HISTORIA PISANA NA MARGINESIE (MONIKA RUDAŚ-GRODZKA: 'ZA ŻELAZNĄ BRAMĄ. ARCHIWUM KOBIET. PORTRETY KOBIET PISZĄCYCH')
A
A
A
Śledząc książki z nurtu herstorii, łatwo popaść w złudzenie, że wie się, dokąd dana opowieść zmierza. Dotyczy to zwłaszcza tytułów mainstreamowych, które w ostatnich latach coraz częściej sięgają po historie opowiadane z perspektywy dotąd przemilczanej – kobiecej. Nie chcę jednak sugerować, że jest to zjawisko negatywne. Przeciwnie: nieustanne zadawanie pytań przeszłości wydaje się konieczne, jeśli chcemy sprawdzić, czy rzeczywiście odsłoniła ona już wszystko, co może stać się impulsem do zmian społecznych, kulturowych czy jednostkowych. Problem leży gdzie indziej. Wiele z tych publikacji podporządkowuje się bowiem dość stałemu schematowi narracyjnemu. Opowieść prowadzona jest z jednego, często ograniczającego punktu widzenia, a bohaterki dobiera się tak, aby ich losy były widowiskowe i zaskakujące. Kobieca historia bywa tu przede wszystkim historią przełamywania barier – w sztuce, nauce czy polityce. Co więcej, losy te nierzadko ujmowane są zbiorczo: autorzy i autorki próbują odnaleźć wspólny mianownik dla wielu biografii, przez co przegląd życiorysów traci z oczu jednostkowość i niepowtarzalność doświadczenia. Na tym tle wyraźnie wyróżnia się książka „Za Żelazną Bramą. Archiwum Kobiet. Portrety kobiet piszących” Moniki Rudaś-Grodzka. Autorka sięga po listy i pamiętniki dwóch znaczących postaci, Bronisławy Waligórskiej oraz Marii Jadwigi Strumff, nie po to, aby wpisać je w zbiorową narrację, lecz aby wydobyć ich indywidualne głosy. A pozostawione przez nie ślady stają się punktem odniesienia dla wielu współczesnych problemów.
Kwestia struktury pracy
Dla Rudaś-Grodzkiej kluczowe są dwie kwestie. Pierwsza dotyczy samego rozumienia czasu. Autorka podkreśla, że „błędem jest traktowanie przeszłości jako czegoś, co bezpowrotnie odeszło” (s. 203). To przekonanie przekłada się na sposób prowadzenia narracji: historie kobiet, które mogłyby zostać uznane za zamknięte i jedynie interesujące z perspektywy archiwalnej, zostają uaktualnione i wpisane w refleksję nad teraźniejszością. Przeszłość nie jest tu martwym zapisem, lecz żywym doświadczeniem, pozwalającym lepiej zrozumieć współczesność. Rudaś-Grodzka opisuje swoją pracę badawczą w kategoriach symbolicznego rytuału, zaznaczając, że jako badaczka przeszłości odprawia „dziady – a właściwie »baby«” (s. 204). Odwołanie do dramatu romantycznego „Dziady” cz. II Adama Mickiewicza ma jednak charakter przede wszystkim metaforyczny. Nie chodzi tu o dydaktyczną lekcję dla współczesności, lecz o gest skierowany ku samym bohaterkom przeszłości. Jak pisze autorka: „[n]asz kontakt z zapomnianymi autorkami, których głosy nie wybrzmiały do końca, jest próbą dopełnienia ich biografii – gdyż ich życie było albo za krótkie, albo zbyt tragiczne, aby je uznać za pełne” (s. 204).
Ta perspektywa pozwala lepiej zrozumieć zarówno archiwalne pasje badaczki, jak i jej motywację do rekonstruowania życiorysów kobiet, które przez stulecia pozostawały „ofiarami przemocy historii zwycięzców” (s. 206). Druga istotna kwestia dotyczy samych bohaterek. „Za Żelazną Bramą” nie jest próbą panoramicznego ujęcia wielu kobiecych losów, lecz intymnym spojrzeniem na dwa konkretne życiorysy. Taki wybór stanowi wyraźne przeciwstawienie się dominującym strategiom narracyjnym obecnym w podobnych publikacjach. Rudaś-Grodzka zauważa, że „[p]iszący biografię rzadko wiedzą, gdzie szukać tętna ich bohaterów, trudno jest bowiem dotrzeć do ich życia wewnętrznego” (s. 23), i właśnie ten wymiar staje się dla niej celem nadrzędnym. Czytając listy Bronisławy Waligórskiej i pamiętniki Marii Jadwigi Strumff, badaczka poszukuje szczelin, przez które możliwe byłoby dotarcie do ich wewnętrznych doświadczeń. Nie oznacza to jednak zamknięcia narracji w obrębie prywatnych zapisków. Przeciwnie, jej zagęszczenie odniesieniami historycznymi i teoretycznymi prowadzi do zderzenia dwóch porządków: faktograficznego, który często wypiera jednostkowe doświadczenia, oraz porządku osobistego, uwzględniającego zmienność kobiecych doznań i perspektyw na różnych etapach życia. Autorka ma również świadomość, że autobiograficzne narracje niosą ze sobą ryzyko fantazmatyzacji i przekształceń. Zamiast je piętnować, sięga po koncepcję Paula Ricoeura, zgodnie z którą „natura tożsamości narracyjnej objawia się w dialektyce bycia sobą (idem) i bycia tym samym (ipse)” (s. 165), co przekłada się na rozumienie, że nawet najmniejsza zmiana w narracji, przedstawienie tej samej sytuacji w nowej soczewce nie jest świadomym kłamaniem, aby zbudować lepszy obraz swojego życia, lecz próbą „ustanowienia »ja«” (s 165).
Obie te kwestie zostają wpisane w konsekwentnie prowadzoną, wielowymiarową narrację, którą buduje Rudaś-Grodzka. Autorka sytuuje się pomiędzy pozycją badaczki a uważnej czytelniczki archiwum. Nie ukrywa własnej obecności, lecz jednocześnie nie czyni z siebie bohaterki opowieści. Jest świadoma etycznego ciężaru interpretacji życiorysów Bronisławy Waligórskiej i Marii Jadwigi Strumff – świadomość ta powraca na kartach książki wielokrotnie, między innymi za sprawą odwołań do filozoficznej koncepcji widmontologii Jacques’a Derridy. Rudaś-Grodzka pozwala sobie w ten sposób na autorefleksję dotyczącą własnego miejsca w badanej historii. Jak pisze: „[i]stnieje silna pokusa, aby podążyć za widmem, nie mamy jednak śmiałości, aby pójść jego śladem, gdyż odczuwamy lęk” (s. 56). Lęk ten może przyjmować różne formy, lecz w przypadku autorki „Za Żelazną Bramą” ujawnia się przede wszystkim jako obawa przed uprzedmiotowieniem bohaterek – tych, które powinny pozostać podmiotami własnych historii.
Zachowanie tej podmiotowości staje się jednym z nadrzędnych celów badaczki. Autorefleksyjne partie książki tworzą interesującą grę intelektualną z czytelniczkami i czytelnikami, którzy zostają niejako wciągnięci w proces interpretacyjny. Wykorzystanie widmontologii okazuje się tu szczególnie znaczące, prowadzi bowiem Rudaś-Grodzką do rozpoznania własnej roli jako tej, która przychodzi „po czasie”. Jak pisze autorka: „[c]zyż właśnie ja nie jestem widmem, duchem spóźnionym, przychodzącym po czasie, ale także, tak jak chce tego Benjamin, »wyobrażeniem zbawienia« czy też obietnicą odkupienia” (s. 57). To właśnie te rozważania oraz sposób patrzenia na wybrane bohaterki stanowią siłę tej książki. Rudaś-Grodzka, dzięki uważności i czułości, poszerza granice myślenia o pracy z dawnymi materiałami źródłowymi, zalegającymi w archiwach. Proponuje zarazem model badania przeszłości, który nie opiera się wyłącznie na rekonstrukcji faktów, lecz na etycznej relacji z tymi, których głosy przez lata pozostawały niesłyszalne.
Nie jest to jednak pierwszy raz, gdy Rudaś-Grodzka sięga po postać Bronisławy Waligórskiej. Jej sylwetka okazuje się na tyle frapująca, że powraca także w drugiej książce badaczki, która po raz pierwszy pisała o niej w publikacji „Listy z cytadeli 1886”, wydanej w 2018 roku. Danuta Zawadzka, recenzując tę książkę, zauważała, że już wówczas autorka traktowała listy nie wyłącznie jako teksty, lecz jako materialne ślady egzystencji. Jak pisała Zawadzka, „dokumentarność zaczyna się od zapisu, ściśle związanego z ciałem i emocjami piszącej oraz z sytuacyjnością pisania” (Zawadzka 2020: 252). Podobne podejście odnaleźć można także w „Za Żelazną Bramą” – zarówno w sposobie sytuowania siebie w narracji, jak i w konsekwentnie realizowanej propozycji innowacyjnego ujęcia biograficznego, o którym była już mowa wcześniej. Rudaś-Grodzka przyjmuje rolę ancilla libri, czyli „służki książki”, a nie wszechwiedzącej interpretatorki. Odmawia interpretacyjnej dominacji na rzecz „podejścia współodczuwającego” (s. 52) będącego, jak sama podkreśla, „podstawowym założeniem metodologicznym życiopisania (life writing)” i pozwalającego „skoncentrować się na poczuciu tożsamości, emocjach, afektach, a nie tylko wydarzeniach” (s. 52). Powtarzalność pewnych strategii interpretacyjnych nie jawi się tu jako wada, lecz jako rozpoznawalny styl autorki. Styl ten otwiera nowe drogi pracy z dawnymi tekstami, po które tak chętnie sięgają badaczki i badacze historii oraz literatury. Propozycja Rudaś-Grodzkiej nie tylko poszerza repertuar narzędzi interpretacyjnych, lecz także redefiniuje relację między badaczką a archiwalnym źródłem.
Kwestia kobiecej historii
Jak wspomniałam wcześniej, główną osią „Za Żelazną Bramą” stają się historie Bronisławy Waligórskiej i Marii Jadwigi Strumff. Bohaterki te nie są idealizowane ani uświęcane. Przeciwnie, Rudaś-Grodzka konsekwentnie unika budowania hagiograficznej narracji, mając pełną świadomość ich niejednoznaczności. Sama autorka podkreśla, że Waligórska i Strumff nie były postaciami „krystalicznie czystymi”, w listach i pamiętnikach odsłaniały bowiem nie tylko momenty szczęścia, lecz także doświadczenia trudne i bolesne: „marzyły, robiły plany, popełniały błędy, żyły obok siebie, ich drogi być może przecinały się, z pewnością biegły równolegle” (s. 23). Skąd jednak taki wybór bohaterek? Dla autorki kluczowe okazuje się to, że zarówno Waligórska, jak i Strumff „miały odwagę i siłę, żeby wziąć los w swoje ręce, stawić czoła wielu przeciwnościom” (s. 22). Istotnym elementem ich biografii było przede wszystkim podjęcie pracy zarobkowej – w XIX wieku i na początku XX wieku wciąż stanowiące raczej wyjątek niż społeczną normę. Waligórska zajmowała się nauczaniem, natomiast Strumff, porzucona przez męża i pozostawiona z czworgiem dzieci, została masażystką, co postrzegano wówczas jako „niegodne” (zob. s. 22). Obie kobiety doświadczały goryczy, rozczarowania i poczucia klęski, a jednak, co szczególnie podkreśla autorka, pozostawały osobami sprawczymi (zob. s. 23). Tym samym ich historie nie są opowieściami o spektakularnym sukcesie, lecz o podmiotowości wykuwanej wbrew ograniczeniom narzuconym przez normy społeczne i osobiste dramaty.
Książka Rudaś-Grodzkiej została podzielona na sześć rozdziałów, z których połowę poświęcono historii Bronisławy Waligórskiej. I właśnie w tym miejscu pojawia się istotne zastrzeżenie, że to rozwiązanie, które można uznać za problematyczne, zwłaszcza że losy Strumff wydają się równie, jeśli nie bardziej, wciągające. Tymczasem otrzymują zaledwie jeden, stosunkowo krótki rozdział, liczący kilkadziesiąt stron. Oczywiście decyzja ta znajduje swoje uzasadnienie w ograniczonym materiale źródłowym, przekazanym przez wnuka Strumff, Tadeusza, do Muzeum Woli (zob. s. 169-170), niemniej niedosyt pozostaje. Sama badaczka, tłumacząc swoje zainteresowanie postacią Marii Strumff, wskazuje na „ślady działania niedokładnej i zmiennej pamięci autorki, która (…) przedstawiła sprzeczne relacje i różne stanowiska w tych samym sprawach” (s. 163). To właśnie ta niespójność okazuje się szczególnie frapująca – pozwala bowiem uchwycić Strumff jako osobę balansującą na granicy rzeczywistości i fantazmatów, intensywnie poszukującą odpowiedzi na pytanie „kim jestem”, a zarazem trwale doświadczającą poczucia niedopasowania. Opisywała siebie jako chłopczycę, podkreślała własną inność, sytuowała się niejako poza kategoriami płci. W jednym z zeszytów przyznała, że „rodzina wielokrotnie powtarzała, »że się zawcześnie urodziła«” (s. 176). Jednocześnie Strumff buntowała się przeciwko podporządkowaniu kobiet mężczyznom, uznając ich za „źródło wszystkich nieszczęść, jakie spotykają kobiety” (s. 194). Choć formułowała odważne tezy, nie była postacią radykalną. Przeciwnie, potrafiła modyfikować własne poglądy, jeśli na jej drodze pojawiały się osoby inspirujące, dzielące się inną perspektywą. Miała przy tym szczególne szczęście do kobiet, które pogłębiały jej rozumienie kwestii kobiecej. Z czasem Strumff łagodniała w ocenach, uczyła się rozumieć motywacje innych, nie mierząc ich własną miarą, co wcześniej zdarzało się jej zwłaszcza w relacjach z pacjentkami.
W historii Marii Jadwigi Strumff kryje się wątek, który wybiega daleko w przyszłość i pozostaje dla dziewcząt oraz kobiet niezwykle aktualny – kwestia kobiecego upiększania się. Autorka pamiętników krytykowała kobiety ulegające presji otoczenia i poddające się licznym zabiegom, które kosztowały, jak pisała, „krocie” (zob. s. 192), a w jej przekonaniu ostatecznie nie tylko szpeciły ciało, lecz także prowadziły do stanów depresyjnych. Czytając słowa tej przodkini, trudno nie odnieść wrażenia, że silnie rezonują one ze współczesnością, z rzeczywistością, która sprzedaje zabiegi upiększające jako lekarstwo na wszelkie niedostatki, bardzo często nie dostrzegając, że stoją za nimi „społeczne mechanizmy wytwarzające opresyjne normy dbania o urodę” (s. 192). Normy te podporządkowywały sobie kobiety nie tylko w przeszłości, lecz oddziałują na nas również dziś.
Większa część książki, jak już wspomniałam, poświęcona jest jednak Bronisławie Waligórskiej, niedoszłej terrorystce, której życie kończy się w więziennej celi. W jej historii szczególnie interesujące okazują się dla Rudaś-Grodzkiej listy, zwłaszcza ich analizowanie nie tylko pod kątem samej czynności pisania i jego formy, lecz przede wszystkim techniki (zob. s. 79). Jak pisze badaczka: „[a]kt pisania nie jest uzupełnieniem egzystencji, jest nią samą, staje się koniecznością, a także formą współistnienia z drugą osobą w sytuacji, kiedy rzeczywistość wokół zaczyna się rozpadać (s. 79). Listy stanowią z pewnością rodzaj intelektualnego wyzwania dla badaczki, lecz nie dla siostry Waligórskiej, Jadwigi, do której były kierowane. To ona była ich adresatką, a zarazem powierniczką trudów, bólu i koszmarów Bronisławy. Istotne w tej opowieści pozostaje również to, że nie na wszystkie pytania Rudaś-Grodzka znajduje odpowiedź, co autorka zaznacza wprost. Trudno bowiem jednoznacznie ustalić, jakie kary stosowano wobec Waligórskiej (zob. 84), nie sposób także odtworzyć jej snów. Wiadomo natomiast, że brak kontaktu z siostrą oraz narastająca samotność okazały się doświadczeniami granicznymi, aż do tego stopnia, że doprowadziły bohaterkę do decyzji o odebraniu sobie życia. Waligórska nosi wiele cech Antygony, bohaterki tragedii antycznej Sofoklesa. Obie uważały, że odziedziczyły tragiczny losy po ojcach, co utrudniało im samodzielne decydowanie o własnym życiu (zob. s. 100) i prowadziło ku ostatecznym wyborom. Waligórska „postrzegała siebie jako kolejną przeklętą z rodziny, która nie przezwyciężywszy swojego losu, zamknięta w zaczarowanym kręgu nieszczęść i katastrof, została skazana na powtarzanie błędów poprzedników” (s. 104). Sama Rudaś-Grodzka określa Waligórską jako postać romantyczną o rysach prometejskich (zob. s. 72), co znajduje potwierdzenie w jej biografii. Podobnie jak Maria Jadwiga Strumff wierzyła ona, że jej egzystencja wpisana jest w „poświęcenie się jakiejś wielkiej idei” (s. 72).
O ile rozdział drugi, zatytułowany „Terrorystka. Bronisława Waligórska”, stanowi swoisty przekrój życia bohaterki i pozwala wydobyć podstawowe informacje na temat tego, kim była, o tyle rozdział trzeci, „Sny Bronisławy Waligórskiej”, ukazuje ją jako postać graniczną, zawieszoną pomiędzy doświadczeniem jednostkowym a historią idei. To właśnie tutaj przedstawione zostaje życie splatające się z rewolucyjną przemocą, działalnością terrorystyczną i więzieniem. Rudaś-Grodzka konsekwentnie kontynuuje jednak narrację wolną od presji jednoznacznej oceny Waligórskiej. Zamiast tego wskazuje na trudności, których doświadczała sama bohaterka: z jednej strony była aktywną uczestniczką wydarzeń politycznych, z drugiej osobą kruchą, przeżywającą lęk i bezradność (zob. s. 104). Bohaterce listów, analizowanych przez badaczkę, „wydawało się, że śni własny sen” (s. 105). Ten motyw snu Rudaś-Grodzka traktuje jako szczególne archiwum emocji i nieświadomości, w którym poszukuje szerszej perspektywy spojrzenia na Waligórską. Perspektywa ta nie prowadzi jednak do pełnego jej zrozumienia i właśnie to napięcie zostaje wyraźnie wyeksponowane. Jak pisze autorka, „życie to coś więcej niż suma wydarzeń i faktów” (s. 121). Rozdział trzeci pozwala odsłonić Waligórską w całej jej nieprzejrzystości, nie domykając jej biografii jednoznaczną interpretacją.
Na koniec warto jeszcze dodać, że pomiędzy rozdziałami poświęconymi Waligórskiej a tymi dotyczącymi Strumff znajduje się rozdział zatytułowany „Cela jako własny pokój. Relacje więźniarek politycznych z XIX i początku XX wieku”. Pełni on funkcję swoistego dopowiedzenia oraz wyjaśnienia symboliki więzienia. Jak zaznacza Rudaś-Grodzka „warto przyjrzeć się miejscu [więzieniu – E.K.] szczególnemu, w którym zderzała się polityka, życie prywatne, cielesność i emocje” (s. 139). Doświadczenie więzienne miało bowiem zupełnie inne znaczenie dla mężczyzn i kobiet. Jak pokazuje Rudaś-Grodzka, więzienie wpisywało się w przypadku kobiet w proces emancypacyjny. Przebywając w izolacji, marząc o wolności, wyrażały one „pragnienie wykraczające poza sferę polityczną, odnoszące się do ich całego życia, a więc zarówno do intymności, prywatności, jak i do życia rodzinnego” (s. 146). Dla wielu opisywanych bohaterek więzienie jawiło się również jako przestrzeń „podstaw dyscypliny wewnętrznej” (s. 156) lub jako możliwość pogłębionej refleksji nad własnym życiem wewnętrznym. Zdarzało się jednak, że wyjście na „prawdziwą wolność” przynosiło rozczarowanie i nowe doświadczenia przykrości (zob. 159).
Kwestia zbiorowości
Rudaś-Grodzka w „Za Żelazną Bramą. Archiwum Kobiet. Portrety kobiet piszących” dąży do uchwycenia nieuchwytnego, rzeczywistego doświadczenia, posługując się dwoma życiorysami – Bronisławy Waligórskiej i Marii Jadwigi Strumff. Autorka odzyskuje perspektywę tych dwóch kobiet, wpisując się tym samym w nurt herstorii, a zarazem poszerzając refleksję nad tym, że pamiętniki i listy mogą stanowić wartościowe źródło wiedzy o przeszłości – pod warunkiem zachowania badawczej czujności wobec analizowanego materiału. Rudaś-Grodzkiej nie chodzi jednak wyłącznie o rekonstrukcję kontekstów społeczno-historycznych, jeszcze istotniejsze okazują się dla niej intymne portrety kobiet, które poszerzają spojrzenie na doświadczenie i kwestie kobiece. Autorka nie wychodzi przy tym z punktu radykalnie rewolucyjnego, a raczej istotne jest dla niej pokazanie bohaterek jako osób sprawczych, pragnących decydować o sobie, własnym życiu i wyborach, a jednocześnie świadomych tego, co stanowiło ich największe ograniczenie: kulturowych uwarunkowań oraz obowiązujących umów społecznych. Sposób prowadzenia narracji, choć niełatwy i miejscami skomplikowany, wciąga czytelniczkę i czytelnika, pozwalając zanurzyć się w zasobach XIX-wiecznej intymistyki (zob. s. 11). Przedstawione bohaterki to kobiety, które pozostały wierne swoim ideałom aż do samego końca, mając jednocześnie świadomość klęski, jaką przyszło im ponieść. Jak zauważa sama Rudaś-Grodzka, „[a]fekty ujawnione w dokumentach osobistych należy postrzegać jako element procesu emancypacji kobiet i kształtowania ich nowoczesnej świadomości (…), co więcej – tego typu źródła pozwalają na reinterpretację kondycji ról kobiecych przejawiających się w postaci odpowiedzialności, pomocniczości, a także troski” (s. 15-16).
Z pewnością nowa publikacja Moniki Rudaś-Grodzkiej nie należy do lektur najłatwiejszych. Nie jest to tytuł z zakresu literatury popularnonaukowej, wymagającej jedynie pobieżnej uwagi. Autorka konsekwentnie podejmuje jednak wysiłek objaśniania zagadnień złożonych, a w wielu miejscach powraca do wcześniej przedstawionych faktów z życia bohaterek. Taki sposób prowadzenia narracji umożliwia czytanie książki wybiórczo, swobodne przemieszczanie się między rozdziałami, a zarazem chroni przed zagubieniem się w toku myśli badaczki. To właśnie ta uważnie zaprojektowana struktura sprawia, że „Za Żelazną Bramą” nie tyle domaga się linearnej lektury, ile zaprasza do powrotów, zatrzymań i ponownych odczytań. Książka Rudaś-Grodzkiej odsłania swój sens stopniowo, dokładnie tak, jak dzieje się to w archiwum, które nie oferuje gotowych odpowiedzi, lecz uczy cierpliwego obcowania z tym, co kruche, nieoczywiste i naznaczone milczeniem.
LITERATURA:
Zawadzka D.: „Z archiwum kobiet”. „Pamiętnik Literacki” 2020, nr 4.
Kwestia struktury pracy
Dla Rudaś-Grodzkiej kluczowe są dwie kwestie. Pierwsza dotyczy samego rozumienia czasu. Autorka podkreśla, że „błędem jest traktowanie przeszłości jako czegoś, co bezpowrotnie odeszło” (s. 203). To przekonanie przekłada się na sposób prowadzenia narracji: historie kobiet, które mogłyby zostać uznane za zamknięte i jedynie interesujące z perspektywy archiwalnej, zostają uaktualnione i wpisane w refleksję nad teraźniejszością. Przeszłość nie jest tu martwym zapisem, lecz żywym doświadczeniem, pozwalającym lepiej zrozumieć współczesność. Rudaś-Grodzka opisuje swoją pracę badawczą w kategoriach symbolicznego rytuału, zaznaczając, że jako badaczka przeszłości odprawia „dziady – a właściwie »baby«” (s. 204). Odwołanie do dramatu romantycznego „Dziady” cz. II Adama Mickiewicza ma jednak charakter przede wszystkim metaforyczny. Nie chodzi tu o dydaktyczną lekcję dla współczesności, lecz o gest skierowany ku samym bohaterkom przeszłości. Jak pisze autorka: „[n]asz kontakt z zapomnianymi autorkami, których głosy nie wybrzmiały do końca, jest próbą dopełnienia ich biografii – gdyż ich życie było albo za krótkie, albo zbyt tragiczne, aby je uznać za pełne” (s. 204).
Ta perspektywa pozwala lepiej zrozumieć zarówno archiwalne pasje badaczki, jak i jej motywację do rekonstruowania życiorysów kobiet, które przez stulecia pozostawały „ofiarami przemocy historii zwycięzców” (s. 206). Druga istotna kwestia dotyczy samych bohaterek. „Za Żelazną Bramą” nie jest próbą panoramicznego ujęcia wielu kobiecych losów, lecz intymnym spojrzeniem na dwa konkretne życiorysy. Taki wybór stanowi wyraźne przeciwstawienie się dominującym strategiom narracyjnym obecnym w podobnych publikacjach. Rudaś-Grodzka zauważa, że „[p]iszący biografię rzadko wiedzą, gdzie szukać tętna ich bohaterów, trudno jest bowiem dotrzeć do ich życia wewnętrznego” (s. 23), i właśnie ten wymiar staje się dla niej celem nadrzędnym. Czytając listy Bronisławy Waligórskiej i pamiętniki Marii Jadwigi Strumff, badaczka poszukuje szczelin, przez które możliwe byłoby dotarcie do ich wewnętrznych doświadczeń. Nie oznacza to jednak zamknięcia narracji w obrębie prywatnych zapisków. Przeciwnie, jej zagęszczenie odniesieniami historycznymi i teoretycznymi prowadzi do zderzenia dwóch porządków: faktograficznego, który często wypiera jednostkowe doświadczenia, oraz porządku osobistego, uwzględniającego zmienność kobiecych doznań i perspektyw na różnych etapach życia. Autorka ma również świadomość, że autobiograficzne narracje niosą ze sobą ryzyko fantazmatyzacji i przekształceń. Zamiast je piętnować, sięga po koncepcję Paula Ricoeura, zgodnie z którą „natura tożsamości narracyjnej objawia się w dialektyce bycia sobą (idem) i bycia tym samym (ipse)” (s. 165), co przekłada się na rozumienie, że nawet najmniejsza zmiana w narracji, przedstawienie tej samej sytuacji w nowej soczewce nie jest świadomym kłamaniem, aby zbudować lepszy obraz swojego życia, lecz próbą „ustanowienia »ja«” (s 165).
Obie te kwestie zostają wpisane w konsekwentnie prowadzoną, wielowymiarową narrację, którą buduje Rudaś-Grodzka. Autorka sytuuje się pomiędzy pozycją badaczki a uważnej czytelniczki archiwum. Nie ukrywa własnej obecności, lecz jednocześnie nie czyni z siebie bohaterki opowieści. Jest świadoma etycznego ciężaru interpretacji życiorysów Bronisławy Waligórskiej i Marii Jadwigi Strumff – świadomość ta powraca na kartach książki wielokrotnie, między innymi za sprawą odwołań do filozoficznej koncepcji widmontologii Jacques’a Derridy. Rudaś-Grodzka pozwala sobie w ten sposób na autorefleksję dotyczącą własnego miejsca w badanej historii. Jak pisze: „[i]stnieje silna pokusa, aby podążyć za widmem, nie mamy jednak śmiałości, aby pójść jego śladem, gdyż odczuwamy lęk” (s. 56). Lęk ten może przyjmować różne formy, lecz w przypadku autorki „Za Żelazną Bramą” ujawnia się przede wszystkim jako obawa przed uprzedmiotowieniem bohaterek – tych, które powinny pozostać podmiotami własnych historii.
Zachowanie tej podmiotowości staje się jednym z nadrzędnych celów badaczki. Autorefleksyjne partie książki tworzą interesującą grę intelektualną z czytelniczkami i czytelnikami, którzy zostają niejako wciągnięci w proces interpretacyjny. Wykorzystanie widmontologii okazuje się tu szczególnie znaczące, prowadzi bowiem Rudaś-Grodzką do rozpoznania własnej roli jako tej, która przychodzi „po czasie”. Jak pisze autorka: „[c]zyż właśnie ja nie jestem widmem, duchem spóźnionym, przychodzącym po czasie, ale także, tak jak chce tego Benjamin, »wyobrażeniem zbawienia« czy też obietnicą odkupienia” (s. 57). To właśnie te rozważania oraz sposób patrzenia na wybrane bohaterki stanowią siłę tej książki. Rudaś-Grodzka, dzięki uważności i czułości, poszerza granice myślenia o pracy z dawnymi materiałami źródłowymi, zalegającymi w archiwach. Proponuje zarazem model badania przeszłości, który nie opiera się wyłącznie na rekonstrukcji faktów, lecz na etycznej relacji z tymi, których głosy przez lata pozostawały niesłyszalne.
Nie jest to jednak pierwszy raz, gdy Rudaś-Grodzka sięga po postać Bronisławy Waligórskiej. Jej sylwetka okazuje się na tyle frapująca, że powraca także w drugiej książce badaczki, która po raz pierwszy pisała o niej w publikacji „Listy z cytadeli 1886”, wydanej w 2018 roku. Danuta Zawadzka, recenzując tę książkę, zauważała, że już wówczas autorka traktowała listy nie wyłącznie jako teksty, lecz jako materialne ślady egzystencji. Jak pisała Zawadzka, „dokumentarność zaczyna się od zapisu, ściśle związanego z ciałem i emocjami piszącej oraz z sytuacyjnością pisania” (Zawadzka 2020: 252). Podobne podejście odnaleźć można także w „Za Żelazną Bramą” – zarówno w sposobie sytuowania siebie w narracji, jak i w konsekwentnie realizowanej propozycji innowacyjnego ujęcia biograficznego, o którym była już mowa wcześniej. Rudaś-Grodzka przyjmuje rolę ancilla libri, czyli „służki książki”, a nie wszechwiedzącej interpretatorki. Odmawia interpretacyjnej dominacji na rzecz „podejścia współodczuwającego” (s. 52) będącego, jak sama podkreśla, „podstawowym założeniem metodologicznym życiopisania (life writing)” i pozwalającego „skoncentrować się na poczuciu tożsamości, emocjach, afektach, a nie tylko wydarzeniach” (s. 52). Powtarzalność pewnych strategii interpretacyjnych nie jawi się tu jako wada, lecz jako rozpoznawalny styl autorki. Styl ten otwiera nowe drogi pracy z dawnymi tekstami, po które tak chętnie sięgają badaczki i badacze historii oraz literatury. Propozycja Rudaś-Grodzkiej nie tylko poszerza repertuar narzędzi interpretacyjnych, lecz także redefiniuje relację między badaczką a archiwalnym źródłem.
Kwestia kobiecej historii
Jak wspomniałam wcześniej, główną osią „Za Żelazną Bramą” stają się historie Bronisławy Waligórskiej i Marii Jadwigi Strumff. Bohaterki te nie są idealizowane ani uświęcane. Przeciwnie, Rudaś-Grodzka konsekwentnie unika budowania hagiograficznej narracji, mając pełną świadomość ich niejednoznaczności. Sama autorka podkreśla, że Waligórska i Strumff nie były postaciami „krystalicznie czystymi”, w listach i pamiętnikach odsłaniały bowiem nie tylko momenty szczęścia, lecz także doświadczenia trudne i bolesne: „marzyły, robiły plany, popełniały błędy, żyły obok siebie, ich drogi być może przecinały się, z pewnością biegły równolegle” (s. 23). Skąd jednak taki wybór bohaterek? Dla autorki kluczowe okazuje się to, że zarówno Waligórska, jak i Strumff „miały odwagę i siłę, żeby wziąć los w swoje ręce, stawić czoła wielu przeciwnościom” (s. 22). Istotnym elementem ich biografii było przede wszystkim podjęcie pracy zarobkowej – w XIX wieku i na początku XX wieku wciąż stanowiące raczej wyjątek niż społeczną normę. Waligórska zajmowała się nauczaniem, natomiast Strumff, porzucona przez męża i pozostawiona z czworgiem dzieci, została masażystką, co postrzegano wówczas jako „niegodne” (zob. s. 22). Obie kobiety doświadczały goryczy, rozczarowania i poczucia klęski, a jednak, co szczególnie podkreśla autorka, pozostawały osobami sprawczymi (zob. s. 23). Tym samym ich historie nie są opowieściami o spektakularnym sukcesie, lecz o podmiotowości wykuwanej wbrew ograniczeniom narzuconym przez normy społeczne i osobiste dramaty.
Książka Rudaś-Grodzkiej została podzielona na sześć rozdziałów, z których połowę poświęcono historii Bronisławy Waligórskiej. I właśnie w tym miejscu pojawia się istotne zastrzeżenie, że to rozwiązanie, które można uznać za problematyczne, zwłaszcza że losy Strumff wydają się równie, jeśli nie bardziej, wciągające. Tymczasem otrzymują zaledwie jeden, stosunkowo krótki rozdział, liczący kilkadziesiąt stron. Oczywiście decyzja ta znajduje swoje uzasadnienie w ograniczonym materiale źródłowym, przekazanym przez wnuka Strumff, Tadeusza, do Muzeum Woli (zob. s. 169-170), niemniej niedosyt pozostaje. Sama badaczka, tłumacząc swoje zainteresowanie postacią Marii Strumff, wskazuje na „ślady działania niedokładnej i zmiennej pamięci autorki, która (…) przedstawiła sprzeczne relacje i różne stanowiska w tych samym sprawach” (s. 163). To właśnie ta niespójność okazuje się szczególnie frapująca – pozwala bowiem uchwycić Strumff jako osobę balansującą na granicy rzeczywistości i fantazmatów, intensywnie poszukującą odpowiedzi na pytanie „kim jestem”, a zarazem trwale doświadczającą poczucia niedopasowania. Opisywała siebie jako chłopczycę, podkreślała własną inność, sytuowała się niejako poza kategoriami płci. W jednym z zeszytów przyznała, że „rodzina wielokrotnie powtarzała, »że się zawcześnie urodziła«” (s. 176). Jednocześnie Strumff buntowała się przeciwko podporządkowaniu kobiet mężczyznom, uznając ich za „źródło wszystkich nieszczęść, jakie spotykają kobiety” (s. 194). Choć formułowała odważne tezy, nie była postacią radykalną. Przeciwnie, potrafiła modyfikować własne poglądy, jeśli na jej drodze pojawiały się osoby inspirujące, dzielące się inną perspektywą. Miała przy tym szczególne szczęście do kobiet, które pogłębiały jej rozumienie kwestii kobiecej. Z czasem Strumff łagodniała w ocenach, uczyła się rozumieć motywacje innych, nie mierząc ich własną miarą, co wcześniej zdarzało się jej zwłaszcza w relacjach z pacjentkami.
W historii Marii Jadwigi Strumff kryje się wątek, który wybiega daleko w przyszłość i pozostaje dla dziewcząt oraz kobiet niezwykle aktualny – kwestia kobiecego upiększania się. Autorka pamiętników krytykowała kobiety ulegające presji otoczenia i poddające się licznym zabiegom, które kosztowały, jak pisała, „krocie” (zob. s. 192), a w jej przekonaniu ostatecznie nie tylko szpeciły ciało, lecz także prowadziły do stanów depresyjnych. Czytając słowa tej przodkini, trudno nie odnieść wrażenia, że silnie rezonują one ze współczesnością, z rzeczywistością, która sprzedaje zabiegi upiększające jako lekarstwo na wszelkie niedostatki, bardzo często nie dostrzegając, że stoją za nimi „społeczne mechanizmy wytwarzające opresyjne normy dbania o urodę” (s. 192). Normy te podporządkowywały sobie kobiety nie tylko w przeszłości, lecz oddziałują na nas również dziś.
Większa część książki, jak już wspomniałam, poświęcona jest jednak Bronisławie Waligórskiej, niedoszłej terrorystce, której życie kończy się w więziennej celi. W jej historii szczególnie interesujące okazują się dla Rudaś-Grodzkiej listy, zwłaszcza ich analizowanie nie tylko pod kątem samej czynności pisania i jego formy, lecz przede wszystkim techniki (zob. s. 79). Jak pisze badaczka: „[a]kt pisania nie jest uzupełnieniem egzystencji, jest nią samą, staje się koniecznością, a także formą współistnienia z drugą osobą w sytuacji, kiedy rzeczywistość wokół zaczyna się rozpadać (s. 79). Listy stanowią z pewnością rodzaj intelektualnego wyzwania dla badaczki, lecz nie dla siostry Waligórskiej, Jadwigi, do której były kierowane. To ona była ich adresatką, a zarazem powierniczką trudów, bólu i koszmarów Bronisławy. Istotne w tej opowieści pozostaje również to, że nie na wszystkie pytania Rudaś-Grodzka znajduje odpowiedź, co autorka zaznacza wprost. Trudno bowiem jednoznacznie ustalić, jakie kary stosowano wobec Waligórskiej (zob. 84), nie sposób także odtworzyć jej snów. Wiadomo natomiast, że brak kontaktu z siostrą oraz narastająca samotność okazały się doświadczeniami granicznymi, aż do tego stopnia, że doprowadziły bohaterkę do decyzji o odebraniu sobie życia. Waligórska nosi wiele cech Antygony, bohaterki tragedii antycznej Sofoklesa. Obie uważały, że odziedziczyły tragiczny losy po ojcach, co utrudniało im samodzielne decydowanie o własnym życiu (zob. s. 100) i prowadziło ku ostatecznym wyborom. Waligórska „postrzegała siebie jako kolejną przeklętą z rodziny, która nie przezwyciężywszy swojego losu, zamknięta w zaczarowanym kręgu nieszczęść i katastrof, została skazana na powtarzanie błędów poprzedników” (s. 104). Sama Rudaś-Grodzka określa Waligórską jako postać romantyczną o rysach prometejskich (zob. s. 72), co znajduje potwierdzenie w jej biografii. Podobnie jak Maria Jadwiga Strumff wierzyła ona, że jej egzystencja wpisana jest w „poświęcenie się jakiejś wielkiej idei” (s. 72).
O ile rozdział drugi, zatytułowany „Terrorystka. Bronisława Waligórska”, stanowi swoisty przekrój życia bohaterki i pozwala wydobyć podstawowe informacje na temat tego, kim była, o tyle rozdział trzeci, „Sny Bronisławy Waligórskiej”, ukazuje ją jako postać graniczną, zawieszoną pomiędzy doświadczeniem jednostkowym a historią idei. To właśnie tutaj przedstawione zostaje życie splatające się z rewolucyjną przemocą, działalnością terrorystyczną i więzieniem. Rudaś-Grodzka konsekwentnie kontynuuje jednak narrację wolną od presji jednoznacznej oceny Waligórskiej. Zamiast tego wskazuje na trudności, których doświadczała sama bohaterka: z jednej strony była aktywną uczestniczką wydarzeń politycznych, z drugiej osobą kruchą, przeżywającą lęk i bezradność (zob. s. 104). Bohaterce listów, analizowanych przez badaczkę, „wydawało się, że śni własny sen” (s. 105). Ten motyw snu Rudaś-Grodzka traktuje jako szczególne archiwum emocji i nieświadomości, w którym poszukuje szerszej perspektywy spojrzenia na Waligórską. Perspektywa ta nie prowadzi jednak do pełnego jej zrozumienia i właśnie to napięcie zostaje wyraźnie wyeksponowane. Jak pisze autorka, „życie to coś więcej niż suma wydarzeń i faktów” (s. 121). Rozdział trzeci pozwala odsłonić Waligórską w całej jej nieprzejrzystości, nie domykając jej biografii jednoznaczną interpretacją.
Na koniec warto jeszcze dodać, że pomiędzy rozdziałami poświęconymi Waligórskiej a tymi dotyczącymi Strumff znajduje się rozdział zatytułowany „Cela jako własny pokój. Relacje więźniarek politycznych z XIX i początku XX wieku”. Pełni on funkcję swoistego dopowiedzenia oraz wyjaśnienia symboliki więzienia. Jak zaznacza Rudaś-Grodzka „warto przyjrzeć się miejscu [więzieniu – E.K.] szczególnemu, w którym zderzała się polityka, życie prywatne, cielesność i emocje” (s. 139). Doświadczenie więzienne miało bowiem zupełnie inne znaczenie dla mężczyzn i kobiet. Jak pokazuje Rudaś-Grodzka, więzienie wpisywało się w przypadku kobiet w proces emancypacyjny. Przebywając w izolacji, marząc o wolności, wyrażały one „pragnienie wykraczające poza sferę polityczną, odnoszące się do ich całego życia, a więc zarówno do intymności, prywatności, jak i do życia rodzinnego” (s. 146). Dla wielu opisywanych bohaterek więzienie jawiło się również jako przestrzeń „podstaw dyscypliny wewnętrznej” (s. 156) lub jako możliwość pogłębionej refleksji nad własnym życiem wewnętrznym. Zdarzało się jednak, że wyjście na „prawdziwą wolność” przynosiło rozczarowanie i nowe doświadczenia przykrości (zob. 159).
Kwestia zbiorowości
Rudaś-Grodzka w „Za Żelazną Bramą. Archiwum Kobiet. Portrety kobiet piszących” dąży do uchwycenia nieuchwytnego, rzeczywistego doświadczenia, posługując się dwoma życiorysami – Bronisławy Waligórskiej i Marii Jadwigi Strumff. Autorka odzyskuje perspektywę tych dwóch kobiet, wpisując się tym samym w nurt herstorii, a zarazem poszerzając refleksję nad tym, że pamiętniki i listy mogą stanowić wartościowe źródło wiedzy o przeszłości – pod warunkiem zachowania badawczej czujności wobec analizowanego materiału. Rudaś-Grodzkiej nie chodzi jednak wyłącznie o rekonstrukcję kontekstów społeczno-historycznych, jeszcze istotniejsze okazują się dla niej intymne portrety kobiet, które poszerzają spojrzenie na doświadczenie i kwestie kobiece. Autorka nie wychodzi przy tym z punktu radykalnie rewolucyjnego, a raczej istotne jest dla niej pokazanie bohaterek jako osób sprawczych, pragnących decydować o sobie, własnym życiu i wyborach, a jednocześnie świadomych tego, co stanowiło ich największe ograniczenie: kulturowych uwarunkowań oraz obowiązujących umów społecznych. Sposób prowadzenia narracji, choć niełatwy i miejscami skomplikowany, wciąga czytelniczkę i czytelnika, pozwalając zanurzyć się w zasobach XIX-wiecznej intymistyki (zob. s. 11). Przedstawione bohaterki to kobiety, które pozostały wierne swoim ideałom aż do samego końca, mając jednocześnie świadomość klęski, jaką przyszło im ponieść. Jak zauważa sama Rudaś-Grodzka, „[a]fekty ujawnione w dokumentach osobistych należy postrzegać jako element procesu emancypacji kobiet i kształtowania ich nowoczesnej świadomości (…), co więcej – tego typu źródła pozwalają na reinterpretację kondycji ról kobiecych przejawiających się w postaci odpowiedzialności, pomocniczości, a także troski” (s. 15-16).
Z pewnością nowa publikacja Moniki Rudaś-Grodzkiej nie należy do lektur najłatwiejszych. Nie jest to tytuł z zakresu literatury popularnonaukowej, wymagającej jedynie pobieżnej uwagi. Autorka konsekwentnie podejmuje jednak wysiłek objaśniania zagadnień złożonych, a w wielu miejscach powraca do wcześniej przedstawionych faktów z życia bohaterek. Taki sposób prowadzenia narracji umożliwia czytanie książki wybiórczo, swobodne przemieszczanie się między rozdziałami, a zarazem chroni przed zagubieniem się w toku myśli badaczki. To właśnie ta uważnie zaprojektowana struktura sprawia, że „Za Żelazną Bramą” nie tyle domaga się linearnej lektury, ile zaprasza do powrotów, zatrzymań i ponownych odczytań. Książka Rudaś-Grodzkiej odsłania swój sens stopniowo, dokładnie tak, jak dzieje się to w archiwum, które nie oferuje gotowych odpowiedzi, lecz uczy cierpliwego obcowania z tym, co kruche, nieoczywiste i naznaczone milczeniem.
LITERATURA:
Zawadzka D.: „Z archiwum kobiet”. „Pamiętnik Literacki” 2020, nr 4.
Monika Rudaś-Grodzka: „Za Żelazną Bramą. Archiwum Kobiet. Portrety kobiet piszących”. Instytut Badań Literackich PAN. Warszawa 2025 [seria: Lupa Obscura].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

