ŻUCZEK – PARSZUCZEK
A
A
A
Po sukcesie rewelacyjnej powieści „Lala”, nagrodzonej Paszportem „Polityki”, wielbiciele Jacka Dehnela z niecierpliwością oczekiwali na następną książkę prozatorską młodego autora. Zbiór opowiadań, zatytułowany „Rynek w Smyrnie”, tylko częściowo zaspokoił ową potrzebę. Częściowo, gdyż są to opowiadania pisane przed „Lalą”, między 1999 a 2002 rokiem. Można zatem z góry założyć, że teksty są, z jednej strony – przemyślane (wszak minęło tyle lat!), z drugiej jednakże – mniej dojrzałe od powieści, gdyż pisane przez nieukształtowanego jeszcze pisarza. Zbiór zawiera sześć bardzo nierównych opowiadań, od – by tak rzec – włoskich impresji, przez historię księdza mieszkającego w domu publicznym, aż do tematu kontynuowanego potem w powieści. Należałoby więc traktować ów zbiór jako rodzaj pisarskiej wprawki, ćwiczenie warsztatowe, mające na celu znalezienie swojego pisarskiego tematu i rozpoznawalnego stylu.
Akcja pierwszych dwóch opowiadań, „Patrząc na Stromboli” oraz tytułowego „Rynku w Smyrnie”, rozgrywa się na tle włoskich pejzaży, które Dehnel opisuje w nieco patetycznym i pełnym egzaltacji stylu: „z morza miasto wyglądało jak termitiera, ciemna, tajemnicza konstrukcja, pod którą wyczuwa się skomplikowaną sieć przejść, stroma i gładka, o szarych ścianach umocnionych przesadnie wielkimi arkadami, jakby wyjętymi z megamanii Piranesiego”... Bogata ornamentyka, poetyckie metafory i rozbudowane opisy mogą nużyć czytelników, odwykłych już od eleganckich fraz w polskiej literaturze najnowszej.
Najważniejszym problemem, poruszanym w zbiorze, wydaje się być jednak problem samotności w obliczu losu, z którym muszą zmierzyć się bohaterowie. Jakie postaci tworzy autor „Żywotów równoległych”? Młoda para, spędzająca wakacje we Włoszech, trafia do miasteczka ogarniętego epidemią samotności i siłą przeznaczenia owej epidemii ulega. Wiedzą, że odtąd nie będę już razem („Patrząc na Stromboli”). Niespełniona artystka, która podczas wakacji z rodzicami zakochuje się w rzeźbie anioła, próbuje schronić się przed tą miłością, ale znowu górę bierze przeznaczenie. Pisarz przywołuje tu znaną wschodnią opowieść o próbie ucieczki przed śmiercią, przed którą jednakże uciec się nie da („Rynek w Smyrnie”). Dalej: jeden z siedemdziesięciu sprawiedliwych – Kaspar Furt (z opowiadania „Sanctus, sanctus, sanctus”) – który nie wie, że ma być dobry. I w końcu Michael – Żyd, ukrywający w czasie wojny swą „żydowskość”, popełnia samobójstwo, nieszczęśliwie zakochany w śpiewaczce operowej („Die Schöpfung”). Tacy są bohaterowie zbioru: samotni, nieszczęśliwi, niezdecydowani, trochę karykaturalni w swej nieporadności. Nawet nie próbują walczyć. Okazuje się bowiem, że nie każdy może być kowalem swojego losu.
W tekstach tych można znaleźć i trochę realizmu magicznego spod patronatu Gabriela Garcii Márqueza, i odrobinę mistycyzmu czy baśniowości. Dehnel wrzuca wszystko do jednego worka i dodając wyszukane słownictwo, przypomina czytelnikom „stare dobre czasy”, gdy literatura piękna oznaczała przede wszystkim piękne zdania. Godne pochwały, ale na dłuższą metę – męczące dla czytelników.
Zupełnie inne jest zabawne opowiadanie zatytułowane „Olaf Farbiarczyk”. Tytułowy bohater to młody ksiądz (przynajmniej za księdza się podaje), który rzekomo wyrzucony z parafii przez proboszcza, szuka schronienia w domu publicznym. Za „wikt i opierunek” odpłaca się ozdabianiem ścian, ale jak okazuje się na końcu, nie tylko tym. W „Olafie...” widać już dowcip i lekkość pisania, których nieco brakuje innym opowieściom, pomieszczonym w „Rynku w Smyrnie”.
Jednakże na tle całego zbioru – moim zdaniem – najlepiej wypada opowiadanie ostatnie: „Filc”. Zapewne dlatego, że w tekście tym pojawiają się postaci znane już czytelnikom z kart „Lali”. Opowiadanie rodzinnych historii wychodzi Dehnelowi najlepiej. Narracja jest tu „gadana”, brakuje chronologii, za to spotykamy spiętrzenie informacji i natłok barwnych bohaterów, żywcem wyjętych ze starych fotografii. Tym razem bohaterkami są ciociobabcie, jak nazywa je sam autor: „moja rodzina, szczególnie zaś tamtejsza jej gałąź, składa się głównie z kobiet, a jeśli nawet pojawiają się jacyś mężczyźni (nie wiadomo po co; zawsze uważałem, że moje ciotki rozmnażają się dzieworódczo, tyle ich było, że żaden facet by nie nastarczył), to są wyjątkowo miałcy i bezbarwni albo przynajmniej trzymają się na uboczu”. Pogrzeb jednej z nich, cioci Jasi, staje się pretekstem do snucia opowieści o rodzinnych tajemnicach – o pudełku z końcem świata, szczelnie zabezpieczonym przed najmniejszym upadkiem, które w końcu odziedzicza autor i zgodnie z zaleceniem odkłada na półkę, nawet nie próbując zajrzeć do środka; o licznych wersjach testamentu, który staje się swoistym pamiętnikiem ciotki; czy też w końcu o konfiturach sprzed wielu lat, trzymanych w piwnicy w słoikach ze zdartymi etykietkami, przez co nigdy nie było wiadomo, na co się akurat trafi. Tym właśnie uwodzi czytelników Jacek Dehnel – barwnością i sugestywnością opisu osób i zdarzeń, dygresjami, nagłym porzucaniem wątków i powracaniem do nich po chwili, wplataniem w tok narracji wtrąceń czy powiedzonek samych członków rodziny, na przykład uroczego nazywania wszystkich „żuczkiem-parszuczkiem”. Dehnel staje się „współczesną Szeherezadą”, która snuje swoje magiczne opowieści przez tysiąc i jedną noc. Nie można jednak oczekiwać, że autor „Wyprawy na południe” na zawsze zostanie kronikarzem własnej rodziny. Wspomnienia babci czy ciotek kiedyś się skończą i trzeba będzie wymyślać własne historie, a „Rynek w Smyrnie” pokazuje, że nie jest to zadanie łatwe. Być może dopiero kolejna książka Dehnela ugruntuje więc jego pozycję jako prozaika. Bo że jest świetnym poetą, udowadniać już przecież nie musi.
Akcja pierwszych dwóch opowiadań, „Patrząc na Stromboli” oraz tytułowego „Rynku w Smyrnie”, rozgrywa się na tle włoskich pejzaży, które Dehnel opisuje w nieco patetycznym i pełnym egzaltacji stylu: „z morza miasto wyglądało jak termitiera, ciemna, tajemnicza konstrukcja, pod którą wyczuwa się skomplikowaną sieć przejść, stroma i gładka, o szarych ścianach umocnionych przesadnie wielkimi arkadami, jakby wyjętymi z megamanii Piranesiego”... Bogata ornamentyka, poetyckie metafory i rozbudowane opisy mogą nużyć czytelników, odwykłych już od eleganckich fraz w polskiej literaturze najnowszej.
Najważniejszym problemem, poruszanym w zbiorze, wydaje się być jednak problem samotności w obliczu losu, z którym muszą zmierzyć się bohaterowie. Jakie postaci tworzy autor „Żywotów równoległych”? Młoda para, spędzająca wakacje we Włoszech, trafia do miasteczka ogarniętego epidemią samotności i siłą przeznaczenia owej epidemii ulega. Wiedzą, że odtąd nie będę już razem („Patrząc na Stromboli”). Niespełniona artystka, która podczas wakacji z rodzicami zakochuje się w rzeźbie anioła, próbuje schronić się przed tą miłością, ale znowu górę bierze przeznaczenie. Pisarz przywołuje tu znaną wschodnią opowieść o próbie ucieczki przed śmiercią, przed którą jednakże uciec się nie da („Rynek w Smyrnie”). Dalej: jeden z siedemdziesięciu sprawiedliwych – Kaspar Furt (z opowiadania „Sanctus, sanctus, sanctus”) – który nie wie, że ma być dobry. I w końcu Michael – Żyd, ukrywający w czasie wojny swą „żydowskość”, popełnia samobójstwo, nieszczęśliwie zakochany w śpiewaczce operowej („Die Schöpfung”). Tacy są bohaterowie zbioru: samotni, nieszczęśliwi, niezdecydowani, trochę karykaturalni w swej nieporadności. Nawet nie próbują walczyć. Okazuje się bowiem, że nie każdy może być kowalem swojego losu.
W tekstach tych można znaleźć i trochę realizmu magicznego spod patronatu Gabriela Garcii Márqueza, i odrobinę mistycyzmu czy baśniowości. Dehnel wrzuca wszystko do jednego worka i dodając wyszukane słownictwo, przypomina czytelnikom „stare dobre czasy”, gdy literatura piękna oznaczała przede wszystkim piękne zdania. Godne pochwały, ale na dłuższą metę – męczące dla czytelników.
Zupełnie inne jest zabawne opowiadanie zatytułowane „Olaf Farbiarczyk”. Tytułowy bohater to młody ksiądz (przynajmniej za księdza się podaje), który rzekomo wyrzucony z parafii przez proboszcza, szuka schronienia w domu publicznym. Za „wikt i opierunek” odpłaca się ozdabianiem ścian, ale jak okazuje się na końcu, nie tylko tym. W „Olafie...” widać już dowcip i lekkość pisania, których nieco brakuje innym opowieściom, pomieszczonym w „Rynku w Smyrnie”.
Jednakże na tle całego zbioru – moim zdaniem – najlepiej wypada opowiadanie ostatnie: „Filc”. Zapewne dlatego, że w tekście tym pojawiają się postaci znane już czytelnikom z kart „Lali”. Opowiadanie rodzinnych historii wychodzi Dehnelowi najlepiej. Narracja jest tu „gadana”, brakuje chronologii, za to spotykamy spiętrzenie informacji i natłok barwnych bohaterów, żywcem wyjętych ze starych fotografii. Tym razem bohaterkami są ciociobabcie, jak nazywa je sam autor: „moja rodzina, szczególnie zaś tamtejsza jej gałąź, składa się głównie z kobiet, a jeśli nawet pojawiają się jacyś mężczyźni (nie wiadomo po co; zawsze uważałem, że moje ciotki rozmnażają się dzieworódczo, tyle ich było, że żaden facet by nie nastarczył), to są wyjątkowo miałcy i bezbarwni albo przynajmniej trzymają się na uboczu”. Pogrzeb jednej z nich, cioci Jasi, staje się pretekstem do snucia opowieści o rodzinnych tajemnicach – o pudełku z końcem świata, szczelnie zabezpieczonym przed najmniejszym upadkiem, które w końcu odziedzicza autor i zgodnie z zaleceniem odkłada na półkę, nawet nie próbując zajrzeć do środka; o licznych wersjach testamentu, który staje się swoistym pamiętnikiem ciotki; czy też w końcu o konfiturach sprzed wielu lat, trzymanych w piwnicy w słoikach ze zdartymi etykietkami, przez co nigdy nie było wiadomo, na co się akurat trafi. Tym właśnie uwodzi czytelników Jacek Dehnel – barwnością i sugestywnością opisu osób i zdarzeń, dygresjami, nagłym porzucaniem wątków i powracaniem do nich po chwili, wplataniem w tok narracji wtrąceń czy powiedzonek samych członków rodziny, na przykład uroczego nazywania wszystkich „żuczkiem-parszuczkiem”. Dehnel staje się „współczesną Szeherezadą”, która snuje swoje magiczne opowieści przez tysiąc i jedną noc. Nie można jednak oczekiwać, że autor „Wyprawy na południe” na zawsze zostanie kronikarzem własnej rodziny. Wspomnienia babci czy ciotek kiedyś się skończą i trzeba będzie wymyślać własne historie, a „Rynek w Smyrnie” pokazuje, że nie jest to zadanie łatwe. Być może dopiero kolejna książka Dehnela ugruntuje więc jego pozycję jako prozaika. Bo że jest świetnym poetą, udowadniać już przecież nie musi.
Jacek Dehnel: „Rynek w Smyrnie”. Wydawnictwo W. A. B. Warszawa 2007.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

