PRZECIW WSZECHWŁADZY BÓLU (CELIA SVEDHEM: 'CIEMNY POKÓJ. O HISTORII MIGRENY I POSZUKIWANIU ULGI')
A
A
A
Książka Celii Svedhem – podobnie jak „Ciało ze szkła. Historia hipochondrii” Caroline Crampton, niedawno przeze mnie recenzowane – opiera się na splocie dwóch opowieści: pierwsza bazuje na doświadczeniach ciała autorki i układa się w „osobistą historię migreny”; druga jest próbą zarysowania tła choroby i naszkicowania jej „kulturowej historii”. Obie narracje nie tylko się uzupełniają, ale właściwie warunkują – cierpienie bohaterki napędza potrzebę konfrontacji z zagadkowymi dziejami schorzenia, z kolei kolejne lektury i odkrywane wraz z nimi zmienne sposoby diagnozowania i leczenia migreny wpływają na kierunki poszukiwań Svedhem jako pacjentki. Stawką jej pisania jest bowiem tyleż sprawozdanie z zawiłych losów migreny, co przedstawienie własnej ścieżki uwalniania się spod jej siły.
To ostatnie słowo nie pojawia się dla wzmocnienia efektu retorycznego; jego celowość wynika z konieczności odróżnienia migreny od bólu głowy. Z powodu tej ostatniej dolegliwości cierpimy czasem prawdopodobnie wszyscy i doraźnie, by się jej pozbyć, korzystamy z dostępnych bez recepty środków przeciwbólowych, które z bólem migrenowym niestety już sobie nie radzą. W narratorce „Ciemnego pokoju” widzimy wszakże osobę w stanie permanentnego bólu, rozpoczynającą swój dzień od koktajlu silnych leków przeciwbólowych i kończącą go w tym samym dramatycznym stanie dudniącej głowy. Svedhem niezwykle obrazowo i przekonująco opisuje rozciągające się na całe doby ataki migreny, sprowadzając je nie tylko do katalogu somatycznych objawów, ale i do niepokojącego odczucia, że migrena całkowicie wymknęła się spod kontroli i zdefiniowała jej życie. Pisarka przedstawia zatem rozbudowane zaplecze tego, co niesie ze sobą ból: „metaliczne dudnienie w głowie”, „mdłości podchodzące do gardła”, „kłucie w głowie” (s. 7, 10), wrażenie, że dolegliwość jest stała, „ciężka i tępa”, ale towarzyszą jej też uderzenia „przeszywające, bardziej intensywne” (s. 13). Aby dopełnić ten obraz, należy podkreślić raz jeszcze zwodniczą temporalność migreny narratorki oraz wpisać ją w inne role życiowe: żony, matki dwojga małych dzieci oraz psychoterapeutki. Nieustępujący ból kładzie się cieniem na wszystkich codziennych czynnościach i przesuwa ciężar narracji z opisów bólu na jakość życia. Mimo zaangażowania męża i teściowej w obowiązki domowe czy względnie elastycznego czasu pracy Svedhem walczy przede wszystkim o to, by nie zamknąć własnego życia w tytułowym „ciemnym pokoju”.
A wydaje się, że jest to rodzaj pokusy mającej kulturowe zaplecze. Gdy bezradna wobec skali własnego doświadczenia pisarka, szukając podobnych do niej i obciążonych powracającą lub wręcz chroniczną migreną, sięga po literaturę, już pierwsze teksty odsłaniają prawidłowości. Po pierwsze, wychodzą oczywiście spod pióra kobiet (z badań wynika, że migrena dotyka kobiety dwa razy częściej niż mężczyzn); po drugie, choć odnoszą się do figury odosobnienia, to nie przystają do rzeczywistości narratorki. Świetnie oddają to dwa wypisy z przywoływanych przez Svedhem esejów Joan Didion i Siri Hustvedt: „A kiedy już nadejdzie [migrena], teraz, gdy już znam jej zwyczaje, już z nią nie walczę. Kładę się i pozwalam jej się wydarzyć”; „Jeśli chodzi o ataki migreny, (…) odkryłam, że kapitulacja jest lepsza niż walka” (s. 14–15). Svedhem jednak, jako osoba pracująca na podwójnym zawodowo-domowym etacie, nie tylko nie ma szans, by wcielić tę kapitulację w życie, przede wszystkim – nie chce. Ciemny pokój to zarazem pożądany azyl i pułapka: „Chociaż cichy i zaciemniony pokój jest czymś, czego w najintensywniejszej fazie ataku migreny pragnie się najbardziej, to jednak każdy, kto kiedykolwiek go doświadczył, wie, że takie monotonne otoczenie może stać się już po kilku godzinach dokuczliwe i męczące” (s. 22). Kojące odcięcie się od nadmiernie stymulującej zmysłowo codzienności zamienia się szybko w obsesyjne myślenie o własnym bólu, co właściwie go napędza; samotność wzmacnia ponadto poczucie alienacji i niezrozumienia, co prowadzi do frustracji w relacji z najbliższymi, bo z jednej strony Svedhem wie, że jej ból jest „niepodzielny”, i z ulgą przyjmuje pomoc, z drugiej jednak czuje się odtrącona i bezużyteczna.
Tak skrajne odczucia nie pozwalają traktować migreny jak choroby utracjuszek i utracjuszy, mimo że – podobnie jak w przypadku wielu innych tajemniczych i wciąż nie do końca wyjaśnionych schorzeń – przez wieki wątpliwości budziły jej przyczyny, natura i leczenie. Tak jakby swoista nierzeczywistość cudzego bólu podważała istnienie tej konkretnej jednostki nozologicznej, zamieniając ją na przykład w neurastenię, napięciowy ból głowy, depresję czy zespół chronicznego zmęczenia. Błędne interpretacje objawów, niedostatki wiedzy i uprzedzenia to tylko niektóre czynniki powodujące niedostateczne diagnozowanie migreny. Svedhem zwraca także uwagę na „nieufność wobec osób skarżących się na ból” (s. 18) i traktowanie migreny jako pretekstu do „unikania trudnych sytuacji” (tamże). Prawdopodobnie ofiarą takiego podejścia padła Virginia Woolf, której chroniczne bóle głowy nigdy nie zostały zdiagnozowane jako migrena, a w konsekwencji pisarka nie była z jej powodu leczona. Zamiast środków przeciwbólowych zalecano jej „kuracje wypoczynkowe”, które odcinały ją od możliwości tworzenia. Oto właśnie pułapka „ciemnego pokoju”, przeczącego w gruncie rzeczy możliwościom leczącym, a nasilającego tendencje depresyjne.
Nie dziwi zatem, że spore fragmenty książki Svedhem wypełniają opowieści o dawnych i współczesnych sposobach leczenia migreny. Są wśród nich tak zaskakujące metody jak nacieranie głowy pacjenta sfermentowanym moczem szamana (stosować ją mieli Chipayowie, etniczna grupa zamieszkująca Boliwię) czy wstrzykiwanie botoksu (terapia, której poddała się sama autorka). Kreśląc historyczny szkic o migrenie i porównując odkrycia i porażki w metodach profilaktyczno-leczniczych z obecną ofertą zachodniej medycyny, Svedhem docenia rzecz jasna rozwój sektora farmakologicznego, ale jednocześnie własnym ciałem musi zaświadczyć o jego ostatecznej porażce, ponieważ żaden z przyjmowanych przez nią leków nie uwolnił jej od bólu. Bezsilność medycyny (oraz konkretnie niewydolny system, który kolejne konsultacje i wizyty u specjalistów wyznacza w perspektywie wielu miesięcy) powoduje, że Svedhem musi samodzielnie zdobywać wiedzę o migrenie, a także poddawać się alternatywnym kuracjom w nadziei, że to właśnie one (lub efekt placebo) zakończą jej udrękę. Nie widzę zatem w autorce orędowniczki botoksu na wojnie z migrenami, raczej osobę, której komfort życia jest tak niski, że w desperacji jest gotowa spróbować niemal wszystkiego. Warto zauważyć, że targają nią przy tym różnorakie wątpliwości, sprowadzające się nie tylko do istoty kuracji, ale i do etyki. „Swoim pacjentom – pisze Svedhem – nieustannie zwracam uwagę na to, jak istotne jest odróżnienie szarlatanów od profesjonalnych pracowników służby zdrowia, terapii o naukowo udowodnionej skuteczności od takich, których celem jest jedynie okantowanie szukających pomocy ludzi i wyłudzenie od nich ciężko zarobionych pieniędzy” (s. 28).
Pragnienie (co najmniej) zmniejszenia natężenia bólu pcha jednak autorkę w objęcia sektora prywatnego i nieco podejrzanych specjalistów i specjalistek, u których uiszcza spore rachunki. Jej droga, podczas której naprzemiennie przechodzi od poczucia lekkiego wycofania bólu do notowania zdań w rodzaju „sądziłam, że nie można już czuć się gorzej, niż czułam się dotąd” (s. 61), dowodzi, że w walce z chronicznym bólem migrenowym nie ma żadnych pewników i triumfów; przeciwnie – bohaterka musi żyć w stałym napięciu, w oczekiwaniu na kolejne fale bóle, ale i w ćwiczeniu umiejętności cieszenia się z kilkugodzinnych epizodów spokoju. Nie jest to łatwe, bo z jednej strony leczona jednocześnie różnymi sposobami migrena jest stale nieprzewidywalna, z drugiej wpływa destrukcyjnie na tożsamość pisarki, sprowadzając ją jedynie do bólu: „Kim się jest, gdy bez przerwy leży się w ciemności, podczas gdy ktoś inny zajmuje się twoimi dziećmi? Czy ktoś taki może w ogóle nazywać się matką? Nie. Kiedy leżę tutaj, jestem nikim. Niczyją matką. Niczyim psychologiem. Niczyją ukochaną. Niczym. Teraz, tutaj: jestem jedynie bólem” (s. 69).
Skrajne doświadczenie cierpienia powoduje, że Svedhem pozostaje dość sceptyczna wobec tzw. kreatywnej siły migreny. Odnotowuje co prawda istnienie dzieł Salvadora Dalego, Gustava Mahlera czy Lewisa Carrolla (którego domniemane migreny miałyby się przekładać na kreację świata przedstawionego „Alicji w Krainie Czarów”; na marginesie zauważę, że osobowość Carrolla stanowi dla współczesnych badaczy rodzaj fascynującej zagadki – choć trudno mówić o diagnostyce z prawdziwego zdarzenia – skoro widzi się w jego dziele także odbicie… autyzmu). Svedhem konstatuje jednak z goryczą, że ewentualna twórcza energia choroby nie jest warta bólu i wyłączenia z życia. Zresztą, warto także trzeźwo zauważyć, że nawet gdyby możliwy był do opisania związek między migreną a twórczością, to przecież większość cierpiących na migrenę nie może się okazać geniuszami w dziedzinie muzyki, malarstwa czy literatury, prawda?
W przypadku autorki „Ciemnego pokoju” pisanie ma stanowić „rodzaj wentylu, dzięki któremu – jak przekonuje – pozbędę się ze swojego organizmu trucizny” (s. 88). Jeśli spojrzymy na znaczenie pisania w kontekście nie autotematycznych refleksji, ale całości książki, wyraźne będę również inne motywacje i efekty pisania. Przekonujące są zwłaszcza językowe obrazy, którymi Svedhem stara się oddać rodzaj doświadczanego bólu. Jako osoba, która nigdy nie miała migreny, czuję zmienną intensywność cierpienia oddawanego opisami wbijających się w czaszkę autorki pinezek, gwoździ i młota pneumatycznego; rozumiem też jej potrzebę, by krótkimi notatkami kreślonymi z centrum ataku wprowadzać namiastkę ładu i poczucia, że wciąż w jakimś stopniu panuje się nad własnym życiem. Temu służą też listy codziennych czynności, które w okresie zdrowia nie wydają się w ogóle warte katalogowania (np. zmywanie naczyń czy czytanie dzieciom): „Poza notatkami o bólu zaczynam też sporządzać listy. Listy tego, co mimo wszystko robię. To pomaga w walce z poczuciem, że się rozpadam, że przestaję istnieć” (s. 89).
Zdaje się, że najtrudniej wcielić w życie inne rady usłyszane od lekarki – by odpuścić połowę swoich obowiązków, poddać się rutynie opartej na zniwelowaniu stresu, regularnych posiłkach i stałych godzinach snu. Brzmi wręcz jak zadanie niewykonalne, a jednak – przy wsparciu dobrze dobranych leków przeciwbólowych – Svedhem udaje się osiągnąć stan, w którym „jest miejsce na coś więcej niż tylko przetrwanie” (s. 97). Stara się na własnym ciele udowodnić, że można – mimo przewlekłego bólu migrenowego – żyć dobrze, z sensem jak wielu innych dotkniętych tą chorobą (np. Fryderyk Nietzsche, Karol Darwin i Zygmunt Freud). Musi zarazem przewartościować wiele stereotypowych sądów i wdrukowanych społecznych oczekiwań, np. dotyczących tego, jaką ma być matką, oraz czy może pozwolić sobie na okazywanie słabości. Towarzyszy temu stale – co z pewnością jest atutem książki – poznawcza pasja autorki, dowodząca bezsprzecznie, że w jakimś sensie pisarka uwolniła się od ciężaru bólu. Nawet jeśli nie wycofał się on całkowicie, to Svedhem dokonała czegoś w rodzaju jego przechwycenia i zneutralizowania; zamieniła doświadczenia ciała w projekt eseistyczno-naukowy, ale też w lepsze życie.
Finalnie książka okazuje się przekonująca i angażująca, bo autorce udało się zbudować wielostronny obraz życia z migreną i przedstawić ją jako żywy nerw, nie epatując przy tym doświadczeniem własnego ciała. Głos dochodzący z „ciemnego pokoju” uwzględnia bowiem wszystkie czynniki, które budują współczesne rozumienie migreny, oparte na modelach biologicznym, neurologicznym i psychologicznym (w ostatnim z uwzględnieniem różnorakich terapii, np. poznawczo-behawioralnej, psychodynamicznej czy świadomości i ekspresji emocjonalnej). Chociaż Svedhem daleka jest od kreślenia entuzjastycznej wizji przyszłości osób dotkniętych migreną, to wskazuje na dwa niezbędne rozwiązania: „dążenie do wyleczenia i ulgi” (s. 154) oraz „do akceptacji i adaptacji” (tamże). W tak ogólnie sformułowanych postulatach kryje się zgoda na indywidualne rozwiązania w zakresie zwalczania bólu i wyboru ścieżki wsparcia psychologicznego, ale też na zawodność wielu z nich. Z tego z kolei wynikają potrzeba wpisania bólu w życie, tolerancja na jego samowolę i szukanie sposobów, by jednak, mimo jego mocy, nie doświadczyć jego wszechmocy. Tylko wówczas osoba z migreną opuści „ciemny pokój” i powie jak pisarka: „Otwieram się i wychodzę. Układam plany na przyszłość” (s. 157). To jest stawką książki i życia Svedhem.
To ostatnie słowo nie pojawia się dla wzmocnienia efektu retorycznego; jego celowość wynika z konieczności odróżnienia migreny od bólu głowy. Z powodu tej ostatniej dolegliwości cierpimy czasem prawdopodobnie wszyscy i doraźnie, by się jej pozbyć, korzystamy z dostępnych bez recepty środków przeciwbólowych, które z bólem migrenowym niestety już sobie nie radzą. W narratorce „Ciemnego pokoju” widzimy wszakże osobę w stanie permanentnego bólu, rozpoczynającą swój dzień od koktajlu silnych leków przeciwbólowych i kończącą go w tym samym dramatycznym stanie dudniącej głowy. Svedhem niezwykle obrazowo i przekonująco opisuje rozciągające się na całe doby ataki migreny, sprowadzając je nie tylko do katalogu somatycznych objawów, ale i do niepokojącego odczucia, że migrena całkowicie wymknęła się spod kontroli i zdefiniowała jej życie. Pisarka przedstawia zatem rozbudowane zaplecze tego, co niesie ze sobą ból: „metaliczne dudnienie w głowie”, „mdłości podchodzące do gardła”, „kłucie w głowie” (s. 7, 10), wrażenie, że dolegliwość jest stała, „ciężka i tępa”, ale towarzyszą jej też uderzenia „przeszywające, bardziej intensywne” (s. 13). Aby dopełnić ten obraz, należy podkreślić raz jeszcze zwodniczą temporalność migreny narratorki oraz wpisać ją w inne role życiowe: żony, matki dwojga małych dzieci oraz psychoterapeutki. Nieustępujący ból kładzie się cieniem na wszystkich codziennych czynnościach i przesuwa ciężar narracji z opisów bólu na jakość życia. Mimo zaangażowania męża i teściowej w obowiązki domowe czy względnie elastycznego czasu pracy Svedhem walczy przede wszystkim o to, by nie zamknąć własnego życia w tytułowym „ciemnym pokoju”.
A wydaje się, że jest to rodzaj pokusy mającej kulturowe zaplecze. Gdy bezradna wobec skali własnego doświadczenia pisarka, szukając podobnych do niej i obciążonych powracającą lub wręcz chroniczną migreną, sięga po literaturę, już pierwsze teksty odsłaniają prawidłowości. Po pierwsze, wychodzą oczywiście spod pióra kobiet (z badań wynika, że migrena dotyka kobiety dwa razy częściej niż mężczyzn); po drugie, choć odnoszą się do figury odosobnienia, to nie przystają do rzeczywistości narratorki. Świetnie oddają to dwa wypisy z przywoływanych przez Svedhem esejów Joan Didion i Siri Hustvedt: „A kiedy już nadejdzie [migrena], teraz, gdy już znam jej zwyczaje, już z nią nie walczę. Kładę się i pozwalam jej się wydarzyć”; „Jeśli chodzi o ataki migreny, (…) odkryłam, że kapitulacja jest lepsza niż walka” (s. 14–15). Svedhem jednak, jako osoba pracująca na podwójnym zawodowo-domowym etacie, nie tylko nie ma szans, by wcielić tę kapitulację w życie, przede wszystkim – nie chce. Ciemny pokój to zarazem pożądany azyl i pułapka: „Chociaż cichy i zaciemniony pokój jest czymś, czego w najintensywniejszej fazie ataku migreny pragnie się najbardziej, to jednak każdy, kto kiedykolwiek go doświadczył, wie, że takie monotonne otoczenie może stać się już po kilku godzinach dokuczliwe i męczące” (s. 22). Kojące odcięcie się od nadmiernie stymulującej zmysłowo codzienności zamienia się szybko w obsesyjne myślenie o własnym bólu, co właściwie go napędza; samotność wzmacnia ponadto poczucie alienacji i niezrozumienia, co prowadzi do frustracji w relacji z najbliższymi, bo z jednej strony Svedhem wie, że jej ból jest „niepodzielny”, i z ulgą przyjmuje pomoc, z drugiej jednak czuje się odtrącona i bezużyteczna.
Tak skrajne odczucia nie pozwalają traktować migreny jak choroby utracjuszek i utracjuszy, mimo że – podobnie jak w przypadku wielu innych tajemniczych i wciąż nie do końca wyjaśnionych schorzeń – przez wieki wątpliwości budziły jej przyczyny, natura i leczenie. Tak jakby swoista nierzeczywistość cudzego bólu podważała istnienie tej konkretnej jednostki nozologicznej, zamieniając ją na przykład w neurastenię, napięciowy ból głowy, depresję czy zespół chronicznego zmęczenia. Błędne interpretacje objawów, niedostatki wiedzy i uprzedzenia to tylko niektóre czynniki powodujące niedostateczne diagnozowanie migreny. Svedhem zwraca także uwagę na „nieufność wobec osób skarżących się na ból” (s. 18) i traktowanie migreny jako pretekstu do „unikania trudnych sytuacji” (tamże). Prawdopodobnie ofiarą takiego podejścia padła Virginia Woolf, której chroniczne bóle głowy nigdy nie zostały zdiagnozowane jako migrena, a w konsekwencji pisarka nie była z jej powodu leczona. Zamiast środków przeciwbólowych zalecano jej „kuracje wypoczynkowe”, które odcinały ją od możliwości tworzenia. Oto właśnie pułapka „ciemnego pokoju”, przeczącego w gruncie rzeczy możliwościom leczącym, a nasilającego tendencje depresyjne.
Nie dziwi zatem, że spore fragmenty książki Svedhem wypełniają opowieści o dawnych i współczesnych sposobach leczenia migreny. Są wśród nich tak zaskakujące metody jak nacieranie głowy pacjenta sfermentowanym moczem szamana (stosować ją mieli Chipayowie, etniczna grupa zamieszkująca Boliwię) czy wstrzykiwanie botoksu (terapia, której poddała się sama autorka). Kreśląc historyczny szkic o migrenie i porównując odkrycia i porażki w metodach profilaktyczno-leczniczych z obecną ofertą zachodniej medycyny, Svedhem docenia rzecz jasna rozwój sektora farmakologicznego, ale jednocześnie własnym ciałem musi zaświadczyć o jego ostatecznej porażce, ponieważ żaden z przyjmowanych przez nią leków nie uwolnił jej od bólu. Bezsilność medycyny (oraz konkretnie niewydolny system, który kolejne konsultacje i wizyty u specjalistów wyznacza w perspektywie wielu miesięcy) powoduje, że Svedhem musi samodzielnie zdobywać wiedzę o migrenie, a także poddawać się alternatywnym kuracjom w nadziei, że to właśnie one (lub efekt placebo) zakończą jej udrękę. Nie widzę zatem w autorce orędowniczki botoksu na wojnie z migrenami, raczej osobę, której komfort życia jest tak niski, że w desperacji jest gotowa spróbować niemal wszystkiego. Warto zauważyć, że targają nią przy tym różnorakie wątpliwości, sprowadzające się nie tylko do istoty kuracji, ale i do etyki. „Swoim pacjentom – pisze Svedhem – nieustannie zwracam uwagę na to, jak istotne jest odróżnienie szarlatanów od profesjonalnych pracowników służby zdrowia, terapii o naukowo udowodnionej skuteczności od takich, których celem jest jedynie okantowanie szukających pomocy ludzi i wyłudzenie od nich ciężko zarobionych pieniędzy” (s. 28).
Pragnienie (co najmniej) zmniejszenia natężenia bólu pcha jednak autorkę w objęcia sektora prywatnego i nieco podejrzanych specjalistów i specjalistek, u których uiszcza spore rachunki. Jej droga, podczas której naprzemiennie przechodzi od poczucia lekkiego wycofania bólu do notowania zdań w rodzaju „sądziłam, że nie można już czuć się gorzej, niż czułam się dotąd” (s. 61), dowodzi, że w walce z chronicznym bólem migrenowym nie ma żadnych pewników i triumfów; przeciwnie – bohaterka musi żyć w stałym napięciu, w oczekiwaniu na kolejne fale bóle, ale i w ćwiczeniu umiejętności cieszenia się z kilkugodzinnych epizodów spokoju. Nie jest to łatwe, bo z jednej strony leczona jednocześnie różnymi sposobami migrena jest stale nieprzewidywalna, z drugiej wpływa destrukcyjnie na tożsamość pisarki, sprowadzając ją jedynie do bólu: „Kim się jest, gdy bez przerwy leży się w ciemności, podczas gdy ktoś inny zajmuje się twoimi dziećmi? Czy ktoś taki może w ogóle nazywać się matką? Nie. Kiedy leżę tutaj, jestem nikim. Niczyją matką. Niczyim psychologiem. Niczyją ukochaną. Niczym. Teraz, tutaj: jestem jedynie bólem” (s. 69).
Skrajne doświadczenie cierpienia powoduje, że Svedhem pozostaje dość sceptyczna wobec tzw. kreatywnej siły migreny. Odnotowuje co prawda istnienie dzieł Salvadora Dalego, Gustava Mahlera czy Lewisa Carrolla (którego domniemane migreny miałyby się przekładać na kreację świata przedstawionego „Alicji w Krainie Czarów”; na marginesie zauważę, że osobowość Carrolla stanowi dla współczesnych badaczy rodzaj fascynującej zagadki – choć trudno mówić o diagnostyce z prawdziwego zdarzenia – skoro widzi się w jego dziele także odbicie… autyzmu). Svedhem konstatuje jednak z goryczą, że ewentualna twórcza energia choroby nie jest warta bólu i wyłączenia z życia. Zresztą, warto także trzeźwo zauważyć, że nawet gdyby możliwy był do opisania związek między migreną a twórczością, to przecież większość cierpiących na migrenę nie może się okazać geniuszami w dziedzinie muzyki, malarstwa czy literatury, prawda?
W przypadku autorki „Ciemnego pokoju” pisanie ma stanowić „rodzaj wentylu, dzięki któremu – jak przekonuje – pozbędę się ze swojego organizmu trucizny” (s. 88). Jeśli spojrzymy na znaczenie pisania w kontekście nie autotematycznych refleksji, ale całości książki, wyraźne będę również inne motywacje i efekty pisania. Przekonujące są zwłaszcza językowe obrazy, którymi Svedhem stara się oddać rodzaj doświadczanego bólu. Jako osoba, która nigdy nie miała migreny, czuję zmienną intensywność cierpienia oddawanego opisami wbijających się w czaszkę autorki pinezek, gwoździ i młota pneumatycznego; rozumiem też jej potrzebę, by krótkimi notatkami kreślonymi z centrum ataku wprowadzać namiastkę ładu i poczucia, że wciąż w jakimś stopniu panuje się nad własnym życiem. Temu służą też listy codziennych czynności, które w okresie zdrowia nie wydają się w ogóle warte katalogowania (np. zmywanie naczyń czy czytanie dzieciom): „Poza notatkami o bólu zaczynam też sporządzać listy. Listy tego, co mimo wszystko robię. To pomaga w walce z poczuciem, że się rozpadam, że przestaję istnieć” (s. 89).
Zdaje się, że najtrudniej wcielić w życie inne rady usłyszane od lekarki – by odpuścić połowę swoich obowiązków, poddać się rutynie opartej na zniwelowaniu stresu, regularnych posiłkach i stałych godzinach snu. Brzmi wręcz jak zadanie niewykonalne, a jednak – przy wsparciu dobrze dobranych leków przeciwbólowych – Svedhem udaje się osiągnąć stan, w którym „jest miejsce na coś więcej niż tylko przetrwanie” (s. 97). Stara się na własnym ciele udowodnić, że można – mimo przewlekłego bólu migrenowego – żyć dobrze, z sensem jak wielu innych dotkniętych tą chorobą (np. Fryderyk Nietzsche, Karol Darwin i Zygmunt Freud). Musi zarazem przewartościować wiele stereotypowych sądów i wdrukowanych społecznych oczekiwań, np. dotyczących tego, jaką ma być matką, oraz czy może pozwolić sobie na okazywanie słabości. Towarzyszy temu stale – co z pewnością jest atutem książki – poznawcza pasja autorki, dowodząca bezsprzecznie, że w jakimś sensie pisarka uwolniła się od ciężaru bólu. Nawet jeśli nie wycofał się on całkowicie, to Svedhem dokonała czegoś w rodzaju jego przechwycenia i zneutralizowania; zamieniła doświadczenia ciała w projekt eseistyczno-naukowy, ale też w lepsze życie.
Finalnie książka okazuje się przekonująca i angażująca, bo autorce udało się zbudować wielostronny obraz życia z migreną i przedstawić ją jako żywy nerw, nie epatując przy tym doświadczeniem własnego ciała. Głos dochodzący z „ciemnego pokoju” uwzględnia bowiem wszystkie czynniki, które budują współczesne rozumienie migreny, oparte na modelach biologicznym, neurologicznym i psychologicznym (w ostatnim z uwzględnieniem różnorakich terapii, np. poznawczo-behawioralnej, psychodynamicznej czy świadomości i ekspresji emocjonalnej). Chociaż Svedhem daleka jest od kreślenia entuzjastycznej wizji przyszłości osób dotkniętych migreną, to wskazuje na dwa niezbędne rozwiązania: „dążenie do wyleczenia i ulgi” (s. 154) oraz „do akceptacji i adaptacji” (tamże). W tak ogólnie sformułowanych postulatach kryje się zgoda na indywidualne rozwiązania w zakresie zwalczania bólu i wyboru ścieżki wsparcia psychologicznego, ale też na zawodność wielu z nich. Z tego z kolei wynikają potrzeba wpisania bólu w życie, tolerancja na jego samowolę i szukanie sposobów, by jednak, mimo jego mocy, nie doświadczyć jego wszechmocy. Tylko wówczas osoba z migreną opuści „ciemny pokój” i powie jak pisarka: „Otwieram się i wychodzę. Układam plany na przyszłość” (s. 157). To jest stawką książki i życia Svedhem.
Celia Svedhem: „Ciemny pokój. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi”. Przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |








ISSN 2658-1086

