'Z ŻYCIEM' W CHOROBĘ I ŚMIERĆ ('W ZAWIESZENIU', REŻ. ARTI GRABOWSKI)
A
A
A
Po raz pierwszy na tych łamach omawiam spektakl teatralny, czując, że wkraczam na nieswoje terytorium, nie jestem wszak teatrolożką. Muszę zatem na początku wyjaśnić, dlaczego zabieram głos w sprawie sztuki „W zawieszeniu”. Oglądałam ją jako polonistka i literaturoznawczyni pisząca od lat o kulturowych reprezentacjach doświadczeń granicznych – przede wszystkim choroby (w tym wielu chorób onkologicznych) i żałoby. Już zatem krótki opis spektaklu przykuł moją uwagę dwoma zdaniami – jednym z porządku społecznego, drugim z porządku tekstu. Oto one: spektakl jest „dramaturgiczną próbą zmierzenia się z tematem tabu, jakim jest choroba onkologiczna” oraz „inspiracją do spektaklu były eseje Susan Sontag »Choroba jako metafora« oraz filozofia Karla Jaspersa” (podaję za stroną: https://www.wachowicz.studio/projekty/w_zawieszeniu/).
Z pierwszym można – jak sądzę – polemizować. Oczywiście, myślę przede wszystkim o tekstach literackich oraz filmach i serialach, które od wielu lat na różne sposoby skutecznie podważają tabu choroby nowotworowej, prowadząc wręcz do jej zbanalizowania, nadobecności, a w skrajnych przypadkach zjawiska określanego jako „onkocelebrytyzm”. Powstrzymam się przed wyliczeniem przykładów, bo byłaby to naprawdę długa lista, a zainteresowanych odsyłam do książek np. Małgorzaty Okupnik, Beaty Koper, Mateusza Szuberta i piszącej te słowa. W polskim teatrze zresztą także mieliśmy w ostatnich latach dwie głośne sztuki dotyczące raka: „Onko” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej oraz „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” w reżyserii Mateusza Pakuły. Nie podejmuję się rzecz jasna porównania języków i środków wyrazu, z jakich korzystali wymienieni twórcy i twórczyni, zwracam jedynie uwagę, że znajdujemy się w sytuacji, w której niedawne milczenie wokół raka zostało kulturowo przepracowane, a jeśli wierzyć w społeczne oddziaływanie tekstów kultury, to zmieniło się także ludzkie podejście do choroby nowotworowej. Nie przestając być doświadczeniem granicznym, przekształca się ona często w chorobę przewlekłą – ważną nie w perspektywie wyroku, a długiego układania się z inwazyjnymi sposobami leczenia i ich długofalowymi skutkami.
Rozumiem jednak, że nie taki horyzont interesował twórców spektaklu, skoro „W zawieszeniu” określane jest jako „epitafium” dla Marty Paradeckiej – inicjatorki tego przedsięwzięcia, współautorki tekstów, zmarłej 12 stycznia 2018 roku aktorki śląskich teatrów, prezeski fundacji „Sztuka dla życia”, organizatorki wydarzeń artystyczno-terapeutycznych kierowanych do osób chorych onkologicznie. Żałobna formuła wymusza w jakimś stopniu język i dominującą w sztuce tonację, która zmierza do upamiętnienia nie tylko osoby, ale i jej pełnej bólu drogi chorowania. Uwierająca mnie osobiście fraza „zmarła po długiej i heroicznej walce z chorobą” (co bowiem z tymi, którzy świadomie rezygnują z walki z chorobą?) znajduje w sztuce swój oczywisty wyraz – zapośredniczony przez słynny esej „Choroba jako metafora” Susan Sontag, a bezpośrednio zwizualizowany w postaci trumny-huśtawki, której ruch otwiera monodram. Niemal przez cały spektakl wszyscy będziemy się na niej bujać: bohaterka (grana przez Monikę Wachowicz), jej choroba, czająca się śmierć i skonfrontowani z tymi obrazami widzowie.
Jako badaczkę narracji nowotworowych ciekawiły mnie sposoby, jakie zostały wykorzystane w budowaniu scenicznej opowieści, wszak przewagą widowiska nad literaturą piękną może być jego wielojęzyczność czy wielokodowość. Ta strona monodramu istotnie robi wrażenie – połączenie obrazu, światła i dźwięku wywołuje niezwykły efekt prowadzący do dojmujących odczuć. Zapadają w pamięć zwłaszcza te elementy monodramu, które wywołują dyskomfort oglądających – pozornie drobnostki, jak migająca jarzeniówka, przed której światłem zasłania się oczy. Pamiętam, że prezentowana kilka lat temu w Muzeum Miejskim Arsenał w Poznaniu wystawa „Kreatywne stany chorobowe. AIDS, HIV, RAK” prowadziła do podobnego stanu niepokoju czy wręcz frustracji za sprawą uporczywego dźwięku oddechu – akustyka tego, co przychodzi nam bezwiednie, kiedy jesteśmy zdrowi, wywoływała wrażenie trudu, walki o życie. W gruncie rzeczy ze spektaklu „W zawieszeniu” również wyniosłam wiele wrażeń związanych z dźwiękowym kształtem: niepokojąca oprawa muzyczna całości, przesterowany, metaliczny głos bohaterki jako znak przesycenia jej ciała chemią czy dziecięcy głos, który na zasadzie silnego skontrastowania dziewczęcej niewinności opowiada historię dojrzałego ciała – pozbawionego intymności, wystawionego na nieustanny ogląd lekarzy i techników medycznych, wreszcie doświadczającego utraty kobiecości.
Ten ostatni wątek łączy monodram z wieloma innymi narracjami kobiet chorych onkologicznie, dla których utrata włosów, mastektomia i histerektomia nie były tylko medycznymi zabiegami, ale fundowały traumę właściwie tożsamościową. Stawiały bowiem przed pytaniem, jak definiować w nowych warunkach własną kobiecość. Nie sposób uciec przed tym wątkiem również w trakcie monodramu, bo za sprawą gry Moniki Wachowicz ciągle mamy przed oczami cielesność. Bezwzględnie jest to według mnie atut spektaklu, bo praca ciałem w większym stopniu niż dyskurs (uciekający czasem w patetyczność), oddaje mięsność choroby nowotworowej. Znaczna część spektaklu koncentruje się na walce na śmierć i życie, której charakter podkreślają sekwencje marszowo-reprezentacyjne. Bohaterka, niosąca na plecach osobliwe „trofeum” z kobiecych włosów i posługująca się stojakiem na kroplówkę jak bronią, maszeruje do rytmu songu Mickey Mouse z wojennego filmu „Full Metal Jacket”. Taka wizualizacja metafory walki dowodzi – wbrew temu czego oczekiwała Susan Sontag – że jest ona wciąż podstawowym sposobem radzenia sobie z chorobą. To jak słuchanie zewu do walki, dochodzącego wręcz z własnych trzewi. Wachowicz nie oszczędza własnego ciała, pokazując, jak ból prowadzi do ekstremalnych konfiguracji. Echem powracają tutaj obrazy kobiecych ciał wygiętych w łuk, słynne mostki łączone z emocjonalnością i histerią. Tym razem jednak są wywołane realnym i przejmującym bólem. Podobnie działa obraz chemioterapii: scena – majstersztyk, z kobietą wynurzającą się z wypełnionej kapsułkami wanny-trumny jak z kokonu. Tak silna ekspozycja cielesności i podkreślenie wagi metafory walki nie prowadzi jednak do uwznioślenia ciała. Patetyczność osłabia bowiem sama rama inscenizacyjna: monodram konfrontuje z samotnością bohaterki, jej alienacją, chorobowym wyobcowaniem, faktem, że ból – nawet przy empatii i współodczuwaniu – czuje tylko ona.
Może zatem przezwyciężeniu tej samotności służy scena, w której Wachowicz wychodzi z roli i z butelką winą i kieliszkami siada przed publicznością? Dopowiada historię Marty jako osoba towarzysząca jej chorobie i umieraniu, która nie ma żadnych odkrywczych wniosków. Trud walki okazał się bowiem i graniczny, i nieskuteczny, więc nie objawił żadnego sensu, w jakimś stopniu zaprzeczył nawet możliwościom samodecydowania o sobie. Z czym zatem zostajemy? Z jedyną siłą, która może na chwilę powstrzymać pracę śmierci – życiem. „Z życiem!!!” każe zatem skandować publiczności Wachowicz, na przekór epitafijnemu wymiarowi monodramu. Może jednak nie przekór, wszak epitafium jako tekst nagrobny upamiętnia życie osoby zmarłej. Pod podszewką śmierci zawsze jest/było życie. Tak właśnie tkwimy – w zawieszeniu, na huśtawce wychylonej tyleż w stronę życia, co w stronę śmierci.
Z pierwszym można – jak sądzę – polemizować. Oczywiście, myślę przede wszystkim o tekstach literackich oraz filmach i serialach, które od wielu lat na różne sposoby skutecznie podważają tabu choroby nowotworowej, prowadząc wręcz do jej zbanalizowania, nadobecności, a w skrajnych przypadkach zjawiska określanego jako „onkocelebrytyzm”. Powstrzymam się przed wyliczeniem przykładów, bo byłaby to naprawdę długa lista, a zainteresowanych odsyłam do książek np. Małgorzaty Okupnik, Beaty Koper, Mateusza Szuberta i piszącej te słowa. W polskim teatrze zresztą także mieliśmy w ostatnich latach dwie głośne sztuki dotyczące raka: „Onko” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej oraz „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” w reżyserii Mateusza Pakuły. Nie podejmuję się rzecz jasna porównania języków i środków wyrazu, z jakich korzystali wymienieni twórcy i twórczyni, zwracam jedynie uwagę, że znajdujemy się w sytuacji, w której niedawne milczenie wokół raka zostało kulturowo przepracowane, a jeśli wierzyć w społeczne oddziaływanie tekstów kultury, to zmieniło się także ludzkie podejście do choroby nowotworowej. Nie przestając być doświadczeniem granicznym, przekształca się ona często w chorobę przewlekłą – ważną nie w perspektywie wyroku, a długiego układania się z inwazyjnymi sposobami leczenia i ich długofalowymi skutkami.
Rozumiem jednak, że nie taki horyzont interesował twórców spektaklu, skoro „W zawieszeniu” określane jest jako „epitafium” dla Marty Paradeckiej – inicjatorki tego przedsięwzięcia, współautorki tekstów, zmarłej 12 stycznia 2018 roku aktorki śląskich teatrów, prezeski fundacji „Sztuka dla życia”, organizatorki wydarzeń artystyczno-terapeutycznych kierowanych do osób chorych onkologicznie. Żałobna formuła wymusza w jakimś stopniu język i dominującą w sztuce tonację, która zmierza do upamiętnienia nie tylko osoby, ale i jej pełnej bólu drogi chorowania. Uwierająca mnie osobiście fraza „zmarła po długiej i heroicznej walce z chorobą” (co bowiem z tymi, którzy świadomie rezygnują z walki z chorobą?) znajduje w sztuce swój oczywisty wyraz – zapośredniczony przez słynny esej „Choroba jako metafora” Susan Sontag, a bezpośrednio zwizualizowany w postaci trumny-huśtawki, której ruch otwiera monodram. Niemal przez cały spektakl wszyscy będziemy się na niej bujać: bohaterka (grana przez Monikę Wachowicz), jej choroba, czająca się śmierć i skonfrontowani z tymi obrazami widzowie.
Jako badaczkę narracji nowotworowych ciekawiły mnie sposoby, jakie zostały wykorzystane w budowaniu scenicznej opowieści, wszak przewagą widowiska nad literaturą piękną może być jego wielojęzyczność czy wielokodowość. Ta strona monodramu istotnie robi wrażenie – połączenie obrazu, światła i dźwięku wywołuje niezwykły efekt prowadzący do dojmujących odczuć. Zapadają w pamięć zwłaszcza te elementy monodramu, które wywołują dyskomfort oglądających – pozornie drobnostki, jak migająca jarzeniówka, przed której światłem zasłania się oczy. Pamiętam, że prezentowana kilka lat temu w Muzeum Miejskim Arsenał w Poznaniu wystawa „Kreatywne stany chorobowe. AIDS, HIV, RAK” prowadziła do podobnego stanu niepokoju czy wręcz frustracji za sprawą uporczywego dźwięku oddechu – akustyka tego, co przychodzi nam bezwiednie, kiedy jesteśmy zdrowi, wywoływała wrażenie trudu, walki o życie. W gruncie rzeczy ze spektaklu „W zawieszeniu” również wyniosłam wiele wrażeń związanych z dźwiękowym kształtem: niepokojąca oprawa muzyczna całości, przesterowany, metaliczny głos bohaterki jako znak przesycenia jej ciała chemią czy dziecięcy głos, który na zasadzie silnego skontrastowania dziewczęcej niewinności opowiada historię dojrzałego ciała – pozbawionego intymności, wystawionego na nieustanny ogląd lekarzy i techników medycznych, wreszcie doświadczającego utraty kobiecości.
Ten ostatni wątek łączy monodram z wieloma innymi narracjami kobiet chorych onkologicznie, dla których utrata włosów, mastektomia i histerektomia nie były tylko medycznymi zabiegami, ale fundowały traumę właściwie tożsamościową. Stawiały bowiem przed pytaniem, jak definiować w nowych warunkach własną kobiecość. Nie sposób uciec przed tym wątkiem również w trakcie monodramu, bo za sprawą gry Moniki Wachowicz ciągle mamy przed oczami cielesność. Bezwzględnie jest to według mnie atut spektaklu, bo praca ciałem w większym stopniu niż dyskurs (uciekający czasem w patetyczność), oddaje mięsność choroby nowotworowej. Znaczna część spektaklu koncentruje się na walce na śmierć i życie, której charakter podkreślają sekwencje marszowo-reprezentacyjne. Bohaterka, niosąca na plecach osobliwe „trofeum” z kobiecych włosów i posługująca się stojakiem na kroplówkę jak bronią, maszeruje do rytmu songu Mickey Mouse z wojennego filmu „Full Metal Jacket”. Taka wizualizacja metafory walki dowodzi – wbrew temu czego oczekiwała Susan Sontag – że jest ona wciąż podstawowym sposobem radzenia sobie z chorobą. To jak słuchanie zewu do walki, dochodzącego wręcz z własnych trzewi. Wachowicz nie oszczędza własnego ciała, pokazując, jak ból prowadzi do ekstremalnych konfiguracji. Echem powracają tutaj obrazy kobiecych ciał wygiętych w łuk, słynne mostki łączone z emocjonalnością i histerią. Tym razem jednak są wywołane realnym i przejmującym bólem. Podobnie działa obraz chemioterapii: scena – majstersztyk, z kobietą wynurzającą się z wypełnionej kapsułkami wanny-trumny jak z kokonu. Tak silna ekspozycja cielesności i podkreślenie wagi metafory walki nie prowadzi jednak do uwznioślenia ciała. Patetyczność osłabia bowiem sama rama inscenizacyjna: monodram konfrontuje z samotnością bohaterki, jej alienacją, chorobowym wyobcowaniem, faktem, że ból – nawet przy empatii i współodczuwaniu – czuje tylko ona.
Może zatem przezwyciężeniu tej samotności służy scena, w której Wachowicz wychodzi z roli i z butelką winą i kieliszkami siada przed publicznością? Dopowiada historię Marty jako osoba towarzysząca jej chorobie i umieraniu, która nie ma żadnych odkrywczych wniosków. Trud walki okazał się bowiem i graniczny, i nieskuteczny, więc nie objawił żadnego sensu, w jakimś stopniu zaprzeczył nawet możliwościom samodecydowania o sobie. Z czym zatem zostajemy? Z jedyną siłą, która może na chwilę powstrzymać pracę śmierci – życiem. „Z życiem!!!” każe zatem skandować publiczności Wachowicz, na przekór epitafijnemu wymiarowi monodramu. Może jednak nie przekór, wszak epitafium jako tekst nagrobny upamiętnia życie osoby zmarłej. Pod podszewką śmierci zawsze jest/było życie. Tak właśnie tkwimy – w zawieszeniu, na huśtawce wychylonej tyleż w stronę życia, co w stronę śmierci.
„W zawieszeniu”. Scenariusz oraz teksty: Marta Paradecka, Monika Wachowicz, Arti Grabowski. Reżyseria: Arti Grabowski. Scenografia: Monika Wachowicz, Arti Grabowski. Prezentacja: Teatr Śląski w Katowicach, 19 listopada 2025 (w ramach cyklu Sztuka w Służbie Ducha i Ciała).
Foto: Agnieszka Seidel-Kożuch.
„artPAPIER” objął projekt patronatem medialnym.
Foto: Agnieszka Seidel-Kożuch.
„artPAPIER” objął projekt patronatem medialnym.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

