9:20
A
A
A
PROZA IRAŃSKA
Zapalam światło. Ma otwarte usta, a jej chude nogi upstrzone niebieskimi żyłkami wystają spod brzegu koca. Opieram się o framugę drzwi:
- Dzień dobry, madame.
Z kuchni dobiega mnie odgłos kapiącej wody. Zamyka usta. Jej grdyka wędruje do góry, by za chwilę opaść z powrotem w dół. Znów otwierają jej się usta.
Prawie krzyczę:
- Dzień dobry, madame!
Podnosi głowę. Patrzy w okno. Następnie jej wzrok przesuwa się na ścianę, a potem prześlizguje się po mojej twarzy. Gdy dociera do komody stojącej w przeciwległym rogu, nagle wraca, spoczywając na mnie. Naciąga na piersi kraj koca:
- Kim pan jest? - pyta, trwożnie się uśmiechając. Powtarzam:
- Dzień dobry, madame!
Tak... Nieledwie się podnosi i puszcza rąbek koca ściskany w dłoni: Tak... Jej twarz jakby trochę się rozjaśnia:
- Czy ty jesteś tym, który nazywa mnie: „madame”?
- Tak, madame. Ja jestem tym, który nazywa cię: „madame”.
Kładzie sobie rękę na policzku: Zimno... Ale tak jest dobrze... Nie, nie jest. Moja noga nie jest przykryta kocem. Patrzy na mnie:
- Jest dobrze, prawda? Ale ty mówisz, że jest bardzo zimno, prawda? Chcesz zrobić kawę, prawda? Zdejmuję płaszcz:
- Tak. Z chlebem, masłem i serem!
- Masło i ser... Ale jest zimno! – spogląda w stronę okna - Pada deszcz, prawda?
Gałęzie drzew za oknem ściął mróz.
- Nie, madame. Śnieg. Będzie sypał śnieg. – zostawiam płaszcz na oparciu krzesła.
Odwraca głowę:
- Nie znoszę śniegu! A teraz, gdy jest zimno, szczególnie nie znoszę śniegu!
Przykrywa dłonią twarz i zaczyna płakać.
- A co z kawą? Kawy też nie znosisz? – pytam.
Oddala dłoń od twarzy na niewielką odległość:
- Kawę, owszem... Za kawą przepadam, ale... Ale znowu jest zimno! Ponownie zanosi jej się na płacz, gdy moja komórka zaczyna dzwonić:
- Halo?
- To ja. Gdzie jesteś?
- U „madame”.
- Masz dużo pracy?
- Jeszcze nie wstała z łóżka.
- Jej tabletki...
- Pamiętam.
- Wiesz, gdzie są?
- Tak, wiem.
Oddycha głęboko.
- Jesteś tam?
- W takim razie ja wypiję kawę.
- Coś się stało?
- Nie, nic.
- Widzimy się później.
- Do zobaczenia.
Pyta:
- I co? Chciała ze mną rozmawiać?
- Dzwoniła Larysa. Powiedziała, żebym zrobił kawę.
- Strasznie dużo dzwoni.
- Kto?
- Ten... – wskazuje na leżący na stole telefon.
- Nie, madame. To był mój telefon.
- Dzwoni aż do rana, a gdy się budzę, to przestaje. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?
- Może ktoś próbuje się do ciebie dodzwonić.
- Kto to dzwoni? Poza tym, jak podnoszę słuchawkę, nikt nic nie mówi.
Z kranu kapie woda.
Biorę telefon do ręki. Ma przerwany kabel, który zwisa z oparcia krzesła.
- Twoja córka... Może to twoja córka dzwoni? – odkładam telefon na miejsce.
- Ja miałam córkę? – patrzy w okno – Bardzo się zanosi na śnieg?
- Nie chcesz wyjść z łóżka?
Gwałtownie chwyta koc: Chcę! Ale jest zimno, prawda? – i przyciągając go do siebie, pyta:
- Mogę zostać pod kocem na trochę?
Patrzę na żyły widoczne na jej dłoniach:
- Dobrze... To ja idę zrobić kawę. Potem cię zawołam.
Zwija się pod kocem: Dziękuję, że przyjdziesz później. Dziękuję, że przyszedłeś teraz. Zamknij drzwi wyjściowe na klucz.
- Ja nigdzie nie idę. Zamierzam tylko zrobić kawę.
Zamyka oczy:
- Z masłem i serem?
- Tak. Z masłem i serem – gaszę światło.
Idę do kuchni. Lekko uchylam okno. Jezioro jest skute lodem, a wiatr kolistym ruchem wznosi za sobą tumany śniegu. Odkręcam kurek z wodą. Napełniam do połowy zaparzacz do kawy i stawiam go na gazie. Potem zamykam kurek z wodą i otwieram lodówkę.
Z kranu kapie woda.
- Do ciebie mówię! ... Słyszysz mnie?
Przechodzę przez korytarz i staję na progu. Zapalam światło:
- Co się stało... madame? Co mówiłaś?
- Telefon!.... ty nie słyszałeś?
- Nie. Nikt nie dzwonił.
- Więc dlaczego światło się świeci?
Z kranu kapie woda.
Gaszę światło i wracam do kuchni. Zakręcam mocno kurek z wodą. Drzwi do lodówki są otwarte. Smaruję masłem kawałeczki chleba, a potem na każdym kładę plasterek sera. Syczenie imbryka staje się najpierw coraz bardziej, a potem coraz mniej intensywne, aż w końcu przechodzi w bulgotanie. Gaszę gaz. Nalewam wrzątek do niegdyś białej filiżanki, która teraz pożółkła. Dwie łyżeczki kawy. Trzy łyżeczki cukru. Mieszam. Zaczyna się pienić. Wyjmuję łyżeczkę. Krąg piany na powietrzni kawy kręci się i kręci, a potem stopniowo się zmniejsza, aż zostaje tylko mała bańka wolno zataczająca koła. Zamykam okno. Wracam do sypialni. Otwieram drzwi. Ma otwarte usta, a niebieskie żyłki na jej nodze wystają spod koca.
- Madame, kawa jest gotowa.
Z kranu kapie woda. Powtarzam trochę głośniej:
- Madame, kawa jest gotowa!
Lekko porusza głową i zamyka usta. Jej grdyka przesuwa się najpierw w górę, potem w dół, a potem usta znowu się otwierają. Już prawie krzyczę:
- Kawa jest gotowa!
Podnosi głowę:
- Kim jesteś? – spogląda na mnie.
- Kawa jest gotowa.
- Aha.... Ty jesteś tym, który nazywa mnie „madame”.
- Tak, madame. Ja jestem właśnie tym, który nazywa cię „madame”. Kawa jest gotowa.
- Kawa jest dobra. Ty też jesteś dobry, gdy robisz dobrą kawę i mówisz do mnie „ madame”... Rozszerza w zdumieniu swoje szare oczy:
- Nie dzwoniła?
- Nie. Wstawaj, kawa ci ostygnie.
- Zimna kawa nie jest dobra. Zimna kawa w żadnym wypadku nie jest dobra!
- To prawda.. A więc wstań, zanim ostygnie.
Przykłada sobie rękę do twarzy:
- Jest zimno. A telefon, jak mówisz, nie dzwonił.
- Nie, nie dzwonił. Ten telefon nie dzwoni – zaczynam iść w stronę telefonu, aby pokazać jej przerwany kabel, gdy nagle rozmyślam się i wracam na swoje miejsce:
- Chcesz, abym przyniósł ci tutaj śniadanie? ... Żebyś sobie zjadła tutaj?
Odrywa dłoń od policzka:
- Zimna kawa jest paskudna. Ile razy mam powtarzać?
- To prawda, zimna jest paskudna. Ale twoja kawa nie zdążyła jeszcze ostygnąć. Wstawaj!
Płacze:
- Ale dzwoni wtedy kiedy ja śpię! ... Ja to wiem.
- Musisz wstać, bo jeszcze trzeba ci zmienić pieluchy...
- Wiem, że muszę wstać... Chwyta się drążka umieszczonego nad głową: Ale nie dzwoni, bo ty tu jesteś! – wysila się – Nie, dziś nie dam rady... – puszcza drążek – Jak myślisz, kto tak wydzwania, co? – rozwiera szeroko oczy. Staję tuż nad jej głową:
- Nie mam pojęcia.
Łapie mnie mocno za rękę: A czasem to w ogóle nie dzwoni. Po prostu tutaj przychodzi! – pokazuje brodą w stronę korytarza – O, tam. Tam sobie spaceruje. Ciągle łazi po kuchni i nie mam pojęcia, co tam wyprawia! – patrzy na mnie w taki sposób, abym i ja zaczął się bać – Rozumiesz?
Z kranu kapie woda.
- Podaj mi rękę – chwytam jej dłoń - A teraz liczymy: jeden, dwa... Dopowiada:
- Trzy!... Ale nie da się.
Biorę ją pod pachy i jednym ruchem podnoszę. Siada, komentując:
- I... Udało się!
Wypuszczam oddech:
- No i ...?
- Jak dobrze... Kawa jest bardzo dobra – obejmuje się za ramiona - ty też jesteś dobry, jak przychodzisz i przyrządzasz dobrą kawę.
Pochylam się i wkładam w pantofle jej nogi pokryte suchą, łuszczącą się skórą. Przysuwam wózek inwalidzki. Kładę jej ręce na oparciach wózka. Spogląda na swoje pantofle:
- Nie! Jest bardzo zimno.
- Chcesz, żebym przyniósł ci śniadanie tutaj?
Opiera twarz o wnętrze swojej dłoni. Ponawiam pytanie:
- Tak? .... Chcesz tutaj zjeść śniadanie?
- Ale co mam jeść?
- Kawę. Z chlebem, masłem i serem!
- Z chlebem, masłem i serem? Ale jest bardzo zimno! Wspominałeś coś o deszczu, prawda?
Gałęzie drzew za oknem ściął mróz.
- Nie, madame. O śniegu. Pada śnieg.
- Dzień dobry, madame.
Z kuchni dobiega mnie odgłos kapiącej wody. Zamyka usta. Jej grdyka wędruje do góry, by za chwilę opaść z powrotem w dół. Znów otwierają jej się usta.
Prawie krzyczę:
- Dzień dobry, madame!
Podnosi głowę. Patrzy w okno. Następnie jej wzrok przesuwa się na ścianę, a potem prześlizguje się po mojej twarzy. Gdy dociera do komody stojącej w przeciwległym rogu, nagle wraca, spoczywając na mnie. Naciąga na piersi kraj koca:
- Kim pan jest? - pyta, trwożnie się uśmiechając. Powtarzam:
- Dzień dobry, madame!
Tak... Nieledwie się podnosi i puszcza rąbek koca ściskany w dłoni: Tak... Jej twarz jakby trochę się rozjaśnia:
- Czy ty jesteś tym, który nazywa mnie: „madame”?
- Tak, madame. Ja jestem tym, który nazywa cię: „madame”.
Kładzie sobie rękę na policzku: Zimno... Ale tak jest dobrze... Nie, nie jest. Moja noga nie jest przykryta kocem. Patrzy na mnie:
- Jest dobrze, prawda? Ale ty mówisz, że jest bardzo zimno, prawda? Chcesz zrobić kawę, prawda? Zdejmuję płaszcz:
- Tak. Z chlebem, masłem i serem!
- Masło i ser... Ale jest zimno! – spogląda w stronę okna - Pada deszcz, prawda?
Gałęzie drzew za oknem ściął mróz.
- Nie, madame. Śnieg. Będzie sypał śnieg. – zostawiam płaszcz na oparciu krzesła.
Odwraca głowę:
- Nie znoszę śniegu! A teraz, gdy jest zimno, szczególnie nie znoszę śniegu!
Przykrywa dłonią twarz i zaczyna płakać.
- A co z kawą? Kawy też nie znosisz? – pytam.
Oddala dłoń od twarzy na niewielką odległość:
- Kawę, owszem... Za kawą przepadam, ale... Ale znowu jest zimno! Ponownie zanosi jej się na płacz, gdy moja komórka zaczyna dzwonić:
- Halo?
- To ja. Gdzie jesteś?
- U „madame”.
- Masz dużo pracy?
- Jeszcze nie wstała z łóżka.
- Jej tabletki...
- Pamiętam.
- Wiesz, gdzie są?
- Tak, wiem.
Oddycha głęboko.
- Jesteś tam?
- W takim razie ja wypiję kawę.
- Coś się stało?
- Nie, nic.
- Widzimy się później.
- Do zobaczenia.
Pyta:
- I co? Chciała ze mną rozmawiać?
- Dzwoniła Larysa. Powiedziała, żebym zrobił kawę.
- Strasznie dużo dzwoni.
- Kto?
- Ten... – wskazuje na leżący na stole telefon.
- Nie, madame. To był mój telefon.
- Dzwoni aż do rana, a gdy się budzę, to przestaje. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?
- Może ktoś próbuje się do ciebie dodzwonić.
- Kto to dzwoni? Poza tym, jak podnoszę słuchawkę, nikt nic nie mówi.
Z kranu kapie woda.
Biorę telefon do ręki. Ma przerwany kabel, który zwisa z oparcia krzesła.
- Twoja córka... Może to twoja córka dzwoni? – odkładam telefon na miejsce.
- Ja miałam córkę? – patrzy w okno – Bardzo się zanosi na śnieg?
- Nie chcesz wyjść z łóżka?
Gwałtownie chwyta koc: Chcę! Ale jest zimno, prawda? – i przyciągając go do siebie, pyta:
- Mogę zostać pod kocem na trochę?
Patrzę na żyły widoczne na jej dłoniach:
- Dobrze... To ja idę zrobić kawę. Potem cię zawołam.
Zwija się pod kocem: Dziękuję, że przyjdziesz później. Dziękuję, że przyszedłeś teraz. Zamknij drzwi wyjściowe na klucz.
- Ja nigdzie nie idę. Zamierzam tylko zrobić kawę.
Zamyka oczy:
- Z masłem i serem?
- Tak. Z masłem i serem – gaszę światło.
Idę do kuchni. Lekko uchylam okno. Jezioro jest skute lodem, a wiatr kolistym ruchem wznosi za sobą tumany śniegu. Odkręcam kurek z wodą. Napełniam do połowy zaparzacz do kawy i stawiam go na gazie. Potem zamykam kurek z wodą i otwieram lodówkę.
Z kranu kapie woda.
- Do ciebie mówię! ... Słyszysz mnie?
Przechodzę przez korytarz i staję na progu. Zapalam światło:
- Co się stało... madame? Co mówiłaś?
- Telefon!.... ty nie słyszałeś?
- Nie. Nikt nie dzwonił.
- Więc dlaczego światło się świeci?
Z kranu kapie woda.
Gaszę światło i wracam do kuchni. Zakręcam mocno kurek z wodą. Drzwi do lodówki są otwarte. Smaruję masłem kawałeczki chleba, a potem na każdym kładę plasterek sera. Syczenie imbryka staje się najpierw coraz bardziej, a potem coraz mniej intensywne, aż w końcu przechodzi w bulgotanie. Gaszę gaz. Nalewam wrzątek do niegdyś białej filiżanki, która teraz pożółkła. Dwie łyżeczki kawy. Trzy łyżeczki cukru. Mieszam. Zaczyna się pienić. Wyjmuję łyżeczkę. Krąg piany na powietrzni kawy kręci się i kręci, a potem stopniowo się zmniejsza, aż zostaje tylko mała bańka wolno zataczająca koła. Zamykam okno. Wracam do sypialni. Otwieram drzwi. Ma otwarte usta, a niebieskie żyłki na jej nodze wystają spod koca.
- Madame, kawa jest gotowa.
Z kranu kapie woda. Powtarzam trochę głośniej:
- Madame, kawa jest gotowa!
Lekko porusza głową i zamyka usta. Jej grdyka przesuwa się najpierw w górę, potem w dół, a potem usta znowu się otwierają. Już prawie krzyczę:
- Kawa jest gotowa!
Podnosi głowę:
- Kim jesteś? – spogląda na mnie.
- Kawa jest gotowa.
- Aha.... Ty jesteś tym, który nazywa mnie „madame”.
- Tak, madame. Ja jestem właśnie tym, który nazywa cię „madame”. Kawa jest gotowa.
- Kawa jest dobra. Ty też jesteś dobry, gdy robisz dobrą kawę i mówisz do mnie „ madame”... Rozszerza w zdumieniu swoje szare oczy:
- Nie dzwoniła?
- Nie. Wstawaj, kawa ci ostygnie.
- Zimna kawa nie jest dobra. Zimna kawa w żadnym wypadku nie jest dobra!
- To prawda.. A więc wstań, zanim ostygnie.
Przykłada sobie rękę do twarzy:
- Jest zimno. A telefon, jak mówisz, nie dzwonił.
- Nie, nie dzwonił. Ten telefon nie dzwoni – zaczynam iść w stronę telefonu, aby pokazać jej przerwany kabel, gdy nagle rozmyślam się i wracam na swoje miejsce:
- Chcesz, abym przyniósł ci tutaj śniadanie? ... Żebyś sobie zjadła tutaj?
Odrywa dłoń od policzka:
- Zimna kawa jest paskudna. Ile razy mam powtarzać?
- To prawda, zimna jest paskudna. Ale twoja kawa nie zdążyła jeszcze ostygnąć. Wstawaj!
Płacze:
- Ale dzwoni wtedy kiedy ja śpię! ... Ja to wiem.
- Musisz wstać, bo jeszcze trzeba ci zmienić pieluchy...
- Wiem, że muszę wstać... Chwyta się drążka umieszczonego nad głową: Ale nie dzwoni, bo ty tu jesteś! – wysila się – Nie, dziś nie dam rady... – puszcza drążek – Jak myślisz, kto tak wydzwania, co? – rozwiera szeroko oczy. Staję tuż nad jej głową:
- Nie mam pojęcia.
Łapie mnie mocno za rękę: A czasem to w ogóle nie dzwoni. Po prostu tutaj przychodzi! – pokazuje brodą w stronę korytarza – O, tam. Tam sobie spaceruje. Ciągle łazi po kuchni i nie mam pojęcia, co tam wyprawia! – patrzy na mnie w taki sposób, abym i ja zaczął się bać – Rozumiesz?
Z kranu kapie woda.
- Podaj mi rękę – chwytam jej dłoń - A teraz liczymy: jeden, dwa... Dopowiada:
- Trzy!... Ale nie da się.
Biorę ją pod pachy i jednym ruchem podnoszę. Siada, komentując:
- I... Udało się!
Wypuszczam oddech:
- No i ...?
- Jak dobrze... Kawa jest bardzo dobra – obejmuje się za ramiona - ty też jesteś dobry, jak przychodzisz i przyrządzasz dobrą kawę.
Pochylam się i wkładam w pantofle jej nogi pokryte suchą, łuszczącą się skórą. Przysuwam wózek inwalidzki. Kładę jej ręce na oparciach wózka. Spogląda na swoje pantofle:
- Nie! Jest bardzo zimno.
- Chcesz, żebym przyniósł ci śniadanie tutaj?
Opiera twarz o wnętrze swojej dłoni. Ponawiam pytanie:
- Tak? .... Chcesz tutaj zjeść śniadanie?
- Ale co mam jeść?
- Kawę. Z chlebem, masłem i serem!
- Z chlebem, masłem i serem? Ale jest bardzo zimno! Wspominałeś coś o deszczu, prawda?
Gałęzie drzew za oknem ściął mróz.
- Nie, madame. O śniegu. Pada śnieg.
Tłum. Dorota Słapa.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |













ISSN 2658-1086

