MĘTLIK POZORÓW (EMILIA KONWERSKA: 'RZECZY ROBIONE SPECJALNIE')
A
A
A
Emilia Konwerska – literaturoznawczyni, publicystka, kuratorka, redaktorka, autorka dwóch nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia tomów poetyckich: „112” (wydawnictwo papierwdole, 2021) oraz „Ostatni i pierwszy kajman” (Wydawnictwo J, 2023) w 2025 roku zadebiutowała prozą. Na wstępie trzeba przyznać, że debiut ten należy zaliczyć do bardzo udanych. „Rzeczy robione specjalnie” – bo taki owa publikacja nosi tytuł – to książka specyficzna, wyróżniająca się na tle tegorocznych książek prozatorskich, intrygująca już od pierwszego fragmentu czy pobieżnego spojrzenia na spis treści.
Nie sposób dookreślić, z jakim gatunkiem mamy tu do czynienia. Owe fragmenty nie przypominają zbioru opowiadań ani powieści. Raczej są zapiskami pamiętnikowymi, ale z racji tego, że ulokowane zostały na granicy realizmu i surrealizmu można na nie patrzeć jako na prozę eksperymentalną (wydawca na „czwartej stronie” okładki sugeruje, że to „proza zespołu nadpobudliwości psychoruchowej”, zaś recenzująca tę książkę na łamach „dwutygodnika” Olga Żyminkowska określiła ją mianem reality show), która wypełniona została krótkimi notatkami poświęconymi różnym tematom czy też aspektom codzienności. Nie mamy jednak do czynienia z „klasyczną” diagnozą naszej współczesności lub analizą kondycji człowieka XXI wieku. Przekonuje o tym już sam spis treści. Wszak „Krab kokosowy, na którego patrzy pies”, „Kozioł, ale o której godzinie”, „Nóżka po lewej, ale ta bardziej z tyłu”, „Tak zwany lejec”, by wymienić zaledwie kilka tytułów składających się na tę prozę całostek, są mylące i odciągają uwagę od tego, co – jak można mniemać – dla Konwerskiej wydaje się najważniejsze. Moim zdaniem nie tyle bowiem będzie chodziło o opis rozbitej kobiecej tożsamości zagubionej w chaosie codzienności, ile o wychwycenie wszechogarniających nas pozorów – tych, które sami wytwarzamy i tych, którym (także mimowolnie) ulegamy. Na próżno zatem szukać w „Rzeczach robionych specjalnie” wciągającej akcji czy choćby opowieści podporządkowanej przyczynowo-skutkowemu reżimowi. Narracja ta pomyślana została jako zlepek luźno ze sobą powiązanych fragmentów. Dzieje się tak choćby dlatego, że – jak można się domyślać – Konwerska (i)gra z lekturowymi przyzwyczajeniami czytelników, starając się odzwierciedlić wyobcowanie głównej bohaterki również za pomocą prozatorskiej formy. Pokawałkowane, wyrwane z kontekstu, niezakotwiczone w konkretnym czasie i miejscu, „skaczące” z tematu na temat, skoncentrowane na detalach sekwencje tej narracji są jednakże w pewnym sensie do siebie przylegające, tworząc swoisty pejzaż skomplikowanego świata wewnętrznego narratorki tych opowieści. Można bowiem przyjąć, że narratorką i zarazem bohaterką owych skrawków jest jedna i ta sama osoba – bezimienna kobieta, o której właściwie niewiele wiemy poza tym, że żyje tu i teraz, choć zdarza jej się myślami wracać do przeszłości (zwłaszcza tej związanej z byłym mężem), jest rozwódką, kilka razy się przeprowadzała, wierzy w klątwy i powracającą karmę, ma różne natręctwa (którym mimowolnie się poddaje), dąży do uporządkowania swojej codzienności, lubi grać w bingo i biegać (niczym filmowi bohaterowie) po ulicach w łopoczącym płaszczu, a nade wszystko uwielbia obserwować zarówno rzeczywistość ją otaczającą, jak i innych ludzi.
Wszystkie zamieszczone w „Rzeczach robionych specjalnie” są przeto zapisem drobnych, ulotnych zdarzeń, dygresji, spostrzeżeń, dzięki którym narratorka może zwierzać się ze swoich dziw(acz)nych fascynacji (np. poprawczakiem) czy zachwytów i rozczarowań. Pisze choćby o tak osobliwych aspektach, jak o potrzebie dotykania ściany, jedzeniu w towarzystwie obcych zwierząt, pragnieniu otrzymania (na złość swoim wrogom) wszystkich literackich nagród czy konieczności wytrzymywania przykrości w sytuacjach, kiedy można ich unikać, np. „[…] kiedy w radiu leci coś, co wyjątkowo cię irytuje (powiedzmy Coltrane), wbrew swoim odruchom robisz głośniej i pozostajesz w pobliżu radioodbiornika” (s. 181). Chce, jak można sądzić, być panią swojego losu, ale życie pisze własne scenariusze, zaś owe ekscentryczne potrzeby jedynie pozornie mogą pomóc przetrwać w niesprzyjającej rzeczywistości. Wszystko jednak po to, by nauczyć się interpretować zdarzenia według własnych zapotrzebowani i z różnych opresji mimo wszystko wychodzić „obronną ręką”.
Strategia ta jest jedynym, co może trzymać w ryzach narratorkę „Rzeczy robionych specjalnie”, której psychika jest niebywale wątła, zaś emocjonalność bardzo rozchwiana. W efekcie – czego ma świadomość – obraz samej siebie (jaki także przed samą sobą kreuje) jest zakłamany i pokawałkowany. Bohaterka zna bowiem zasady funkcjonowania w społeczeństwie, wie, jak należy postępować, by manipulować wizerunkiem. Potrafi wykorzystywać grę pozorów na swoją korzyść. Ale nie oznacza to, że nie doświadcza destabilizujących momentów zwątpienia. Dzieje się tak, choć sama się do tego nie chce przyznać, gdy ktoś lub coś zaburzy jej grafik. „Wnętrze mojego ciała od zawsze przypomina pokój z szafkami, w szafkach są szuflady, w szufladach kartki, na kartkach rozpisane minuty. Zawsze wiem, którym tramwajem będę jechała, do jakiego sklepu zajdę po drodze, w jakim dziale się zatrzymam, co kupię, którą stroną ulicy będę wracała do domu. Ktoś pozbawiony wyobraźni powie, że kiedy coś nieoczekiwanie zmieni moje plany (świat jest podobno nieprzewidywalny i rządzi się swoimi prawami), to wpadnę w panikę, załamię się i stracę kontrolę. Zwykle odpowiadam, że chyba mowa o kimś innym” (s. 85).
Ową konieczność porządkowania czy nakładania na codzienność rutyny tłumaczyć można potrzebą zapanowania nad chaosem (także wewnętrznym). Ale starania te bywają bezowocne. Życie bowiem jest nieprzewidywalne i przypadkowe, także dlatego, że ludzi, których na swej drodze spotykamy, nie sposób kontrolować, zaś sytuacje, jakie nas z nimi łączą, zazwyczaj nie są jednoznaczne czy też takie, jakimi się mogą na pierwszy rzut oka wydawać. Konwerska, jak się wydaje, sprawdza granice absurdu. Narratorka obserwuje siebie i innych, bliżej przyglądając się sobie w różnych okolicznościach lub analizując relacje towarzyskie czy romansowe, by pokazać, jak łatwo ulegać mirażom. Wikłamy się w zróżnicowane układy, czego przykładem choćby sama bohaterka „Rzeczy robionych specjalnie”, z różnych powodów: z nudów, z potrzeby zabawienia się (również czyimś kosztem) lub zwrócenia na siebie uwagi otoczenia. W efekcie narażamy się na ingerowanie innych w naszą intymną przestrzeń, przez co poddajemy się ich wpływom, konfrontując się z ich oczekiwaniami i wyobrażeniami (również na nasz temat). W rezultacie, jak się okazuje, nie potrafimy lub nie chcemy (z)budować trwałych relacji, co może być jednym z powodów psychicznej labilności i tożsamościowej chwiejności.
Nic więc dziwnego, że owa dzisiejsza troska o wizerunek stała się jednym z problemów, jakie szerzej tematyzuje Emilia Konwerska. Autorka „112” szczególną uwagę poświęca właśnie specyfice – mniej lub bardziej kontrolowanego – kreowania image. Pisarkę intryguje przypadkowość tego, co przydarza się każdemu z nas, jak i druzgocąca przemijalność życia. Wszystko (przedmioty, uczucia, relacje z innymi), ulega destrukcji, a zatem chęć poddawania się iluzjom wpisana jest w naszą codzienność. Ukrywane myśli, emocje, intencje z jednej strony utrudniają nawiązywanie relacji międzyludzkich, z drugiej jednak – sprawiają, że jeszcze łatwiej można ulegać otaczającym nas zewsząd pozorom. Nie zmienia to jednak tego, że jesteśmy oceniani przez innych i sami też innych oceniamy, nie zawsze dobrze odczytując ich intencje. Bo też i sami nie zawsze bywamy prawdomówni. Poddajemy się żywiołowi kreacyjnemu choćby dlatego, że lubimy oszukiwać samych siebie i udawać kogoś, kim w rzeczywistości nie jesteśmy. To jeden z problemów, o jakich rozprawia Emilia Konwerska – potrzeba bycia kimś innym towarzyszy nam nieustannie. Stąd bohaterce omawianej tu prozy zdarza się między innymi porzucać starych znajomych, by znaleźć nowych, w codziennych czynnościach zamieniać miejscami z obcymi czy wyobrażać sobie ubieranie się w różne, zależne od nastroju, kreacje lub przewidywać, co się powie lub jak się zachowa w określonych sytuacjach życiowych (np. podczas rzucania pracy). Chodzi najprawdopodobniej o to, by nie dać się zaskoczyć, by się przygotować i w rezultacie – by oswoić lęki. Wszak, zgodnie z wykładnią autorki „Ostatniego i pierwszego kajmana”, życie składa się przede wszystkim z serii przypadków. Nie mamy kontroli nad tym, co nam się przytrafia, ale możemy spróbować oswoić pewne warianty zdarzeń choćby poprzez tytułowe rzeczy robione specjalnie. W efekcie zmagamy się z (niebywale trudnym czasami) doświadczaniem własnej cielesności i psychicznym oporem, lawirując między prawdą i zmyśleniem, naiwnością i wyrachowaniem, zwyczajnością i wyjątkowością, akceptacją i odrzuceniem, sympatią i antypatią, samotnością i przynależnością do grupy.
Ale wyobcowanie (zachęcające do uciekania w swój wewnętrzny świat) bierze się też z naszego podejścia do innych. Stale bowiem towarzyszy nam potrzeba porównywania się do mijanych na swej drodze ludzi, choć mamy do nich stosunek ambiwalentny. Obrażamy ich, by zrekompensować sobie własne braki lub by poprawić swoje złe samopoczucie. Narratorka „Rzeczy robionych specjalnie” przyznaje: „Porównuję się do nich, oceniam. Skale są różne, ale najważniejsza dotyczy ukrycia swojej niepełnosprawności przed innymi. W krzywym kolanie nie ma nic złego, dopóki nikt poza tobą go nie zauważa. Czasem wynotowuję, jakie ruchy mięśni pozwalają wciągnąć się na pokład. Rysuję wykresy. Ściągam” (s. 91). Zresztą ten fragment nie jest jedynym, który pokazuje, że narratorka omawianej tu książki Konwerskiej stawia na bezkompromisowe wyrażania opinii, obnażając niskie instynkty, którymi się kierujemy w codziennej egzystencji. Pokazuje to, co zazwyczaj głęboko w sobie chowamy, do czego – także sami przed sobą – nie potrafimy lub też nie chcemy się przyznawać.
Ów wymóg kreowania własnego wizerunku, o jakim była już wcześniej mowa, wiąże się także z życiem pozor(owa)nym w przestrzeni wirtualnej symulującym zbliżanie się ludzi do siebie. Narratorka stwierdza: „[…] ja na przykład umiem przesuwać wzrok po social mediach, widząc to, co przede mną, tylko do pewnego stopnia. Jakby te wszystkie treści, zdjęcia, przemyślenia, nagłówki zatrzymywały się na progu, a ja zaglądałabym przez judasza, ale nie widziała powodu, żeby wyjść na klatkę schodową. Zdarza mi się, że osoba, która patrzy mi przez ramię, pyta, co to było, a ja nie wiem, o czym mówi. Z pozoru oboje spoglądamy na to samo, tyle że ja mam oczy otwarte tylko po to, żeby obraz odbijał się na ich powierzchni” (s. 186). Jedną z wielu negatywnych konsekwencji funkcjonowania bardziej w przestrzeni mediów społecznościowych niż w realnej jest wyzbywanie się empatii, przyjmowanie egoistycznej postawy i znieczulanie się na innych oraz ich sprawy.
Autorka stawia na ironię i surrealizm, próbując przekonać, że żyjemy w pozorach, ukrywając własne „ja” i udając kogoś, kim nie jesteśmy. To, co zwyczajne wcale takim być nie musi, zaś konsekwencje wyborów i codziennie podejmowanych decyzji mogą okazać się destrukcyjne. Ze składających się na „Rzeczy robione specjalnie” luźnych myśli i skojarzeń staramy się wydobyć głębszy sens. Ale zapominamy, że czasami szukamy sensu tam, gdzie go nie ma. I odwrotnie – znaleźć go możemy w miejscach, w których się tego nie spodziewamy. Bo, jak przypomina bohaterka omawianych tu opowieści, „Czasem ważne historie o śmierci i rozstaniach urywają się w połowie zdania, a historie o zajętym miejscu parkingowym trwają dłużej niż podróż z miejsca do miejsca, z miejsca do miejsca. Zawsze dochodzę wtedy do przekonania, że ten parking jest ważniejszy i słucham uważnie średnio o dwie minuty dłużej” (s. 89). Warto nauczyć się słuchać i być otwartym na to, co niespodziewane, nietypowe, destabilizujące.
Zachowania narratorki „Rzeczy robionych specjalnie” mogą budzić różne emocje. Ale to zabieg celowy – Emilia Konwerska, jak sądzę, sprawdza granice naszych oporów lekturowych. Bywa bowiem dosadna, operując zwulgaryzowanym językiem. Ale bywa też niebywale metaforyczna. Interpretować to można jako próbę wytrącenia czytelników ze sfery komfortu. Wszak to narracje sytuujące się między tym, co indywidualne, intymne i powszechne, uniwersalne, żartobliwe i poważne, ironiczne i sentymentalne, konkretne i metaforyczne, trwałe i ulotne, rzeczywiste i wykreowane. Takie, jak w życiu – zaskakujące, intrygujące, wciągające, oferujące możliwość skręcenia „w kierunku, który przed chwilą jeszcze nie istniał”. Mętlik pozorów może zatem, jak w przypadku „Rzeczy robionych specjalnie”, oznaczać szereg potencjalnych możliwości.
Nie sposób dookreślić, z jakim gatunkiem mamy tu do czynienia. Owe fragmenty nie przypominają zbioru opowiadań ani powieści. Raczej są zapiskami pamiętnikowymi, ale z racji tego, że ulokowane zostały na granicy realizmu i surrealizmu można na nie patrzeć jako na prozę eksperymentalną (wydawca na „czwartej stronie” okładki sugeruje, że to „proza zespołu nadpobudliwości psychoruchowej”, zaś recenzująca tę książkę na łamach „dwutygodnika” Olga Żyminkowska określiła ją mianem reality show), która wypełniona została krótkimi notatkami poświęconymi różnym tematom czy też aspektom codzienności. Nie mamy jednak do czynienia z „klasyczną” diagnozą naszej współczesności lub analizą kondycji człowieka XXI wieku. Przekonuje o tym już sam spis treści. Wszak „Krab kokosowy, na którego patrzy pies”, „Kozioł, ale o której godzinie”, „Nóżka po lewej, ale ta bardziej z tyłu”, „Tak zwany lejec”, by wymienić zaledwie kilka tytułów składających się na tę prozę całostek, są mylące i odciągają uwagę od tego, co – jak można mniemać – dla Konwerskiej wydaje się najważniejsze. Moim zdaniem nie tyle bowiem będzie chodziło o opis rozbitej kobiecej tożsamości zagubionej w chaosie codzienności, ile o wychwycenie wszechogarniających nas pozorów – tych, które sami wytwarzamy i tych, którym (także mimowolnie) ulegamy. Na próżno zatem szukać w „Rzeczach robionych specjalnie” wciągającej akcji czy choćby opowieści podporządkowanej przyczynowo-skutkowemu reżimowi. Narracja ta pomyślana została jako zlepek luźno ze sobą powiązanych fragmentów. Dzieje się tak choćby dlatego, że – jak można się domyślać – Konwerska (i)gra z lekturowymi przyzwyczajeniami czytelników, starając się odzwierciedlić wyobcowanie głównej bohaterki również za pomocą prozatorskiej formy. Pokawałkowane, wyrwane z kontekstu, niezakotwiczone w konkretnym czasie i miejscu, „skaczące” z tematu na temat, skoncentrowane na detalach sekwencje tej narracji są jednakże w pewnym sensie do siebie przylegające, tworząc swoisty pejzaż skomplikowanego świata wewnętrznego narratorki tych opowieści. Można bowiem przyjąć, że narratorką i zarazem bohaterką owych skrawków jest jedna i ta sama osoba – bezimienna kobieta, o której właściwie niewiele wiemy poza tym, że żyje tu i teraz, choć zdarza jej się myślami wracać do przeszłości (zwłaszcza tej związanej z byłym mężem), jest rozwódką, kilka razy się przeprowadzała, wierzy w klątwy i powracającą karmę, ma różne natręctwa (którym mimowolnie się poddaje), dąży do uporządkowania swojej codzienności, lubi grać w bingo i biegać (niczym filmowi bohaterowie) po ulicach w łopoczącym płaszczu, a nade wszystko uwielbia obserwować zarówno rzeczywistość ją otaczającą, jak i innych ludzi.
Wszystkie zamieszczone w „Rzeczach robionych specjalnie” są przeto zapisem drobnych, ulotnych zdarzeń, dygresji, spostrzeżeń, dzięki którym narratorka może zwierzać się ze swoich dziw(acz)nych fascynacji (np. poprawczakiem) czy zachwytów i rozczarowań. Pisze choćby o tak osobliwych aspektach, jak o potrzebie dotykania ściany, jedzeniu w towarzystwie obcych zwierząt, pragnieniu otrzymania (na złość swoim wrogom) wszystkich literackich nagród czy konieczności wytrzymywania przykrości w sytuacjach, kiedy można ich unikać, np. „[…] kiedy w radiu leci coś, co wyjątkowo cię irytuje (powiedzmy Coltrane), wbrew swoim odruchom robisz głośniej i pozostajesz w pobliżu radioodbiornika” (s. 181). Chce, jak można sądzić, być panią swojego losu, ale życie pisze własne scenariusze, zaś owe ekscentryczne potrzeby jedynie pozornie mogą pomóc przetrwać w niesprzyjającej rzeczywistości. Wszystko jednak po to, by nauczyć się interpretować zdarzenia według własnych zapotrzebowani i z różnych opresji mimo wszystko wychodzić „obronną ręką”.
Strategia ta jest jedynym, co może trzymać w ryzach narratorkę „Rzeczy robionych specjalnie”, której psychika jest niebywale wątła, zaś emocjonalność bardzo rozchwiana. W efekcie – czego ma świadomość – obraz samej siebie (jaki także przed samą sobą kreuje) jest zakłamany i pokawałkowany. Bohaterka zna bowiem zasady funkcjonowania w społeczeństwie, wie, jak należy postępować, by manipulować wizerunkiem. Potrafi wykorzystywać grę pozorów na swoją korzyść. Ale nie oznacza to, że nie doświadcza destabilizujących momentów zwątpienia. Dzieje się tak, choć sama się do tego nie chce przyznać, gdy ktoś lub coś zaburzy jej grafik. „Wnętrze mojego ciała od zawsze przypomina pokój z szafkami, w szafkach są szuflady, w szufladach kartki, na kartkach rozpisane minuty. Zawsze wiem, którym tramwajem będę jechała, do jakiego sklepu zajdę po drodze, w jakim dziale się zatrzymam, co kupię, którą stroną ulicy będę wracała do domu. Ktoś pozbawiony wyobraźni powie, że kiedy coś nieoczekiwanie zmieni moje plany (świat jest podobno nieprzewidywalny i rządzi się swoimi prawami), to wpadnę w panikę, załamię się i stracę kontrolę. Zwykle odpowiadam, że chyba mowa o kimś innym” (s. 85).
Ową konieczność porządkowania czy nakładania na codzienność rutyny tłumaczyć można potrzebą zapanowania nad chaosem (także wewnętrznym). Ale starania te bywają bezowocne. Życie bowiem jest nieprzewidywalne i przypadkowe, także dlatego, że ludzi, których na swej drodze spotykamy, nie sposób kontrolować, zaś sytuacje, jakie nas z nimi łączą, zazwyczaj nie są jednoznaczne czy też takie, jakimi się mogą na pierwszy rzut oka wydawać. Konwerska, jak się wydaje, sprawdza granice absurdu. Narratorka obserwuje siebie i innych, bliżej przyglądając się sobie w różnych okolicznościach lub analizując relacje towarzyskie czy romansowe, by pokazać, jak łatwo ulegać mirażom. Wikłamy się w zróżnicowane układy, czego przykładem choćby sama bohaterka „Rzeczy robionych specjalnie”, z różnych powodów: z nudów, z potrzeby zabawienia się (również czyimś kosztem) lub zwrócenia na siebie uwagi otoczenia. W efekcie narażamy się na ingerowanie innych w naszą intymną przestrzeń, przez co poddajemy się ich wpływom, konfrontując się z ich oczekiwaniami i wyobrażeniami (również na nasz temat). W rezultacie, jak się okazuje, nie potrafimy lub nie chcemy (z)budować trwałych relacji, co może być jednym z powodów psychicznej labilności i tożsamościowej chwiejności.
Nic więc dziwnego, że owa dzisiejsza troska o wizerunek stała się jednym z problemów, jakie szerzej tematyzuje Emilia Konwerska. Autorka „112” szczególną uwagę poświęca właśnie specyfice – mniej lub bardziej kontrolowanego – kreowania image. Pisarkę intryguje przypadkowość tego, co przydarza się każdemu z nas, jak i druzgocąca przemijalność życia. Wszystko (przedmioty, uczucia, relacje z innymi), ulega destrukcji, a zatem chęć poddawania się iluzjom wpisana jest w naszą codzienność. Ukrywane myśli, emocje, intencje z jednej strony utrudniają nawiązywanie relacji międzyludzkich, z drugiej jednak – sprawiają, że jeszcze łatwiej można ulegać otaczającym nas zewsząd pozorom. Nie zmienia to jednak tego, że jesteśmy oceniani przez innych i sami też innych oceniamy, nie zawsze dobrze odczytując ich intencje. Bo też i sami nie zawsze bywamy prawdomówni. Poddajemy się żywiołowi kreacyjnemu choćby dlatego, że lubimy oszukiwać samych siebie i udawać kogoś, kim w rzeczywistości nie jesteśmy. To jeden z problemów, o jakich rozprawia Emilia Konwerska – potrzeba bycia kimś innym towarzyszy nam nieustannie. Stąd bohaterce omawianej tu prozy zdarza się między innymi porzucać starych znajomych, by znaleźć nowych, w codziennych czynnościach zamieniać miejscami z obcymi czy wyobrażać sobie ubieranie się w różne, zależne od nastroju, kreacje lub przewidywać, co się powie lub jak się zachowa w określonych sytuacjach życiowych (np. podczas rzucania pracy). Chodzi najprawdopodobniej o to, by nie dać się zaskoczyć, by się przygotować i w rezultacie – by oswoić lęki. Wszak, zgodnie z wykładnią autorki „Ostatniego i pierwszego kajmana”, życie składa się przede wszystkim z serii przypadków. Nie mamy kontroli nad tym, co nam się przytrafia, ale możemy spróbować oswoić pewne warianty zdarzeń choćby poprzez tytułowe rzeczy robione specjalnie. W efekcie zmagamy się z (niebywale trudnym czasami) doświadczaniem własnej cielesności i psychicznym oporem, lawirując między prawdą i zmyśleniem, naiwnością i wyrachowaniem, zwyczajnością i wyjątkowością, akceptacją i odrzuceniem, sympatią i antypatią, samotnością i przynależnością do grupy.
Ale wyobcowanie (zachęcające do uciekania w swój wewnętrzny świat) bierze się też z naszego podejścia do innych. Stale bowiem towarzyszy nam potrzeba porównywania się do mijanych na swej drodze ludzi, choć mamy do nich stosunek ambiwalentny. Obrażamy ich, by zrekompensować sobie własne braki lub by poprawić swoje złe samopoczucie. Narratorka „Rzeczy robionych specjalnie” przyznaje: „Porównuję się do nich, oceniam. Skale są różne, ale najważniejsza dotyczy ukrycia swojej niepełnosprawności przed innymi. W krzywym kolanie nie ma nic złego, dopóki nikt poza tobą go nie zauważa. Czasem wynotowuję, jakie ruchy mięśni pozwalają wciągnąć się na pokład. Rysuję wykresy. Ściągam” (s. 91). Zresztą ten fragment nie jest jedynym, który pokazuje, że narratorka omawianej tu książki Konwerskiej stawia na bezkompromisowe wyrażania opinii, obnażając niskie instynkty, którymi się kierujemy w codziennej egzystencji. Pokazuje to, co zazwyczaj głęboko w sobie chowamy, do czego – także sami przed sobą – nie potrafimy lub też nie chcemy się przyznawać.
Ów wymóg kreowania własnego wizerunku, o jakim była już wcześniej mowa, wiąże się także z życiem pozor(owa)nym w przestrzeni wirtualnej symulującym zbliżanie się ludzi do siebie. Narratorka stwierdza: „[…] ja na przykład umiem przesuwać wzrok po social mediach, widząc to, co przede mną, tylko do pewnego stopnia. Jakby te wszystkie treści, zdjęcia, przemyślenia, nagłówki zatrzymywały się na progu, a ja zaglądałabym przez judasza, ale nie widziała powodu, żeby wyjść na klatkę schodową. Zdarza mi się, że osoba, która patrzy mi przez ramię, pyta, co to było, a ja nie wiem, o czym mówi. Z pozoru oboje spoglądamy na to samo, tyle że ja mam oczy otwarte tylko po to, żeby obraz odbijał się na ich powierzchni” (s. 186). Jedną z wielu negatywnych konsekwencji funkcjonowania bardziej w przestrzeni mediów społecznościowych niż w realnej jest wyzbywanie się empatii, przyjmowanie egoistycznej postawy i znieczulanie się na innych oraz ich sprawy.
Autorka stawia na ironię i surrealizm, próbując przekonać, że żyjemy w pozorach, ukrywając własne „ja” i udając kogoś, kim nie jesteśmy. To, co zwyczajne wcale takim być nie musi, zaś konsekwencje wyborów i codziennie podejmowanych decyzji mogą okazać się destrukcyjne. Ze składających się na „Rzeczy robione specjalnie” luźnych myśli i skojarzeń staramy się wydobyć głębszy sens. Ale zapominamy, że czasami szukamy sensu tam, gdzie go nie ma. I odwrotnie – znaleźć go możemy w miejscach, w których się tego nie spodziewamy. Bo, jak przypomina bohaterka omawianych tu opowieści, „Czasem ważne historie o śmierci i rozstaniach urywają się w połowie zdania, a historie o zajętym miejscu parkingowym trwają dłużej niż podróż z miejsca do miejsca, z miejsca do miejsca. Zawsze dochodzę wtedy do przekonania, że ten parking jest ważniejszy i słucham uważnie średnio o dwie minuty dłużej” (s. 89). Warto nauczyć się słuchać i być otwartym na to, co niespodziewane, nietypowe, destabilizujące.
Zachowania narratorki „Rzeczy robionych specjalnie” mogą budzić różne emocje. Ale to zabieg celowy – Emilia Konwerska, jak sądzę, sprawdza granice naszych oporów lekturowych. Bywa bowiem dosadna, operując zwulgaryzowanym językiem. Ale bywa też niebywale metaforyczna. Interpretować to można jako próbę wytrącenia czytelników ze sfery komfortu. Wszak to narracje sytuujące się między tym, co indywidualne, intymne i powszechne, uniwersalne, żartobliwe i poważne, ironiczne i sentymentalne, konkretne i metaforyczne, trwałe i ulotne, rzeczywiste i wykreowane. Takie, jak w życiu – zaskakujące, intrygujące, wciągające, oferujące możliwość skręcenia „w kierunku, który przed chwilą jeszcze nie istniał”. Mętlik pozorów może zatem, jak w przypadku „Rzeczy robionych specjalnie”, oznaczać szereg potencjalnych możliwości.
Emilia Konwerska: „Rzeczy robione specjalnie”. Wydawnictwo ArtRage. Warszawa 2025 [Seria: Fikcje].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

