OGARNIĘCI LALKOMANIĄ ('LALKA', FILM)
A
A
A
Z pewnością przez ostatni miesiąc byliśmy mocno uwikłani w wir „lalkomanii”. Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po serialu Netfliksa, a już dostajemy kolejny materiał do rozważań. Tym razem zagorzali fani „klasycznych” realizacji nie powinni mieć powodów do obaw, bowiem „Lalka” Macieja Kawalskiego w zupełności nadaje się do oglądania przez młodzież. Ba, można wręcz przypuszczać, że przyciągnie do kin całe szkolne wycieczki. Poloniści nie będą szczególnie zawiedzeni. Jak widać, zabieg ekranizacji lektur szkolnych – popularny przed laty – powraca do współczesnego kina. I nie musi być to zły omen. Pozwala nam na nowo otworzyć się na to, co już tak dobrze znamy, a przynajmniej znać powinniśmy.
„Lalka” Kawalskiego, czyli kolejna filmowa adaptacja szkolnej lektury, zgromadziła, jak to w przypadku superprodukcji bywa, prawdziwą aktorską śmietankę. To starannie zrealizowane widowisko, opatrzone współczesnym, estetycznym sznytem, który nadaje XIX-wiecznej epoce określoną wizję i charakter. Mamy do czynienia z dużą produkcją, nad którą pracowało wiele osób, a jej rozmach zdecydowanie widać na ekranie. Dostajemy więc wielkie dzieło, pod względem pięknie wykonanych kostiumów, solidnego aktorstwa, dopracowanej scenografii i odpowiednio dobranej muzyki. Wielkie również pod względem czasu trwania, bo seans zajmuje aż 162 minuty. To naprawdę sporo, zwłaszcza dla współczesnego widza, który coraz częściej przyzwyczajony jest do krótszych form i szybkiego tempa opowiadania. Oczywiście, długie filmy nie są niczym nowym. Przecież kilkugodzinne widowiska zdążyły już niemal spowszednieć, chociażby w Hollywoodzie. Nie oszukujmy się jednak: jeśli jednymi z głównych odbiorców tej „Lalki” mają być uczniowie przyprowadzani do kina przez szkoły, czas trwania może okazać się niemałym wyzwaniem. Nawet najpiękniejsza scenografia nie sprawi przecież, że każdy nastolatek bez mrugnięcia okiem wysiedzi ponad dwie i pół godziny.
Aczkolwiek co do samej fabuły zastrzeżeń w sumie mieć nie można. Na początku dostajemy Wokulskiego (Marcin Dorociński) na polu walki. Już od pierwszych scen robi się dość pompatycznie, bo sposób prowadzenia narracji sugeruje, że to właśnie czyny bohatera będą wyznaczać rytm całej opowieści. Następnie widzimy mężczyznę wracającego z pomnożonym majątkiem, wyglądającego niczym zwierzę ukryte pod gigantycznym futrem. Nikogo nie dziwi fakt, że pierwsze, o co pyta, to długi Łęckich. No może tylko trochę to trapi Rzeckiego (Marek Kondrat). Chwilę później można dostrzec, jak kupiec urządza Mraczewskiemu scenę zazdrości z powodu Beli. Film musi przecież od razu naprowadzić nas na główną oś historii, czyli nieszczęśliwą, nieodwzajemnioną miłość mężczyzny do kobiety. Wątek niedopasowania Wokulskiego do wyższych sfer wydaje się jednak jawić na drugim planie, ale tylko do czasu. Nie musimy bowiem długo czekać, aż na scenę wkracza pani Meliton (Agata Kulesza), która z ochotą postanawia pomóc naszemu romantykowi. Oczywiście za odpowiednią opłatą. To zabawny wątek, ponieważ zaskakująco dobrze się tutaj sprawdza. Momentami wręcz w groteskowych sytuacjach swatka doradza kupcowi i w gruncie rzeczy całkiem trafnie diagnozuje jego położenie. Problem w tym, że Stach, opętany wizją cudownej miłości niczym Werter, nie dostrzega niewygodnych dla siebie niuansów. A może po prostu nie chce ich widzieć?
Początkowo wydawało mi się, że Dorociński nie sprosta roli Stanisława. Wyjściowo widziałam w nim raczej eleganckiego gentlemana niż kupca, który próbuje wedrzeć się do świata klasy wyższej. Aktor jednak zaskakuje. Sam zarzekał się, że „włożył w Stacha całe swoje serce” (Legalna Kultura: 2026) i to rzeczywiście widać. Z przejęciem obserwujemy kolejne stany psychiczne Wokulskiego. Od niewinnej miłości, której istotę próbuje wyjaśnić w rozmowie z przyjacielem, doktorem Szumanem (Maciej Stuhr), po uczucie coraz bardziej obsesyjne i niemal od początku skazane na niepowodzenie. Wokulski zdaje się wierzyć, że można kochać kobietę w sposób idealny, nie pożądając jej. Jego uczucie jest więc nie tylko romantycznym uniesieniem, lecz także próbą utrzymania Izabeli na piedestale, nawet jeśli rzeczywistość coraz wyraźniej temu przeczy. Te emocjonalne przemiany można dostrzec na twarzy Dorocińskiego właściwie w każdej scenie.
Stach staje się motorem napędowym całej opowieści, a jego decyzje nieustannie przyspieszają akcję i popychają historię mocno i szybko naprzód. Czasami za szybko. To oczywiście nie jest niczym zaskakującym, również w powieści Prusa czyny Wokulskiego mają ogromne znaczenie. Warto jednak zestawić tę perspektywę z serialową „Lalką” Pawła Maślony, w której punkt ciężkości przesunięto w stronę Beli. U Kawalskiego Izabela pozostaje przede wszystkim obiektem pragnienia głównego bohatera, podczas gdy u Maślony dostaje znacznie więcej przestrzeni, by stać się samodzielną uczestniczką wydarzeń. Filmowa Izabela, grana przez Kamilę Urzędowską, ma zresztą znacznie mniej okazji, by zaprezentować pełnię swoich aktorskich możliwości. Jej bohaterka przypomina delikatną marionetkę, sterowaną przez otoczenie i ograniczaną przez obowiązujące konwenanse. Nie może odzywać się, jak chce, musi bywać w określonych miejscach i spełniać oczekiwania krewnych. Dyrygują nią między innymi postacie takie jak hrabina Karolowa, w którą wciela się Krystyna Janda – wyjątkowo cięta w języku, a przy tym doskonale odnajdująca się w roli strażniczki arystokratycznego porządku. Iza musi słuchać również i mężczyzn. Przez to jej bierność wydaje się bliższa realiom epoki niż sprawczość bohaterki z serialu Netfliksa. Bela jest piękną, chłodną arystokratką, ale żałuję, że nie dano jej więcej przestrzeni, by mogła zaistnieć poza spojrzeniem Wokulskiego. Z drugiej strony można uznać, że taki właśnie był zamysł twórców: Izabela staje się ulotnym wyobrażeniem miłości kupca, niemal duchem romantycznego uniesienia. Nie poznajemy jej więc w takim stopniu, w jakim poznajemy Stanisława, i być może właśnie w tym tkwi zarówno konsekwencja przyjętej perspektywy, jak i jej ograniczenie.
Wokulski nie jest jednak wyłącznie romantykiem cierpiącym z powodu niedostępnej kobiety. Jak zauważa Szuman, to przecież „romantyk sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedemdziesiątego”. Stach pozostaje wrażliwy nie tylko na niedole własnego serca, ale również na cierpienie innych ludzi. Wędrując po ubogich dzielnicach Warszawy, pomaga Wysockiemu (Marcin Zarzeczny), nie przypuszczając, że wkrótce to krewny mężczyzny (Franciszek Sobolewski) przyczyni się do ocalenia jego własnego życia. Jest więc on człowiekiem, który potrafi dostrzec cudzą biedę, nawet jeśli sam coraz bardziej wikła się we własne emocjonalne rozterki. Co najważniejsze, pozostaje również człowiekiem nauki. Może i „na emeryturze”, ale jego intelektualnego ducha na nowo rozbudza Julian Ochocki (Filip Pławiak). Wokulski, który w młodości marzył o perpetuum mobile, powraca do tego typu ambicji. Po kolejnym rozczarowaniu związanym z Izabelą wyrusza do Paryża i zabiera od profesora Geista (Andrzej Chyra) jego niezwykły wynalazek – latającą płytkę. Nawet tam jednak nie potrafi uwolnić się od własnej obsesji. Po scenie w barze zaczyna dostrzegać Izabelę wszędzie, jakby jej wyobrażenie na dobre zawładnęło jego umysłem. Paryż, nauka i obietnica zupełnie innego życia okazują się niewystarczające. Stach musi wrócić przecież do Warszawy, do Izabeli. Następnie sprzedaje sklep i próbuje wejść do rzeczywistości arystokracji, ale przecież wciąż pozostaje kupcem. Człowiekiem, którego majątek może być potrzebny, lecz którego pochodzenie nadal stanowi powód do pogardy. Może kupić sobie miejsce w salonie, ale czy kiedykolwiek naprawdę zostanie do niego wpuszczony?
Arystokracja nie pełni tutaj wyłącznie funkcji zbiorowiska ignorantów. Poszczególni jej przedstawiciele zostają całkiem sprawnie wprowadzeni do opowieści i każdy z nich ma do odegrania określoną rolę. Jedni służą przede wszystkim za tło, pozwalające lepiej odtworzyć konwenanse epoki, jak Florentyna (Karolina Gruszka). Inni wprowadzają nieco humoru, jak hrabina Karolowa, albo unaoczniają bierność i podporządkowanie obowiązującym zasadom. Mam tu na myśli Belę. Są też tacy, którzy uosabiają życie ponad stan, czyli Starski (Mateusz Damięcki) i Łęcki (Andrzej Seweryn). Jednakże najbardziej wyrazistą postacią jest wśród nich Kazimiera Wąsowska, grana przez Marię Dębską. To kobieta zdecydowanie zbyt nowoczesna jak na swoje czasy. Bogata wdowa, która pozornie nie szuka miłości, ale Wokulski wyraźnie jej imponuje, zarówno swoją osobowością, jak i zainteresowaniami. Wąsowska doskonale zdaje sobie sprawę, że Stach nie pasuje do jej świata. Być może nawet trochę mu współczuje. Wie przecież, że małżeństwo z nią oznaczałoby mezalians, a ich pozycje społeczne są zupełnie różne. Diametralnie. Mimo to potrafi otwarcie mówić o swoich uczuciach i pragnieniach. Żyje na własnych zasadach, jest energiczna i nie zamierza udawać kogoś, kim nie jest. Na ekranie błyszczy zdecydowanie mocniej niż panna Izabela, która pozostaje jej całkowitym przeciwieństwem. Ale Wokulski, jak wiadomo, wybiera Belę. A ona, jak również wiadomo, nie wybiera jego. Finał musi więc w końcu nadejść. I rzeczywiście tak też się dzieje, kiedy Izabela, flirtując ze swoim kuzynem Starskim, doprowadza rozdygotanego Wokulskiego do wypowiedzenia słynnego Farewell, Miss Iza i położenia się chwilę później na torach na stacji w Skierniewicach.
Druga połowa filmu zaczyna jednak pędzić zdecydowanie za szybko. Przy tak wielu wątkach monumentalnej powieści trudno znaleźć sposób na ich skrócenie, a jednocześnie zachować sens i przekazać to, co najważniejsze w historii Prusa. Nie wszystko da się przenieść na ekran. Niektóre rozwiązania narracyjne sprawiają wrażenie zbyt pospiesznych. Tempo od początku jest dość dynamiczne, jednak w końcówce film wyraźnie przyspiesza, jakby twórcy nagle przypomnieli sobie, że muszą jeszcze doprowadzić do finału całą tę plątaninę wątków. W kontrze do tego pośpiechu stoi Rzecki. Filmowy Ignacy jest niezwykle pocieszny, cierpliwy i oddany Stachowi. Wspiera go na każdym kroku, doradza a co najważniejsze, nie ocenia. Pozostaje przy nim na dobre i na złe, niezależnie od tego, jak absurdalne bywają decyzje jego przyjaciela. Z tego, co udało mi się wyczytać, Kondrat bardzo chciał zagrać tego subiekta (zob. Marczewska: 2026) – i rzeczywiście widać, ile serca wkłada w tę rolę. Podobnie jak Dorociński w Wokulskiego. Ich duet działa dzięki temu wyjątkowo dobrze, a relacja obu bohaterów ma w sobie ciepło, którego momentami brakuje pozostałym elementom filmu. Właśnie tak wyobrażałabym sobie przyjaźń tych postaci przeniesioną na ekran. Podoba mi się również, że twórcy nie postanowili uśmiercić tego poczciwego, rozmiłowanego w Napoleonie subiekta. To bardzo szczodry gest wobec Rzeckiego i, co ważne, niczego nie ujmuje filmowej opowieści.
Tak więc kinowa „Lalka” zdecydowanie cieszy oko. Oczywiście znajdziemy tu sceny, które z mojej perspektywy ocierają się o kicz, jak choćby ta z balonem w Paryżu, ale mają one w sobie pewien urok. Stachu to bohater, któremu chce się kibicować, nawet jeśli od początku przeczuwamy, że jego historia nie może zakończyć się dobrze. Jest w nim coś tragicznego. Człowiek, który potrafi walczyć o majątek, pozycję i naukowe ambicje, okazuje się bezradny wobec własnego uczucia. Widać to zwłaszcza w jednej z ostatnich scen, w której Wokulski siedzi przy biurku, a światło stopniowo pada na jego twarz. Robi ona naprawdę duże wrażenie. W prosty, ale sugestywny sposób pokazuje człowieka wyniszczonego miłością, która dawno przestała być niewinnym marzeniem. Stała się niemal chorobliwą obsesją. To właśnie w takich momentach filmowy patos rzeczywiście działa. Równie dobrze wypadają tu scenografia i lokacje. Sklep Wokulskiego, posiadłość Wąsowskiej, pałace i warszawskie kamienice tworzą spójną całość. Widać, że twórcy przyłożyli się do odtworzenia realiów XIX-wiecznej Warszawy oraz pozostałych miejsc, w których rozgrywa się akcja. Muzyka klasyczna dodaje całości animuszu, a kostiumy są wręcz fenomenalne. Nie tylko odzwierciedlają status poszczególnych bohaterów, lecz także opowiadają własną historię, choćby o społecznej „wspinaczce” Wokulskiego. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak ubiera się na początku filmu, jak zmienia się jego wygląd w połowie opowieści i jak pod koniec bohater powraca do wcześniejszego stroju. To wizualny zapis jego drogi, ambicji i ostatecznie również rozczarowania.
Jak już wspominałam, filmowa „Lalka” jest pełna patosu i pompatyczności. Twórcy wręcz naszpikowali nią swoje widowisko. A jednak ta przesada bywa momentami zabawna. Nawet urocza. Nie wszystko jednak działa równie dobrze. Pospieszna końcówka pozostawia pewien niedosyt, ale trudno odmówić produkcji rozmachu, staranności i kilku naprawdę udanych kreacji aktorskich. Warto więc poświęcić jej chwilę, choćby dla Dorocińskiego i Kondrata, dla kostiumów, scenografii czy samej przyjemności obcowania z tak monumentalną historią. A może również po to, by wrócić do niej za kilka lat, tak jak wracamy do innych ekranizacji klasyki. Bo nawet jeśli nie każda interpretacja „Lalki” jest równie udana, każda może wydobyć z powieści coś innego.
LITERATURA:
Marczewska J.: ,,Wyznanie Marka Kondrata na konferencji »Lalki«. »Dziś nie muszę się tego wstydzić«”. Onet.pl. 15.04.2026. https://www.onet.pl/film/onetfilm/wyznanie-marka-kondrata-na-konferencji-lalki-dzis-nie-musze-sie-tego-wstydzic/nyq12md,681c1dfa.
„Włożyłem całe serce w Stasia” – mówi Marcin Dorociński o swoim Wokulskim”. Legalna Kultura. 03.10.2026. https://www.facebook.com/watch/?v=1074087355396983.
„Lalka” Kawalskiego, czyli kolejna filmowa adaptacja szkolnej lektury, zgromadziła, jak to w przypadku superprodukcji bywa, prawdziwą aktorską śmietankę. To starannie zrealizowane widowisko, opatrzone współczesnym, estetycznym sznytem, który nadaje XIX-wiecznej epoce określoną wizję i charakter. Mamy do czynienia z dużą produkcją, nad którą pracowało wiele osób, a jej rozmach zdecydowanie widać na ekranie. Dostajemy więc wielkie dzieło, pod względem pięknie wykonanych kostiumów, solidnego aktorstwa, dopracowanej scenografii i odpowiednio dobranej muzyki. Wielkie również pod względem czasu trwania, bo seans zajmuje aż 162 minuty. To naprawdę sporo, zwłaszcza dla współczesnego widza, który coraz częściej przyzwyczajony jest do krótszych form i szybkiego tempa opowiadania. Oczywiście, długie filmy nie są niczym nowym. Przecież kilkugodzinne widowiska zdążyły już niemal spowszednieć, chociażby w Hollywoodzie. Nie oszukujmy się jednak: jeśli jednymi z głównych odbiorców tej „Lalki” mają być uczniowie przyprowadzani do kina przez szkoły, czas trwania może okazać się niemałym wyzwaniem. Nawet najpiękniejsza scenografia nie sprawi przecież, że każdy nastolatek bez mrugnięcia okiem wysiedzi ponad dwie i pół godziny.
Aczkolwiek co do samej fabuły zastrzeżeń w sumie mieć nie można. Na początku dostajemy Wokulskiego (Marcin Dorociński) na polu walki. Już od pierwszych scen robi się dość pompatycznie, bo sposób prowadzenia narracji sugeruje, że to właśnie czyny bohatera będą wyznaczać rytm całej opowieści. Następnie widzimy mężczyznę wracającego z pomnożonym majątkiem, wyglądającego niczym zwierzę ukryte pod gigantycznym futrem. Nikogo nie dziwi fakt, że pierwsze, o co pyta, to długi Łęckich. No może tylko trochę to trapi Rzeckiego (Marek Kondrat). Chwilę później można dostrzec, jak kupiec urządza Mraczewskiemu scenę zazdrości z powodu Beli. Film musi przecież od razu naprowadzić nas na główną oś historii, czyli nieszczęśliwą, nieodwzajemnioną miłość mężczyzny do kobiety. Wątek niedopasowania Wokulskiego do wyższych sfer wydaje się jednak jawić na drugim planie, ale tylko do czasu. Nie musimy bowiem długo czekać, aż na scenę wkracza pani Meliton (Agata Kulesza), która z ochotą postanawia pomóc naszemu romantykowi. Oczywiście za odpowiednią opłatą. To zabawny wątek, ponieważ zaskakująco dobrze się tutaj sprawdza. Momentami wręcz w groteskowych sytuacjach swatka doradza kupcowi i w gruncie rzeczy całkiem trafnie diagnozuje jego położenie. Problem w tym, że Stach, opętany wizją cudownej miłości niczym Werter, nie dostrzega niewygodnych dla siebie niuansów. A może po prostu nie chce ich widzieć?
Początkowo wydawało mi się, że Dorociński nie sprosta roli Stanisława. Wyjściowo widziałam w nim raczej eleganckiego gentlemana niż kupca, który próbuje wedrzeć się do świata klasy wyższej. Aktor jednak zaskakuje. Sam zarzekał się, że „włożył w Stacha całe swoje serce” (Legalna Kultura: 2026) i to rzeczywiście widać. Z przejęciem obserwujemy kolejne stany psychiczne Wokulskiego. Od niewinnej miłości, której istotę próbuje wyjaśnić w rozmowie z przyjacielem, doktorem Szumanem (Maciej Stuhr), po uczucie coraz bardziej obsesyjne i niemal od początku skazane na niepowodzenie. Wokulski zdaje się wierzyć, że można kochać kobietę w sposób idealny, nie pożądając jej. Jego uczucie jest więc nie tylko romantycznym uniesieniem, lecz także próbą utrzymania Izabeli na piedestale, nawet jeśli rzeczywistość coraz wyraźniej temu przeczy. Te emocjonalne przemiany można dostrzec na twarzy Dorocińskiego właściwie w każdej scenie.
Stach staje się motorem napędowym całej opowieści, a jego decyzje nieustannie przyspieszają akcję i popychają historię mocno i szybko naprzód. Czasami za szybko. To oczywiście nie jest niczym zaskakującym, również w powieści Prusa czyny Wokulskiego mają ogromne znaczenie. Warto jednak zestawić tę perspektywę z serialową „Lalką” Pawła Maślony, w której punkt ciężkości przesunięto w stronę Beli. U Kawalskiego Izabela pozostaje przede wszystkim obiektem pragnienia głównego bohatera, podczas gdy u Maślony dostaje znacznie więcej przestrzeni, by stać się samodzielną uczestniczką wydarzeń. Filmowa Izabela, grana przez Kamilę Urzędowską, ma zresztą znacznie mniej okazji, by zaprezentować pełnię swoich aktorskich możliwości. Jej bohaterka przypomina delikatną marionetkę, sterowaną przez otoczenie i ograniczaną przez obowiązujące konwenanse. Nie może odzywać się, jak chce, musi bywać w określonych miejscach i spełniać oczekiwania krewnych. Dyrygują nią między innymi postacie takie jak hrabina Karolowa, w którą wciela się Krystyna Janda – wyjątkowo cięta w języku, a przy tym doskonale odnajdująca się w roli strażniczki arystokratycznego porządku. Iza musi słuchać również i mężczyzn. Przez to jej bierność wydaje się bliższa realiom epoki niż sprawczość bohaterki z serialu Netfliksa. Bela jest piękną, chłodną arystokratką, ale żałuję, że nie dano jej więcej przestrzeni, by mogła zaistnieć poza spojrzeniem Wokulskiego. Z drugiej strony można uznać, że taki właśnie był zamysł twórców: Izabela staje się ulotnym wyobrażeniem miłości kupca, niemal duchem romantycznego uniesienia. Nie poznajemy jej więc w takim stopniu, w jakim poznajemy Stanisława, i być może właśnie w tym tkwi zarówno konsekwencja przyjętej perspektywy, jak i jej ograniczenie.
Wokulski nie jest jednak wyłącznie romantykiem cierpiącym z powodu niedostępnej kobiety. Jak zauważa Szuman, to przecież „romantyk sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedemdziesiątego”. Stach pozostaje wrażliwy nie tylko na niedole własnego serca, ale również na cierpienie innych ludzi. Wędrując po ubogich dzielnicach Warszawy, pomaga Wysockiemu (Marcin Zarzeczny), nie przypuszczając, że wkrótce to krewny mężczyzny (Franciszek Sobolewski) przyczyni się do ocalenia jego własnego życia. Jest więc on człowiekiem, który potrafi dostrzec cudzą biedę, nawet jeśli sam coraz bardziej wikła się we własne emocjonalne rozterki. Co najważniejsze, pozostaje również człowiekiem nauki. Może i „na emeryturze”, ale jego intelektualnego ducha na nowo rozbudza Julian Ochocki (Filip Pławiak). Wokulski, który w młodości marzył o perpetuum mobile, powraca do tego typu ambicji. Po kolejnym rozczarowaniu związanym z Izabelą wyrusza do Paryża i zabiera od profesora Geista (Andrzej Chyra) jego niezwykły wynalazek – latającą płytkę. Nawet tam jednak nie potrafi uwolnić się od własnej obsesji. Po scenie w barze zaczyna dostrzegać Izabelę wszędzie, jakby jej wyobrażenie na dobre zawładnęło jego umysłem. Paryż, nauka i obietnica zupełnie innego życia okazują się niewystarczające. Stach musi wrócić przecież do Warszawy, do Izabeli. Następnie sprzedaje sklep i próbuje wejść do rzeczywistości arystokracji, ale przecież wciąż pozostaje kupcem. Człowiekiem, którego majątek może być potrzebny, lecz którego pochodzenie nadal stanowi powód do pogardy. Może kupić sobie miejsce w salonie, ale czy kiedykolwiek naprawdę zostanie do niego wpuszczony?
Arystokracja nie pełni tutaj wyłącznie funkcji zbiorowiska ignorantów. Poszczególni jej przedstawiciele zostają całkiem sprawnie wprowadzeni do opowieści i każdy z nich ma do odegrania określoną rolę. Jedni służą przede wszystkim za tło, pozwalające lepiej odtworzyć konwenanse epoki, jak Florentyna (Karolina Gruszka). Inni wprowadzają nieco humoru, jak hrabina Karolowa, albo unaoczniają bierność i podporządkowanie obowiązującym zasadom. Mam tu na myśli Belę. Są też tacy, którzy uosabiają życie ponad stan, czyli Starski (Mateusz Damięcki) i Łęcki (Andrzej Seweryn). Jednakże najbardziej wyrazistą postacią jest wśród nich Kazimiera Wąsowska, grana przez Marię Dębską. To kobieta zdecydowanie zbyt nowoczesna jak na swoje czasy. Bogata wdowa, która pozornie nie szuka miłości, ale Wokulski wyraźnie jej imponuje, zarówno swoją osobowością, jak i zainteresowaniami. Wąsowska doskonale zdaje sobie sprawę, że Stach nie pasuje do jej świata. Być może nawet trochę mu współczuje. Wie przecież, że małżeństwo z nią oznaczałoby mezalians, a ich pozycje społeczne są zupełnie różne. Diametralnie. Mimo to potrafi otwarcie mówić o swoich uczuciach i pragnieniach. Żyje na własnych zasadach, jest energiczna i nie zamierza udawać kogoś, kim nie jest. Na ekranie błyszczy zdecydowanie mocniej niż panna Izabela, która pozostaje jej całkowitym przeciwieństwem. Ale Wokulski, jak wiadomo, wybiera Belę. A ona, jak również wiadomo, nie wybiera jego. Finał musi więc w końcu nadejść. I rzeczywiście tak też się dzieje, kiedy Izabela, flirtując ze swoim kuzynem Starskim, doprowadza rozdygotanego Wokulskiego do wypowiedzenia słynnego Farewell, Miss Iza i położenia się chwilę później na torach na stacji w Skierniewicach.
Druga połowa filmu zaczyna jednak pędzić zdecydowanie za szybko. Przy tak wielu wątkach monumentalnej powieści trudno znaleźć sposób na ich skrócenie, a jednocześnie zachować sens i przekazać to, co najważniejsze w historii Prusa. Nie wszystko da się przenieść na ekran. Niektóre rozwiązania narracyjne sprawiają wrażenie zbyt pospiesznych. Tempo od początku jest dość dynamiczne, jednak w końcówce film wyraźnie przyspiesza, jakby twórcy nagle przypomnieli sobie, że muszą jeszcze doprowadzić do finału całą tę plątaninę wątków. W kontrze do tego pośpiechu stoi Rzecki. Filmowy Ignacy jest niezwykle pocieszny, cierpliwy i oddany Stachowi. Wspiera go na każdym kroku, doradza a co najważniejsze, nie ocenia. Pozostaje przy nim na dobre i na złe, niezależnie od tego, jak absurdalne bywają decyzje jego przyjaciela. Z tego, co udało mi się wyczytać, Kondrat bardzo chciał zagrać tego subiekta (zob. Marczewska: 2026) – i rzeczywiście widać, ile serca wkłada w tę rolę. Podobnie jak Dorociński w Wokulskiego. Ich duet działa dzięki temu wyjątkowo dobrze, a relacja obu bohaterów ma w sobie ciepło, którego momentami brakuje pozostałym elementom filmu. Właśnie tak wyobrażałabym sobie przyjaźń tych postaci przeniesioną na ekran. Podoba mi się również, że twórcy nie postanowili uśmiercić tego poczciwego, rozmiłowanego w Napoleonie subiekta. To bardzo szczodry gest wobec Rzeckiego i, co ważne, niczego nie ujmuje filmowej opowieści.
Tak więc kinowa „Lalka” zdecydowanie cieszy oko. Oczywiście znajdziemy tu sceny, które z mojej perspektywy ocierają się o kicz, jak choćby ta z balonem w Paryżu, ale mają one w sobie pewien urok. Stachu to bohater, któremu chce się kibicować, nawet jeśli od początku przeczuwamy, że jego historia nie może zakończyć się dobrze. Jest w nim coś tragicznego. Człowiek, który potrafi walczyć o majątek, pozycję i naukowe ambicje, okazuje się bezradny wobec własnego uczucia. Widać to zwłaszcza w jednej z ostatnich scen, w której Wokulski siedzi przy biurku, a światło stopniowo pada na jego twarz. Robi ona naprawdę duże wrażenie. W prosty, ale sugestywny sposób pokazuje człowieka wyniszczonego miłością, która dawno przestała być niewinnym marzeniem. Stała się niemal chorobliwą obsesją. To właśnie w takich momentach filmowy patos rzeczywiście działa. Równie dobrze wypadają tu scenografia i lokacje. Sklep Wokulskiego, posiadłość Wąsowskiej, pałace i warszawskie kamienice tworzą spójną całość. Widać, że twórcy przyłożyli się do odtworzenia realiów XIX-wiecznej Warszawy oraz pozostałych miejsc, w których rozgrywa się akcja. Muzyka klasyczna dodaje całości animuszu, a kostiumy są wręcz fenomenalne. Nie tylko odzwierciedlają status poszczególnych bohaterów, lecz także opowiadają własną historię, choćby o społecznej „wspinaczce” Wokulskiego. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak ubiera się na początku filmu, jak zmienia się jego wygląd w połowie opowieści i jak pod koniec bohater powraca do wcześniejszego stroju. To wizualny zapis jego drogi, ambicji i ostatecznie również rozczarowania.
Jak już wspominałam, filmowa „Lalka” jest pełna patosu i pompatyczności. Twórcy wręcz naszpikowali nią swoje widowisko. A jednak ta przesada bywa momentami zabawna. Nawet urocza. Nie wszystko jednak działa równie dobrze. Pospieszna końcówka pozostawia pewien niedosyt, ale trudno odmówić produkcji rozmachu, staranności i kilku naprawdę udanych kreacji aktorskich. Warto więc poświęcić jej chwilę, choćby dla Dorocińskiego i Kondrata, dla kostiumów, scenografii czy samej przyjemności obcowania z tak monumentalną historią. A może również po to, by wrócić do niej za kilka lat, tak jak wracamy do innych ekranizacji klasyki. Bo nawet jeśli nie każda interpretacja „Lalki” jest równie udana, każda może wydobyć z powieści coś innego.
LITERATURA:
Marczewska J.: ,,Wyznanie Marka Kondrata na konferencji »Lalki«. »Dziś nie muszę się tego wstydzić«”. Onet.pl. 15.04.2026. https://www.onet.pl/film/onetfilm/wyznanie-marka-kondrata-na-konferencji-lalki-dzis-nie-musze-sie-tego-wstydzic/nyq12md,681c1dfa.
„Włożyłem całe serce w Stasia” – mówi Marcin Dorociński o swoim Wokulskim”. Legalna Kultura. 03.10.2026. https://www.facebook.com/watch/?v=1074087355396983.
„Lalka”. Reżyseria: Maciej Kawalski. Scenariusz: Maciej Kawalski, Łukasz Światowiec, Piotr Sabociński jr. Zdjęcia: Piotr Sobociński jr. Scenografia: Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński, Anna Mocny. Muzyka: Łukasz Targosz. Kostiumy: Katarzyna Lewińska. Obsada: Marcin Dorociński, Kamila Urzędowska, Marek Kondrat, Andrzej Seweryn, Krystyna Janda, Maria Dębska, Agata Kulesza, Mateusz Damięcki, Borys Szyc, Maciej Stuhr, Karolina Gruszka, Filip Pławiak, Paweł Wilczak, Maja Komorowska, Maja Ostaszewska, Dawid Ogrodnik. Gatunek: obyczajowy, kostiumowy. Produkcja: Polska, 2026, 162 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |







ISSN 2658-1086

