ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (535) / 2026

Zuzanna Kłosek,

DLACZEGO 'ONE PIECE' NETFLIXA NIE MÓGŁ SIĘ UDAĆ (A JEDNAK)? ('ONE PIECE' - SEZON 2)

A A A
„Nie można stworzyć dobrej adaptacji anime. Podobnie jak nie można stworzyć dobrej adaptacji gry” – tak można było napisać jeszcze jakiś czas temu. Rzeczywiście, przeniesienie na ekran materiału źródłowego niebędącego scenariuszem zawsze łączy się z podwyższonym poziomem ryzyka. To nie tylko starcie z językiem odmiennego medium, ale bardzo często również z grupą fanów, którzy patrzą twórcom na ręce i są gotowi zalać ich falą krytyki, jeśli tylko coś nie pójdzie po ich myśli (i nie zawsze oznacza to, że adaptacja będzie niezgodna z pierwowzorem; czasem wystarczy tylko zwykłe, ludzkie „ale ja to widziałem inaczej”).

Historia filmu zna wiele przykładów takich projektów, o których widzowie woleliby zapomnieć. Sama z okazji premiery najnowszej odsłony „Resident Evil” obejrzałam wszystkie produkcje z tej serii i… nie będę kłamać – mało które dzieło zasługuje na takie podsumowanie, ale te filmy są po prostu tragiczne; co, gdy chodzi o adaptacje gier, niestety zdarza się bardzo często.

W przypadku ekranizacji mang i anime występuje podobny problem. „Atak Tytanów”, „Dragon Ball”, „Death Note”, „Full Metal Alchemist”… Lista nieudanych produkcji jest długa, a każda na jakiś poziomie (czy to wizualnym, czy fabularnym) okazuje się doświadczeniem niemal bolesnym. Po kilku pełnych rozczarowania seansach odbiorca zaczyna wierzyć, że branża filmowa chce dokonać niemożliwego, a twórcy powinni zwyczajnie przestać próbować.

W ostatnich latach można jednak zauważyć, że tendencja zdaje się odwracać. Na rynku pojawia się coraz więcej produkcji, które potrafią unieść fenomen oryginału: „Cyberpunk: Edgerunners”, „The Last Of Us”, „Arcane”. Fani jednak wciąż podchodzą do nowych tytułów z rezerwą i – moim zdaniem całkowicie uzasadnioną – obawą. Zwłaszcza wielbiciele mang mają powody do niepokoju. Literatura wydaje się dla scenarzystów znacznie bardziej przystępną podstawą do tworzenia, a adaptacje gier komputerowych powoli podnoszą się z kolan. Tymczasem filmy na podstawie azjatyckich tytułów wciąż spotykają się przede wszystkim z krytyką.

Jako miłośniczka serii „One Piece” z lękiem i frustracją podeszłam do wiadomości, że Netflix bierze właśnie tę mangę na warsztat. Do tej pory nie spotkałam się jeszcze z dobrą produkcją live action na podstawie japońskiego komiksu, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Starałam się podejść do zapowiedzi z optymizmem, ale spodziewałam się najgorszego.

Tymczasem dzisiaj jestem po seansie drugiego sezonu (pierwszy opisywałam na łamach „artPAPIER-u w 2023 roku) i już nie mogę doczekać się kolejnych. Co więcej – momentami naprawdę bawię się lepiej, niż oglądając anime, a jeszcze niedawno powiedziałabym, że takie stwierdzenie podpada pod herezję. W końcu czy może być wierniejsza adaptacja mangi niż anime? Niestety, Toei Animation, odpowiedzialne za serial animowany, potrafi maksymalnie rozwlekać każdą scenę komiksu, co negatywnie wpływa na odbiór całości, a wiele osób zniechęca do tego, by dać tej serii szansę. Mimo to ścieżka adaptacji od mangi do serialu animowanego wciąż wydaje się oczywistsza i przede wszystkim prostsza niż ta prowadząca do live action. Tym bardziej nie mogę sobie nie zadawać jednego kluczowego pytania: jak do tego doszło? Jak to możliwe, że zadanie niemożliwe zostało wykonane na tak wysokim poziomie? Jakim cudem netflixowski „One Piece” jest nie tylko akceptowalny, nie tylko dobry, ale wręcz świetny?

Osobiście widzę w przypadku tej produkcji niesamowity paradoks. Manga odniosła ogromny sukces na całym świecie, nic więc dziwnego, że tak wielkie studio w końcu zdecydowało się na stworzenie własnego serialu – nawet jeśli ten wcale nie dawał im gwarancji sukcesu. Warto podkreślić, że materiał źródłowy okazuje się tutaj wyjątkowo problematyczny. Seria jest nie tylko rozciągnięta niczym ciało Luffy’ego (stan na marzec 2026 to 113 tomów wydanych w Japonii i aż 1120 odcinków anime), ale też fantazyjna w sposób, w jaki – jak mogło się wydawać – tylko manga potrafi być.

Uniwersum stworzone przez Eiichiro Odę opiera się na dwóch elementach: niesamowitych, wręcz absurdalnych światach, takich jak Whole Cake Island (gdzie wszystko albo stworzone jest z jedzenia, albo żyje, albo oba), i równie zaskakujących mocach Diabelskich Owoców, których już same nazwy, zwłaszcza po przetłumaczeniu na język polski, mogą wywołać śmiech (np. gum-gumowoc, pod-podziałowoc, krow-krowowoc). W postaci rysunkowej oba te filary sprawdzają się bardzo dobrze. Ale jak przenieść to do estetyki świata rzeczywistego? Już sama supermoc głównego bohatera jako człowieka-gumy wydaje się dostatecznie problematyczna. Trudno sobie wyobrazić, by rozciągający się policzek albo ręka wyglądały w taki sposób, by widz nie złapał się za głowę. Wizja realistycznego Tony’ego Tony’ego Choppera, renifera, który zjadł ludź-ludziowoc, też spędzała fanom sen z powiek. To się nie mogło udać!

A jednak.

Ten serial jest świetny. Ogląda się go dobrze, i to niezależnie od tego, czy wcześniej kochało się „One Piece”, czy słyszy się o nim po raz pierwszy. Zaangażowanie aktorów zachwyca, zastosowano efekty wizualne na naprawdę wysokim poziomie, a scenariusz oferuje coś więcej niż bezpośrednie przełożenie znanej historii jeden do jeden. Sama doceniam to tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, z jakimi wyzwaniami musieli zmierzyć się twórcy, by osiągnąć taki efekt. Nie bez znaczenia jest na pewno zaangażowanie samego mangaki w proces powstawania serialu, jednak żadna liczba protestów i wskazówek Eiichiro Ody nie odniosłaby skutku bez oddania całej załogi filmowców.

Dlaczego adaptacje mang są tak trudne? To nie tylko kwestia opowiedzenia historii w odpowiedni sposób i spełnienia – często bardzo wygórowanych – oczekiwań fanów. To konieczność dogłębnego zrozumienia materiału źródłowego, świata przedstawionego i jego bohaterów. Znalezienie równowagi między tym, co „działa” w animacji, a tym, co sprawdzi się w live action; a nie w każdej kwestii można pójść na kompromis. To również wymóg uwzględnienia i przełożenia różnic kulturowych. Japońskie produkcje nie bez powodu mogą wydawać się zachodniemu odbiorcy tak specyficzne. Zastosowanie konkretnej kreski i wyraźne wyolbrzymienie emocji to czynniki, bez których anime i manga nie byłyby tym samym; a przecież właśnie z tego należy zrezygnować w pierwszej kolejności. W live action nie ma żadnej „kreski”, a próba oddania reakcji postaci w ten sam sposób, co w materiale źródłowym, jest z góry skazana na niepowodzenie. Myślę, że – być może wbrew temu, co podpowiada logika – to właśnie między innymi próby całkowicie wiernego zekranizowania oryginału sprawiały, że w przeszłości podobne projekty ponosiły klęskę.

„One Piece” znajduje w tym wszystkim równowagę. Owszem, nie zawsze każdy element wychodzi idealnie. Przykładowo ikoniczna scena, w której Luffy (Iñaki Godoy) krzyczy do Choppera (Mikaela Hoover): „Zamknij się i płyń z nami!”, przeniesiona z mangi do serialu wypada… średnio. Zmiana dekoracji z zimowego krajobrazu na salę tronową to absolutnie nie jedyny ani nawet nie najważniejszy problem. Osobiście żałuję, że w serialu zrezygnowano z większej liczby scen przed zamkiem, ale przecież sama wychwalałam kompromisy, prawda? W tym miejscu jednak coś pęka i widać, że człowiek z krwi i kości nie prowadziłby rozmowy w taki sposób – nawet Monkey D. Luffy. Dopóki był narysowany i dopóki (w przypadku mangi) scena działała na zasadzie „dopowiedzenia” pomiędzy kolejnymi kadrami, wszystko grało. W produkcji live action słyszymy fałsz – ale takie jednorazowe potknięcie zdecydowanie mogę twórcom wybaczyć.

Poza tym ekipa filmowa wykonała kawał świetnej roboty. Z jednej strony „One Piece” ma (niemal) wszystkie elementy, których oczekujemy od wartościowego filmu – dobry montaż, przekonującą grę aktorską, dekoracje, na których chcemy zawiesić oko. Z drugiej: historia została podana z zachowaniem swojej nieco infantylnej otoczki, której zdecydowanie bliżej do bajki dla młodszych odbiorców niż „poważnej produkcji dla poważnego widza”; a przecież poważny widz też obejrzy ją z dziecięcą radością. Świat East Blue i Grand Line jest nieco plastikowy, rekwizyty mają w sobie coś z zabawkowej estetyki. Bohaterowie są przerysowani. To, że ktoś wygląda jak mysz, nosi czapkę w kształcie głowy psa czy układa swoje włosy w kształt trójki, nikogo nie zaskakuje. Mimo to efekt sprawia, że nawet te mało wiarygodne elementy możemy podziwiać bez zażenowania, za to z poczuciem uszanowania pierwowzoru.

Produkcja Netflixa zachowuje to, co najważniejsze w mandze, ale dostosowuje się do wymogów filmu i oczekiwań publiczności z lat 20. XXI wieku. Kiedy można, szuka kompromisów. Kiedy trzeba, rezygnuje z pewnych elementów i, co bardzo ważne, uczy się na błędach swojego poprzednika – jak to ma miejsce chociażby w przypadku Sanjiego (Taz Skylar). W anime został przerysowany do granic możliwości, przez co wielu fanów straciło sympatię do tej postaci, więc w serialu, dla równowagi, jego charakter został nieco „wygładzony”. I to drugie rozwiązanie moim zdaniem zdecydowanie działa na jego korzyść. Twórcy wykorzystali również furtkę, której nie miało Toei Animation: znając wydarzenia z kolejnych tomów mangi, Netflix może śmiało wplatać w fabułę wątki i postacie, które teoretycznie powinniśmy zobaczyć znacznie później. To z kolei daje wrażenie większej spójności historii i świata przedstawionego, a dla fanów serii stanowi dodatkowy powód do uśmiechu.

„One Piece” w wydaniu live action na pewno nie jest idealny. Ma swoje niedociągnięcia i nadal znajdą się osoby, które „widziały to inaczej”. Jednak, po raz pierwszy od bardzo dawna, mam poczucie, że nie można było zrobić tego lepiej. Wszyscy obecni na planie włożyli w ten serial serce i właśnie to sprawiło, że produkcja, która „musiała” okazać się katastrofą, dopiero rozwija żagle i właśnie obrała kurs na trzeci sezon.
„One Piece” – sezon 2. Reżyseria: Marc Jobst, Tim Southam, Josef Kubota Wladyka, Emma Sullivan. Scenariusz: Matt Owens, Steven Maeda. Obsada: Iñaki Godoy, Emily Rudd, Mackenyu, Jacob Romero, Taz Skylar. Gatunek: przygodowy, fantasy. Produkcja: USA, RPA, Wielka Brytania, Japonia 2026.