BOHATER Z KAER FRAUER (WIEDŹMUN: SŁODKI ZAPACH POTWORA O ZMIERZCHU)
A
A
A
Tomasz Samojlik to artysta o rozpoznawalnym stylu, konsekwentnie powracający w swoich pracach do najmocniej nurtujących go tematów. Kto śmiał się, czytając „Ryjówkę przeznaczenia”, lub wzruszał się losem „Ostatniego żubra”, wie, co mam na myśli. Zainicjowany właśnie w ramach serii Krótkie Gatki projekt „Wiedźmun” zawiera w sobie obietnicę wszystkiego, za co autor „Norki zagłady” jest ceniony, przede wszystkim umiejętnie prowadzonych intertekstualnych gier, w których tkankę wplecione zostaje proekologiczne przesłanie.
Nowy pomysł Samojlika nieprzypadkowo pojawił się teraz – w czasie, kiedy Geralt z Rivii przeżywa swoją drugą, netfliksową młodość, a jego losy inspirują zarówno mainstreamowych twórców gier wideo, jak i oddolną działalność youtuberów pokroju Grupy Filmowej Darwin (kto nie widział „Dwóch mieczy i amuletu”, niech żałuje!). Co prawda pierwszy tom „Wiedźmuna”, zatytułowany „Słodki zapach potwora o zmierzchu”, to dopiero rozstawianie figur na szachownicy, ale już na jego podstawie można przewidywać, że Samojlikowska reinterpretacja prozy Andrzeja Sapkowskiego będzie apelem o większe zrozumienie dla środowiska naturalnego, przy zachowaniu świadomości zarówno obcości przyrody, jak i tego, że jej bezmyślne niszczenie to dla człowieka gest w istocie samobójczy.
Punktem wyjścia „Wiedźmuna” jest rzeczywistość spełniającej się ekologicznej apokalipsy. W świecie zniszczonym przez fale upałów i lawiny śmieci, w którym jeden za drugim wymierają gatunki zwierząt, a paliwa kopalne już zdążyły się wyczerpać, niedobitki ludzkości egzystują w bunkrach, wspierane przez takie dobrodziejstwa techniki, jak robotyczne niańki oraz e-learning. Mieszkanką jednego z takich przybytków jest dziewczynka o imieniu Kira, której ojciec – genialny wynalazca pracujący nad jednym z projektów ocalenia świata – kilka lat wcześniej zaginął w tajemniczych okolicznościach. Odwiedzając pracownię rodzica, Kira przypadkowo otwiera międzywymiarowe przejście prowadzące do świata, w którym czarodzieje poszukują tajemniczej substancji o nazwie aurergium, a wychowani w Kaer Frauer wiedźmuni tacy jak Gierwald trudnią się tępieniem potworów przybyłych z jakiejś alternatywnej, nikomu nieznanej rzeczywistości. Przechodząc przez portal, dziewczynka traci pamięć, szczęśliwie jednak trafia na wędrownego barda (pracującego nad przebojem większym niż słynny hit „Daj, ać ja pobruszę…”), który zabiera ją do karczmy, gdzie droga protagonistki po raz pierwszy i zapewne nie ostatni skrzyżuje się ze ścieżkami zarówno Gierwalda, jak i czarodziejek Dżenifer i Diss oraz towarzyszącego im krasnoluda Xarpena.
Parodia sagi o Wiedźminie w wydaniu Tomasza Samojlika jest – podobnie jak wcześniejsze wycieczki tego autora do uniwersum popkultury (np. do „Gwiezdnych wojen” w serii o ryjówkach) – oparta raczej na życzliwym puszczaniu oka do czytelnika niż na ironicznej dekonstrukcji. Mówiąc krótko: twórca wykorzystuje powszechnie znane motywy, postaci i fabularne „patenty”, niespecjalnie troszcząc się o ich umocowanie w konkretnych gatunkach czy poetykach, za to przystosowując je do potrzeb własnego uniwersum – a w zasadzie multiwersum, pierwszy tom „Wiedźmuna”, w którym gościnne występy w pojedynczych kadrach zaliczyli m.in. Dobrzyk i Miłka, sugeruje bowiem istnienie jakiejś międzywymiarowej (intergalaktycznej?) więzi między światami przedstawionymi poszczególnych prac Samojlika. „Słodki zapach…” to zatem taka reinterpretacja „Wiedźmina”, jaka musiałaby się pojawić, gdyby mentalność ryjówek przeszczepić do świata fantasy, a zabijane przez Geralta/Gierwalda potwory zaprezentować jako „ostatnie żubry” zagrożonego klęską ekosystemu.
Nie sposób odmówić przy tym Tomaszowi Samojlikowi kreatywności w konstruowaniu własnego bestiariusza. Co istotne, jest to kreatywność nie tylko graficzna, lecz także leksykalna. Pod względem wyobraźni językowej autor „Ryjówki przeznaczenia” przejawia wrażliwość wręcz leśmianowską, ze swadą zapełniając świat „Wiedźmuna” juszczykłujami, klabiściegami, tuśmiwisami i innymi ćmównikami. Członkowie wykreowanego przez niego zwierzyńca – mimo iż w języku ludzi się nie porozumiewają – wydają się obdarzeni bardzo ludzkimi emocjami i potrzebą ich komunikowania; co więcej, wykazują silny związek z naturą, a nawet zdolność do ożywiania wybranych elementów świata przyrody. Są też – tak samo jak Kira i jej ojciec – przybyszami z innego wymiaru. W komiksie Samojlika zaawansowana technologia spotyka się zatem z kreacyjną mocą natury. Czy te dwie odległe od siebie siły będą w stanie ze sobą współpracować? Zapewne już wkrótce się dowiemy.
Nowy pomysł Samojlika nieprzypadkowo pojawił się teraz – w czasie, kiedy Geralt z Rivii przeżywa swoją drugą, netfliksową młodość, a jego losy inspirują zarówno mainstreamowych twórców gier wideo, jak i oddolną działalność youtuberów pokroju Grupy Filmowej Darwin (kto nie widział „Dwóch mieczy i amuletu”, niech żałuje!). Co prawda pierwszy tom „Wiedźmuna”, zatytułowany „Słodki zapach potwora o zmierzchu”, to dopiero rozstawianie figur na szachownicy, ale już na jego podstawie można przewidywać, że Samojlikowska reinterpretacja prozy Andrzeja Sapkowskiego będzie apelem o większe zrozumienie dla środowiska naturalnego, przy zachowaniu świadomości zarówno obcości przyrody, jak i tego, że jej bezmyślne niszczenie to dla człowieka gest w istocie samobójczy.
Punktem wyjścia „Wiedźmuna” jest rzeczywistość spełniającej się ekologicznej apokalipsy. W świecie zniszczonym przez fale upałów i lawiny śmieci, w którym jeden za drugim wymierają gatunki zwierząt, a paliwa kopalne już zdążyły się wyczerpać, niedobitki ludzkości egzystują w bunkrach, wspierane przez takie dobrodziejstwa techniki, jak robotyczne niańki oraz e-learning. Mieszkanką jednego z takich przybytków jest dziewczynka o imieniu Kira, której ojciec – genialny wynalazca pracujący nad jednym z projektów ocalenia świata – kilka lat wcześniej zaginął w tajemniczych okolicznościach. Odwiedzając pracownię rodzica, Kira przypadkowo otwiera międzywymiarowe przejście prowadzące do świata, w którym czarodzieje poszukują tajemniczej substancji o nazwie aurergium, a wychowani w Kaer Frauer wiedźmuni tacy jak Gierwald trudnią się tępieniem potworów przybyłych z jakiejś alternatywnej, nikomu nieznanej rzeczywistości. Przechodząc przez portal, dziewczynka traci pamięć, szczęśliwie jednak trafia na wędrownego barda (pracującego nad przebojem większym niż słynny hit „Daj, ać ja pobruszę…”), który zabiera ją do karczmy, gdzie droga protagonistki po raz pierwszy i zapewne nie ostatni skrzyżuje się ze ścieżkami zarówno Gierwalda, jak i czarodziejek Dżenifer i Diss oraz towarzyszącego im krasnoluda Xarpena.
Parodia sagi o Wiedźminie w wydaniu Tomasza Samojlika jest – podobnie jak wcześniejsze wycieczki tego autora do uniwersum popkultury (np. do „Gwiezdnych wojen” w serii o ryjówkach) – oparta raczej na życzliwym puszczaniu oka do czytelnika niż na ironicznej dekonstrukcji. Mówiąc krótko: twórca wykorzystuje powszechnie znane motywy, postaci i fabularne „patenty”, niespecjalnie troszcząc się o ich umocowanie w konkretnych gatunkach czy poetykach, za to przystosowując je do potrzeb własnego uniwersum – a w zasadzie multiwersum, pierwszy tom „Wiedźmuna”, w którym gościnne występy w pojedynczych kadrach zaliczyli m.in. Dobrzyk i Miłka, sugeruje bowiem istnienie jakiejś międzywymiarowej (intergalaktycznej?) więzi między światami przedstawionymi poszczególnych prac Samojlika. „Słodki zapach…” to zatem taka reinterpretacja „Wiedźmina”, jaka musiałaby się pojawić, gdyby mentalność ryjówek przeszczepić do świata fantasy, a zabijane przez Geralta/Gierwalda potwory zaprezentować jako „ostatnie żubry” zagrożonego klęską ekosystemu.
Nie sposób odmówić przy tym Tomaszowi Samojlikowi kreatywności w konstruowaniu własnego bestiariusza. Co istotne, jest to kreatywność nie tylko graficzna, lecz także leksykalna. Pod względem wyobraźni językowej autor „Ryjówki przeznaczenia” przejawia wrażliwość wręcz leśmianowską, ze swadą zapełniając świat „Wiedźmuna” juszczykłujami, klabiściegami, tuśmiwisami i innymi ćmównikami. Członkowie wykreowanego przez niego zwierzyńca – mimo iż w języku ludzi się nie porozumiewają – wydają się obdarzeni bardzo ludzkimi emocjami i potrzebą ich komunikowania; co więcej, wykazują silny związek z naturą, a nawet zdolność do ożywiania wybranych elementów świata przyrody. Są też – tak samo jak Kira i jej ojciec – przybyszami z innego wymiaru. W komiksie Samojlika zaawansowana technologia spotyka się zatem z kreacyjną mocą natury. Czy te dwie odległe od siebie siły będą w stanie ze sobą współpracować? Zapewne już wkrótce się dowiemy.
Tomasz Samojlik: „Wiedźmun. Tom 1: Słodki zapach potwora o zmierzchu”. Kultura Gniewu. Warszawa 2020 [seria: Krótkie Gatki].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

