NAJPIĘKNIEJSZA KOBIETA ŚWIATA ('KOBIETA STANU WOLNEGO')
A
A
A
„Kobieta stanu wolnego” to film przepiękny, bardzo dojrzały. Przypomina trochę w swej społecznej wymowie nagradzany obraz „Ja, Daniel Blake” (2016) angielskiego reżysera Kena Loacha, niemniej dotyka tematów na wskroś współczesnych i ważkich w obecnej Polsce, jak np. kryzys bezdomności. Odkodowuje jednocześnie obraz bezdomnego jako osoby w jakiś sposób winnej swemu stanowi. Pokazuje, że osoba bez domu nie powinna być stygmatyzowana i czuć się upokorzona, bo to sytuacja życiowa i niewydolność systemu zmusiły ją do życia na walizkach. Warto przy tym nadmienić, że nie brak w „Kobiecie…” świadomych odniesień do amerykańskiego zdobywcy trzech Oscarów „Nomadland” (2020) w reżyserii Chloé Zhao. Tu także wszystko, co bohaterka posiada, to samochód, dzięki któremu – jak sama przyznaje – może się przenieść wszędzie i w każdej chwili. To narzędzie sprawcze (np. środek transportu od jednego miejsca pracy do drugiego), ale i zarazem wehikuł umożliwiający ucieczkę od trudnej codzienności (i np. wyjazd na łono natury). W pewnym momencie Roma zaczyna też pomieszkiwać w opuszczonej przyczepie, co już całkiem nasuwa skojarzenia z coraz powszechniejszym w Stanach pomieszkiwaniem w kamperze. Choć w Polsce nie mamy do pokonania bezkresnych przestrzeni i gdzie byśmy się nie ruszyli, trudno uniknąć spojrzeń tych czy innych sąsiadów, to przecież dramat rozgrywa się wszędzie ten sam – niektórzy po prostu nie mają nikogo i nie mają dokąd pójść. Nie pomagają w tej sytuacji różnorakie okoliczności zewnętrzne – brak szans tak na lepsze warunki pracy, jak i na terminowe wynagrodzenie, brak perspektyw na mieszkanie tymczasowe, na wynajem w „ludzkiej” cenie (zwłaszcza w stolicy!).
Główna bohaterka „Kobiety…”, Roma (Ewa Konstancja Bułhak), to ładna, zadbana kobieta w średnim wieku, niektórzy mężczyźni mówią o niej, że „ma klasę”. Uczy się doceniać drobiazgi (a może taka jest z natury, ale dopiero teraz, w sytuacji ekstremalnej, odkrywa swoje zasoby…? Nie wiemy!), co zostaje w bardzo subtelny sposób sfilmowane. Dość symbolicznie poszukuje wytchnienia wszędzie tam, gdzie jest żywioł wody – relaksuje się w wannie, na basenie, w rzece, za każdym razem pozostaje uważną obserwatorką świata. Nie ma nic, lecz nie poddaje się w walce o lepsze życie. Jest po prostu uosobieniem duchowego piękna i godności. W duszy młoda – potrafi nawiązać kontakt z młodym pokoleniem i służyć mu wsparciem, czego przykładem może być jej przyjaźń z Martą (Maria Sobocińska) w finale filmu. Marta to także taki dobry człowiek, któremu okoliczności życiowe „podcięły skrzydła”. Kobiety łączy nić porozumienia, mimo różnicy wieku. Marta widzi w Romie wspaniałą, „równą” babkę, która potrafi słuchać, ale ostatecznie ma również odwagę się sama wypłakać. Rodzi się między nimi prawdziwie siostrzana więź i cieszy, że „Kobieta…” jest też właśnie o tym – o godności, relacjach i ludzkich odruchów względem siebie. Marta okazuje się w gruncie rzeczy może i bardziej nieszczęśliwa niż Roma, chociaż na pozór została sowicie przez los obdarowana – ma mieszkanie po dziadkach, ogromne i przytulne, stałą pracę, ojca. A jednak wciąż jej mało, doskwierają jej pustka i poczucie, że nic nie osiągnęła i nie osiągnie, wszystko ją przeraża. W klubach techno szuka oddechu od ciężaru własnych myśli, choć z zupełnie innego powodu niż Roma, która sama przed sobą długo nie może się przyznać, że nie ma dokąd pójść ani przed kim w swej samotności się naprawdę otworzyć, że już nie wie, jak zacząć od nowa.
I chyba to właśnie ujęło mnie w tym filmie najbardziej – że to opowieść o najpiękniejszych kobietach świata: autentycznych, zwykłych, do szpiku kości przyzwoitych, od których zarazem bije blask. Rewelacyjnie zagrana, świetnie nakręcona i wyreżyserowana. O cudzie życia i cudzie spotkania. O wrażliwości społecznej. O prawie do godności. O wolności wyboru i jego cenie. W pełni zasłużona nagroda na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za debiut lub drugi film (a także Nagroda CICAE, Międzynarodowego Stowarzyszenia Kin Studyjnych, „ArtHouse Cinema Award” i chwalebna Nagroda dla najbardziej ekologicznej produkcji filmowej). Nic też dziwnego, że „Kobieta stanu wolnego” znalazła się także w programie tegorocznej edycji prestiżowego Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Życzę jej jak najwięcej widzów na całym świecie, a polskiej kinematografii – więcej takich debiutantów.
Główna bohaterka „Kobiety…”, Roma (Ewa Konstancja Bułhak), to ładna, zadbana kobieta w średnim wieku, niektórzy mężczyźni mówią o niej, że „ma klasę”. Uczy się doceniać drobiazgi (a może taka jest z natury, ale dopiero teraz, w sytuacji ekstremalnej, odkrywa swoje zasoby…? Nie wiemy!), co zostaje w bardzo subtelny sposób sfilmowane. Dość symbolicznie poszukuje wytchnienia wszędzie tam, gdzie jest żywioł wody – relaksuje się w wannie, na basenie, w rzece, za każdym razem pozostaje uważną obserwatorką świata. Nie ma nic, lecz nie poddaje się w walce o lepsze życie. Jest po prostu uosobieniem duchowego piękna i godności. W duszy młoda – potrafi nawiązać kontakt z młodym pokoleniem i służyć mu wsparciem, czego przykładem może być jej przyjaźń z Martą (Maria Sobocińska) w finale filmu. Marta to także taki dobry człowiek, któremu okoliczności życiowe „podcięły skrzydła”. Kobiety łączy nić porozumienia, mimo różnicy wieku. Marta widzi w Romie wspaniałą, „równą” babkę, która potrafi słuchać, ale ostatecznie ma również odwagę się sama wypłakać. Rodzi się między nimi prawdziwie siostrzana więź i cieszy, że „Kobieta…” jest też właśnie o tym – o godności, relacjach i ludzkich odruchów względem siebie. Marta okazuje się w gruncie rzeczy może i bardziej nieszczęśliwa niż Roma, chociaż na pozór została sowicie przez los obdarowana – ma mieszkanie po dziadkach, ogromne i przytulne, stałą pracę, ojca. A jednak wciąż jej mało, doskwierają jej pustka i poczucie, że nic nie osiągnęła i nie osiągnie, wszystko ją przeraża. W klubach techno szuka oddechu od ciężaru własnych myśli, choć z zupełnie innego powodu niż Roma, która sama przed sobą długo nie może się przyznać, że nie ma dokąd pójść ani przed kim w swej samotności się naprawdę otworzyć, że już nie wie, jak zacząć od nowa.
I chyba to właśnie ujęło mnie w tym filmie najbardziej – że to opowieść o najpiękniejszych kobietach świata: autentycznych, zwykłych, do szpiku kości przyzwoitych, od których zarazem bije blask. Rewelacyjnie zagrana, świetnie nakręcona i wyreżyserowana. O cudzie życia i cudzie spotkania. O wrażliwości społecznej. O prawie do godności. O wolności wyboru i jego cenie. W pełni zasłużona nagroda na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za debiut lub drugi film (a także Nagroda CICAE, Międzynarodowego Stowarzyszenia Kin Studyjnych, „ArtHouse Cinema Award” i chwalebna Nagroda dla najbardziej ekologicznej produkcji filmowej). Nic też dziwnego, że „Kobieta stanu wolnego” znalazła się także w programie tegorocznej edycji prestiżowego Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Życzę jej jak najwięcej widzów na całym świecie, a polskiej kinematografii – więcej takich debiutantów.
„Kobieta stanu wolnego”. Reżyseria: Eliza Godlewska, Alan Ruczyński. Scenariusz: Eliza Godlewska, Alan Ruczyński. Zdjęcia: Alan Ruczyński. Obsada: Ewa Konstancja Bułhak, Maria Sobocińska, Łukasz Simlat. Polska 2026, 80 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |







ISSN 2658-1086

