ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (549) / 2026

Zuzanna Kłosek,

NAJGORSZY POWRÓT DO RACCOON CITY W HISTORII! ('RESIDENT EVIL')

A A A
Ta seria od samego początku miała pod górkę

Tę recenzję muszę zacząć od osobistego wyznania. Przez większość życia marka „Resident Evil” wydawała mi się pozbawioną sensu papką zombie, wybuchów i Milli Jovovich. Serię kojarzyłam przede wszystkim z filmami Paula W.S. Andersona i, jak widać po poprzednim zdaniu, nie było to skojarzenie pozytywne.

Moje podejście zmieniło się dopiero kilka lat temu, ale za to od razu przeskoczyłam na drugi koniec skali. Po ograniu fantastycznego remake’u drugiej części serii (zza pleców chłopaka, bo mnie samą za bardzo przerażał człapiący wszędzie za Leonem Mr. X) zapoznanie się z kolejnymi odsłonami okazało się absolutnie konieczne. Remaki trójki i legendarnej czwórki. Co-opowe piątka i szóstka (przy których wreszcie nie bałam się sięgnąć po pada). „Biohazard” (przy którym znów byłam skrajnie przerażona) i specyficzny „Village”. Wreszcie „Resident Evil: Requiem”, na którego premierę czekałam jak na szpilkach. Nawet te najbardziej kanciaste części serii, łącznie z „Resident Evil 0”, w końcu stały się obowiązkowe.

Nie wyobrażałam sobie więc, żeby na „nowego Residenta” nie pójść do kina. W międzyczasie zrobiłam rewatch filmów live action, by przekonać się, czy naprawdę są tak okropne, jak zawsze mi się wydawało, i obejrzałam po kolei każdy film animowany (co dość nietypowe, stworzony w całości w CGI).

Werdykt? Wszystkie filmy z „Resident Evil” są okropne.

To uniwersum nigdy nie opierało się na sztywno określonych zasadach, wszystko w nim od zawsze było odrobinę komiksowe i więcej niż przerysowane. Jednak filmy aktorskie wniosły te elementy na zupełnie inny poziom, każdy z nich negował wydarzenia z części poprzedniej, a wplątywani od czasu do czasu bohaterowie znani z gier sami w sobie wołali o pomstę do nieba. (To mieli być Leon i Ada? Naprawdę?).

A animacje? Tutaj z odzwierciedleniem postaci było nieco lepiej, nie istniało też ryzyko fatalnie dobranej obsady. Pozostałe wymienione przeze mnie problemy wciąż jednak występują i nie opuszczają widza nawet na krok. Ignorowanie fabuły poprzednich odsłon? Mamy to. Fabuła napisana na kolanie? Odhaczona. Chaos i absurd? Przecież bez tego nie byłoby filmowego „Residenta…”.

Prawda?

Bryan i Cregger ruszają z odsieczą

I właśnie tutaj na scenę wkracza „Resident Evil” Zacha Creggera. Pierwsze zapowiedzi pojawiły się w 2025 roku, dwa lata po ostatniej produkcji filmowej, i od razu wiadomo było, że nowy „RE” nie zaadaptuje żadnej konkretnej gry, a na ekranie nie zobaczymy znajomych twarzy. To było coś nowego. Owszem, poprzednie aktorskie odsłony również nie stanowiły bezpośredniej adaptacji, ale historia Alice (Milla Jovovich) stała się poniekąd marką samą w sobie, a pierwsza część była jedyną, w której nie pojawili się Claire i Chris Redfieldowie, Jill Valentine ani Albert Wesker. Teraz mieliśmy dostać coś całkiem świeżego: świeżą historię, świeżego bohatera i zero fanserwisu.

Sama przyjęłam tę obietnicę z ulgą. Nie chciałam oglądać kolejnego filmu, w którym fabuła zupełne się nie klei, a znane postacie przewijają się przez ekran tylko po to, żeby były. Liczyłam na coś, co popchnie filmowe Residenty na nowy tor.

I jaki jest efekt? 96% na Rotten Tomatoes od krytyków i 91% od widzów (stan na 9.10.2026). Na polskim Filmwebie nieco gorzej, ale wciąż więcej niż przyzwoicie: 7/10 od krytyków, 6,9/10 od widzów. Co ciekawe, w sieci można zauważyć dość wyraźny podział: najczęściej widzom, którym podoba się film Creggera, niespecjalnie podobały się poprzednie ekranizacje, a fanów filmów z Millą Jovovich niekoniecznie przekonuje nowa odsłona „Residenta…”. Uczciwie warto więc dodać, że pierwszy „RE” Andersona czy „Resident Evil: Vendetta” osiągnęły (przynajmniej na Filmwebie) niewiele gorsze wyniki. Mówimy jednak o najlepiej ocenianych przedstawicielach grupy filmów, które w szerszej perspektywie wcale nie zbierały najlepszych opinii.

„Resident Evil” Creggera również, rzecz jasna, nie okazuje się doskonały. Jest jednak kilka rzeczy, które robi dobrze – a których nie zrobił nikt wcześniej.

Odpowiedzią na problem bohaterów okazał się Bryan (Austin Abrams): najgorszy człowiek do tej roboty, absolutne wcielenie niekompetencji od pierwszego kadru. Zamiast kolejnego agenta S.T.A.R.S albo FBI – nawet takiego, który spędza dzień za biurkiem, jak Grace – dostaliśmy kuriera medycznego, który chce tylko zarobić trochę dodatkowej gotówki, zanim wróci do swojej codzienności. I do swojej dziewczyny, z którą stoi przed poważnym życiowym dylematem. Bryan nie nadaje się nawet do swojej pracy. Już na samym początku kłamie, że jego samochód jest świetnie przygotowany na przeprawę po oblodzonych drogach, mimo że doskonale wie, iż wiezie coś cennego. A my od pierwszej sceny widzimy, że ma skłonności do ogólnego, choć delikatnego krętactwa.

A jednak, mimo wszystkich tych cech, szybko przekonujemy się, że Bryan jest też zwyczajnie w porządku i pewnie dowiózłby „serce małego chłopca albo mózg czyjejś matki” do celu, gdyby los (i scenariusz) nie miał wobec niego innych planów. Moim zdaniem właśnie w tym tkwi ogromna siła tej postaci: Bryan chce dobrze. I zwykle właśnie przez to pakuje się w kłopoty.

Faktyczna historia zaczyna się w momencie, gdy kurier potrąca kobietę, która – jak doskonale wiemy, w przeciwieństwie do niego – jest zarażona wirusem i na pewno zaraz spróbuje odgryźć mu głowę. I mimo wielu okazji, by sobie odpuścić, Bryan zachowuje się, „jak trzeba”. Pakuje panią zombie do auta, jest gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje czyny i próbuje wezwać pomoc, a potem robi to znowu, kiedy radiowóz, który go zatrzymał, wypada z drogi.

Dostajemy więc bohatera, którego – choć nie sprawia najlepszego pierwszego wrażenia – naprawdę da się lubić. A tego nie można było powiedzieć o Alice. W grach też bywało z tym różnie…

Przez większość czasu Bryan jest jedyną postacią, którą widzimy na ekranie, dlatego jego charakter stanowi szalenie istotny element filmu.

Istotny, ale nie jedyny.

Ależ w ten film się fantastycznie… gra

Po raz pierwszy w historii marki widać, że film naprawdę ma coś do powiedzenia. Trochę w kwestii uniwersum, trochę na temat kina, a trochę w zakresie adaptacji gier w ogóle. Nie dostajemy historii wyjętej żywcem z gry. Zamiast tego otrzymujemy całą masę nawiązań, które czynią tę adaptację najbardziej residentową, jak to tylko możliwe. Reżyser puszcza oko do graczy w bardzo oczywisty sposób, umieszczając na ekranie maszynę do pisania, amunicję w charakterystycznym pudełku, zarażonego psa, a nawet sklep z amunicją: Leon S. Kennedy Guns and Ammo. Poza miejscem akcji podanym na deser – ikonicznym Raccoon City – możemy jednak znaleźć znacznie ważniejsze powiązania z serią.

Cała konstrukcja filmu przypomina już właściwie dowolną grę spod szyldu marki. Zaczynamy w pełnym zagadek i niepokojącej atmosfery domu, z którego bohater nie będzie mógł się wydostać, jeśli nie znajdzie rozwiązania, źle wyliczy ilość amunicji albo… nie znajdzie właściwego klucza do każdej z tych przeklętych kłódek. Później jednak opuszczamy teren rezydencji i lądujemy w kanałach, gdzie napotykamy dziwaczne potworności. Na koniec trafiamy do niezwykle ważnego laboratorium Umbrella Corporation, a zagadkowy klimat powoli ustępuje bardziej klasycznej grze akcji.

To znaczy… filmowi.

Poza liczeniem amunicji reżyser przemycił na ekran również inne elementy gameplayu. Dostajemy zmianę perspektywy z trzecio- na pierwszoosobową dzięki ujęciom zza pistoletu oraz upgrade’owanie bohatera dzięki coraz bardziej zaawansowanej broni – i wyrzucanie jej dla zachowania miejsca w ekwipunku, kiedy przestaje być użyteczna. Tak jak w grach podążali za nami Mr. X, Nemesis albo Dziewczynka, tak tutaj bohater wciąż musi uciekać przed przerażającą masą rąk i nóg, która naprawdę zapada w pamięć widzów. Mamy nawet misję poboczną w postaci odnalezienia kluczy do samochodu, którą gracz może po prostu zignorować. A kto jest graczem? Oczywiście Bryan, który najwyraźniej gra w „Residenta” po raz pierwszy i kompletnie nie wie, co powinien robić.

Przede wszystkim, Bryan: zapisz grę, kiedy widzisz maszynę do pisania!

Czy mogę wczytać zapis i odblokować dobre zakończenie?

Chciałabym dać temu filmowi mocne 7. Może nawet 8, bo sama bawiłam się w kinie rewelacyjnie. I za pierwszym, i za drugim razem. Ale również ten film ma kilka mocnych minusów, których nie sposób nie zauważyć – w tym błędów, które zostały przeniesione z gier. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj wspomniana przeze mnie redukcja klimatu grozy. Nawet jeśli to poniekąd część franczyzy, wcale nie uważam, żeby należało ją zachować. Co więcej, wydaje mi się, że na jej wyeliminowaniu mogliśmy tylko skorzystać. Tymczasem zjawisko to jeszcze bardziej potęguje fakt, że film ma niewiele do zaoferowania osobom, które nigdy nie grały w „RE”.

„Czy to aż taka strata?” – ktoś mógłby zapytać.

Można przecież powiedzieć, że produkcja została nakręcona z myślą o bardzo konkretnej grupie odbiorczej, a pozostali kupują bilet do kina na własną odpowiedzialność. W porządku, jest w tym trochę racji. Ale skoro dostajemy nową historię i nowych bohaterów, czy nie moglibyśmy zyskać też nowych widzów? Takich, którzy mimo wszystko liczyli na trochę więcej strachu w horrorze i nieco pełniejszą opowieść w filmie?

W „Resident Evil” widzę bowiem nieco – a może nawet całkiem sporo – niewykorzystanego potencjału. Cały scenariusz daje nam tylko jeden poważniejszy, bardziej emocjonalny wątek i poświęca mu zaledwie jedną scenę. A że film jest naprawdę niedługi (trwa zaledwie 94 minuty), wydaje mi się, że można było zaoferować widowni coś więcej w tym zakresie, podobnie jak można było delikatnie spowolnić niektóre sekwencje. Może początek? A może warto byłoby dopisać jeszcze parę minut w rezydencji?

A może… rozwinąć zakończenie?

Właśnie w tym momencie film sam sobie stawia największy znak zapytania. Paradoksalnie marka przyzwyczaiła mnie do szczęśliwych zakończeń; bohaterowie niemal zawsze wychodzą cało z każdej opresji i w całej serii jest może trzech protagonistów, którzy przypłacili swoje wyczyny życiem. Reszta wraca do domu i ma się dobrze… aż do kolejnej części.

Nic więc dziwnego, że również tutaj spodziewałam się happy endu. Tymczasem zakończenie, które dostaliśmy, jest nie tylko niezbyt wesołe, ale też… niepełne. W sieci krążą już spekulacje na temat potencjalnej kontynuacji, ale ta nie została jeszcze zapowiedziana. Uważam, że to może naprawdę wiele zmienić, jeśli chodzi o odbiór całości. Jeżeli kolejna część powstanie i dobrze wykorzysta przykry los Bryana – w porządku. Akceptuję taką decyzję twórców. Jeżeli nie… przykro mi, ale to zakończenie jest okropne!

A skoro o zakończeniach mowa…

Chciałabym powiedzieć, że nie uważam „Resident Evil” Zacha Creggera za film wybitny. Po prostu wybitnie dobrze spełnił swoje najważniejsze zadania: zgodnie z obietnicą dał marce coś świeżego, a mnie jako widzowi podarował półtorej godziny świetnej zabawy.

Chciałabym to powiedzieć… ale to chyba byłoby kłamstwo. Całkowicie szczerze uważam, że ten film jest rewelacyjny! (Nie idealny. Rewelacyjny). Świadomie wykorzystuje otrzymane narzędzia, nawiązania do gier, elementy grozy i czarnej komedii, a przy tym bawi i wytycza własną drogę z wysoko uniesioną głową, a ja nareszcie mogłam pójść na seans bez obaw. Oby tak dalej!
„Resident Evil”. Reżyseria: Zach Cregger. Scenariusz: Zach Cregger, Shay Hatten. Obsada: Austin Abrams, Zach Cherry, Kali Reis. Gatunek: horror, czarna komedia. Produkcja: USA, Niemcy 2026, 94 min.