ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (528) / 2025

Sara Nowicka,

'NISZCZĄCA ŁAGODNOŚĆ MELANCHOLII' (LÁSZLÓ KRASZNAHORKAI: 'ŚWIAT TRWA')

A A A
Ziemia to smutku przybytek.
Konstandinos Kawafis: „Godzina melancholii”
Zanim László Krasznahorkai stał się budzącym zainteresowanie wszystkich laureatem Literackiej Nagrody Nobla, był pisarzem bliskim wąskiemu gronu podobnych mu melancholików, którzy dotarli do jego prozy najczęściej kluczem narodowościowym lub filmowym. Węgrzy, co zostało opisane m.in. przez Krzysztofa Vargę w „Gulaszu z turula”, to naród skąpany w czarnej żółci, a jego artyści i artystki jak nikt na świecie potrafią najpiękniejszym językiem opowiadać o niegasnącym smutku. Krasznahorkai jest spadkobiercą wrażliwości Sándora Máraiego i Dezső Kosztolányi’ego – ich pesymizm jest efektem nie tylko fatalnej sytuacji politycznej kraju, który pożegnał się z dawną świetnością, ale przede wszystkim wynika z egzystencji każdej jednostki, skazanej na ból i samotność.

Z kolei miłośnicy kina znają Krasznahorkaiego z filmów mistrza slow cinema Béli Tarra, będących ekranizacją jego prozy, przy których powstaniu brał aktywny udział. Czytałam kolejne artykuły o drugim po Imre Kertészu węgierskim literackim nobliście ciekawa, co świat weźmie od twórcy uhonorowanego za „fascynującą i wizjonerską twórczość, która w obliczu apokaliptycznego terroru potwierdza siłę sztuki”. Szlagwortem tych tekstów jest wspomniana w werdykcie apokalipsa, odmieniana przez wszystkie przypadki, której echa pojawiają się także w wydanym w Polsce kilka dni przed galą noblowską zbiorze „A świat trwa”. Jednak w moim odczuciu proza Krasznahorkaiego opowiada nie tyle o schyłku świata, ile o czymś, co dla urodzonych pod znakiem Saturna jest jeszcze trudniejsze do przełknięcia – o wiecznym trwaniu. Pojawiające się w tytule słowo „trwa” nie jest przypadkowe. Zgodnie z jedną z definicji słownikowych trwać to „pozostawać bez zmiany w pewnej pozycji lub sytuacji”. Bez zmian. W tym samym położeniu. Bohaterowie opowiadań zebranych w „A świat trwa” próbują odejść, próbują uciec w podróż, szukają zmiany, lecz bezskutecznie – cały czas stoją w miejscu. Często forma, którą pisarz nadaje swoim krótkim prozom, podkreśla ten zamknięty cykl klamrową konstrukcją. W „Szatańskim tangu” (pol. wyd. 2004) ostatni rozdział nosi tytuł „Koło się zamyka”, co powtarza się w pisanych od 1993 do 2013 roku tekstach umieszczonych w tym zbiorze – początek bywa zakończeniem, myśli ruminują, a bohaterowie nieustannie wracają do punktu wyjścia. To nie koniec świata jest najbardziej złowieszczą wizją, ale właśnie jego trwanie. Uczucie, jakie temu towarzyszy, można nazwać, za wyrażeniem użytym przez pisarza w „Nie według Heraklita”, „niszczącą łagodnością melancholii” (s. 106). W tomie trucizna wsącza się do głów postaci zawieszonych w bezruchu (nawet jeśli są aktywni, w podróży czy w pracy), kiedy powracają do nich uporczywe wspomnienia lub niespełnione marzenia, by przypomnieć, że „wystarczy w tym świecie jeden jedyny, ale znaczący szczegół, by cały ten świat stał się nie do wytrzymania” (s. 64).

Narratorzy (lub narrator – snujących opowieści różnią okoliczności, ale łączy osobowość i sposób postrzegania otoczenia) „A świat trwa”, choć zamknięci w matni jak bohaterowie „Szatańskiego tanga” przynależą już do innej rzeczywistości. Krasznahorkai wychodzi tu poza węgierską prowincję, do wielkiego świata: Chin, Indii, Niemiec, Włoch, Ukrainy czy wodospadów ulokowanych na różnych kontynentach: w Wenezueli, Zimbabwe i Szwajcarii. Współczesność odbija się w modzie (ciuchy od Pierre’a Cardina w „Bankowcach”), krajobrazie pełnym banków i zabieganych umysłach ludzi. Mimo tak wyraźnie określonego miejsca i czasu autor wyraźnie daje znać, że „historia może wydarzyć się wszędzie” (s. 242), a opisane sytuacje, nawet tak jednostkowe, jak historia Gagarina, mają wymiar uniwersalny. Wszyscy biegniemy w podobnych kołowrotkach, niezależnie od tego, jaki system nas zniewala.

„Trzeba stąd odejść, to nie jest miejsce, w którym da się żyć i w którym warto zostać” (s. 9) – tak zaczyna się pierwsze opowiadanie, którego zdanie zawiśnie nad bohaterami kolejnych historii, niezależnie, czy pragną podboju kosmosu, oderwania się od ziemi, czy zobaczenia wodospadu. Obok nowych tropów pojawią się te, które polska publiczność już zna – opowiedziana w „Najpóźniej w Turynie” historia szaleństwa Nietzschego wybrzmiała już w „Koniu turyńskim” (2011) Tarra. Podobnie przywołana w „Prawie Tezeusza” anegdota o wielorybie pokazywanym w obwoźnym cyrku na ekranie pojawiła się już w „Harmoniach Werckmeistera” (2000) Tarra i Ágnes Hranitzky, ale też we wcześniejszej powieści Krasznahorkaiego „Melancholia sprzeciwu” (pol. wyd. 2007). Wielbiciele filmowej odsłony twórczości węgierskiego autora docenią opowiadanie „Henrik Molnár u Győrgya Fehéra” napisane po śmierci reżysera „Zmierzchu” (1990), najczarniejszej odsłony kina neo-noir, i producenta „Szatańskiego tanga”. Ten dowcipny tekst łączy prawdę z fikcją, a może nawet jest stuprocentowo biograficzny? U Krasznahorkaiego nie ma to żadnego znaczenia, rzeczywistość jest tylko pretekstem do snucia opowieści o ludzkiej kondycji. Najlepiej obrazuje to „Gagarin”, słodko-gorzka przypowieść o człowieku zniewolonym przez system, który pogrążył się w pijaństwie, jak wiele wrażliwych ofiar komunizmu.

Zaskakujący jest „Rachunek”, przenoszący do Wenecji czasu renesansu, gdzie Jacopo Palma starszy i Iacopo Nigreti tworzyli portrety biblijnych i mitologicznych kobiet, za modelki biorąc pracownice seksualne. Różnorodne sztafaże pozwalają pisarzowi powtarzać, że miejsce i czas są nieważne, poczucie nieprzystawania do rzeczywistości jest ponadczasowe. Dwadzieścia jeden zebranych w „A świat trwa” opowiadań wyróżnia często sardoniczne poczucie humoru, które pozwala znieść ciężar przygnębienia. Jak wskazywali Raymon Klibansky, Erwin Panofky i Fritz Saxl w pracy „Saturn i melancholia. Studia z historii, filozofii, przyrody, medycyny, religii oraz sztuki” (2009) melancholia jest naznaczona odrobiną ironii. Krasznahorkai doskonale dostraja formę do treści – często (ale nie zawsze) nieprzeciętnie długie zdania i powtórzenia sugestywnie oddają odczucia bohaterów zagubionych w rzeczywistości. To opowieści bez początku i końca, ale jak wskazuje twórca „my przecież składamy się z rozmaitych historii, nie możemy odnaleźć ich środka” (s. 274).

Elżbieta Sobolewska, doskonała tłumaczka węgierskiej literatury, w posłowiu podkreśla eksperymentalną formę, jaką posługuje się Krasznahorkai. To element, który wyrywa z marazmu i może właśnie w nim tkwi sekret sztuki pisarza, któremu udało się znaleźć język do opisania współczesnej melancholii. Żartobliwym, ale też zaskakująco dotkliwym namysłem nad nicością jest „Łabędź ze Stambułu”, złożony z pustych stron i przypisów tworzących wyobrażony, erudycyjny tekst. Krasznahorkai w „A świat trwa” pokazuje, że to, czego nie ma, często jest ważniejsze od tego, co jest, a zaniechanie może mieć większy wpływ na rzeczywistość niż działanie. Akapity poświęcone pamięci Konstandinosa Kawafisa, greckiego poety-melancholika, udowadniają, że węgierski twórca nawet nie używając języka, potrafi przekazać różnorodne treści. Niezapisane strony kierują czytelniczą uwagę na pustkę i jej męczące trwanie. Krasznahorkai to pisarz, który wyzbywając się słów, buduje przenikliwą wypowiedź. Czy samo to nie zasługuje na literackiego Nobla?
László Krasznahorkai: „A świat trwa”. Przekład: Elżbieta Sobolewska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025 [seria: nowa klasyka].