ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (534) / 2026

Martyna Puzio,

'CHCIAŁABYM BYĆ KROWĄ', CZYLI NIE O TAKIEJ KOLOROWEJ HISTORII NASZYCH BABEK I PRABABEK ('CHŁOPKI', REŻ. SŁAWOMIR NARLOCH)

A A A
W ostatnich latach jesteśmy obserwatorami wyraźnie nasilającej się mody na wieś i ludowość. Zjawisko to można wpisać w szerszą kategorię tak zwanego zwrotu ludowego, który coraz prężniej rozwija się zarówno w kulturze popularnej, jak i w obszarze refleksji naukowej. Skąd bierze się to rosnące zainteresowanie wsią i jak przekłada się ono na współczesne dzieła kultury? Publikacje takie jak „Hanka” Macieja Jakubowiaka, „Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet” Antoniny Tosiek czy wreszcie „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak stanowią jedynie niewielki wycinek szerokiego nurtu literatury poświęconej doświadczeniu ludowemu, ze szczególnym uwzględnieniem losów kobiet. Zainteresowanie to widoczne jest również w świecie akademickim. Liczne konferencje i badania poświęcone tematyce chłopskiej rodzą pytanie, czy mamy dziś do czynienia z nową odsłoną chłopomanii. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, jednak skala i intensywność tego zjawiska są bezsprzecznie zauważalne.

„Wieś” funkcjonuje obecnie nie tylko w literaturze, fotografii czy filmie, lecz coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność także w teatrze. Szczególnym przykładem takich artystycznych zainteresowań jest spektakl „Chłopki” Teatru Współczesnego w Warszawie w reżyserii Sławomira Narlocha, którego premiera odbyła się 18 grudnia 2025 roku. Przedstawienie inspirowane książką Joanny Kuciel-Frydryszak, nie stanowi jej wiernej adaptacji. Jest raczej swobodną, sceniczną interpretacją. Choć można by oczekiwać, że spektakl opowiadający o biedzie, przemocy i systemowym wykorzystywaniu kobiet odtworzy realistyczne wnętrza chłopskich chat, to twórcy decydują się na bardziej symboliczne rozwiązania scenograficzne. Na scenie uwagę przykuwa monumentalny, niemal strojny piec oraz umieszczony centralnie krzyż. Są to znaki nie tylko codzienności, lecz także opresyjnego porządku religijno-społecznego. Za surową, oszczędną w środki wyrazu scenografię odpowiada Martyna Kander. Warstwę klimatyczną spektaklu dopełniają kostiumy autorstwa Anny Adamek – ubogie, proste, pozbawione ozdób łachmany, podkreślające ciężar i monotonię wiejskiego życia. Na ich tle wyróżnia się postać Matki Boskiej – „świecąca” złotem i przepychem niczym ikona, kontrastująca z nędzą otaczających ją kobiet. Istotnym elementem przedstawienia są również pieśni, zarówno stylizowane na ludowo, jak i autentyczne utwory folklorystyczne, które budują sugestywną atmosferę oraz pozwalają wybrzmieć imponującym możliwościom wokalnym aktorek. Jednak to nie scenografia, kostiumy czy muzyka najmocniej kształtują odbiór spektaklu. Przede wszystkim królują tu wyraziste, intensywne role aktorskie, tworzone przez znakomity zespół, który z niezwykłą precyzją i emocjonalną siłą oddaje dramatyczne doświadczenia bohaterek.

„Chciałabym być krową” – mówi Stefcia. W tym prostym, pozornie naiwnym zdaniu zawiera się jedna z najbardziej przejmujących metafor przedstawienia. Grana przez Monikę Pawlicką mała dziewczynka emanuje niewinnością, dziecięcą ciekawością świata i pragnieniem bezpieczeństwa. Stefcia chodzi na pastwisko, pasie ukochane gąski. To one stanowią jej cały wszechświat. Jednak ta sielankowość zostaje brutalnie przerwana. Nieświadoma niczego dziewczyna doświadcza przemocy ze strony innych mieszkańców wsi, a właściwie to mężczyzn, którzy w tym świecie stają się uprzywilejowanymi sprawcami. Za to dla głodujących mieszkańców wsi krowa jawi się jako najważniejsza „istota”. Jest bowiem karmiona, chroniona, szanowana i kochana. Paradoksalnie otrzymuje więcej troski niż kobiety, które ją doglądają. Większość bohaterek nie zna miłości. Ich codziennością są ból, cierpienie i katorżnicza praca. Ciężkie przepracowanie staje się normą, czymś oczywistym i niepodlegającym dyskusji. Jadzia marzy o szkole, lecz nie ma butów. Antosia nie chce już rodzić kolejnych dzieci, jednak jej mąż pozostaje głuchy na jej rozpacz, a właściwie na ich wspólną niedolę. Jadwinia, niezwykle charakterna postać grana przez Ewę Porębską jako jedna z nielicznych decyduje się na akt odwagi. Opuszcza wieś i wyjeżdża do miasta, by pracować „u Państwa”. Tam poznaje przyszłego partnera i wychodzi za niego za mąż. Zdaje się, że to właśnie jej jako jedynej udaje się zaznać względnie godnego życia. Los pozostałych kobiet nie ulega jednak zmianie. Ich potrzeby są konsekwentnie bagatelizowane, a marzenia sprowadzane do roli fanaberii. Powracającym i znaczącym motywem spektaklu jest brak obuwia, czyli symbol jednej z kluczowych barier, z jakimi mierzyły się nasze prababki. Brak butów oznaczał nie tylko fizyczne cierpienie, lecz także społeczne wykluczenie i zamknięcie drogi do edukacji czy zmiany losu. Katorżnicza praca odciska swoje piętno na ciałach kobiet. W popękanych stopach, zniszczonych dłoniach, pochylonych plecach i zgarbionych sylwetkach. Wyrazistym obrazem tej fizycznej i psychicznej opresji jest scena kończąca pierwszy akt. Scena tańca. Kobiety wykonują mozolne, ciężkie gesty, bardziej się toczą niż tańczą. Poruszają się z wiadrami – symbolicznym ciężarem pracy i codziennych obowiązków. Nie jest to estetyczny, wystylizowany taniec ludowy znany z występów zespołu „Mazowsza”, lecz surowy, bolesny ruch, w którym każdy gest staje się znakiem zniewolenia.

Każda z przedstawionych kobiet ma inną historię do opowiedzenia. Wszystkie jednak są równie tragiczne, smutne i okupione cierpieniem. Szczególnie poruszająca jest scena kobiet siedzących przy stole weselnym, przywodząca na myśl obraz Ostatniej Wieczerzy. Bohaterki wspominają, uśmiechają się, cieszą swoją obecnością. Z czasem jednak wspomnienia stają się coraz bardziej bolesne. Kobiety zaczynają wznosić toast za te, które nie miały tyle szczęścia i doświadczyły jeszcze gorszego losu. Wspólny toast staje się aktem solidarności, ale i bezsilności. Wszystkie cierpią, lecz żadna nie zostaje wysłuchana. Nikt nie jest w stanie im pomóc. I właśnie w tym momencie na scenie pojawia się postać Matki Boskiej, grana przez Joannę Jeżewską. Podobnie jak w książce Joanny Kuciel-Frydryszak, spektakl nie oferuje prostego szczęśliwego zakończenia. Matka Boska nie naprawia świata, lecz daje kobietom to, czego najbardziej im brakowało: uwagę, zrozumienie i możliwość ulgi. Broni je, wspiera, wysłuchuje, a nawet pomaga odejść czy uwolnić się od cierpienia. Postać ta nabiera niemal mesjanistycznego wymiaru, stanowiąc wizję pomocy zstępującej na najbardziej udręczone. Choć zastosowany przez Narlocha motyw może wydawać się pompatyczny, w kontekście całości przedstawienia okazuje się zaskakująco spójny i poruszający. Ten delikatny, optymistyczny akcent wprowadza cień nadziei do gorzkiej, wiejskiej rzeczywistości, pozostawiając widza z poczuciem, że nawet w świecie totalnego zniewolenia możliwa jest wspólnota i współodczuwanie.

Znaczącym komponentem spektaklu jest fakt, iż na scenie dominują kobiety. To one niemal w całości tworzą świat przedstawiony, a także i warstwę muzyczną, za którą odpowiadają trzy instrumentalistki wykonujące muzykę na żywo. Zabieg ten nie jest jedynie formalnym wyborem, lecz czytelnym gestem reżyserskim: „Chłopki” są opowieścią o kobietach i dla kobiet. W ten sposób reżyser składa im wyraźny hołd, oddając głos tym, które przez dekady pozostawały niesłyszane. Na tym tle szczególnie interesująco rysuje się jedyna męska obecność na scenie, czyli postać narratora i komentatora wydarzeń, granego przez Marcina Stępniaka. Aktor wciela się w role ojców, braci i sprawców przemocy, ale jednocześnie pełni funkcję narratora, przewodnika po opowieści, a nawet w pewnym sensie alter ego samego reżysera. Jego obecność porządkuje akcję, dopowiada konteksty i komentuje rzeczywistość sceniczną. Jest to rozwiązanie ryzykowne, lecz w tym przypadku skuteczne. Narrator nie dominuje nad kobiecymi historiami, lecz je uzupełnia. Choć można przypuszczać, że część bardziej radykalnych odbiorczyń mogłaby odebrać ten zabieg jako problematyczny, w strukturze spektaklu nie kłóci się on z jego feministycznym wydźwiękiem. Wręcz przeciwnie, wzmacnia on przekaz, nie odbierając kobietom podmiotowości. Istotnym i poruszającym elementem przedstawienia jest również fakt, że Narloch wplata w narrację autentyczne wypowiedzi swojej prababci, Heleny Pluty. Reżyser interpretuje jej słowa i konfrontuje je z historiami bohaterek scenicznych, które, jak się okazuje, wcale nie są odległe od losów jego własnej krewnej. W finale postać prababci pojawia się na scenie, grana przez Ewę Porębską, co nadaje przedstawieniu osobisty, niemal intymny wymiar. Tym samym Narloch składa hołd nie tylko kobietom opisanym przez Joannę Kuciel-Frydryszak, lecz także własnym korzeniom i rodzinnej historii. Nie unika tego gestu ani nie próbuje go ukryć. Czyni go jednym z fundamentów spektaklu, co w teatrze wciąż pozostaje rzadkością. Jak sam reżyser podkreśla, impulsem do powstania przedstawienia były nagrane wspomnienia jego prababci, która dożyła 105 lat w pełnej sprawności umysłowej. Czytając „Chłopki”, Narloch odczuł silne przekonanie, że rodzinne opowieści stanowią naturalne przedłużenie książki Kuciel-Frydryszak (Hagmajer-Kwiatek, 2025). Ten osobisty punkt wyjścia nadaje spektaklowi dodatkowej głębi i autentyczności.

Całość przedstawienia obciążona jest gęstą symboliką, być może nawet intensywniejszą niż w większości współczesnych realizacji teatralnych. Symbole zdają się same opowiadać historię: krzyż na bezbarwnej chacie, monumentalny piec, postać Matki Boskiej czy wreszcie finałowy obraz. W ostatnich scenach wraca motyw tytułowego zdania: „Chciałabym być krową”. Okazuje się bowiem, że nie jest to wyłącznie marzenie Stefci. Wszystkie kobiety zakładają wykonane z materiału głowy krów. Symbolicznie można odczytać ten gest jako gorzką konstatację, że dopiero wówczas stają się „wystarczające” – godne troski, opieki i miłości. Chcą być kochane. Chcą być krowami. I w ostatecznie się nimi stają. Ten wyrazisty, symboliczny finał jasno określa kierunek całej inscenizacji i zapowiada sposób, w jaki Narloch prowadzi dialog z literackim pierwowzorem. Jeśli widz jest wcześniej zaznajomiony z książką Joanny Kuciel-Frydryszak o tym samym tytule, wie, że udając się na spektakl, nie będzie miał do czynienia z sentymentalną, folklorystyczną wizją wsi, porównywalną z dziewiętnastowiecznymi dziełami Oskara Kolberga poświęconymi „Ludowi”. Narloch czerpie z książki Kuciel-Frydryszak, jednak świadomie rezygnuje z pogłębionego eksponowania wątków stricte politycznych czy ideologicznych. Zamiast tego reżyser wyraźnie zaznacza własną perspektywę, filtrując materiał literacki przez osobiste doświadczenie, rodzinny kontekst i własne korzenie. Wpisując się w nurt współczesnego zainteresowania kulturą chłopską, Narloch nie tylko wzbogaca zjawisko zwrotu ludowego, lecz także współtworzy autorski, sceniczny punkt widzenia na temat cierpienia, przemocy i systemowego wykluczenia kobiet na wsi. Jest to perspektywa wyczuwalna, konsekwentnie prowadzona i co najważniejsze – możliwa do jednoznacznego odczytania przez widza. Spektakl „Chłopki” nie stanowi więc ani ilustracyjnej adaptacji książki, ani nostalgicznego powrotu do „utraconej” wsi. Jest raczej gorzką, symboliczną opowieścią o świecie opresji, w którym kobiece doświadczenie przez dekady pozostawało niewidzialne. Narloch nie próbuje tej historii upiększać ani łagodzić. Poprzez środki teatralne wydobywa jej ciężar, brutalność i ponadczasowość, czyniąc z niej opowieść nie tylko o przeszłości, lecz także o mechanizmach, które w różnych formach funkcjonują do dziś.

Literatura:

Hagmajer-Kwiatek K.: audycja ,,Poranek Dwójki”. Polskie Radio. 16.12.2025. 

https://www.polskieradio.pl/8/404/Artykul/3621657,Od-literatury-do-pokrzepiajacej-opowiesci-Chlopki-na-scenie-Teatru-Wspolczesnego 

Kuciel-Frydryszak J.: „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2023.
Chłopki” na podstawie książki ,,Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak. Reżyseria i adaptacja: Sławomir Narloch. Scenografia: Martyna Kander. Kostiumy: Anna Adamek. Muzyka i kierownictwo muzyczne: Jakub Gawlik. Choreografia: Mariusz Żwierko. Premiera: 18.12.2025, Teatr Współczesny w Warszawie.

Fot. Anna Orzyłowska.