednostki masy z epoki są na początku książki dokładnie przeliczone na te przyjazne dzisiejszym czasom, używane współcześnie.
A porcelanę i szkło czyści się „miałkim popiołem z wodą letnią” (s. 100). I chociaż informacja ta z pewnością nie wydaje nam się jakoś nadmiernie istotna, to zapoznawanie się z zeszytem domowym z drugiej połowy XIX wieku okazuje się czynnością bardzo przyjemną. To właśnie zajrzenie do starego sepetu, o którym wspomniałam na początku, wypełnionego karteluszkami, fotografiami, biletami kolejowymi, fragmentami gazet. Dotknięcie świata, który już nie istnieje, ale przez moment możemy się weń zanurzyć. Dłuższa wycieczka w miejsce, gdzie przygotowywano „wodę poziomkową jak limoniada” (s. 99), a także prawie dwieście innych przepisów, może być męcząca, ale makagigi z makiem i sok agrestowy (przepis z Chlewisk) mają – z drugiej strony – swój nieodparty urok.
Elaine Freedgood w tekście „Czytając rzeczy” pisze o swoistym przytłoczeniu czytelników przedmiotami zapełniającymi karty wiktoriańskich powieści („dyliżansami, chusteczkami, kamieniami księżycowymi, testamentami, szpicrutami, wszelkiego rodzaju przyrządami żeglugowymi, sukniami z muślinu, jedwabiu i wełny merynosów, kawą, winem bordo i kotletami” [Freedgood 2009: 113]). Chociaż zeszyt domowy Józefy Morawskiej nie jest fikcją, prowadzone w nim zapiski doskonale ukazują niezwykle mocne osadzenie w codzienności, przywiązanie do rytuałów w zakresie prowadzenia domu oraz – właśnie – otaczające ludzi przedmioty i ich wykorzystanie. To także myślenie, by niczego nie zmarnować, nie dopuścić do zniszczenia, a wszelkie usterki naprawiać na bieżąco, niczego nie odkładać na później. Zeszyt Józefy ukazuje nam zupełnie inne rozplanowanie czasu, nie tylko w perspektywie rocznej, lecz także dziennej, tak jak w książkach o prowadzeniu domu Lucyny Ćwierczakiewiczowej, która planowała zadania na każdy miesiąc z dużym wyprzedzeniem.
Gdyby tego typu słowa nie mogły być postrzegane jako nachalna reklama, to napisałabym, że to doskonały prezent świąteczny dla kogoś, kto docenia ładnie wydane książki, kto docenia pomysły edytorskie.
LITERATURA:
Freedgood E.: „Czytając rzeczy”. Przeł. J. Sadowska. „Pamiętnik Literacki” 2009, z. 4.
Mycielaks D.: „W Jurkowie”. W: „Szparagi solić, krety gubić. Księga domowych porad wielkopolskiego domu”. Opracowała i wstępem opatrzyła D. Mycielska. Warszawa 2025.
„Szparagi solić, krety gubić. Księga domowych porad wielkopolskiego domu”. Opracowała i wstępem opatrzyła Dorota Mycielska. Wydawnictwo Dwie Siostry. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

