ISSN 2658-1086

1 października 19 (547) / 2026

Monika Ładoń,

O POTRZEBIE SIATEK ASEKURACYJNYCH (AGATA SIKORA: 'JAK WYJŚĆ Z SIEBIE. O ZŁUDZENIU NIEZALEŻNOŚCI I SILE SPOŁECZNYCH WIĘZI')

A A A
Mam awersję do poradników, więc przyznam, że sceptycznie podchodziłam do najnowszej książki Agaty Sikory. Zarówno przed lekturą, jak i po niej długo obracałam w myśli pierwszy człon tytułu: „Jak wyjść z siebie”. Czy to poradnik, który udaje esej? Czy może esej, dla którego formuła poradnikowa jest niczym więcej niż formatem sprzedażowym? Z powyższych pytań wynika kolejne: do jakich czytelniczek i czytelników chce trafić Sikora? Nie wiem, czy powinnam jednak generalizować, próbując odpowiedzieć na te pytania; lepiej będzie napisać o własnej pozycji wobec narracji Sikory. Ponieważ nie jest to moje pierwsze spotkanie z jej tekstami, to właściwie dość szybko zmodyfikowałam wątpliwość i wahałam się nad proporcjami uznania, czy mam do czynienia z kulturoznawczym dyskursem w wersji popularnonaukowej czy osobistym esejem? A może wszystkim po trochu? Sikora proponuje w jakiejś mierze poradnik życia w neoliberalizmie; korzysta z dobrodziejstwa warsztatu akademickiego, ale odnosi go do własnych doświadczeń. Świadomie zatem gra z różnymi konwencjami i gatunkami, pisząc o splocie warunkującym życie większości z nas: rodzinie, relacjach, pracy, potrzebie niezależności i trosce. Z wielką przenikliwością obnaża siłę różnych dyskursów panoszących się w późnym kapitalizmie: m.in. języka ekonomii, który przenika niemal wszystkie obszary życia, oraz języka terapii/autoterapii. Ów pejzaż można by oddać językiem dyżurnego filozofa naszych czasów, Byung-Chul Hana.

Książka Sikory jest obszerna i wielowątkowa, jak dla mnie – nieco przegadana, z fragmentami zbędnymi, które sprawiają wrażenie albo quasirecenzji doklejonych do głównego wywodu, albo opisów eksperymentów myślowych, które, jak się domyślam, mają zilustrować różnego rodzaju społeczno-kulturowe dyskursy kształtujące naszą egzystencję. Przyznaję jednak, że moje wątpliwości mogą wynikać z usytuowania: ponieważ przeczytałam znakomitą część przywoływanych przez Sikorę książek, a nieprzeczytane znam z drugiej ręki, wiele eksplikacji – choć podanych ze swadą, szwungiem, humorem i ironią, czyli z cechami, które niezmiennie cenię we wszelkich gatunkach pisarstwa – przyjmuję jako oczywiste; właściwie to chciałabym się z autorką nie zgodzić, polemizować, ale nie mam jak. Czytam i oglądam to samo, ostatecznie podzielam też jej przekonania, lęki, obawy i radości. W tym sensie czuję się w narracji Sikory wyśmienicie, bo znajduję kogoś, z kim współdzielę wizję świata; trochę jej również zazdroszczę, że potrafi tak klarownie zmapować siatkę pojęć realiów, w których obie jesteśmy zanurzone. Zarazem powraca do mnie pytanie, dla kogo jest ta książka – bo jeśli poznawczo nie do końca dla kogoś takiego jak ja, to czy dla czytelniczek i czytelników, którzy nigdy wcześniej nie sięgnęli po wywody Davida Graebera, Rebeki Solnit, Byung-Chul Hana, Marka Fishera czy Lynne Segal? Czy dla nich blisko pięćset stron wywodów, nawet w wersji poradnika nie do końca serio, nie okaże się jednak przesadnym wyzwaniem? Domyślam się, że wybrana formuła może być rodzajem złotego środka, który pozwolił autorce nie rozstawać się z wyrobioną dykcją naukowczyni i krytyczki, a jednocześnie pracować na rzecz zainteresowania innych grup odbiorców.

Nie chcę powiedzieć, że erudycyjność książki Sikory przytłacza, bo tak nie jest. Znać oczywiście stopień oczytania (wskazują na to nieprzytłaczające przypisy i zebrana na końcu bibliografia odnosząca się do każdej części książki), ale fragmenty rekapitulujące różne lektury i streszczające cudze wywody wydają mi się ostatecznie mniej ciekawe niż te, w których autorka akcentuje perspektywę osobistą. Obszerną książkę Sikory traktuję bowiem jako esej, a nie publicystykę, choć przecież wiem, jak nieostre są granice między nimi i jak na siebie nachodzą. Przykładam do „Jak wyjść z siebie” jedną z konstatacji Tadeusza Sławka, który pisał, że esej jest „osobowym, a nawet osobistym, sposobem wypowiadania się o sprawach »nieosobistych« (jak np. w esejach popularyzujących dokonania naukowe), lub też pisania o sprawach osobistych tak, że nabierają one nieosobistego charakteru” (Sławek 2018: 168). To widzę u Sikory – balans między nieprzesadnym wykorzystywaniem prywatności (czy też wykorzystywaniem jej w funkcji emblematycznej, reprezentatywnej dla określonej grupy) a dystansem i obiektywizmem typowym dla osoby świadomie poruszającej się w dyskursie naukowym.

Z oferowanego przez tę książkę naddatku tematów najważniejsza okazała się dla mnie troska – pojęcie tyleż istotne, co nieco obecnie zdewaluowane. Ciekawie pisała o tym niedawno Olga Gitkiewicz w książce „Szyjąc”, gdzie przyglądała się użyciom tego słowa w polityce, retoryce, reklamie i frazeologizmach, by pokazać jego banalizację (podobną zresztą do swoistej kariery słowa „czułość”). Gitkiewicz i Sikora zdają się świetnie uzupełniać w swych rozważaniach o trosce. Tam, gdzie reporterka zamienia piękne pojęcie, właściwie slogan, na przegląd codziennych, zwykłych czynności, które ktoś musi wykonywać, Sikora dodaje społeczne tło. Nie chodzi jej bowiem tylko o naturalną troskę świadczoną w ramach rodziny nuklearnej, ale o sieć. Właściwie można by uznać, że sieć jest słowem-kluczem narracji Sikory. Potrzeba ludzkiej sieci wynika u niej najsilniej z doświadczenia emigracji: „mierzyłam się z nagłym wyrwaniem z ludzkiej sieci – nie przez starość, ale przyjazd do kraju, gdzie nikogo nie znałam. Dopiero wtedy, gdy tych powiązań, które stanowią tło naszej codzienności, nagle zabrakło, zdałam sobie sprawę, że one istnieją. Jak ryba, która pojmuje, że była w wodzie, kiedy wyrzucona na ląd zaczyna się dusić” (s. 319). W innych miejscach książki Sikora pisze o siatkach asekuracyjnych czy międzyludzkich połączeniach, które rzecz jasna zaczynają się do rodziny i pokrewieństwa, ale absolutnie się na nich nie kończą. Eseistce chodzi o wszelkie relacje: przyjaźnie, znajomości, sąsiedztwo, osoby, z którymi kształtujemy głęboką więź, ale też i takie, z którymi nawiązujemy jedynie płytką wymianę, sprowadzającą się do ukłonu czy zdawkowej rozmowy. Sikora przekonuje, że naturalne kształtowanie i kumulowanie takich więzi od dzieciństwa sprzyja ich swoistej niewidzialności i właśnie sytuacja wyrwania z siatki dowodzi jej wagi i potrzeby. Okazuje się jednak, że tworzenie nowej nie przebiega już tak swobodnie jak niegdyś.

Przyczyny tego stanu rzeczy to właściwie treść omawianej książki. W tym wąskim kontekście, na który wskazałam wyżej, mogłoby się wydawać, że chodzi o emigrację, ale nie tylko. Równie ważne są wiek, charakter, drobne gesty jak uprzejmość, wspólne bańki, wiara w sprawczość, bezinteresowność, aktywizm, otwartość… Wszytko, co nie mieści się w modelu neoliberalnego porządku, bo nie chce być towarem i odpłatną usługą (choć bywa przecież często, że za troskę i opiekę musimy zapłacić), a przede wszystkim – przełamuje naszą izolację, samotność i skupienie na sobie. Bardzo ciekawie wypadają ostatnie partie książki Sikory, w których autorka projektuje przyszłość, bo właściwie w trakcie lektury narasta pytanie, jak można sobie wyobrazić przełamanie ułudy pełnej niezależności i działanie nowoczesnej siatki asekuracyjnej? Sikora sięga po przykład z biografii Lynne Segal, pisarki feministycznej, profesorki psychologii i działaczki społecznej, autorki m.in. opublikowanej niedawno w Polsce książki „Poza czasem. Przyjemności i przypadłości starzenia się” (2023, przeł. Katarzyna Byłów), by zestawić życie tej wówczas młodej pisarki, matki i aktywistki w kolektywie feministycznym w połowie lat 70. z własną sytuacją – matki z pokolenia Y, poruszającej się w ramach mieszczańskich wartości, zupełnie innego wyobrażenia rodziny oraz porządku społecznego i ekonomicznego, których rysem charakterystycznym jest widoczne obniżanie jakości usług publicznych.

Jednocześnie Sikora diagnozuje, z jakim trudem przychodzi uruchomienie zachowań pomocowych, nawet małych, doraźnych kooperacji, bo wszystko zostaje podszyte kapitalistycznym formatem: pytaniem o konieczność odwzajemnienia przysługi, czyli potraktowania jej nie jako bezinteresownego daru, ale jako transakcji, która – nawet jeśli nie wiąże się z zapłatą – wymaga jakiegoś gestu dla zrównoważenia relacji. Eseistka z niezwykłą przenikliwością obnaża współczesne „myślenie transakcyjne”, które prowadzi właśnie do rozluźniania więzi i siatek asekuracyjnych: „Jeśli komuś płacę, nie muszę żywić wobec niego żadnych uczuć (na przykład wdzięczności). Nie muszę wkładać pracy emocjonalnej i interpretacyjnej w wypracowanie adekwatnej reakcji, jeśli czegoś będzie później ode mnie chciał. Wiem, na czym stoję” (s. 370-371). Ta kapitalistyczna logika zamyka na wszystko to, co nieproduktywne, nieefektywne i nieformalne, ale Sikora wcale nie przecenia drugiej strony, bo dostrzega, że wszelkie kooperatywy i działania kolektywne mogą być tyleż satysfakcjonujące, co skończyć się fiaskiem: „Wartość, którą ta kooperacja ze sobą niesie – poczucie przynależności, bycia częścią tkanki społecznej – może być zarazem przekleństwem (…). Tłumacząc to na język, o którym chciałabym myśleć, że jest mi obcy: wymaga olbrzymiej »inwestycji« czasu, pracy i emocji bez żadnych gwarancji, że ona się »zwróci«, że przyniesie »zysk«” (s. 375).

Ten ostatni cytat pokazuje, co jest siłą „Jak wyjść z siebie” – to zwrócenie uwagi, jak mocno uwewnętrzniliśmy język transakcyjny, jak wiele czynności i zachowań obejmujemy ekonomicznym kalkulowaniem, rachunkiem „ma” i „winien”. Sikora nie tylko odsłania ufundowane na tym głębokie poczucie stresu i stan kryzysu naszej współczesności, nie tylko obnaża ślepe zaułki fetyszyzowanej niezależności i autentyczności, ale stopniowo kreśli scenariusz naprawczy. Nie ma w nim gestów rewolucyjnych; zamiast nich jest próba przywrócenia działań więziotwórczych. „Alternatywne logiki życia codziennego” (s. 420) wynikałyby z uznania, że poniższe pytania nie projektują utopii, a pozwalają co najmniej ominąć pułapki neoliberalnej organizacji świata: „Co, jeśli przestaniemy snuć fantazję o autonomii i pogrążać się w nieustannym strachu przed karą wymierzaną przez silniejszego, a rozpoznamy wartość siatek asekuracyjnych opartych na wzajemnym zobowiązaniu – tkanych ze znajomymi i nieznajomymi? Co, jeśli zaczniemy widzieć niewidzialną pracę realistycznie – jako codzienne zaangażowanie wymagające wysiłku, wywołujące frustrację i zmęczenie, ale zarazem otwierające na przyjemność płynącą z ustanawiania międzyludzkich połączeń?” (s. 421). No właśnie, co? Warto zauważyć na koniec, jak silnie diagnoza i możliwość spełnienia powyższej wizji uwikłana jest w kobiecy język, Sikora mówi wszak o tkaniu i splocie; Gitkiewicz – przypomnę – pisała o szyciu, pruciu, cerowaniu, nakładaniu kolejnego ściegu. Można to interpretować na wiele sposobów: od feministycznego podglebia charakterystycznego dla obu autorek, przez sfeminizowanie troski, o której piszą, do sieci zbliżonych idei, które rodzą się właśnie w eseistyce kobiet.

LITERATURA:

Gitkiewicz O.: „Szyjąc”. Warszawa 2025

Sławek T.: „Esej”. W: „Ilustrowany słownik terminów literackich. Historia, anegdota, etymologia”. Red. Z. Kadłubek, B. Mytych-Forajter, A. Nawarecki. Gdańsk 2018.
Agata Sikora: „Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi. Znak Literanova. Kraków 2026.