ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (528) / 2025

Wojciech Rusinek,

PORWANIE AGLOMERACJI (ZBIGNIEW ROKITA: 'AGLO. BANKĄ PO ŚLĄSKU')

A A A
Znacie ten starożytny mit o porwaniu Aglomeracji? Znacie, to posłuchajcie.

Aglomeracja była najpiękniejszą, najbardziej pracowitą i najskromniejszą pośród trzech córek Europy i Zeusa, więc przepowiadano jej długie, szczęśliwe i dostatnie życie. Jakaś fatalna konieczność sprawiła jednak, że los jej był niemal powtórzeniem losu matki; niemal, bo po dwakroć gorszym. Aglomeracja bowiem, choć boskiego pochodzenia, porywana była raz po raz przez swoje zazdrosne i zawistne siostry – Germanię i Sarmatię, które chciały uczynić ją swą służącą, a wszystkie cnoty, którymi się wykazywała, przypisać sobie. Siostry owe, od wieków skłócone, uznały z jakiegoś powodu, że porwanie Aglomeracji będzie najlepszym dowodem zwycięstwa odniesionego nad tą drugą, niestety żadna z nich nie miała takiej siły, by biedną córkę Europy i Zeusa utrzymać na wieczność przy sobie. I tak nieustannie Aglomeracja wyrywana jest raz przez Germanię Sarmacji, raz przez Sarmację Germanii, co w oczach oglądających ten spektakl ludzi przypomina wojny, jakie toczą ze sobą sąsiadujące królestwa.

Inne podania głosiły jednak, że zmęczona ciągłymi porwaniami Aglomeracja zapragnęła w końcu być porwana naprawdę. Porwana i wywieziona gdzieś, gdzie jeszcze nie stanęła jej stopa. Uwikłana w spór Germanii i Sarmatii czeka zatem na następcę Zeusa, by ten uwiódł ją i powiózł ku nowym krainom, tam, gdzie wreszcie w pełni zabłyszczy jej duchowe i materialne piękno.

W tym momencie mit spotyka się z rzeczywistością. Zbigniew Rokita w „Aglo. Banką po Śląsku” jest tym śmiałkiem, który rusza w drogę, by spełnić marzenie Aglomeracji o porwaniu.

Wymyśliłem tego faceta

Czuję się współautorem tej książki.

Nie, nie w tym sensie, bym coś autorowi podpowiedział, podszepnął, sprzedał pomysł. Ze Zbigniewem Rokitą nie spotkałem się nigdy ani bezpośrednio, ani w korespondencji, autor – jak sądzę – nie wie nic o moim istnieniu. A jednak „Aglo” rodzi się z tej samej idei, która zakiełkowała we mnie w 2003 roku podczas uniwersyteckich zajęć z krytyki literackiej u Krzysztofa Uniłowskiego. Nie wiem, może to – jak w prozie Szczepana Twardocha – jakieś chtoniczne śląskie bóstwa zaszczepiają w nas, zżytych z aglomeracją śląsko-zagłębiowską niemal cieleśnie, te same idee, może to duchy zatrutego powietrza, którym oddychamy, rodzą w nas te same omamy. Tak czy inaczej jesienią 2003 podczas wspomnianych zajęć w ramach zadania zaliczeniowego napisałem krótką recenzję nieistniejącej książki Radosława Lichańskiego „Memento anzug, czyli dejcie se po szlagu”.

Tekst brzmiał tak: „urodzony w 1961 roku prozaik potrafi bardzo pomysłowo skonstruować fabułę. Centralnym wydarzeniem »Mementa« jest porwanie tramwaju przez grupę śląskich studentów i ich sentymentalna podróż przez – cytując Lichańskiego – »sprzedmieściały aż do szpiku górniczej kości Śląsk, rozrzucone bez pomysłu czerwonoceglane kolonie, skacowane po sobotnim meczu Górnika osiedla«. Na dobrą sprawę nie dowiadujemy się, dlaczego Hanusz, Rafał i Maria decydują się na gest skazany na niepowodzenie, wszak ucieczka tramwajem dobiegnie kresu na granicy aglomeracji – czyli w Gliwicach. Ale nie jest to najważniejsze w odniesieniu do »Memento anzug« pytanie. Podróż rozsypującą się »siódemką«, która pamięta jeszcze czasy »wczesnego Gierka«, stanowi chyba tylko pretekst do ukazania ponowoczesnego »kłącza« aglomeracji śląskiej i jej mieszkańców. Daleko jednak pod tym względem Lichańskiemu do sprawności warsztatowej Wojciecha Kuczoka, jego Ślązacy sprawiają wrażenie bardzo papierowych, a opisy Zabrza czy Świętochłowic świadczą raczej o tym, że debiutujący pisarz rzadko opuszcza bibliotekę… W pełni umiejętnie skonstruowane są tylko postaci studentów, co tylko potwierdza powyższe przypuszczenie. Więcej, niejednokrotnie odnosimy podczas lektury wrażenie, że Lichański uwzniośla życiową nieporadność bohaterów i uszlachetnia ich społeczną nieprzydatność (są oni bowiem studentami niemodnych kierunków humanistycznych)”.

Rokita w 2025 roku wybrał się w podróż tą samą „siódemką”, ale już dawno zostawił za sobą studencką dezynwolturę, nie ryzykuje także swojej pozycji pisarskiej. Dlatego jego „porwanie” tramwaju i tym samym Aglomeracji (bo trasa „siódemki”, swoisty kręgosłup naszych miast, w „Aglo” staje się symbolem tej części Górnego Śląska) jest dużo subtelniejsze. Rokita nie terroryzuje motorniczego, ale decyduje się na gest poważniejszy. Próbuje porwania intelektualnego, które zawiedzie Śląsk gdzieś daleko poza dotychczasowe narracje o regionie. Daleko dalej niż studenci z mojej nienapisanej śląskiej powieści, których trasa zakończyła się na ostatniej pętli tramwajowej w Gliwicach (dziś już – niestety – nieistniejącej) i daleko dalej poza horyzont tego, co o Śląsku dotąd się mówi, także w środowiskach tworzących ruch emancypacji tożsamościowej regionu.           

Dodajmy jeszcze na marginesie, że literatura, nawet ta nieistniejąca, potrafi wyprzedzić czasem rzeczywistość… W nocy między 28 a 29 października 2022 roku pewien dwudziestopięciolatek porwał tramwaj z zajezdni w Katowicach-Zawodziu (skąd swą podróż zaczyna także Rokita) i wyruszył w podróż w kierunku Chorzowa-Batorego, po drodze zatrzymując się na przystankach i obsługując pasażerów. Zupełnie trzeźwy porywacz okazał się synem motorniczego, a poprzez szalony gest porwania spełniał podobno swoje życiowe marzenie.

Dlatego wierzę w gest Rokity, który sam próbuje na kartach „Aglo” wyprzedzić Górny Śląsk i wymyślić taki jego obraz, który nareszcie nie będzie zależny od kolejnych kulturowych zawłaszczeń (porywania przez Germanię i Sarmatię). Rokicie marzy się dekolonializacja Aglomeracji, także w warstwie kopiowania wzorców tożsamościowych (np. uznawania Ślązaków za nowy naród w duchu Wiosny Ludów). Skoro przydarzył nam się mężczyzna, który dokonał porwania tramwaju, to może przydarzy nam się na Śląsku tożsamość, która będzie czymś całkiem innym, nowym, twórczym, co wykroczy poza kategorie grupy etnicznej, gwary, narodu, a czego nawet jeszcze nie potrafimy nazwać.

Pyrlik w kołkastla

Powyższa fraza nie istnieje w języku śląskim, to oczywiście żart – w ten sposób sparafrazowałem polski „kij w mrowisko”. Rokita, po sukcesie „Kajś” i mocnym wprowadzeniu odmienności i swoistości śląskiego losu do polskiej debaty publicznej (nie jest oczywiście jedynym autorem „mocnego gestu”, by wymienić tylko prozę Twardocha czy telewizyjną premierę „Mianują mie Hanka”, wzruszającego monodramu Alojzego Lyski), postanowił „richtich wrazić pyrlik w kołkastla” i trochę sprowokować… nie, tym razem nie Polaków, a samych Ślązaków. „Aglo” jest nie tylko reportażem z podróży „siódemką” po kolejnych śląskich arteriach i dzielnicach, ale też esejem o tym, dlaczego tożsamość śląska jest problematyczna. Na pierwszych stronach książki autor pisze, że „Śląsk nieoczekiwanie stał się jednym z tych niewielu miejsc, gdzie teraźniejszość jest ciekawsza od przeszłości” (s. 9). Nie będzie zatem „Aglo” – mimo że „siódemka” przecina głównie stare robotnicze dzielnice, które powstawały wokół hut, kopalni i pięknych historyzujących kościołów – nostalgicznym odtwarzaniem struktur dawnego świata, gdzie wszystko było na swoim miejscu, a ludzie byli pracowici, moralni i skrzywdzeni przez speców od wielkiej historii. Najciekawsze dzieje się teraz. Nie tylko dlatego, że na przykład Katowice – moje rodzinne miasto – mimo wielu problemów przeżywają najlepszy okres w swojej historii, gdy chodzi o przemianę urbanistyczną, komfort życia i rozbudzenie życia społecznego. Ważniejsza dla Rokity jest kwestia samoidentyfikacji Ślązaków: „W czasie, gdy mniejszości etniczne w Europie Środkowej są coraz słabsze – od Łemków po Serbołużyczan – Ślązacy w sposób widoczny się umacniają” (s. 9). Tyle że Rokita pozostaje sceptyczny wobec tezy, że mamy do czynienia z narodzinami nowego narodu. „Wielu z nas, Ślązaków, już rozumie, kim nie jest, ale wciąż szuka odpowiedzi na pytanie, kim jest” (tamże).

„Porwanie”, jakiego chce dokonać Rokita, jest ambitne i mądre – sprzyjając emancypacji tożsamościowej Ślązaków, sam będąc coraz mocniej Ślązakiem, nie chce jednak trafić w koleiny narracji narodowej rodem z XIX wieku. Ta byłaby tylko powtórzeniem dawnego sporu między niemieckością a polskością, czyli dokładaniem kolejnej cegiełki do jednej z najbardziej dramatycznych kwestii dla mieszkańców regionu. Interesuje Rokitę, w jakiej formie zostanie skonstruowana nowa śląska tożsamość – bo przecież, o czym często zapominamy, narody są konstruktem kulturowym, nie mamy ich zapisanych w DNA. „Ślązacy chwieją się dziś na szczycie góry i w każdej chwili mogą osunąć się bądź w stronę nieistnienia, bądź istnienia” (tamże). A żeby zobaczyć, czym Śląsk może się stać, trzeba wrócić do najbardziej rozpowszechnionych narracji i autonarracji o regionie, zdemaskować je i ruszyć w stronę niewiadomego. Na przykład „siódemką”. Rokita zanurzy się zatem w plątaninę dzielnic, ale też w najbardziej wstydliwe, kłopotliwe, kompromitujące problemy, które zapisane zostały w naszej historii. No tak, żeby ruszyć dalej, trzeba rozliczyć się odważnie z mieliznami dotychczasowych koncepcji tożsamościowych i wypartymi demonami historii. Tylko taka wizja regionu i jego mieszkańców ma sens – przekonuje autor – skomplikowana, splątana jak sieć tramwajowa.

I tak Rokita z jednej strony gloryfikuje górników z kopalni „Wujek”, czyniąc z nich najważniejszy symbol polskiego zrywu solidarnościowego i symbol martyrologii stanu wojennego. Trudno się z tym nie zgodzić, nie ma na Górnym Śląsku drugiego tak poruszającego wydarzenia historycznego, jak ofiara, jaką ponieśli ci zupełnie zwyczajni ludzie w walce o godność. Z drugiej – obszerne fragmenty poświęca wypartej pamięci o udziale Ślązaków w barbarzyńskich działaniach III Rzeszy. Celowo nie piszę o „byciu ofiarą nazizmu”, ale właśnie – o udziale. Pretekstem do tych rozważań jest dla autora paradoksalna recepcja „Cholonka” Janoscha w scenicznej adaptacji Roberta Talarczyka i Teatru Korez. Ta obrazoburcza, złośliwa powieść pokazująca m.in. rodzenie się nazizmu na Górnym Śląsku została – zdaniem Rokity – odczytana przede wszystkim w duchu nostalgicznym, jakby naprawdę lata 30. i 40. to był po prostu kolejny etap śląskiej historii, nie lepszy i nie gorszy od innych. Rozliczenie z nazizmem jest dla autora „Kajś” ważne także w wymiarze osobistym: „po 1989 roku, gdy już można było o wszystkim mówić, w domach wciąż myliło się tropy. Tak jak u mnie. Gdy spytałem, dlaczego pradziadek Hans wysłał prababci Else drewnianą pocztówkę z pozdrowieniami z Rabki w październiku 1939 roku, przez głuchy telefon kolejnych pokoleń oświadczono mi, że Johann bawił tam w delegacjach jako elektromonter Siemensa. Dopiero później, przeszukując niemieckie archiwum, dowiedziałem się, że w rzeczywistości do Małopolski trafił jako żołnierz Wehrmachtu biorący udział w wojnie niemiecko-polskiej” (s. 133). Rokita idzie nawet krok dalej: tak ważny na Śląsku symbol, jakim jest Tragedia Górnośląska, z jednej strony odsłaniający białe plamy i realną traumę regionu, uznaje za zjawisko służące również „myleniu tropów”, czyli zacieraniu różnic między rzeczywistymi ofiarami a współpracownikami reżimu.

Rokita na pewno nie pyta o te trudne albo nawet haniebne kwestie w duchu naiwnej prowokacji, trudno mu też zarzucić uleganie nacjonalistycznym, polskim narracjom o Śląsku i Ślązakach. Przeciwnie, strategia ta wyrasta wprost z miłości do regionu i jej mieszkańców, Rokita przypomina w tym komplikowaniu obrazu postaw Ślązaków – proszę mi wybaczyć żart – Juliusza Słowackiego z jego ostrych filipik wymierzonych w Polskę i polskość. Jak zaznacza autor: im głębsza jest jego śląska tożsamość, tym te pytania wybrzmiewają mocniej. I tu znów Rokita staje okoniem wobec nacjonalizmów (polskiego i śląskiego), dla których wzmacnianie identyfikacji narodowej musi wiązać się w uproszczeniem obrazu świata i przede wszystkim – z jakimś obsesyjnym podsycaniem antagonizmów.

Kwestia uwikłania w nazizm jest oczywiście najbardziej drastyczna, ale Rokita zachęca też do przemyślenia wielu innych problemów. Subtelniejszych, nie tak bardzo rozpalających afektywne odruchy, ale dla autora równie ważnych w procesie tożsamościowej emancypacji Górnego Śląska. Co ciekawe, autor stara się nadać tym problemom wymiar ogólnopolski, by nie zamknąć śląskich demonów historycznych w getcie regionalizmu: „czy prawa nadawane mniejszości przez większość wzmacniają tę ostatnią czy osłabiają? (…) czy człowiek żyjący we własnym języku i we własnej kulturze staje się lepszym człowiekiem? (…) komu spośród kilkudziesięciu milionów polskich obywateli zdobycie lub odzyskanie niepodległości przez Polskę przyniosło pożytek, a komu stratę? (…) czym była kolejna polska inkarnacja, czyli PRL. Z tym wiąże się na przykład wątpliwość odnośnie tego, jak nazwać obóz na Świętochłowickiej Zgodzie z 1945 roku – obozem polskim czy komunistycznym, koncentracyjnym czy pracy? To bowiem, czy Warszawa kiedyś Ślązaków za Zgodę przeprosi, czy nie, nie zależy od relacji śląsko-polskich, ale polsko-polskich i rozstrzygnięcia, czym była Polska w roku zakończenia II wojny światowej” (s. 120-122; na marginesie Rokita odrzuca przekonanie, że Polska musi przepraszać za winy przeszłych pokoleń).

Do tego zestawu Rokita dodaje kolejne kwestie: na ile historia uczona w szkołach powinna być narracją polskich stolic, a na ile rzeczywistą historią ludzi mieszkających na danym terenie. I dalej: jakie są w Polsce granice między pojęciami narodowości a obywatelstwa. Zahacza o próby wykorzystania Ślązaków przez Rosję w wojnie hybrydowej z Polską, o równoległe „pamięci historyczne” współegzystujące w mentalności regionu (polska, niemiecka, autonomistyczna, nacjonalistyczna), o kolonialny mit śląskiej pracowitości (w istocie będący przykrywką dla prowadzonej przez Niemcy i Polskę eksploatacji przemysłowej regionu). W tym ujęciu Górny Śląsk jest miejscem, gdzie pojęcia takie jak naród, państwo, tożsamość przestają być oczywiste same przez się i domagają się ciągłego namysłu. A przez to mogą stać się pojęciami rozumianymi lepiej i głębiej w miastach aglomeracji niż w tych miejscach, które z historią i wyborami narodowymi nie mają problemów.

Mogą, ale niestety – nie stają się.

Ostrzeżenie

Dwa rozdziały „Aglo” umiejscowione niemal dokładnie w połowie książki wchodzą ze sobą w „trudny dialog”. Najpierw czytamy fragment „Byłyśmy Ślązaczkami”, zapis rozmowy z profesor Joanną Rostropowicz. Historia jest dramatyczna – to zapis powojennej przemocy, której doznała rodzina bohaterki tego fragmentu ze strony Polaków osiedlających się w jej rodzinnych Zdzieszowicach. Opaski na ramieniu wskazujące na niemieckie pochodzenie, głód, pobicia. W przejmującej rozmowie nie raz wybrzmiewają ogromny żal do Polski i Polaków, postulat, by państwo polskie przeprosiło Ślązaków za te historyczne krzywdy, pretensje do Kościoła katolickiego na Górnym Śląsku za polonizowanie itp. Tymczasem kolejny fragment „Aglo” o dość, hm, niezbyt fortunnie dobranym tytule „Oskarżam” przynosi litanię Rokity przeciwko śląskiemu nacjonalizmowi. Kolejne fragmenty autor zaczyna od słów: „Oskarżam śląskich nacjonalistów, a więc i siebie”. Może porównanie do Słowackiego nie było w takim razie aż tak bezpodstawne, skoro słyszymy tu echa frazy „mówię, bom smutny, i sam pełen winy?”.

W rozdziale tym Rokita jest mi najbliższy, gdy chodzi o myślenie o śląskości, bo właśnie tu najsilniej chce autor wyprowadzić Śląsk poza fatalną dialektykę konfliktów narodowych, w którą niestety jako Ślązacy naiwnie się nadal, w roku 2025, wpisujemy. I tak Rokita dopomina się o prawo do łączenia polskości ze śląskością, o szacunek dla Ślązaków, których językiem jest polski, o uznanie dla tych, którzy języka śląskiego dopiero się uczą i nie potrafią się nim biegle posługiwać (to jakby opis mnie samego). Krytykuje Śląsk za nadmierny, a nawet rasistowski ekskluzywizm, nienawiść wobec Polaków, hejt internetowy wymierzony w „goroli”, organiczny wręcz brak gościnności, odrzucanie nowoczesności, za nadmierną inteligenckość projektów kulturowych. A przede wszystkim za brak autentycznych relacji społecznych: „Bo jeśli będziemy niszczyć wspólnotę, za 20 lat zorientujemy się – śląscy nacjonaliści, a więc i ja – że język śląski ma status języka regionalnego, Ślązacy mają status mniejszości regionalnej, Śląsk ma autonomię i co tam jeszcze, ale wspólnoty już nie ma. // Będziemy symbolem, który już niczego nie symbolizuje. Śląsk pozostanie pustym i bezdomnym adresem” (s. 171).

Podczas lektury tych słów pomyślałem, że dokładnie w taki sam sposób ze smutkiem myślę o Kościele katolickim w Polsce – im słabszy jest, tym więcej w nim dogmatyzmu i bezradnych prób utrzymania symbolicznego status quo. Zresztą, z Górnego Śląska do Kościoła nie jest daleko, choć – co mnie nieco dziwi – współczesne narracje regionalne, na przykład te snute przez Twardocha czy Rokitę, zupełnie pomijają ten splot tożsamości politycznej i religijnej czy wpływ Kościoła na mentalność Ślązaków. To temat na zupełnie inne rozważania, intryguje mnie jednak, czy czasem śląskość nie staje się na naszych oczach czymś w rodzaju świeckiej religii, w której teolodzy różnych śląskich frakcji toczą ze sobą nieustanne spory o nowe filioque? Pozostanę najpewniej do końca życia członkiem obu tych „kościołów”, bo ich „teologie” wrosły we mnie bardzo mocno, dlatego bardzo przeżywam dramatyczne osłabienie tych wspólnot. Gdy pytam moich uczniów (liceum w Katowicach), czy ktoś z nich mówi po śląsku, zgłaszają się jedna-dwie osoby na klasę. To mniej więcej tyle, ile uczęszcza dziś na lekcje religii.

Jadę „siódemką”

Musiałem czytać „Aglo” w sposób zaangażowany i osobisty nie tylko z powodu tak ważnych dla mnie problemów śląskiego etnosu, ale też z powodów jeszcze bardziej intymnych. Przez całe lata z zazdrością czytałem powieści warszawskie, krakowskie czy trójmiejskie, tęsknie marząc, by kiedyś proza artystyczna wkroczyła do miejsc, które tworzyły geograficzny i kulturowy horyzont mojego dzieciństwa. Po raz pierwszy doświadczyłem tego podczas lektury „Dysharmonii caelestis” Feliksa Netza. Jedno z opowiadań tomu, historię kobiety, której mąż zginął w kopalni „Wujek” podczas masakry 16 grudnia 1981 roku, autor umieścił przy ulicy Rewolucjonistów, gdzie mieszkałem przez pierwsze trzy dekady życia. Ale tekst mógł równie dobrze rozgrywać się w zupełnie innym miejscu, nazwa ulicy (zresztą w latach 90., kiedy rozgrywało się opowiadanie, już zmieniona na nową) to nieco za mało.

Inaczej jest u Rokity. Wyruszyłem z autorem „siódemką” z Zawodzia, niecierpliwie czekając na ominięcie katowickiego Rynku i drogę przez Załęże. I stało się! Rokita opisał mój przystanek, z którego w latach 80. odjeżdżałem wraz z mamą i młodszym bratem w kierunku Śródmieścia Katowic zdezelowaną „siódemką” (model Konstal 102Na) albo nowoczesną „czterdziestką” (model Konstal 105NT) w kierunku ulicy Wolności w Chorzowie; w latach 90. do bogucickiego liceum (z przesiadką na Rynku na „szesnastkę”) lub na początku nowego wieku na studia (do przystanku przy Teatrze Śląskim). „Mijamy przystanek Załęże Dwór i wjeżdżamy na odcinek, na którym Siódemka rozpędza się najbardziej, do 60 kilometrów na godzinę. (…) I w końcu jest, przystanek Wiśniowa. Wysiadam, lubię spędzić tutaj więcej czasu. // Przystanek Wiśniowa to otoczone wściekłorudymi familokami tyły komórek lokatorskich. Tworzą dużą, wysoką na ponad 2 metry i długą na ponad 30 metrów ściankę, królestwo farby i szpreju” (s. 115).

To jest jeden z najważniejszych krajobrazów mojego dzieciństwa, tyle że czterdzieści lat temu przystanek wyglądał nieco inaczej. „Siódemka” i „czterdziestka” zbliżały się od strony Chorzowa-Batorego i nie chowały się na tyłach załęskich familoków, lecz – w ostatnim momencie – skręcały przez środek skrzyżowania Gliwickiej z Wiśniową i stawały na środku jezdni. Tu, tuż przed twarzami familoków i zapyziałych sklepików, zlokalizowany był dawny przystanek, początek kilkukilometrowej trasy do Katowic przez „jar”, którego ściany tworzyły okropnie brudne fasady domów. Torowisko było tak pokrzywione, że podczas jazdy przez Załęże zawsze miałem wrażenie, że tramwaj już za moment przewróci się jezdnię, a hałas był nieziemski. Przystanek Wiśniowa to także miejsce, gdzie podczas rodzinnych spacerów przekraczaliśmy Rawę, tę rzekę-nie-rzękę, nad którą leżą Katowice. Woda była tak brudna, że nie widać było dna, a ja kilkuletni wyobrażałem sobie, jakie pod powierzchnią Rawy otwierają się głębiny (w rzeczywistości Rawa miała w tym miejscu nie więcej niż 10-20 cm głębokości). Smród Rawy do dziś jest moją magdalenką, ale tuż za kładką zaczynał się sielankowy Staw Maroko z magiczną, trochę straszną ścieżką przez las (w istocie zagajnik na granicy osiedla) i uroczą ścieżką nad samą wodą. Tam zaczynał się inny świat, lepszy: wędkarze, klub żeglarski, słońce połyskujące na wodzie, Osiedle Tysiąclecia z jego pawilonami handlowymi i placami zabaw (których nie było na moim, dopiero co budowanym Osiedlu Wincentego Witosa) i przede wszystkim – Park Śląski.

Z pewnością nie spotkaliśmy się na tych ścieżkach ze Zbigniewem Rokitą w latach 80. i 90. Ale to nieważne. Widmologia uczy nas, że przeszłość trwa i że możemy czasem niespodziewanie ruszyć szlakiem świata, którego nie ma. Od kilku lat mieszkam w dzielnicy, która podobno już, już za moment ma być podłączona do sieci tramwajowej (kolejne obietnice władz miasta budzą w południowych Katowicach już tylko rozbawienie), a dzięki „Aglo” znów mogłem się przejechać tą dawną „siódemką”. Tak, wiem, że autorowi nie zależy na Śląsku, którego już nie ma, i wypatruje raczej Śląska przyszłości. Mam nadzieję, że wybaczy mi tę odrobinę sentymentalizmu na koniec, ale nieczęsto zdarza się mi czytać książki, które pozostają tak blisko mojego świata, teraźniejszego, ale też przeszłego.

LITERATURA:

Pachelska K.: „Zrzutka na pomoc prawną dla 25-letniego »porywacza« tramwaju. »8 lat to sporo za spełnienie marzenia z dzieciństwa«”. 31.10.2022. https://www.24kato.pl/zrzutka-na-pomoc-prawna-dla-25-letniego-porywacza-tramwaju-8-lat-to-sporo-za-spelnienie-marzenia-z-dziecinstwa.
Zbigniew Rokita: „Aglo. Banką po Śląsku”. Wydawnictwo Znak Literanova. Kraków 2025.