ISSN 2658-1086

1 listopada 21 (549) / 2026

Piotr Pochel, Amelia Jończyk,

QUASISACRUM OD ZAKRYSTII (ARTUR NOWAK, MICHAŁ WALESZCZYŃSKI-LIS: 'POTWORY KOŚCIOŁA. PRAWDZIWE HISTORIE PRZEMOCY')

A A A
Książka Artura Nowaka i Michała Waleszczyńskiego-Lisa „Potwory Kościoła. Prawdziwe historie przemocy”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Chmury, prezentuje istotnie ważne problemy kościoła przełomu XX i XXI wieku. Z czytelniczym rozczarowaniem stwierdzamy, że marketingowo chwytliwy tytuł książki to za mało, by pozytywnie ocenić to wydawnictwo. Choć użyty oksymoron „potwory Kościoła” może budzić zaciekawienie – trudno sobie wyobrazić, by bożym posłańcom przypisać cechy wyrachowanych, perfidnych i bezwzględnych morderców – to jednak okazuje się pustym frazesem, który pełni jedynie funkcje reklamowe.

Autorzy publikacji zaproponowali osiem historii poprzedzonych lakonicznym „Wstępem”. Otwierające książkę trzy opowieści wyszły spod pióra Waleszczyńskiego-Lisa, autorstwo kolejnych czterech historii przypisane zostało Nowakowi, zaś ostatni rozdział publikacji twórcy napisali wespół. Całość domknęła nieprofesjonalnie przygotowana, a to górnolotnie nazwana, „Bibliografia”. Ułożone w niej przypadkowo (brak jakiegokolwiek zamysłu chronologiczno-alfabetycznego) pozycje w większości odsyłają do materiałów, które (rzekomo) znaleźć można w sieci. Zaproponowane przez autorów książki źródła internetowe mające być poszerzeniem kontekstu omawianych kwestii i je uwiarygodniać nie świadczą jednak o rzetelności, co zdecydowanie przemawia na niekorzyść ogłoszonej drukiem pozycji wydawniczej.

Tematyka książki i przedstawione historie (jeśli nie uwzględni się zaburzonej chronologii zdarzeń; zamysłu kompozycyjnego, którego de facto nie ma; zastrzeżeń wobec sprawności językowej autorów w prowadzeniu narracji) to jedyne walory tej publikacji. Waleszczyński-Lis i Nowak skoncentrowali się na opowieściach o zbrodniach i przemocy seksualnej, które miały miejsce w Kościele katolickim. Nie można kategorycznie stwierdzić, że opisane przez autorów historie są nudne i nieciekawe. Zdecydowanie budzą zainteresowanie czytelnika, skupiają jego uwagę i, wprowadzając w świat zbrodni, wywołują dreszczyk emocji.

Opisane historie przerażają i oburzają z różnych powodów. Przede wszystkim gorszące są okoliczności zbrodni, perfidia działań duchownych i nieuzasadnione milczenie zwierzchników Kościoła katolickiego, w tym kolejnych włodarzy Stolicy Piotrowej.

Zatrważająca wydaje się historia zachłannej i z cynizmem działającej zakonnicy Mariam Soulakiotis, która – pod pretekstem prowadzenia lecznicy dla chorych na gruźlicę – nakłaniała pacjentów do zrzekania się na jej rzecz dóbr materialnych. Soulakiotis w 1900 roku została zakonnicą w Greckim Kościele Prawosławnym i, dzięki swojej pracowitości oraz poparciu biskupa Mateusza Karpathakisa podczas sporu dotyczącego zmiany kalendarza z juliańskiego na nowojuliański, szybko zyskała zaufanie wiernych i samego duchowego. Gdy Mariam odziedziczyła dom po swojej rodzinie, założyła wspólnie z księdzem dom klasztorny. Pod pretekstem wsparcia ruchu starokalendarzowego Mariam z biskupem zbierali datki od wiernych i rozbudowywali klasztor o kolejne budynki (w tym domy dla „pracowników”, czyli osób, które oddały zakonnicy cały swój majątek i działały na jej rzecz za darmo), by w 1950 roku Soulakiotis oficjalnie mogła wstąpić na urząd ksieni. Gdy biskup podupadł na zdrowiu, Mariam zaczęła przejmować coraz większą władzę nad klasztorem i nim zarządzać wedle swoich ustaleń. Kierowanie klasztorem przez zakonnicę przypominało rządy dyktatorki. Rekrutowała ona kobiety z pobliskich wiosek i, poddając je „inicjacji” polegającej, m.in. na modlitwie, głodówce, braku snu, zmuszała je do zrzeczenia się majątku na rzecz klasztoru. Po czasie otworzyła sanatorium dla chorych na gruźlicę, które w rzeczywistości było kolejnym sposobem wzbogacenia się. Jeśli któryś pacjent nie chciał przekazać swoich dóbr, był przykuwany do ścian lochu i pozostawiany na śmierć.

Pierwsze oficjalne zgłoszenie sprawy na policję pojawiło się w 1948 roku, kiedy nieznana kobieta oskarżyła klasztor o wyłudzenie pieniędzy od jej nieżyjącej już matki. Niestety jedno anonimowe zawiadomienie nie przyniosło efektów. Z czasem przełomowymi poszlakami okazały się być zeznania Eugenii Margheti – jednej z kobiet więzionych w klasztorze. Opowiedziała, że została zamknięta w izolatce, w której była torturowana, dopóki nie zrzekła się na rzecz klasztoru swojego majątku. Kolejnym punktem zwrotnym w sprawie były poszukiwania Simeli Spyrides zorganizowane przez amerykańskie FBI. Ojciec dziewczyny poinformował władze, że jego córka została zwabiona do zakonu i urwał się z nią kontakt. 4 grudnia 1950 roku funkcjonariusze przeszukali teren klasztoru i ich oczom ukazał się obraz półnagich i wycieńczonych ludzi przykutych do ścian. Nadto na dziedzińcu odkryto doły, w których znajdowały się ludzkie szczątki. Prokuratorzy początkowo nie postawili zarzutów Mariam ani jej współpracownikom, ponieważ uznali, że praktykowanie kar jest powszechne w wielu zakonach. Śledztwo wznowiono dopiero, gdy kolejne rodziny oskarżały zakon o wyłudzenia, a całą sprawą zaczęły interesować się media. Zakonnica została skazana łącznie na czternaście lat więzienia, ale nie odbyła kary w pełni, ponieważ zmarła w 1954 roku. Jej ciało zostało pochowane obok biskupa Karpathakisa. 

Słabą stroną „Potworów Kościoła” jest warstwa językowa książki. Poszczególne artykuły składające się na tę publikację to w większości nieudane, słabe leksykalnie i zawiłe składniowo wypowiedzi przypominające pierwsze próby pisarskie niedoświadczonych jeszcze twórców, którzy postanowili napisać książkę. A skądinąd wiadomo, że w tym przypadku być tak nie powinno. Nowak to przecież prawnik, Waleszczyński-Lis – pisarz i twórca internetowy, więc mając na uwadze fakt, że autorzy niemalże na co dzień posługują się polszczyzną – jako czytelnicy – oczekujemy zdań dopracowanych gramatycznie. Usterki składniowe, a zwłaszcza nieuzasadnione przenikanie się stylu naukowego z potocznym przemawiają za tym, by książkę tę ocenić negatywnie, tym bardziej że takowych miejsc jest sporo. Często pojawiają się one w artykułach pisanych przez Waleszczyńskiego-Lisa. To może kwestia subiektywnej językowej wrażliwości, ale  np. zdania: „Rok później biznesmen z jego rodzinnego miasta zwerbował go do budowy klasztoru w górach koło miasta” (rozdz. „Egzorcysta z piekła rodem”, s. 17); „Jako że pomimo modłów, palenia kadzideł oraz odprawiania rytuałów stan kobiety nadal się nie poprawiał” (rozdz. „Ojciec Juan Severino Mallari…”, s. 39) czy „Ksiądz Mateusz odprawiał msze w starym prawosławnym stylu, trzymał się kalendarza juliańskiego, a to spotykało się z dobrym przyjęciem ze strony rolników” (rozdz. „Siostra Mariam zgotowała im piekło”, s. 51) brzmią zbyt potocznie w kontekście ambitnego zamysłu całej książki. Niewolne od usterek językowych są także ustępy przygotowane przez Nowaka. Autor często powtarzał te same konstrukcje składniowe w obrębie jednego artykułu, np. w rozdziale „Morderstwo Danny’ego Croteau”: „Ksiądz Richard R. Lavigne (…) zabierał chłopców (…) na wyjazdy i spotkania niezwiązane z kościelnymi obowiązkami (…)” (s. 114) i nieco dalej: „(…) utrzymywał z Dannym regularny kontakt i zabierał chłopców na spotkania niezwiązane z kościołem (…)” (s. 116). I jeszcze jeden przykład w tym samym rozdziale, w którym Nowak zanotował: „Zapisano też, że 16 kwietnia 1972 roku, dzień po odnalezieniu ciała, widziano go samego nad brzegiem rzeki” (s. 115), by tę samą powtórzyć dwie stronice dalej: „(…) że dzień po odnalezieniu ciała widziano go samego nad brzegiem rzeki (…)” (s. 117).

Uzasadnione wątpliwości budzi także ubogi zasób językowy autorów książki. Wystarczy przywołać nieco dłuższy cytat z rozdziału „Egzorcysta z piekła rodem” Waleszczyńskiego-Lisa, by wypunktować przynajmniej kilka różnych błędów językowych: „Brat Iriny i jeden z mnichów poprosili rodzinę Stolojescu, o pieniądze na leczenie, ponieważ ze względu na problemy z ubezpieczeniem koszt leków Irina musiała wziąć na siebie. Irinę wypisano ze szpitala jeszcze w kwietniu, z zaleceniem kontynuowania leczenia poza murami szpitala i stawiania się na kontrole. Po opuszczeniu szpitala Irina wróciła do zakonu” (s. 23). Przede wszystkim dostrzec można brak stosowania określeń synonimicznych – wielokrotnie pojawiające się imię Irina można byłoby zastąpić, np. wyrazem kobieta, białogłowa, zakonnica, służebnica boża itd. Podobnie rzecz wygląda w odniesieniu do słowa „szpital”, zamiast którego można byłoby naprzemiennie zastosować określenia: „lecznica” czy „placówka medyczna” lub po prostu użyć odpowiedniego zaimka. W przywołanym fragmencie tekstu rażą także nieuzasadnione wstawiane przecinki, które widnieją tam, gdzie widnieć nie powinny, gdyż łamią reguły interpunkcyjne.

Naprawdę dziwią nas wszystkie usterki natury językowej. Mocno ograniczony zasób słownictwa i liczne powtórzenia budzą podejrzenia odnośnie do profesjonalnie dokonanej korekty, którą w przypadku tej publikacji zajmowały się Justyna Techmańska-Szewczuk i Beata Wójcik. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że poprawki redaktorskie zostały poczynione w sposób lakoniczny, pobieżny i zdawkowy. Zaś często występujący w tej książce „schematyzm składniowy” mocno kojarzy się z tym wykorzystywanym przez sztuczną inteligencję.

Nie można przejść obojętnie obok błędów merytorycznych, które w tym przypadku mogą wpłynąć na wiarygodność i rzetelność opisywanych zdarzeń. W rozdziale zatytułowanym „Siostra Mariam zgotowała im piekło” jedną z ofiar zakonnicy była Simela Spyrides – tylko to nazwisko w dostępnych źródłach jest autentyczne. Waleszczyński-Lis, opisując tę historię, nie wykazał się starannością, uważnością i profesjonalizmem, gdyż w swoim tekście pisze o trzech różnych osobach (sic)! Raz owa Simela Spyrides jest postacią faktycznie niegdyś żyjącą, zaś innym razem przyjmuje zupełnie inne, fikcyjne tożsamości – Simeli Spiriou albo Iliany. Rzecz wymaga szerszego objaśnienia. Autor tekstu przypisuje Simeli Spyrides różne tożsamości, nie tłumacząc, z czego wynikają takowe rozbieżności. Czytając artykuł, odnosi się wrażenie, że Simela Spyrides, Simela Spiriou i Iliana to jednak osoba. W dostępnym w sieci raporcie prasowym zatytułowanym „Press Hunt for Girl Feared Held in a Greek Monastery” uprowadzona kobieta, o której pisał Waleszczyński-Lis, nazywała się właśnie Simela Spyrides. Także ze źródeł (film dokumentalny zatytułowany „Mariam, The Serial Killer Nun”, zamieszczony na kanale YouTube Twisted Minds), które autor wskazał w załączonej do tego artykułu bibliografii (zob. s. 191), jasno wynika, że ofiarą tą była Simela Spyrides (sic!). Tak poważnego błędu nie można tłumaczyć niedopatrzeniem czy usterką zecerską, ponieważ przedstawiane w książce historie wydarzyły się naprawdę, a ich bohaterami są realni ludzie. Jakie konsekwencje w kontekście społecznym mogłoby wywołać – wynikające z autorskich przeoczeń i braku profesjonalizmu – nazwanie ofiarą zbrodni kogoś, kto nią nie był? Pozostawmy to pytanie w sferze retoryki.

Czytając historie zamknięte w „Potworach Kościoła”, odnosimy wrażenie, jakby autorzy książki nie byli świadomi, że przedstawiają zdarzenia mające miejsce w rzeczywistości, a opisywali zdarzenia fikcyjne. To zaś powoduje, że mamy do czynienia z niezamierzoną i nieuświadomioną groteską przejawiającą się m.in. w dość nieadekwatnych i budzących zdziwienie i śmieszność metaforach, np.: „W oczach ofiar – dzieci, które »mówią« rękami, a teraz mówią także przez łzy (…)” (s. 106), „Danny wraca w drobiazgach: w gumie do żucia, w szkolnym krawacie” (s. 129).

Równie nieprzemyślana jest kompozycja książki. Narrację cechuje wszechobecny chaos. Rozwiązania kryminalnych zagadek często znajdują się już na pierwszych stronach danego rozdziału, co definitywnie nie sprzyja budowaniu napięcia. Także chronologia biogramów sprawców zbrodni jest zachwiana i nielinearna. Czytelnik, poznając już na początku okoliczności zbrodni, może szybko odczuć znudzenie i niechęć do dalszej lektury, co nie wpływa na dobrą ocenę tej pozycji wydawniczej.

Poważnym uchybieniem są cytaty, np. z dokumentów sądowych, na które powołują się autorzy książki, nie podając adresu bibliograficznego. Przykładem mogą być rzekomo streszczone w wyroku apelacyjnym słowa księdza Jeffreya Groba, który zeznawał w sprawie rytualnego zabójstwa siostry Margaret Ann Pahl (zob. s. 155). Pisząc o zaginięciu Spyrides, Waleszczyński-Lis przytoczył dwukrotnie cudze słowa (ojca dziewczyny i prowadzącego sprawę prokuratora) odnotowane w dokumentach sądowych i nie wskazał adresu bibliograficznego, pod którym należy szukać źródła.

Zaznaczyć trzeba również brak konsekwencji w zapisie wyrazów obcego pochodzenia. Autorzy naprzemiennie odnotowują takowe albo kursywą, albo czcionką tradycyjną, nie dbając o zasadę edytorską, która przewiduje, że wyrazy obcojęzyczne zapisuje się kursywą.

„Potwory Kościoła” Waleszczyńskiego-Lisa i Nowaka jednocześnie zdumiewają i odpychają. Budzą zdumienie, ponieważ trudno uwierzyć w historie, których wydarzenia rozgrywają się w świątyniach Boga, a oprawcami są duchowni i zakonnice. Zdumiewają również z tego powodu, że – pisane przez autorów obcujących na co dzień ze słowem – są przygotowane niestarannie pod względem językowym. Książka budzi odrazę, gdyż opisane akty przemocy w oczywisty sposób nie spotykają się z naszą aprobatą. Są odrażające, ohydne i wstrętne. Ale dodać trzeba również, że odpycha zniekształcona i niedopracowana składnia, która utrudnia swobodne przemknięcie się przez ten kościelny świat zbrodni.
Artur Nowak, Michał Waleszczyński-Lis: „Potwory Kościoła. Prawdziwe historie przemocy”. Wydawnictwo Chmury. Warszawa 2026.