ISSN 2658-1086

1 listopada 21 (549) / 2026

Martyna Ptak,

WIELKA MIŁOŚĆ OGLĄDANA PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA ('ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA')

A A A
Kolejne adaptacje powieści Jane Austen zdają się materiałem, który się nie wyczerpuje. Co ciekawe, z reakcji widowni wynika, że nie domaga się ona uwspółcześnienia języka lub samej historii (doskonałym przykładem mocno skrytykowane netfliksowe „Perswazje” [2022], w których we „fleabagowy” sposób Dakota Johnson burzy czwartą ścianę). Odbiorcy wolą, by twórcy zostawiali w period dramach niepołączonych z twórczością wybitnej angielskiej pisarki („Pozłacany wiek”, „Bridgertonowie”). Z kolei jeśli chodzi o dzieła Austen, są one uważane za twory absolutne, których adaptacje najlepiej działają, jeśli w odpowiedni sposób replikują klimat stworzony przez autorkę. Pracując z tak uwielbianym materiałem źródłowym, trzeba zadać sobie pytanie, jak stworzyć coś oryginalnego, co nie będzie tylko beznamiętnym przełożeniem prozy na ekran, i jednocześnie – jak zachować wierność owemu materiałowi tak, by położyć odpowiedni nacisk na konkretne elementy istotne w książkach. Adaptując ważne kulturowo dzieło, trzeba liczyć się z ryzykiem, że spora część widowni traktuje kolejne ekranowe przedstawienie Austen jako pewien rodzaju test: „jak dana postać/relacja będzie przedstawiona w tej wersji?”. Szczególnie trudne okazuje się to, gdy ostatnia wersja kinowa była uważana za niemalże idealną i jej następczyni musi nie tylko dogodzić fanom książki, ale również wiebicielom starszego filmu. Nowa „Rozważna i romantyczna” dźwiga na sobie ciężar tych wszystkich oczekiwań.

„Rozważna i romantyczna” w reżyserii Georgii Oakley to film, który podchodzi do klasycznych period dram z zupełnie innej perspektywy. Zamiast blichtru i przepychu są domowe ognisko i intymność za zamkniętymi drzwiami. Reżyserka pozwala się zbliżyć do realnego życia i codziennych rytuałów bohaterek: wiele tu scen, w których możemy obserwować heroiny Austen wykonujące domowe obowiązki, jak gotowanie czy wieszanie prania. W ten sposób historia zostaje „uziemiona” i nie wydaje się jakąś odległą bajkową fantazją. To wrażenie potęgują również stonowana paleta kolorów i wyglądające jak naturalne światło. Tego rodzaju styl dobrze współgra z samą historią, w której równie istotne jak romantyczne uniesienia okazują się przyziemne problemy postaci i skrywane namiętności. Relacje sióstr z ich adoratorami Edwardem (George MacKay) i pułkownikiem Brandonem (Herbert Nordrum) są, poza tym, że czułe i rozkwitające powoli, również uwikłane w wiele społecznych konwenansów. Z kolei relacja między Elinor (Daisy Edgar-Jones) i Marianne (Esmé Creed-Miles) stanowi bezpieczną przestrzeń na odsłonięcie „brzydkich” emocji. Kobiety dzielą się swoimi obawami i żalami. Film przede wszystkim dba o to, by to ich relacja była w centrum historii, a ostateczna konkluzja dotyczy tego, czego siostry nauczyły się wzajemnie od siebie.

Aktorki zdają się czuć swobodnie w swoich rolach: Edgar-Jones, grająca opanowaną, skrytą i altruistyczną Elinor, przede wszystkim komunikuje swoje uczucia poprzez drobne ekspresje i gesty. Widać, że dużo w niej wycofania i niepewności, a także nieadekwatnej do młodego wieku powagi przełamywanej wyłącznie w towarzystwie rodziny lub Edwarda. Ich romans jest sukcesywnie budowany na prozaicznych scenach, gdzie dwójka bohaterów nieśmiało się uśmiecha lub nieznacznie ku sobie przybliża. Z kolei Creed-Miles jako Marianne to tryskający energią wulkan z wiecznie rozczochranymi włosami i zawadiackim spojrzeniem. Młodsza z sióstr jest bohaterką bez grama pretensjonalności, zachowuje się nieadekwatnie do ówczesnej etykiety, mówiąc dokładnie to, co czuje w danej chwili. Jej odtwórczyni okazuje się tak samo niegrzeczna, jak i czarująca. Jej występ jest zdecydowanie mniej subtelny niż Edgar-Jones, ale w znakomity sposób buduje kontrast między siostrami. Marianne nie tłumi nic w sobie, więc w jej cierpieniu da się dostrzec dużo fizyczności, która przy gorzej dobranej aktorce mogłaby wypadać karykaturalnie. Istotne jest również połączenie Marianne z naturą, co tylko wzmacnia wizerunek romantycznej bohaterki.   

Ważne, by wybrankowie serc tak doskonale napisanych postaci kobiecych również mogli doświadczać swoich własnych konfliktów wewnętrznych, byśmy jako widzowie byli w stanie odczuć, że pary łączy pewna wspólna wrażliwość. Edward w oryginale Austen to postać opisywana jako skrywająca swoją namiętność, ale w trakcie czytania można odnieść wrażenie, że owej namiętności po prostu nie ma. Relacja mężczyzny ze starszą z sióstr jest już ustanowiona, gdy powieść się rozpoczyna. Wiemy, jak Elinor czuje się względem niego, ale nie do końca wiemy dlaczego, bowiem nie mamy okazji zobaczyć go przez długi czas w jakkolwiek pozytywnym świetle. W filmie natomiast oglądamy ich kwitnący romans w czasie bieżącym. Sposób, w jaki reżyserka kreuje poszczególne sceny, dodaje im intymności. Mamy wrażenie, że podglądamy przez dziurkę od klucza, jak tworzy się wielka miłość, co doskonale obrazuje scena, w której Elinor rysuje portret Edwarda, a perspektywa zmienia się pomiędzy tą wewnątrz pomieszczenia, a tym, co widzi reszta rodziny przez szparkę uchylonych drzwi. W tej wersji powściągliwość mężczyzny nie wypada jako pewnego rodzaju nonszalancja, za każdym razem w jego oczach widać ból, gdy skrywa, co czuje. Bohater George’a MacKaya wygląda, jakby ciągle był rozdarty, na jego języku leżały niewypowiedziane słowa. Szczególnej tragedii ten aspekt nabiera, gdy widzimy, jak bohaterowie rozmawiają w miejscu publicznym. Uważam, że jest to postać, która zyskała wiele koloru w paradoksalnie przygaszonej ekranizacji.

Pułkownik Brandon nie cierpiał na podobne problemy w powieści. Już podczas czytania miałam go za ciepłą i konsekwentnie napisaną postać. Natomiast jego relacja z Marianne nie podobała mi się tak bardzo jak jej ekranowy odpowiednik. W powieści wydawało mi się, że ich ostateczne małżeństwo jest niejako karą dla kobiety za jej wygórowane romantyczne oczekiwania. Nawet pomimo tego, że Austen pisała, iż Marianne z czasem nauczyła się kochać pułkownika mocniej, niż myślała, że to możliwe, to wciąż nie podobał mi się motyw „małżeństwa z rozsądku” dla takiej postaci jak ona. Z kolei w najnowszej adaptacji przemiana bohaterki wydaje się mniej cyniczna, a jej kiełkujące uczucie do mężczyzny jest fabularnie uzasadnione. Film lepiej komunikuje, że nie tylko stoicka natura pułkownika wpłynęła na dziewczynę, ale także jej romantyzm wycisnął piętno na jego zachowaniu.

Mnie przede wszystkim cieszy, że ta adaptacja powstała w czasach, gdy coraz bardziej zwracamy się ku cynizmowi i nihilistycznym tendencjom w mediach, podczas gdy potrzebujemy dzieł, które będą pokazywać wartość dbania o naszą sferę uczuciową. Interpretacja Oakley podchodzi z wielką troską do bohaterek i przypomina kolejnym pokoleniom kobiet o istności budowania relacji opartych na czułości i porozumieniu ze sobą samą. Jest to dzieło jak mało które korzystające z ponadczasowych motywów zawartych w powieściach Austen i udowadniające ich ponadczasowość.
„Rozważna i romantyczna” („Sense and Sensibility”). Reżyseria: Georgia Oakley. Scenariusz: Diana Reid na podstawie Jane Austen. Obsada: Daisy Edgar-Jones, Esme Creed-Milles, Herbert Nordrum, George MacKay. Gatunek: Dramat kostiumowy. Produkcja: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone 2026, 132 min.