LEKCJE SZCZODROŚCI (ROBIN WALL KIMMERER: 'DARY ZIEMI. CZEGO PRZYRODA UCZY NAS O WZAJEMNOŚCI')
A
A
A
Artystyczny kolektyw DISNOVATION.ORG stworzył w 2020 roku instalację, która obejmowała 1 m2 rosnącej pszenicy (zob. disnovation.org). Mogłoby się wydawać, że nie ma nic bardziej powszedniego: pszenica od wieków jest jedną z najpowszechniej uprawianych roślin i zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem powierzchni zasiewów. Jedynym, co różniło ten konkretny metr kwadratowy pszenicy od milionów hektarów innych upraw, było to, że hodowla odbywała się w wyabstrahowanej przestrzeni galerii sztuki (m.in. podczas wystawy „Post Growth / Po wzroście” w katowickim Rondzie Sztuki od 30 września do 30 października 2023). Na tej istotnej różnicy zasadzał się cały koncept tego artystyczno-badawczego projektu. Jego autorzy musieli bowiem dostarczyć roślinie wszystko, co niezbędne dla jej wzrostu, a czego w normalnych warunkach przeważnie dostarczał ekosystem. Do aparatury zapewniającej pszenicy wodę, światło umożliwiające fotosyntezę czy składniki odżywcze podpięto monitoring, a dane związane z wykorzystywaną energią i jej przybliżonym kosztem na bieżąco prezentowano publiczności.
Podstawowym założeniem tego projektu była spekulatywna próba uchwycenia nieszacowanych kosztów „pracy biosfery”, którą traktujemy jako coś stabilnego i oczywistego. Nie uwzględniamy przecież w naszych kalkulacjach hojności przyrody, dopóki nie zostanie ona sprowadzona do sprywatyzowanego zasobu generującego mierzalne przychody. Tymczasem zgodnie z dokonanymi przez kolektyw przybliżonymi obliczeniami uprawa 1 kg pszenicy, którego rynkowa cena wynosi obecnie ok. 0,15 centa, w sztucznie stworzonych warunkach kosztowałaby ok. 200 euro. Tak w języku ekonomii można byłoby przedstawić niewidzialne usługi ekosystemu.
W swoim najnowszym eseju Robin Wall Kimmerer również zwraca uwagę czytelników, czytelniczek i osób czytających na szczodrość przyrody, która pozostaje poza obrębem kapitalistycznych kalkulacji. Robi to jednak zupełnie inaczej. Podczas gdy instalacja „Life support system” miała na celu włączenie niedostrzegalnej „pracy biosfery” w obręb wizji świata charakterystycznej dla gospodarki wolnorynkowej, Kimmerer dostrzega w funkcjonowaniu przyrody alternatywny wobec kapitalizmu sposób dysponowania „zasobami”, które autorka nazywa podarunkami, co rzuca zupełnie odmienną optykę na wspomniane „niewidzialne usługi ekosystemu”.
Wszystko zaczyna się od zbierania owoców świdośliwy: gęstego, wielopędowego krzewu rdzennego dla obszarów Ameryki Północnej. Kojarzy mi się on z mirabelkami obfitującymi w małe, jasne owoce i rosnącymi zarówno w ogrodach, jak i dzikich miejscach, które w czasie dojrzałego lata obsypane są opadłymi owocami zalegającymi w trawie lub na chodniku. To właśnie ta obfitość drobnych, niepozornych drzewek stanowi dla Kimmerer punkt wyjścia. W tym samym czasie, w którym autorka zbiera świdośliwki do wiaderka, posilają się nimi również drozdy. Nie przeszkadza jej to. Przeciwnie, wielogatunkowa wspólnota organizmów hojnie karmionych przez przyrodę zostaje podkreślona refleksją o tożsamości imienia kobiety i ptaka (w języku angielskim drozd to właśnie robin). Przedstawiana sytuacja ma również wymiar hojności i solidarności międzyludzkiej, ponieważ owocujące drzewko zostało udostępnione Kimmerer przez sąsiadów, dzielących się plonami swojej farmy. W ten sposób wyjściowa sytuacja staje się soczewką dla najważniejszych tematów tego eseju. Z jednej strony pokazuje ona szczodrość ekosystemu, który – utkany ze złożonych powiązań i zależności – dostarcza niezbędnych do życia elementów mieszkającym w jego obrębie istnieniom. Z drugiej – przedstawia inspirowane tą hojnością bezinteresowne dzielenia się tym, co posiadamy w obfitości. To bardzo odmienna wizja od swojskiej postawy ogrodnika, który przy należących do niego plonach stawia stracha na wróble, a to, czego nie może przejeść, marynuje, konserwuje lub przetwarza na przetwory, żeby starczyło na później. A przecież skłonni jesteśmy uznać takie działanie za normalne i rozsądne, prawda?
Robin Wall Kimmerer – botaniczka i ekolożka pochodząca z północnoamerykańskiego rdzennego narodu Potawatomi – znana jest w Polsce głównie dzięki bestsellerowej książce „Pieśń ziemi”, która przedstawia próbę odzyskania rdzennej wiedzy jako żywej alternatywy dla zachodniego modelu relacji z przyrodą. Zamiast układu opartego na dominacji i eksploatacji postawa pełna wdzięczności i odpowiedzialności – tak można w uproszczeniu ująć kreowaną przez Kimmerer opozycję. Omawiana książka bazuje na podobnej polaryzacji: z jednej strony mamy ekonomię kapitalistyczną opartą na założeniu, że korzystamy z dóbr, których zasoby są ograniczone; z drugiej strony proponowaną ekonomię daru, zasadzającą się na planetarnej obfitości. Skoro Ziemia posiada wystarczające zasoby biofizyczne, aby wyżywić wszystkich ludzi oraz zwierzęta, to dlaczego kapitalistyczna ekonomia w punkcie wyjścia zakłada deficyty? – pyta autorka. „Chyba rozumiem” – odpowiada sobie w końcu – „gospodarka rynkowa wymaga, aby występujące w obfitości, ogólnodostępne dary Ziemi zostały przekształcone w towary i stały się deficytowe” (s. 92). Kimmerer nie łudzi się jednak, że ten stan można łatwo i szybko zmienić, skupia się raczej na pozornie niewielkich punktach oporu. Jako przykład tego typu subwersji podaje m.in. działalność Wikipedii czy sąsiedzką solidarność. Zachęca również do tworzenia małych, nieformalnych wspólnot opartych na „kolektywnej samowystarczalności i wzajemności”, których „walutą jest dzielenie się” (s. 104).
Podobnie jak w „Pieśni Ziemi” alternatywną wobec kapitalistycznej logikę ekonomii Kimmerer czerpie z praktyk rdzennych mieszkańców Ameryki. Powołuje się w tym eseju m.in. na zwyczaje ludów Anishinaabe i Haudenosaunee (Irokezów) pielęgnujących „kulturę wdzięczności, w której życie oparte jest na uznaniu darów Ziemi i odpowiedzialności za nie” (s. 20). Autorka często podkreśla najbardziej zasadniczą różnicę pomiędzy omawianymi systemami myślenia o dystrybucji dóbr: podczas gdy kapitalizm zakłada, że człowiekiem bogatym jest ten, który dużo posiada, ekonomia daru wychodzi z założenia, że najbogatszy to ten, który najwięcej daje. Kimmerer przywołuje też przykład brazylijskiego członka łowców-zbieraczy, który po upolowaniu sporej zdobyczy został zapytany przez badającego brazylijskie dialekty badacza, w jaki sposób przechowa nadmiar mięsa. Łowca planował jednak wydać dużą, uroczystą ucztę i miał odpowiedzieć, że „przechowa mięso w brzuchu brata” (s. 42), co wskazuje na społeczne więzi nawiązywane i umacniane poprzez dawanie.
Omawiany esej to poetycka i inspirująca opowieść nie tylko o budowaniu wspólnoty za pomocą daru, ale też o ćwiczeniu się w wytyczaniu granicy, którą nazwałabym „wystarczy”, a która przebiega pomiędzy potrzebą a zbytkiem. Istotnym elementem postawy, do której przyjęcia zachęca czytelników, czytelniczki i osoby czytające Kimmerer, jest też pielęgnowanie relacji z Ziemią niejednokrotnie personifikowaną w twórczości autorki jako Matka. Ten nieco patetyczny wydźwięk potęgują jeszcze polskie tłumaczenia tytułów książek znanej botaniczki, które odpowiadają bardziej interpretacji treści niż subtelności oryginalnych fraz („Braiding Sweetgrass” – splatanie turówki wonnej – zamiast „Pieśni Ziemi” i „Serviceberry” – potoczna, wieloznaczna nazwa świdośliwy – zamiast „Darów Ziemi”).
Przesłanie nowej książki Kimmerer na pewno docenią sympatycy głębokiej ekologii czy entuzjaści „hipotezy Gai” sformułowanej przez Jamesa Lovelocka i Lynn Margulis. Większy sceptycyzm zachowają najprawdopodobniej badacze antropocenu. Narracje Kimmerer – podobnie jak wiele pięknych opowieści – upraszczają bowiem bardziej złożony obraz rzeczywistości i stwarzają nadzieję na to, że dawna relacja z przyrodą, odpowiadająca praktykom przywoływanych przez badaczkę ludów natywnych, jest jeszcze możliwa. Co jednak zrobić ze świdośliwą w Polsce? Czy również dziękować Matce Ziemi za dar jej obfitości, skoro w naszym obszarze geograficznym jest ona rośliną inwazyjną, która wypiera rodzime gatunki, zagrażając lokalnej bioróżnorodności? To prawda, że inwazyjność roślin stanowi skutek działania człowieka, nie zmienia to jednak faktu, że właśnie z taką przekształconą przyrodą – efektem wielu złożonych procesów – mamy obecnie kontakt. Również utrzymane w czarno-białej tonacji opozycje przedstawiane przez autorkę wydają się niejednokrotnie dyskusyjne. Najistotniejsze jednak jest to, że wszyscy czytelnicy, czytelniczki i osoby czytające mogą skorzystać z inspiracji płynącej z refleksji nad wartością dzielenia się, a także z praktykowania uważności na to, jak wiele sami otrzymujemy. I tak sobie myślę po przeczytaniu tej książeczki, że dostałam nieco za dużo zielonych ogórków, które leżą w mojej lodówce. A skoro wolny czas i tak spędzam na pisaniu i pewnie nie zdążę ich już zakisić, to może lepiej będzie podarować część sąsiadom? Czy nie staniemy się wtedy choć trochę bardziej sobie bliscy?
LITERATURA:
DISNOVATION.ORG: „Life support system” 2020. https://disnovation.org/lss.php.
Podstawowym założeniem tego projektu była spekulatywna próba uchwycenia nieszacowanych kosztów „pracy biosfery”, którą traktujemy jako coś stabilnego i oczywistego. Nie uwzględniamy przecież w naszych kalkulacjach hojności przyrody, dopóki nie zostanie ona sprowadzona do sprywatyzowanego zasobu generującego mierzalne przychody. Tymczasem zgodnie z dokonanymi przez kolektyw przybliżonymi obliczeniami uprawa 1 kg pszenicy, którego rynkowa cena wynosi obecnie ok. 0,15 centa, w sztucznie stworzonych warunkach kosztowałaby ok. 200 euro. Tak w języku ekonomii można byłoby przedstawić niewidzialne usługi ekosystemu.
W swoim najnowszym eseju Robin Wall Kimmerer również zwraca uwagę czytelników, czytelniczek i osób czytających na szczodrość przyrody, która pozostaje poza obrębem kapitalistycznych kalkulacji. Robi to jednak zupełnie inaczej. Podczas gdy instalacja „Life support system” miała na celu włączenie niedostrzegalnej „pracy biosfery” w obręb wizji świata charakterystycznej dla gospodarki wolnorynkowej, Kimmerer dostrzega w funkcjonowaniu przyrody alternatywny wobec kapitalizmu sposób dysponowania „zasobami”, które autorka nazywa podarunkami, co rzuca zupełnie odmienną optykę na wspomniane „niewidzialne usługi ekosystemu”.
Wszystko zaczyna się od zbierania owoców świdośliwy: gęstego, wielopędowego krzewu rdzennego dla obszarów Ameryki Północnej. Kojarzy mi się on z mirabelkami obfitującymi w małe, jasne owoce i rosnącymi zarówno w ogrodach, jak i dzikich miejscach, które w czasie dojrzałego lata obsypane są opadłymi owocami zalegającymi w trawie lub na chodniku. To właśnie ta obfitość drobnych, niepozornych drzewek stanowi dla Kimmerer punkt wyjścia. W tym samym czasie, w którym autorka zbiera świdośliwki do wiaderka, posilają się nimi również drozdy. Nie przeszkadza jej to. Przeciwnie, wielogatunkowa wspólnota organizmów hojnie karmionych przez przyrodę zostaje podkreślona refleksją o tożsamości imienia kobiety i ptaka (w języku angielskim drozd to właśnie robin). Przedstawiana sytuacja ma również wymiar hojności i solidarności międzyludzkiej, ponieważ owocujące drzewko zostało udostępnione Kimmerer przez sąsiadów, dzielących się plonami swojej farmy. W ten sposób wyjściowa sytuacja staje się soczewką dla najważniejszych tematów tego eseju. Z jednej strony pokazuje ona szczodrość ekosystemu, który – utkany ze złożonych powiązań i zależności – dostarcza niezbędnych do życia elementów mieszkającym w jego obrębie istnieniom. Z drugiej – przedstawia inspirowane tą hojnością bezinteresowne dzielenia się tym, co posiadamy w obfitości. To bardzo odmienna wizja od swojskiej postawy ogrodnika, który przy należących do niego plonach stawia stracha na wróble, a to, czego nie może przejeść, marynuje, konserwuje lub przetwarza na przetwory, żeby starczyło na później. A przecież skłonni jesteśmy uznać takie działanie za normalne i rozsądne, prawda?
Robin Wall Kimmerer – botaniczka i ekolożka pochodząca z północnoamerykańskiego rdzennego narodu Potawatomi – znana jest w Polsce głównie dzięki bestsellerowej książce „Pieśń ziemi”, która przedstawia próbę odzyskania rdzennej wiedzy jako żywej alternatywy dla zachodniego modelu relacji z przyrodą. Zamiast układu opartego na dominacji i eksploatacji postawa pełna wdzięczności i odpowiedzialności – tak można w uproszczeniu ująć kreowaną przez Kimmerer opozycję. Omawiana książka bazuje na podobnej polaryzacji: z jednej strony mamy ekonomię kapitalistyczną opartą na założeniu, że korzystamy z dóbr, których zasoby są ograniczone; z drugiej strony proponowaną ekonomię daru, zasadzającą się na planetarnej obfitości. Skoro Ziemia posiada wystarczające zasoby biofizyczne, aby wyżywić wszystkich ludzi oraz zwierzęta, to dlaczego kapitalistyczna ekonomia w punkcie wyjścia zakłada deficyty? – pyta autorka. „Chyba rozumiem” – odpowiada sobie w końcu – „gospodarka rynkowa wymaga, aby występujące w obfitości, ogólnodostępne dary Ziemi zostały przekształcone w towary i stały się deficytowe” (s. 92). Kimmerer nie łudzi się jednak, że ten stan można łatwo i szybko zmienić, skupia się raczej na pozornie niewielkich punktach oporu. Jako przykład tego typu subwersji podaje m.in. działalność Wikipedii czy sąsiedzką solidarność. Zachęca również do tworzenia małych, nieformalnych wspólnot opartych na „kolektywnej samowystarczalności i wzajemności”, których „walutą jest dzielenie się” (s. 104).
Podobnie jak w „Pieśni Ziemi” alternatywną wobec kapitalistycznej logikę ekonomii Kimmerer czerpie z praktyk rdzennych mieszkańców Ameryki. Powołuje się w tym eseju m.in. na zwyczaje ludów Anishinaabe i Haudenosaunee (Irokezów) pielęgnujących „kulturę wdzięczności, w której życie oparte jest na uznaniu darów Ziemi i odpowiedzialności za nie” (s. 20). Autorka często podkreśla najbardziej zasadniczą różnicę pomiędzy omawianymi systemami myślenia o dystrybucji dóbr: podczas gdy kapitalizm zakłada, że człowiekiem bogatym jest ten, który dużo posiada, ekonomia daru wychodzi z założenia, że najbogatszy to ten, który najwięcej daje. Kimmerer przywołuje też przykład brazylijskiego członka łowców-zbieraczy, który po upolowaniu sporej zdobyczy został zapytany przez badającego brazylijskie dialekty badacza, w jaki sposób przechowa nadmiar mięsa. Łowca planował jednak wydać dużą, uroczystą ucztę i miał odpowiedzieć, że „przechowa mięso w brzuchu brata” (s. 42), co wskazuje na społeczne więzi nawiązywane i umacniane poprzez dawanie.
Omawiany esej to poetycka i inspirująca opowieść nie tylko o budowaniu wspólnoty za pomocą daru, ale też o ćwiczeniu się w wytyczaniu granicy, którą nazwałabym „wystarczy”, a która przebiega pomiędzy potrzebą a zbytkiem. Istotnym elementem postawy, do której przyjęcia zachęca czytelników, czytelniczki i osoby czytające Kimmerer, jest też pielęgnowanie relacji z Ziemią niejednokrotnie personifikowaną w twórczości autorki jako Matka. Ten nieco patetyczny wydźwięk potęgują jeszcze polskie tłumaczenia tytułów książek znanej botaniczki, które odpowiadają bardziej interpretacji treści niż subtelności oryginalnych fraz („Braiding Sweetgrass” – splatanie turówki wonnej – zamiast „Pieśni Ziemi” i „Serviceberry” – potoczna, wieloznaczna nazwa świdośliwy – zamiast „Darów Ziemi”).
Przesłanie nowej książki Kimmerer na pewno docenią sympatycy głębokiej ekologii czy entuzjaści „hipotezy Gai” sformułowanej przez Jamesa Lovelocka i Lynn Margulis. Większy sceptycyzm zachowają najprawdopodobniej badacze antropocenu. Narracje Kimmerer – podobnie jak wiele pięknych opowieści – upraszczają bowiem bardziej złożony obraz rzeczywistości i stwarzają nadzieję na to, że dawna relacja z przyrodą, odpowiadająca praktykom przywoływanych przez badaczkę ludów natywnych, jest jeszcze możliwa. Co jednak zrobić ze świdośliwą w Polsce? Czy również dziękować Matce Ziemi za dar jej obfitości, skoro w naszym obszarze geograficznym jest ona rośliną inwazyjną, która wypiera rodzime gatunki, zagrażając lokalnej bioróżnorodności? To prawda, że inwazyjność roślin stanowi skutek działania człowieka, nie zmienia to jednak faktu, że właśnie z taką przekształconą przyrodą – efektem wielu złożonych procesów – mamy obecnie kontakt. Również utrzymane w czarno-białej tonacji opozycje przedstawiane przez autorkę wydają się niejednokrotnie dyskusyjne. Najistotniejsze jednak jest to, że wszyscy czytelnicy, czytelniczki i osoby czytające mogą skorzystać z inspiracji płynącej z refleksji nad wartością dzielenia się, a także z praktykowania uważności na to, jak wiele sami otrzymujemy. I tak sobie myślę po przeczytaniu tej książeczki, że dostałam nieco za dużo zielonych ogórków, które leżą w mojej lodówce. A skoro wolny czas i tak spędzam na pisaniu i pewnie nie zdążę ich już zakisić, to może lepiej będzie podarować część sąsiadom? Czy nie staniemy się wtedy choć trochę bardziej sobie bliscy?
LITERATURA:
DISNOVATION.ORG: „Life support system” 2020. https://disnovation.org/lss.php.
Robin Wall Kimmerer: „Dary Ziemi. Czego przyroda uczy nas o wzajemności”. Ilustracje: John Burgoyne. Przeł. Monika Bukowska. Znak Literanova. Kraków 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

