ISSN 2658-1086

1 listopada 21 (549) / 2026

Karolina Szmygin-Zarecka,

TRADWIFE NIE PODOBA SIĘ PRANIE RĘCZNE. CZY DOBRA POWIEŚĆ O INTERNECIE JEST MOŻLIWA? (CARO CLAIRE BURKE: 'YESTERYEAR')

A A A
„Yesteryear” w końcu dotarło do Polski. Sprzedana w milionach egzemplarzy debiutancka powieść Caro Claire Burke podbiła listy bestsellerów „New York Times” i „Sunday Times”. Była na ustach recenzentów i recenzentek, ale przede wszystkim czytelników i czytelniczek. Książka, którą sama autorka definiuje jako mieszankę satyry i thrillera, stała się gwiazdą czytelniczych profili na Instagramie i TikToku. Za jej popularnością stoi, przynajmniej częściowo, Anne Hathaway, która już na etapie szkicu wykupiła prawa do ekranizacji powieści, a następnie aktywnie uczestniczyła w procesie powstawania „Yesteryear” i kreowania postaci głównej bohaterki, którą aktorka ma zagrać w filmie. Ponadto Penguin Random House nie oszczędzał na promocji. W efekcie wiosną i latem wydawało się, że o debiucie Burke mówi cały internet.

Podobną drogą poszło Wydawnictwo Poznańskie odpowiedzialne za polski przekład. Szybki przegląd social mediów instytucji nie pozostawia wątpliwości. Dwa tygodnie przed premierą mniej więcej co trzeci post dotyczy „Yesteryear”. Okładka powieści znajduje się na zdjęciu profilowym oraz zdobi wyróżnione relacje. Około tydzień przed premierą „księgarnia zamienia się w farmę” – jak głosi post wydawnictwa. Z półek znikają wszystkie tytuły, zostaje tylko „Yesteryear”, pojawia się kartonowa krowa i dekoracje z dyń.

Dlaczego debiutancka powieść nieznanej dotąd autorki wzbudza takie zainteresowanie jak gdyby była flagowym serialem Netflixa? Czy za niespotykaną popularnością stoi prawdziwie dobry tekst?

Pomysł na „Yesteryear” z jednej strony jest zupełną nowością na rynku literackim, z drugiej – temat już od kilku lat wzbudza w internecie takie emocje, że zadziwia fakt, iż nikt wcześniej po niego nie sięgnął. Natalie to internetowa tradwife. Na swoim profilu promuje życie oparte na „tradycyjnych wartościach” i powrocie do „dawnych lat” – yesteryear. Prezentowana w social mediach codzienność bohaterki składa się z gotowania, sprzątania i opieki nad piątką dzieci (szóste w drodze). Wszystko to na oddalonym od cywilizacji ranczu, które kobieta prowadzi wraz z mężem Calebem. Estetyki tradwives, jak sądzę, nie trzeba dziś nikomu przybliżać. Jest bowiem stale obecna w internecie już od pewnego czasu. Rustykalne kuchnie pozbawione nowoczesnych udogodnień, fartuszki w pastelowych kolorach, dzieci wesoło gaworzące w tle, organiczna żywność, a do tego narracja o tradycyjnych rolach płciowych, o istocie kobiecości tkwiącej w opiece nad ogniskiem domowym, i, naturalnie, o Bogu.

Jednak pewnego dnia życie Natalie ulega dramatycznej zmianie. Bohaterka budzi się w latach 50. XIX wieku, czyli w rzeczywistości, której zwyczaje od lat wychwalała na swoich profilach społecznościowych. I tu – niespodzianka – nie podoba jej się. Cały system wartości okazuje się wydmuszką w zetknięciu z prawdziwymi wyzwaniami tradycyjnego stylu życia. Oto jak można by streścić „Yesteryear” w kilku zdaniach.

Na uznanie z pewnością zasługuje forma powieści. Podział na trzy plany czasowe i zmieniający się wraz z nimi język narracji pozwalają stopniowo zanurzać się w historii i odkrywać kolejne jej warstwy. Początkowo Natalie mówi językiem swoich social mediów. Idealizuje i estetyzuje życie na ranczu – mówi o ukochanych krowie i kurach, o domowym rosole, na myśl o którym aż cieknie ślinka, o „farmie przycupniętej wśród pofałdowanych niecek między dwoma pasmami górskimi w Idaho”. Sama siebie nazywa „matką, jaką chciała być każda kobieta” i „żoną, do której chciał po pracy wracać każdy mężczyzna”. Wszystko jest tak idealne, że wydaje się nierealnym: „Czasem naprawdę robiło mi się niedobrze na myśl o tym, jak doskonałe jest moje życie i jaka świetna jestem w jego przeżywaniu” – komentuje Natalie.

Wraz z kolejnymi wydarzeniami w dopracowanej internetowej narracji zaczynają pojawiać się coraz liczniejsze pęknięcia. W miejsce tkliwości wkraczają złość i frustracja. Początkowe deklaracje bohaterki okazują się naciągane lub całkowicie fałszywe. Życie małżeńskie pozostaje dalekie od ideału, a Natalie, która twierdziła, że urodziła się do bycia matką, w rzeczywistości nie czuje więzi z własnymi dziećmi. Język opowieści ulega znaczącej przemianie, odsłaniając prawdziwe oblicze bohaterki – Natalie prawdziwa walczy z Natalie internetową i coraz częściej zwycięża.

Równocześnie już od samego początku rozważania narratorki przerywają wtrącone nie wiadomo skąd pytania podważające spójności wizerunku influencerki. Ktoś dopytuje o liczbę pracowników rancza, ktoś o to, czy dzieci naprawdę lubią być nagrywane. Pytania te niepostrzeżenie zapowiadają nadciągający zwrot akcji i nieoczekiwany finał powieści.

Co bowiem istotne – zakończenie jest prawdziwym zaskoczeniem, na które warto czekać. Okres oczekiwania bywa jednak trudny. Część dotycząca zmagań Natalie z rzeczywistością pionierskiego życia może być źródłem frustracji. Bohaterka budzi się w domu podobnym do swojego, a jednak innym. W rodzinie podobnej do własnej, lecz obcej. W ten sam sposób opisany zostaje mąż, a także zwierzęta gospodarskie, wyposażenie kuchni itd. Natalie jest, naturalnie, zdruzgotana. Nie smakuje jej jedzenie, nie podobają się jej ubrania. Nie chce wykonywać przypisanych jej obowiązków, które bez współczesnych udogodnień okazują się żmudne i męczące.

Tu jednak pisarstwo Burke odsłania wiele wad. Wyzwania stojące przed bohaterką można bowiem opowiedzieć w zaledwie kilku zdaniach. Choć oczywistym jest, że Natalie cierpi, większości szczegółów czytelnicy i czytelniczki muszą domyślić się sami. Jej odczucia ograniczone zostały do bardzo podstawowych – doświadcza bólu całego ciała czy zawrotów głowy. Tymczasem już pierwszego dnia mąż bije ją do utraty przytomności, a kolejnego, podczas próby ucieczki, kobieta wpada w sidła, które poważnie ranią jej nogę. Wydarzenia te wręcz proszą się o szczegółową, cielesną refleksję. Oszczędność i powtarzalność środków w opisie przeżyć wewnętrznych pozostawiają odbiorców i odbiorczynie z niedosytem, a także czynią historię monotonną i mało wiarygodną. Nie sposób utożsamić się również z poczuciem zagubienia Natalie, gdy jedynym wyrazem jej wyobcowania jest powtarzane do znudzenia określanie domu/dzieci/męża/kuchni/stodoły jako „moje, a jednak nie moje”, „własne, a obce”. Podobnie zresztą relacjonowane są inne okresy z życia bohaterki. Jej najczęściej pojawiającą się emocją jest wściekłość, rzadko stopniowana lub zniuansowana. Potencjalnie trudne czy wręcz graniczne doświadczenia, takie jak pierwsza ciąża, pierwsze chwile macierzyństwa lub komplikacje przy porodzie, zostają ograniczone do kilku zdań bądź wyliczeń kolejnych czynności.

Burke nie daje nam również szansy zapoznania się z surowym charakterem pionierskiego rancza, z rutyną życia domowników ani szczegółami wykonywanych przez nich prac. Wiemy, że ubierają się w łachmany, że sami robią mydło i pieką chleb – z mąki, której jakimś cudem nigdy nie brakuje. W każdym, kto przeczytał choćby fragment „Chłopek”, obudzi sprzeciw na wieść o tym, że dni Natalie przeniesionej do XIX wieku składają się niemal wyłącznie z przyrządzenia jajecznicy na śniadanie i ręcznego prania, zaś opieka nad wielohektarowym gospodarstwem ogranicza się do dojenia krowy i zbierania jajek z kurnika. Za pozostałe obowiązki domowe odpowiada najstarsza córka bohaterki, Mary. Czytelnicy i czytelniczki nie wiedzą jednak, czym dokładnie zajmuje się dziewczyna. Choć finałowy zwrot akcji częściowo tłumaczy nieścisłości w opisie pionierskiego życia, oszczędność szczegółów i powtarzalność środków językowych czynią świat przedstawiony płaskim i nie pozwalają w pełni zanurzyć się w wizji podróży w czasie. Pozostawiają również pytania, czy zaangażowanie branży filmowej na tak wczesnym etapie powstawania powieści nie sprawiło, że publikacja ujrzała światło dzienne zanim została w pełni dopracowana.

Niedociągnięcia językowe nie są jednak moim najbardziej znaczącym zarzutem wobec „Yesteryear”. Jest nim natomiast wątpliwej jakości konstrukcja głównej bohaterki. Teoretycznie rozwój postaci mógłby być przekonujący. Natalie dorasta w religijnej społeczności, zatem od dziecka ma kontakt z konserwatywnym systemem wartości; na studiach nie odnajduje się w towarzystwie imprezowych koleżanek z akademika, a schronienie daje jej stowarzyszenie chrześcijańskich studentów, gdzie poznaje swojego przyszłego męża – syna republikańskiego polityka. Macierzyństwo okazuje się dla niej trudne, ale podążając za wzorem matki i innych religijnych kobiet, postanawia odgrywać swoją rolę tak długo, aż stanie się jej naturą. W końcu odrobina pychy i zawyżonego poczucia własnej wartości popychają ją w stronę influencingu. Technicznie wszystko się zgadza. W praktyce przeszłe doświadczenia Natalie są sztucznie doklejone do bardzo przewidywalnego wizerunku tradwife, który stanowi mozaikę wszelkich spostrzeżeń na temat tego trendu wygłaszanych z liberalnej i lewicowej strony internetu.

Bohaterka jest zatem mieszanką zinternalizowanej mizoginii, hipokryzji i cynicznej estetyzacji życia na potrzeby zysku. Kobieta udaje, że sama zajmuje się gromadką dzieci, podczas gdy pomagają jej dwie nianie; promuje organiczne jedzenie, choć zleca pracownikom rancza korzystanie ze sztucznych oprysków; poza kadrem kamery ukrywa zmywarkę i mikrofalówkę, a w swoim sklepie internetowym sprzedaje produkty zamawiane z Chin. Już od pierwszych stron czytelnicy i czytelniczki są otwarcie informowani o tym, że życie Natalie to czyste kłamstwo, kostium świadomie ubierany przez bohaterkę. Fałszywe są jej poglądy, a nawet miłość do dzieci, co prowadzi do wybitnie absurdalnych scen, w których kobieta nie poznaje swojej własnej córki, bo ta większość czasu spędza pod opieką niani.

Natalie jest ponadto samolubna, zawistna, skupiona wyłącznie na sobie i pełna pogardy dla każdego poza nią samą. Wszystko to, aby podkreślić jej hipokryzję i udowodnić bezsensowność poglądów niemających pokrycia z rzeczywistością. Za takim wizerunkiem tradwife stoi przekonanie autorki reprezentującej skrajnie odmienne poglądy (z którymi zapoznać się można w podcaście Burke, Diabolical lies), że kobieta w rzeczywistości nie może myśleć tak jak Natalie. Że jest to jedynie rola do odegrania od początku nakierowana na finansowe korzyści.

Czytając „Yesteryear”, nie można oprzeć się wrażeniu, że bohaterka nie mówi swoim głosem, a głosem wyobrażonym przez kogoś, kto się z nią nie zgadza i kto zakłada, że w takie zasady nikt szczerze nie wierzy. Wystarczy natomiast chwila researchu, kilka wywiadów lub nagrań z udziałem tradwives, by zauważyć, że ich systemem wartości kieruje pewna logika – nawet jeśli zawiera ona sprzeczności i potrafi być szkodliwa. Kręgosłupem takiego rozumowania jest Biblia, do której Natalie nie odwołuje się ani razu. Mimo swojej rzekomej religijności bohaterka nie chodzi też do kościoła, a jej wiarę trudno przypisać do konkretnego odłamu chrześcijaństwa. Ostatecznie sprawia to, że tekstowi brakuje buntowniczej siły, którą posiadała chociażby „Opowieść podręcznej”, demaskująca podstępny mechanizm stopniowego odbierania praw kobietom. Natalie jest bowiem pozbawiona wszelkich odcieni szarości, które uczyniłyby ją ludzką. Zdaje się, że ani przez chwilę nie wierzy w słuszność własnego światopoglądu, nie próbuje go uzasadniać ani przed samą sobą, ani przed innymi. Jedyną przyczyną jej wyborów okazują się pieniądze.

To jak Burke portretuje swoją główną bohaterkę, jest zwyczajnie cyniczne. Naturalnie cechą satyry jest wyolbrzymienie, jednak tak skrajne uproszczenie przekazu sprawia wrażenie, że autorka zaprosiła bardzo sprecyzowaną publiczność o liberalnych poglądach do miałkiej dyskusji, w której będą sobie wzajemnie przytakiwać i ubolewać nad intelektualnym ograniczeniem kobiety samodzielnie budującej dla siebie więzienie.

Pisząc powieść o internecie, Burke, być może mimochodem, powieliła prawidłowość sterującą social mediami. Napisała książkę z wnętrza swojej bańki dla swojej bańki. Ta ostatnia przeczytała ją z przyjemnością, bo wyłożona perspektywa ściśle pokrywa się z jej własną. Zatem choć „Yesteryear” to niewątpliwie bardzo emocjonująca opowieść z intrygującą tajemnicą i przeciekawym zwrotem akcji, nie może posłużyć jako komentarz społeczny na temat trendu tradwives czy – szerzej – postępującej konserwatyzacji społeczeństw. Główna bohaterka jest bowiem jedynie zbiorem zarzutów i opinii wygłoszonych już setki razy w artykułach prasowych i postach.

W jednym z wywiadów Burke przyznaje, że mnogość popularnych motywów zawartych w powieści – zinternalizowana mizoginia, manosfera, kwestia zgody dzieci na ich obecność na profilach rodziców – nie była zaplanowana, lecz przyszła do niej sama wraz z bohaterką. Udowadnia to jedynie, że internetowe dyskusje są tak wszechobecne, iż trafiły na karty „Yesteryear” niczym przez osmozę. Ostatecznie debiut Burke jest bardziej zbiorem trendujących tematów, niż ostrą satyrą; jest książką napisaną na zamówienie naszych czasów.
Caro Claire Burke: 'Yesteryear'. Przeł. Elżbieta Janota. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 2026.