ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (528) / 2025

Marek Mikołajec,

GODAJOM MI ALOJZ, A MOJ GŁOS TO ŚLONSK (ALOJZY LYSKO: 'MIANUJOM MIE HANKA', 'GODAJOM MI HELMUT')

A A A
Urodzony w 1942 roku w Bojszowach, miejscowości leżącej nieopodal Pszczyny, Kobióra i Bierunia, na krańcach dzisiejszego województwa śląskiego w jego górnośląskiej części, Alojzy Lysko jest pisarzem niezwykłym. W jego literackich opowieściach o losach Hanki i Helmuta zawarta została, przekazywana ustnie, historia rodzinna znana większości Ślązaków. Suma tych doświadczeń, trudnych, smutnych, była z tyłu głowy każdego mieszkańca tej ziemi, który pielęgnuje rodzinną pamięć. Dopiero w książkach Lyski zyskała ona jednak wyraz. Autor posłużył się w tym celu formą monologu konfesyjnego. Tekst Lyski to bowiem nic innego – spowiedź lub, jak kto woli, talking cure, terapia przez opowiadanie.

Mieć głos i dać rzeczy wyraz

Śląski los w opowieści Lyski zyskał multimedialny charakter (monodram, książka i adaptacja sceniczna, fotografie, obrazy, wstępy i posłowia twórców, wydawców). W głos Alojzego Lyski inscenizującego opowieści Hanki i Helmuta wsłuchuje się cały Śląsk. Nie brzmi on fałszywie… Dodatkowo, „Hanka” w międzyczasie stała się kultowa.

Monolog i wielogłos

W monodramie opowieść realizuje się inaczej niż w wielogłosowej pełnej rozmachu prozie. Kilkadziesiąt lat trudnej historii pozornie nie sposób zamknąć w poręcznej, przekonującej mowie. Tu się udało. Forma jest lapidarna, zdania dobitne, domknięte puentami. Dominuje elegijny ton, jak to w śląskiej literaturze. W podobnej poetyce determinizmu historycznego, nieludzkiej, ale świętej ziemi napisane są „Drach” Szczepana Twardocha (2014, szczególnie wersja śląskojęzyczna z 2019) oraz „Epifania Wikarego Trzaski” (2007). Obie te książki w nowy sposób werbalizowały los Ślązaków, sięgając już nie tylko po dramat rozdarcia pomiędzy Niemcami a Polską, ale mówiły o trzeciej drodze, trzeciej perspektywie. Ludziach stąd. Ślązakach, dla których deklaracje tożsamościowe zawsze kończą się boleśnie.

Hajmatowe laurki?

Czy to kolejne ckliwe laurki o rodzinnych stronach? Nie sądzę. To coś więcej. Na spektaklach Hanki i Helmuta zapada cisza. Odtwórca głównej roli mówi w wywiadzie: „W przypadku »Helmuta« cisza widowni jest dla mnie oznaką, że ci ludzie w tej chwili są Helmutami, braćmi Helmutów, albo wnukami Helmutów” („»Od pierwszego aktu…” 2024). Odbiorca identyfikuje się z bohaterami, zdarzeniami i sytuacją narracyjną.

Konfesja, talking cure

Siła obu tekstów Lyski płynie z ich medialnej podwójności: medium teatru oraz słowa pisanego, które zostało pomyślane jako mówione. Blisko im do takich form jak spowiedź, elegia, testament, więc do form intymnej rozmowy, wyznania, które wypowiadane są jako przemyślana, przeżyta opowieść, suma zdarzeń, niepozbawiona puenty.

Adaptacje

Książki te są z powodzeniem adaptowane na formę sceniczną i wystawiane na deskach teatru (Hanka od 2016, zdobywając w 2017 – nagrodę Teatralną „Złota Maska” za rok 2016 w kategorii aktorstwo za rolę Hanki dla Grażyny Bułki, w 2018 – nagrodę za „Najlepszy spektakl dekady” Jesieni Teatralnej w Lubinie 2018, w 2025 – nagrodę aktorską festiwalu „Dwa Teatry” za rolę kobiecą w spektaklu przeniesionym z teatru dla Grażyny Bułki za rolę Hanki oraz nagrodę publiczności; natomiast Helmut miał premierę w 2024 roku). Za sukcesami przedsięwzięć stoją więc nie tylko autor tekstu, ale także odtwórcy głównych ról oraz wszyscy zaangażowani w realizacje teatralne „Hanki” oraz „Helmuta”.

Monodramy Lyski „Mianujōm mie Hanka” (2016) i „Godajōm mi Helmut” (2025) obudowane głosami innych twórców, reżysera, aktorów, redaktorów oraz badaczy tworzą chór – a może nawet wielogłowego dracha? Zresztą na podobieństwa pomiędzy opowieściami górnośląskimi i antycznymi uwagę zwraca Krystian Węgrzynek (zob. Węgrzynek 2025: 5), spiritus movens omawianych książek. Opowieści Hanki i Helmuta opisują wojnę i dzieci w jej czasie wzrastające. Osoby zabierające głos we wstępach, posłowiach na podobieństwo chóru greckiego komentują i legitymują jakościowe walory tekstu głównego. Dzięki takiej ramie krytycznej, edytorskiej, instytucjonalnej książki te są czymś więcej niż artefaktem. Głosy okalające podnoszą wagę utworu oraz wzmacniają jego odbiór.

Rama instytucjonalna, merytoryczna i krytyczna

Publikacji piątego, rozszerzonego wydania „Mianujōm mie Hanka” towarzyszą głosy wstępne i posłowia. Wszystkie są sfunkcjonalizowane i powiększają jeszcze rangę wydania. Tekst Artura Madalińskiego, dyrektora Biblioteki Śląskiej, czyli wydawcy, unaocznia wsparcie oraz instytucjonalizację śląskiej twórczości i pamięci. Dopowiedzenie Mirosława Syniawy, tłumacza na śląski i poety, legitymizuje wybór śląskiego nie jako ozdobnika, ale jako mowy artystycznej i pełnoprawnej. W tej książce „godać” znaczy też „pamiętać”. Akwarele Grzegorza Chudego uzupełniają lekturę, podobnie jak zdjęcia ilustrujące posłowia Grażyny Bułki oraz Mirosława Neinerta. Krystian Węgrzynek, wydawca, regionalista, badacz literatury, skrzętnie prezentuje historię edycji tej książki. Wylicza, że to już piąte wydanie „Mianujōm mie Hanka”, ale pierwsze konsekwentnie zapisane w śląskim.

Miejsca wspólne: ubijanie, godanie, pamiętanie

Hanka jest zarówno typową, jak i nietypową bohaterką, która odsłania „zwykłe” kobiece doświadczenia na Górnym Śląsku, swoistą triadę: kołyska – kuchnia – kościół. Protagonistka staje się ikonicznym wcieleniem córek, żon, matek, ale także całego Śląska jako sumy opowiedzianych doświadczeń. Nieszablonowe jest to, że ma głos. Przecież Śląskowi zarzucano, że jest wielkim niemową, Śląską Krainą Milczenia (zob. Nawarecki 2008: 14). Wypowiada swoje niedole, obwinia, czuje żal: „Straśnie nos bolało, jak zaczli nami potrōncać i pouczać, jak mōmy godać, jak się ôblykać, jak żyć. Zaczli gardzić wszyskim, co było niby niymiecki, a przeca było to nasze, z naszych gōw, rōnk, serc, tradycji…” („Mianujōm mie Hanka” [dalej: MMH], s. 38). Albo wtedy, gdy na gestapo zbiera się na odwagę i żąda: „– My sōm Ślōnzoki, szanujcie nos, a nie prześladujcie! Przed wojnōm Poloki nos ubijali, teroz wy nos ubijocie… Jak my tukej mōmy żyć?” (MMH, s. 49). Boleśnie przekonuje się o tym, że nie zawsze warto „otwierać pysk”. Po tych słowach ląduje bowiem w areszcie, a dzieci (Kazika i Bolka) zamykają do sierocińca. Wątek „ubijania” jeszcze się powtórzy w kontekście lat powojennej trwogi, polskiego obozu w Świętochłowicach. Tam też Hanka szuka sprawiedliwości: „Za starej Polski nos ubijali, za Hitlera nos ubijali, to czymu teroz nowo Polska nos ubijo? Za co? Czymu nos niu szanujecie. Czy my sōm winni tyj wojnie?” (MMH, s. 53).



Silesius homo omnibus communis

Odbiorcy tych tekstów dzielą się na dwie grupy: tych, którzy w swojej historii rodzinnej doświadczyli poruszanych wydarzeń, oraz tych, dla których monologi Hanki i Helmuta są tylko melodramatycznym teatrem niezwiązanym z życiem.

Dla pierwszej grupy słuchaczy/czek, czytelników/czek utwory te są zjawiskiem społecznym i humanistycznym topos (w znaczeniu miejsca wspólnego, locus communis). Urastają do figur, alegorii ludzkiego losu ciemiężonego przez opresyjne systemy, historię, trapionego nieszczęściem, porażkami.

Peter Sloterdijk w książce „Stres a wolność” przywołuje fundatorskie dla rzymskiej res publica poczucie niesprawiedliwości. Polega ono na tym, że jakieś wspólnotowe doświadczenie stanowi puentę dla dzielonej historii. „Zmienia on wszystkich uczestników w ofensywną grupę stresu, która przybiera postać politycznej wspólnoty” (Sloterdijk 2018: 20). Odbiorcy dzielący wspólną pamięć historyczną rozpoznają w tych tekstach jednoczący sens. Daje on poczucie jakiegoś rodzaju osobnej, smutnej wolności narodzonej ze zbiorowego gniewu na historię, brak poszanowania ze strony Niemców, Polaków.

Pozornie nie ma tu planu pozytywnego. Są resentyment oraz utopijne pragnienie zbiorowości zmierzającej do etnicznego zamknięcia się w sobie… Szacunku oraz działań skierowanych na samouwielbienie? Nie, nie chodzi o to, żeby Ślązacy celebrowali swoją odrębność, wyrażali zgodę na „umiłowany dyspotyzm własnej tradycji” (Sloterdijk 2018: 23). Lysko swoimi, pozornie ckliwymi, opowieściami stawia pytanie o sens takiej wolności, o jej możliwość poza płaczliwym, elegijnym tonem. Autor nie daje wiążącej odpowiedzi, czy da się uciec od mielizny autofilantropii. Przed ślepą miłością do hajmatu, który im bardziej będzie gnębiony, tym bardziej będzie kochany. Ten stosunek wyraża się w opozycji przeklęta-święta: „– To przeklynto ziymia! – słysza dzisio wreszczyni. – Skirz tego wynglo przeklynto! Juści, przeklinajōm ci, co sie tukej już najedli, za tela nahabili. My jōm za tako ni mōmy. / – To niy jest przeklynto ziymia – to jest ziymia świynto!” (MMH, s. 63). Warunkiem świętości jest śmierć, pobożna pokorność, mimo zaciśniętych z gniewu pięści i zagryzionych warg.

„Niczego my nie podeptali ze staryj tradycji ślōnskij”. Prywatne i publiczne

Lysko jest o mniej więcej dekadę młodszy od moich nieżyjących dziadków. Mieszkam w wielopokoleniowym domu. Dziadkowie mieli dla nas czas. Opowieści babci Polusi o utopkach, straszkach, błędnych duszach ukształtowały mnie na równi z relacjami z wojny. O roli dziadków w pielęgnacji śląskich idiosynkrazji wielokrotnie mówił i pisał Szczepan Twardoch („Szczepan Twardoch: »Mam swoją ojczyznę…” 2025).

To od dziadka Tediego dowiedziałem się o służbie w wojsku niemieckim, zesłaniu do Kazachstanu, pobycie w tamtejszym gułagu, powrocie do Polski i spotkaniu w polskim obozie pracy swojego rodzonego brata. Narracje dziadka Ludwika o starej Polsce (II RP), o latach szkolnych w obu szkołach (polskiej i niemieckiej), o nowej Polsce, o szynkowaniu i zabawach, zakładach pracy, ucieczkach i wyjazdach do Niemiec towarzyszyły mojemu dorastaniu. Opowieści Lyski oraz moich bliskich krążą wokół tych samych tematów, zdarzeń, losów. To żywoty równoległe.

Dla przykładu, tak jak matka Helmuta, babcia Polusia wyjeżdżała do Rajchu dwa razy i dwa razy wracała. O jej powrocie miał przesądzić wiersz przeczytany w lokalnej gazecie. Znała go na pamięć. Często wracała do tej historii: „Dort ist mein heimatland, wo meine Wiege stand” tłumaczyła zrazu: „Tam jest moja ojczyzna mała, gdzie ma kołyska stała, a ja w niej spałam”, dodawała ostatni wers od siebie. Hanka, odmawiając wyjazdu do Rajchu, znała tę prawdę. Wszędzie chleb ma dwie skórki, ale nie ma miejsca jak dom.

Pierworodny syn Hanki, Wilhelm przeżył braci, spędził dekadę na Syberii (do roku 1955), ale wrócił do Niemiec, żył pod Frankfurtem, próbował namówić mamę na przyjazd. Protagonistka mówi: „Źle se mie rachowoł. Jo bych sie ze swoji umiłowanego Ślōnska nikaj niy dała ruszyć! Tukej żech sie urodziła i tukej chca pōminōńć. A im wiyncyj tyn mōj Ślōnzek bydōm prześladować, tym mocnij go byda kochać!” (MMH, s. 62).

Dziadkowie opowiadali nam o biednym, ale chyba jednak pogodnym życiu. Te historie mnie uformowały, a teraz po latach doceniam je bardziej. Czytając Lyskę, nie potrafię odciąć się od korzeni. Nie chcę nawet. Książki Alojzego Lyski zapewniają mi rekursje. Powroty, ale każdorazowo inne. Zresztą to domena każdego czytania, literackiego doświadczenia. Jak pisał Yuk Hui: „Duszą nazywamy zdolność powracania do siebie w celu samopoznania i samookreślenia. Zawsze, gdy odchodzi ona od siebie, aktualizuje własne odbicie w śladach, które nazywamy pamięcią. (…) Każdy refleksyjny ruch pozostawia ślad niczym koleinę; każdy ślad stanowi zapytanie, na które odpowiedzi można udzielić tylko przez ruch rozpatrywany całościowo” (Hui 2023: 20).

Powroty do siebie

Osobliwa zdolność powracania do siebie w celu samopoznania i samookreślenia jest łatwiejsza, gdy groby wszystkich bliskich są w promieniu 20 km. Każdorazowo, gdy odwiedzam miejsca pochówku moich bliskich, nie potrafię powstrzymać wzruszenia i wdzięczności za to, że więzy rodzinne połączyły mnie z Józefem, Apolonią, Ludwikiem i Teresą.

Dziękuję też za tą drugą gałąź, pełną niezwykłych, a przecież dla Ślązaków powszechnych losów – rodzinę żony: niespełna 102-letniego dziadka Richarda, racjonalizatora, budowniczego szybów kopalnianych w wielu miastach Śląska, żołnierza niemieckiej piechoty na froncie zachodnim, a następnie żołnierza w 1 Dywizji Pancernej pod dowództwem generała Stanisława Maczka. To człowiek, który nauczył mnie spokojnej pracy (dwa dni przygotowań, a godzina roboty – mawiał), serdeczny, dobry i mądry człowiek. Nie zdążyłem poznać drugiego dziadka żony, również Ryszarda, tyle, że z Radostowic, żołnierza Wehrmachtu, francuskiego partyzanta maquisty, żołnierza armii Andersa, 5 Dywizji Kresowej, 12 Wołyńskiego Batalionu Strzelców, odznaczonego krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta, agronoma. Jego barwne losy opisuje Zygmunt Orlik (zob. Orlik 2012: 98-99). Czytając Lyskę, oglądając teatralne adaptacje jego sztuk, mam wrażenie, że ktoś opowiada też o nich, że nie wszystkie rozmowy przy stole przepadły, że cząstka ich trudu oraz losu zwerbalizowała się w książkach autora „Duchów wojny”.

Etymologie – Hanna to łaska, a Helmut to noszący pod hełmem mądrość

Ryszard Koziołek zauważa: „(…) Śląsk przybrał postać jednego człowieka od dzieciństwa nawiedzanego przez nieprzedstawione lub niezrozumiałe ludzkie losy, mowę przodków, znikające pejzaże, budowle, pola uprawne, a zwłaszcza przez najtrudniejszego do opisania ducha, który przenika i łączy w jedno przyrodę, ludzi, rzeczy. A wszystko to natarczywie domaga się istnienia w opowieści” (okładkowy blurb do książki „Śląskiem wiedziony. Opowieść biograficzna. Z Alojzym Lyską rozmawia Krystian Węgrzynek”).

Na przykładzie Horsta Bienka (Niemcy), Kazimierza Kutza (Warszawa) czy mniej znanego Rudolfa Pacioka (Warszawa) dostrzec można, że z oddali widać lepiej, ze Śląska dla dobra twórczości można wyjechać. Każdy z tych pisarzy, twórców wyjechał i wówczas z oddalenia, nowego środowiska, mógł zwerbalizować swoje doświadczenie. Przypadek Alojzego Lyski jest inny. Lysko – Śląskiem wiedziony – pozostaje zanurzony w jego przyrodzie, ludziach, obyczaju, miejscu.

Zagłębiowski coming out

Niezwykle ciekawe w tym kontekście było to, że Lysko zrozumiał swoją odrębność i określił się jako Ślązak podczas szkoły średniej i życia w internacie w Zagłębiu, w Dąbrowie Górniczej. To tam skarcony przez kolegę: „Ale tu jest polska szkoła. Polski internat! Powinniście mówić po polsku! („Śląskiem wiedziony” 2024: 116)” rzucił się na niego z pięściami, ktoś zabronił mu być sobą, godać, sprawa zakończyła się na komisariacie. Edukacja odciska pięto w języku, otoczenie kształtuje nawyki mówienia. Po powrocie do domu znów słyszał, że za mocno „strzyże po polsku” (tamże) i wtedy też język polski zaczął wypychać u Lyski śląszczyznę. W Dąbrowie narodził się także jako literat. Pokazuje to prawdę o tym, że poczucie wyobcowania, nowe otoczenie potrafi doprowadzić do tożsamościowych uświadomień i artystycznych manifestacji.

Żywioły

W pisarstwie Alojzego Lyski skrystalizowało się kilka żywiołów: ludowości z jej umiłowaniem stron rodzinnych, patosu i sentymentalizmu, determinizmu historycznego i żywiołu parabolicznego. Pisarstwo Lyski choć odrębne, autonomiczne, ma cechy wspólne z Gustawem Morcinkiem (ckliwość, uwielbienie, idealizacja postaci kobiecych, znaczne stypizowanie postaci). Zwłaszcza ten fragment ogrywa bliskie Morcinkowi rejestry, relacje syn-matka, o której Węgrzynek przytomnie pisze, że jest oburzeniem Telemacha wobec zalotników Penelopy (zob. Węgrzynek 2025: 5) Dość komiczne i dramatyczne są te rzucone w afekcie groźby. „Byłech już za tela mōndry, żech sie mōgł dōmyślać, co sie świynci, na co tyn ćećwiok ciećwiaty wychodzi. Sōm nie wiym, co mie pichło – wyskoczyłech z łōżka i ruszyłech do piyknej izby, kaj sie te zōlyty ôdbywały. / – Wynoś sie, wulcoku! Dej mamie pokōj! Wynoś się, a drab, bo cie zabija!” („Gōdajōm mie Helmut” [dalej: GMH], s. 23).

Ostre słowa Helmuta nie pozostają bez odpowiedzi. Ojczym w dalszym przebiegu fabuły wprowadza zakazy, które symbolicznie usuwają protagonistę, jego imię, ojca i pokazują poznawczy rozziew między doświadczeniami mieszkańców kresów RP w wojennym czasie: „– W tym domu nie chcę słyszeć słowa: Helmut! Masz Franek i tak tu będzie mówione. Zrozumiano? / – Nie chcę słyszeć słowa: Wehrmacht! Ja z tym zbrodniarzami walczyłem. Oni mi zniszczyli rodzinę! / – Nie chcę też słyszeć o jakimś Francku Martoniu! Był taki, owszem, ale się zbył! I nigdy go już nie będzie! Nawet na fotografii!” (GMH, s. 26).



Zagadka fotografii ojca wyjaśnia się w niedopowiedzianej postaci „brodziatego pytoka” (GMH, s. 53). W „Gōdajōm mie Helmut” pojawia się wątek rzekomego powrotu ojca Helmuta (Franciszka Martonia) z Syberii. Ktoś zapukał do ich drzwi, zmieniony, obdarty, prosił po rosyjsku o chleb. Gdy został zaproszony do kuchni, wygłodniały jadł. Helmut w jego oczach rozpoznał jakby dawno widziany smutek odjeżdżającego na poniewierkę wojenną ojca. Gość spostrzegł, że matka głównego bohatera ma nowe dziecko z kim innym, był to dla niego widoczny znak, że urządziła sobie życie, nie czekała wiernie powrotu śląskiego Odysa, Martonia. Zostawił jej pod talerzem fotografię. To mógł być Franek albo jakiś jego przyjaciel, który zobligował się oddać fotografię ślubną jego żonie (zob. GMH, s. 38-39). „Z tōm fotografiōm jo przeszeł całe życi. Przeszełech szyśliwie, boch jōm nosił na sercu, jak szkaplyrz i wedug nij żył” (GMH, s. 39).

Zarówno Morcinek, jak i Lysko podzielają także przekonanie o tym, że ludzie, choć bywają zdolni do złych czynów, to jednak są z gruntu dobrzy. Powinni mieć jakieś swoje święte sprawy, które będą ich trzymać na powierzchni, nie pozwolą im osunąć się w odmęty czarnej rozpaczy. Tego rodzaju nastawienie, elementarna wierność tradycjom i miejscu daje, obok ugruntowanego poczucia tożsamości, także moralny spokój – bycia kimś skądś, żyjącym w jakimś celu. Stąd w pisarstwie Lyski tyle lukru, miodu w sercu. Wówczas mogą paść bezpretensjonalne i szczere deklaracje w rodzaju: „– Ja, ja… Szczyśliwe to były lata za młodziynioszka. Zapamiyntołech z nich dwie miłe przigody: dziadkowe gołymbie i przōni z Lynkōm” (GMH, s. 30).

Wierność tradycji i określonemu modelowi życia z jednej strony realizuje się jako konieczność, a z drugiej słodkie jarzmo, w którym pokolenia trzymają się tych samych wartości i rytuałów. Socjalizacja odbywa się na trzech poziomach – rodzice uczą śląskiej mowy, porządku i roboty, szkoła czytania i pisania, a wiejskie otoczenie życia w zgodzie. To oczywiście idealny model. „Mōj Gōrny Ślōnsk. Ziymia, kierej nad życi przaja. Tukej ujrzałach świat – hań! – w tyj wsi pod Pszczynōm. Mianujōm mie Hanka. Ȏjcowie nauczyli mie roboty, porzōndku, ślōnskij mowy, rechtory w szkole czytanio i pisano, a ludzie we wsi – zgodliwego życio” (MMH, s. 17).

Młoda Hanka nie bierze się z życiem za bary, nie sili się na to. Bycie Ślązaczką rozumie jako pewną niewzruszoność, honor, który wyraża się w braku czułości na powaby innych kosmosów (światów). „Żyłach tukej z miejska, ale ôblykać się musiałach, jak mi matka przikozali – dalij po chłopsku. / – Tyś je Ślōnzoczka! Niy możesz sie sprzedować światu za bele jaki cicidełka! – tuplikowali mi. Miyj swōj honor!” (MMH, s. 17). Nawet uroczystość weselna ma być skromna, żeby nie urazić tradycji, czyli przekonania: „że tak się nigdy nie robiło”, „tak nas nie uczyli”. Zobowiązania spoczywające na Hance podbijają jeszcze lęk, że sprzeniewierzenie się konwencjom lokalnym, normie będzie skutkowało nieszczęściem. A to przyjdzie i tak… „Wesele mieli my skrōmne, ale niczego my nie podeptali ze staryj tradycji ślōnskij. (…) Starzi mieli racyjo: Dwa dni weselynio – reszta życio usmolōno.” (MMH, s. 29). Hanka szybko zostaje wdową, Michał ginie na Wielkiej Wojnie. Pocieszenie przyjmuje perspektywę stwórcy, oddalenia, ptaka lub dracha widzącego ludzkiego losy z góry: „– Aniś piyrszo, aniś ôstatnio. Jeszcze niy taki krziże przijdzie ci nosić” (MMH, s. 33).

Helmut, już po wojnie, w czasach PRL, wychładza nawet kontakty z matką, gdy ta poddaje się „gorolskiemu” rytowi i nie puszcza jego przyrodnich braci do komunii: „Za Gierka Mietkowo rodzina miała się jeszcze lepij. Jak my sie czasym, choć rzodko, przi urodzinach spotykali, widzieli my nadto dobrze, że dużo nos dzieli. Mietek udawoł wielkigo kōmunisty, matka chciała jeszcze coś ze swojigo ślōnskigo rytu zachować. Gryzła sie, ale musiała robić, co ji chop kazowoł. Na przikłod niy posyłała chłopcōw do kōmunije. Niy było rady – zaprzestali my sztimować.” (GMH, s. 40).

Nad tym pisarstwem unosi się także duch Żeromskiego, główni bohaterowie Lyski, zarówno Hanka, jak i Helmut, są kimś takim jak Cezary Baryka. Ich losy stanowią emblematyczną reprezentację historii danej wspólnoty, życzeniowych i realnych cech charakteru, sposobów zachowania, a także ludowej mądrości, w której nie ma przypadku. Bohaterowie oraz sposób ich przedstawienia nie są przypadkowi. Fabuła to pretekst do gry o najwyższą stawkę tożsamościową, ale też o moralne bycie w świecie i opowieści. Helmut z matką pomagają po wojnie niemieckim więźniom obozów pracy, stosują magię sympatyczną (przez podobieństwo): „– Niy zapōminej ô tym – greblowała mie. – Pamiyntej, jak my bydymy pōmogać sam, tak wtoś kajś bydzie pōmogoł twojimu ôjcu.” (GMH, s. 20). W realizacji konserwatywnego modelu przeszkadza polityka: „Pedziałach se, że byda żyła, jak Ferdynioczka powtorzała: „kościoł – kolybka – kuchnia”. Ale czy to idzie tak żyć na Ślōnsku? Tukej polityka włazi ci nawet do łōżka” (GMH, s. 37).

Polityka i historia

To właśnie w tym miejscu warto oddać głos bohaterce Lyski, która przewrotnie konstatuje swoją historiozofię: „Podwiyl była wojna, wszyndy było sztryng. Porzōndek był, bo sie wszyscy boli. Jak toi za Niymca. Ale jak się wojna skōńczyła, zrobiyło się niymożebne zamiyszani. Wszyscy bij-zabij na siebie. Zgupiyni ludzie z pyskami na wojoków za to, że niby ôni ta wojna podpolili, na beamtrōw, że niy poradzōm niczego załatwić, dzieci na rechtorōw, komunisty na katolikōw, katoliki na Żydōw, chachary na porzōndnych, Poloki na Niymcōw” (MMH, s. 35).

Nie jest ona wolna od stereotypów, ale wojna wszystkich ze wszystkimi, polaryzacja grup miały za zadanie wymusić obranie określonej pozycji, deklarację polityczną. Hanka głosuje w plebiscycie za Polską: „Korfanty tyż przekōnywoł, żeby ôddać głos Polsce, bo przi Polsce Ślōnsk bydzie przedsia. Tōż na tym plebiscycie żech ciepła kartka za Polskōm. Ledwiech jednak wylazła ze szkoły, kaj się ôdbywało to głosowani, a tukej jakiś gizd chlast mie bez gymba i zadar sie na całe gardło: – Ty hadro polsko! Popamiyntosz!” (MMH, s. 36).

Walka o dusze była zawzięta, w obrębie najbliższych Hanki występowały różnice w deklaracjach narodowościowych. Drugi mąż Hanki: „Jak ôdjyżdżoł, to zamiast mi pedzieć »Z Panym Bogiym«, to w nerwach wyciepoł: – Ani guzika niy dōmy tym pierońskim Germanōm! Taki był tōm polskōm propagandōm przijdziōny” (MMH, s. 43). Chwilę potem, syn z pierwszego małżeństwa równolegle deklarował: „– Mutter, roz na zawsze wykurzymy stōnd Polokōw – tak w godce pedzioł! Trocha mie to ubodło, alech nie dała znać po sobie” (MMH, s. 45).

Umundurowanie i organizacje się zmieniały, więc nikogo nie dziwiły takie kurioza jak obecność dzieci Augusta i Hanki, Kazimierza i Bolesława najpierw w polskim harcerstwie, a następnie w Hitlerjugend a w PRL w Związku Młodzieży Polskiej (zob. MMH, s. 46, 59). Matka niesie krzyż swój i swoich dzieci. Kazik wziął za żonę dziewczynę z lubelskiego. Hanka od początku widzi, że nie ma między nimi zgody i porozumienia. Gdy opowiedzieli sobie losy rodzinne, rozziew był jeszcze większy, znikła miłość. Kury z kurami, gęsi z gęsiami… Hanka stwierdza: „Wiym ino jedno: ôgnia z wodōm niy pogodzisz. Ślōnskij historyji z polskōm tyż niy!” (MMH, s. 61).

Zakończenie

W teatralnej wersji „Mianujōm mie Hanka” Grażyna Bułka gra w okularach ojca i w sukni matki, siedzi na jej ryczce. Te konkretne artefakty, a także to, że aktorka przyszywa do swej jakli guziki i snuje opowieść, pokazują materialne przywiązanie do tradycji, dbałość o porządek i porządne życie. Takiemu byciu zawsze towarzyszą określone rekwizyty (zob. MMH, s. 67). To one dopowiadają tożsamość: chłopski strój, żakiet, spięte włosy, zopaska, ryczka, matczyny krzyż.

W ostatnim czasie coraz większą popularność zdobywa Michał Froehlich (Ciemno zista z prodiża), młody chłopak spod Rybnika, który gromadzi wyposażenie śląskich kuchni oraz gotuje, jak za „staryj pierwy” w babcinej zopasce (fartuszku), prowadząc profil „Pan Babcia” w mediach społecznościowych. Częste zarzuty o materialne umocowanie śląskiego świata zyskują swój wyraz właśnie w kuchni.

Monodramy Lyski to zapisy polifonicznej pamięci, które działają jak lejki (trichtery), w skondensowanej formie zbierają górnośląskie narracje i równym strumieniem wlewają je w serca odbiorców. Niejeden twórca chciałby uzyskać taki moralny komfort, widząc, jak uczestnicy przedstawień wychodzą ze spektaklu wzruszeni i mówią: „Tak to było. No, ja… Tak to było”. Każdy może być Hanką, dzieckiem Hanki, jej wnukiem, sąsiadem oraz analogicznie Helmutem, dzieckiem Helmuta, kimś, kto poniesie tę historię dalej. Pra?

LITERATURA:

Hui Y.: „Rekursywność i przygodność”. Przeł. J. Bednarek. Red. J. Maliński, M. Krzykawski. Katowice 2023.

Nawarecki A.: „Wstęp. Rzymianin Ślązakiem”. W: Z. Kadłubek: „Listy z Rzymu”. Katowice 2008.

„»Od pierwszego aktu czuję, że mam płacz na końcu nosa«. Rozmowa ze Sławomirem Rosowskim, odtwórcą głównej roli w monodramie »Godajōm mi Helmut«”. 11.11.2024. https://www.slazag.pl/rozmowa-ze-slamowirem-rosowskim-aktorem-wcielajacym-sie-w-tytulowa-role-helmuta-w-monodramie-godajom-mi-helmut.

Orlik Z: „Tak, byłem maquistą”. W: Tegoż: „Poręba z życia podpszczyńskiej wsi”. Pszczyna 2012.

Sloterdijk P.: „Stres a wolność”. Przeł. B. Baran. Warszawa 2018.

„Szczepan Twardoch: »Mam swoją ojczyznę, która nie jest językiem. Jest nim Górny Śląsk«”. 16.09.2025. https://www.youtube.com/watch?v=AvC93ec_c3Q&t=4s.

„Śląskiem wiedziony. Opowieść biograficzna. Z Alojzym Lyską rozmawia Krystian Węgrzynek”. Katowice 2024.

Węgrzynek K. „Jak Telemach. Opowieść górnośląska”. W: A. Lysko, „Godajōm mi Helmut”. Katowice-Lędziny 2025.
Alojzy Lysko, „Mianujōm mie Hanka”. Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej. Katowice-Lędziny 2025.
 
Alojzy Lysko, „Godajōm mi Helmut”. Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej. Katowice-Lędziny 2025.