ISSN 2658-1086

15 stycznia 2 (530) / 2026

Bartłomiej Rzepus,

WIĘCEJ, MOCNIEJ, GĘŚCIEJ? (BECCA ROTHFELD: 'WSZYSTKO TO ZBYT MAŁE. ESEJE KU CHWALE NADMIARU')

A A A
W 1990 roku David Foster Wallace napisał jeden ze swoich najbardziej rozpoznawalnych esejów – „E UNIBUS PLURAM: telewizja a fikcja amerykańska”. Pisarz słynął nie tylko z tego, że o „fikcji zza szklanej szyby” wręcz przepadał pisać, ale też był jej namiętnym widzem. W przeciwieństwie do wielu komentatorów amerykańskiej kultury tamtego czasu uważał, że medium oglądane przez przeciętnego widza około sześciu godzin dziennie trzeba traktować z należytą, krytyczną uwagą. Wallace słusznie zauważył, że telewizja stała się ważnym punktem odniesienia dla pisarek i pisarzy tamtego czasu. Co jednak może być istotniejsze w kontekście tego tekstu, twórcy fikcji nie potrafią sobie z nią poradzić, ponieważ „skradła”, a później zinternalizowała jedno z największych postmodernistycznych narzędzi literackich tamtych czasów – ironię. Długie lata hołubioną za efekciarskość i możliwość obśmiania niewygodnego dzieła. Idealne narzędzie buntu, które się wypaliło. Co ma z tym wspólnego Becca Rothfeld, autorka urodzona w czasach, gdy „E UNIBUS…" zyskiwał popularność? Jest, przynajmniej w pewnym stopniu, reprezentantką pokolenia, o którym Wallace marzył. Tym, które wyrwie się dominacji ironii i pójdzie drogą tzw. „Nowej Szczerości”.

„Wszystko to zbyt małe” Rothfeld rozpoczyna się od tekstu, który moglibyśmy uznać za programowy dla myślenia i pisania o kulturze. Wskazuje ona na istotne napięcie budujące wiele sfer życia współczesnego człowieka. Według eseistki jesteśmy rozdarci między dwoma skrajnymi punktami osadzonymi na osi potrzeb. Pierwsza z nich związana jest z potrzebą nadmiarowego posiadania przedmiotów, rzeczy, jak również obfitego uczestniczenia w życiu; druga bliższa jest minimalizmowi, kocha się w skromności i wprost określa, że „mniej znaczy więcej”. Jak możemy się spodziewać już po tytule książki, Rothfeld bliżej jest do pierwszej postawy, natomiast z drugą rozprawia się na wszelakie literacko-krytyczne sposoby w poszczególnych esejach. Prorocy minimalizmu to dla krytyczki ludzie, którzy w sposób nieadekwatny zdiagnozowali złożoną ludzką naturę. Nadmiar ma być esencją egzystencji każdego z nas. Co istotne powinien być on rozumiany nie tylko jako nadmierna ilość zgromadzonych ubrań, książek czy pamiątek – należy go odnaleźć w innych obszarach. Rothfeld pragnie powrotu rozbuchanych emocji, przygód, wielkich opowieści i nieskrępowanego przepychu, czyli wszystkiego, co ma życiu przydać smaku.

Rzeczywiście. Czytając poszczególne teksty Rothfeld, trudno mieć wątpliwości, po której stronie barykady się znajduje. Rozlicza się jednoznacznie z „filozofią” minimalizmu Marie Kondo, za to z namysłem zatrzymuje się nad rozpasaną cielesnością w filmach Davida Cronnenberga. Zaś w innym eseju polemizuje z fabułami Sally Rooney, które, według krytyczki, pozorują lewicowość i promują „normalność”, która to ma być drogą do życiowego, a może przede wszystkim, powieściowego sukcesu. Gdzie więc ta zapowiedziana przeze mnie nowa jakość? Przezwyciężenie ironicznej hegemonii? W autobiografizacji tekstu czy też naznaczeniu go silną notą konfesyjną.

Ojciec eseistyki Michel de Montaigne pisał w „Próbach”: „Chcę, aby mnie widziano w mym prostym, przyrodzonym i pospolitym obyczaju, bez wymuszenia i sztuki; siebie bowiem maluję tutaj. Wyczyta się tu żywcem moje braki i moją szczerą postać o tyle, o ile publiczna obyczajność pozwoliła... ja sam jestem materią mej książki”. Być może Becca Rothfeld powiedziałaby: nie da się opowiedzieć kultury bez najintymniejszego pierwiastka Ja, wejścia w głębiny siebie, swoich doświadczeń i historii – zwłaszcza tych upokarzających, niepoważnych, żałosnych. Ile więc tej osobistej historii jest w tekstach amerykańskiej krytyczki? Dość sporo. Strategia obrana przez nią to wzmacnianie wymowy danego eseju przez wplecenie do niego swoich bardzo prywatnych opowieści, związanych choćby z jej mężem, byłym chłopakiem, jego nową dziewczyną itd. Trudno mi powiedzieć, czy to ma być owo słynne zerwanie z tyranią ironii, na rzecz świadomej naiwności i otarcia się o banał codzienności. Rothfeld jest gdzieś w połowie drogi. Próbuje, ale niestety wyszło jak wyszło – czyli czasem aż nadmiernie dygresyjnie. Jeszcze inaczej pisząc: życie zabiło tekst.

Jak sądzę, podstawowym zamiarem pisarki było wzmocnienie wymowy esejów (nie wszystkich, ale sporej części) za pomocą odwołania się do jej życia osobistego. Opowieść o filmach wspomnianego już Cronenberga nie może być pełna bez odwołania się do relacji autorki ze swoim mężem. A przede wszystkim, jak za pomocą ich związku można wyjaśnić teorię cielesności i erotyzmu wynikającą z dzieł kanadyjskiego reżysera. Problem pojawia się wtedy, gdy wstawki te zdają się być wkomponowane na siłę, bądź gdy przez nie można zgubić główną narrację tekstu. Trudno nie mieć dość, gdy po raz kolejny czytamy, że autorka „tonęła w pożądaniu, gdy przemierzała śmierdzące ulice miasta”. A zgubić się w niektórych esejach Rothfeld dość łatwo. Nie wiem, czy jest to kwestia tłumaczenia, czy też na tym zwyczajnie polega twórczy idiom autorki, jednak nadmiarowość myśli bywała męcząca. Nie mogę zarzucić autorce tego, że nie obroniła idei obfitości i przesady, problem polega na tym, że nie zawsze potrafiła zapanować nad gęstością. Ostatecznie okazuje się, że eseje najbardziej ostre i najmniej intymne czyta się najlepiej (cudowny tekst: „Powieści dla normalnych”). Być może ironia ma jeszcze jakąś przyszłość.

Literatura:

Wallace D.F.: „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Eseje i rozważania”. Przeł. J. Kozak. Warszawa 2016.

Montaigne Michel de.: „Próby”. Przeł. T. Boy-Żeleński, E. Cięglewicz. https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/proby/ [dn. 15.01.2026].
Becca Rothfeld: „Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru”. Przeł. Piotr Siemion. Wydawnictwo Filtry. Warszawa 2025.