ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (460) / 2023

Wojciech Rusinek,

MARZENIE, KTÓREMU NA IMIĘ SIEWIER (SZCZEPAN TWARDOCH: 'CHOŁOD')

A A A
Po lekturze „Chołodu” najbardziej intryguje mnie, dlaczego Szczepan Twardoch tym razem kazał głównemu bohaterowi – Ślązakowi z Pilchowic, zawędrować aż na Syberię. Pomysł na to „zesłanie” autor ukształtował bardzo oryginalnie na tle najbardziej typowych losów Górnoślązaków w stalinowskiej Rosji. Można by się spodziewać, że Konrad Widuch będzie na przykład żołnierzem Wermachtu, który dostał się do radzieckiej niewoli pod Stalingradem i dogorywa w którymś z łagrów, albo że będzie przedwojennym śląskim policjantem, który uciekł z transportu do Katynia, czy może górnikiem zabranym w 1946 roku wprost sprzed bramy kopalni przez Armię Czerwoną, który wrócił do Pilchowic („Chołod” jest kolejną częścią panoramicznej niczym „Komedia ludzka” Balzaca opowieści o losach osób urodzonych w rodzinnych stronach autora) dopiero pod koniec lat 50. Tymczasem Widuch, tak jak bohater poprzedniej powieści Twardocha – Alojz Pokora (epizodycznie wspomniany w „Chołodzie”), po pierwszej wojnie światowej związuje się z ruchem komunistycznym, uczestniczy w rewolucji niemieckiej, wiarę w Wielką Ojczyznę Proletariatu traci jednak nieco później niż krajan, już w Związku Radzieckim, jako weteran w wojnie polsko-bolszewickiej (bardzo w niej zasłużony – Twardoch nie szczędzi nam opisów okrucieństw dokonywanych przez czerwonoarmiejców i samego Widucha).

Mam wrażenie, że Twardoch bardzo stara się nie zostać „dyżurnym pisarzem śląskim”, który swoimi kolejnymi dziełami wypełniałby społeczne oczekiwanie na narracje dobrze znane, potwierdzające to, co jako Ślązacy wiemy o sobie (to chociażby przypadek „Kajś” Zbigniewa Rokity – książki odkrywczej dla nie-Ślązaków, o czym świadczy Literacka Nagroda Nike, lecz dość oczywistej z perspektywy kogoś, kto na Śląsku i w śląskiej rodzinie dorastał), czy raczej to, co sobie wmówiliśmy. Pytając o tożsamość Ślązaków, w „Drachu”, „Pokorze” i niektórych opowiadaniach, prozaik wielokrotnie rozbijał utrwalone w świadomości zbiorowej mity, schematy biograficzne, przede wszystkim zaś mechanizmy historycznego samouniewinniania (takie jak silne na Górnym Śląsku i przekazywane z pokolenia na pokolenie poczucie dziejowej krzywdy). Z punktu widzenia tej strategii pisarskiej Konrad Widuch jest – ponownie: tak jak Alojz Pokora – tą „ciemną stroną” śląskiej duszy, mrocznym bratem-bliźniakiem (niczym Conradowski Kurtz dla Marlowa), o którym najchętniej byśmy zapomnieli, którego byśmy odesłali jak najdalej, może właśnie… na Syberię? I w istocie Widuch jest w powieści takim wypartym widmem-cieniem. Jego istnienia narrator nie potrafi mimo usilnych starań potwierdzić, a jedyne zapisane świadectwa życia bohatera (dwa odręcznie zapisane zeszyty cudem odnalezione przez jego córkę) brzmią jak literacka fantazja. „Wyparty Widuch” jest wcieleniem wszystkiego, czego może się brzydzić Ślązak XX i XXI wieku: po przejściu na stronę rewolucji wyrzeka się matki (urywa korespondencję, nigdy nie wraca do Pilchowic), porzuca niemiecki Heimat dla sowieckiej Rosji, jako bolszewicki żołnierz traktuje z pełną bezwzględnością Polaków, drwi z wszelkich przejawów religijności, czuje się dobrze, porzucając wszelkie tożsamości (lokalne, polityczne – w końcu próbuje uciec nawet przed komunizmem i Rosją radziecką), jest skłonny do najbrutalniejszych tortur. Traci także identyfikację językową – jego zapiski, których przytoczenie zajmuje kilkaset stron „Chołodu”, są mieszaniną kulawej polszczyzny, śląskiego, rosyjskiego, niemieckiego i języka tajemniczego ludu chołodców. „Ja czełowiek? Był ja kiedykolwiek czełowiekiem?” (s. 29) – pyta Widuch w pierwszych zdaniach swojego notatnika, a my możemy sparafrazować: „Ja Ślązak? Był ja kiedykolwiek Ślązakiem?”.

Twardoch wysyła Widucha na Syberię coraz dalej i dalej, najpierw do (świadomie przemilczanego w narracji) łagru, potem do zagadkowej, żyjącej w izolacji społeczności Chołodzian, a potem aż na Biegun Północny do mitycznego Siewieru. Najprościej byłoby stwierdzić, że robi to po to, by za pomocą nieprawdopodobnej i niebywale pomysłowej fabuły przedstawić drogę ucieczki bohatera od stabilnych tożsamości (czy to lokalnych, czy wielkich tożsamości politycznych XX wieku), ale rzecz nie jest chyba taka prosta. Po pierwsze, „Chołod” okazałby się w tym ujęciu jedynie powtórzeniem „Pokory”. Po drugie, w najnowszej powieści Twardocha pojawia się zabieg narracyjny, który każe tak proste odczytanie zakwestionować.

Powieść zaczyna się bowiem od rzekomo autobiograficznej opowieści Szczepana Twardocha o podróży, którą odbył na Spitsbergen latem 2019; podróży będącej ucieczką od „miast, w których bywam przejazdem, i śląskiej prowincji, gdzie mieszkam” (s. 5), a której celem było także wyleczenie się z acedii i narastającej w pisarzu agresji wobec ludzi i siebie samego. Tuż przed powrotem z wyspy do domu Twardoch spotyka osiemdziesięcioletnią Borghild Moen, Norweżkę, która zabiera go w rejs jachtem oceanicznym, przy okazji pokazując mu – narrator nigdy nie dowie się, na ile ich spotkanie było przypadkowe – zagadkowy zeszyt zapisany w 1946 roku przez pochodzącego z Pilchowic Konrada Widucha. Zaintrygowany rękopisem, Twardoch-narrator zrywa telefoniczny kontakt z domem i wyrusza z Borghild na Północ. Opowieść Twardocha-pisarza jest oczywiście mistyfikacją, imitacją autobiograficznej relacji z podróży, zabiegiem, który ma na celu wciągnięcie nas w literacką grę. Trudno podczas tej awanturniczej historii nie zadawać sobie pytania, czy rzeczywiście autor „Dracha” czytał dzienniki renegata z Pilchowic i czy rzeczywiście wyruszył na poszukiwanie śladów… No właśnie: czego? Jego istnienia? Istnienia mitycznego Chołodu? Siebie samego? Wracamy w końcu do punktu wyjścia i możemy zapytać: dlaczego Szczepan Twardoch kazał swojemu alter ego wyruszyć przez lodowaty ocean w kierunku ziem, które prawdopodobnie nigdy nie istniały?

Szkatułkowa kompozycja „Chołodu”, także przez mocno tu wyeksponowane motywy marynistyczne, mocno przypomina konstrukcję „Jądra ciemności”. Jak pamiętamy, anonimowy marynarz przytacza w książce Conrada opowieść Marlowa, który – relacjonując z kolei swoje spotkanie z demonicznym Kurtzem w krainie szaleństwa – sam nie może uwierzyć w to, o czym opowiada. Tytułowe „jądro ciemności” istnieje tyleż w realnej Afryce, co może bardziej w głębi psychiki Marlowa (i każdego Europejczyka). „Chołod” przedstawia bardzo podobną historię – i wbrew pozorom nie jest to kolejna opowieść o Ślązakach zmiażdżonych przez tryby historii, o materii, w którą wszyscy się zamieniamy, o mizantropijnej ucieczce od zbiorowości, łatwiejszej do zrozumienia z wnętrza śląskiej, „genetycznie antypolitycznej” tożsamości. Do pewnego momentu możemy domniemywać, że moralnie zniszczony przez piekielną historię XX wieku Widuch właśnie w Chołodzie znajdzie utopijną, idealną społeczność, która w swojej ahistorycznej pierwotności wyleczy go z ran, win i traum. Nic z tych rzeczy! Chołod mógłby być nowym mitem mającym przynieść pocieszenie. Najpierw Widuchowi (jeśli nawet Chołod okazałby się tylko literacką fantazją uciekiniera z gułagu), potem Twardochowi (nawet gdyby dzienniki Widucha były sfingowane przez Borhild) i w końcu nam (żyjącym w lęku, że demoniczna historia XX wieku odradza się u naszych wschodnich granic). Treścią tego mitu byłoby przekonanie, że są gdzieś na świecie miejsca nieskażone ideologiami, historią, cywilizacją, a my (przez śniegi i lód) może tam kiedyś dotrzemy. Tymczasem społeczność Chołodu, do której Widuch trafia po ucieczce z łagru w towarzystwie zepsutej Rosjanki Ljubow i okaleczonego przezeń niebywale brutalnie enkawudzisty Gabaidzego, jest dokładnie taka, jak wszystkie inne pierwotne zbiorowości. Brutalna, rządząca się nieludzkimi zasadami (zabijanie dzieci, które „nie mają duszy”), uzasadniająca totemiczną religią najdziwniejsze rytuały społeczne, wykluczająca kobiety, porywająca niewolników, fingująca swoją tożsamość jako „odwieczną” (gdy tymczasem, jak domyśla się Widuch, zaledwie kilka pokoleń wstecz przybyli z południa, na co wskazuje ich język przypominający mowę Słowian i Bałtów).

Co prawda – jak w niemal każdej historii o pierwotnych wioskach – w końcu dla żyjącej poza światem gromady nadchodzi zagrożenie: dwóch rosyjskich lotników, reprezentantów piekielnego imperium, odkrywa istnienie Chołodu. Nie to jednak sprawia, że Widuch, Ljubow i jeden z rodów Chołodzian muszą opuścić wioskę i ruszają przez morze na północ. Z „jądra chłodu” Widuch zostanie wypędzony za złamanie surowo przestrzeganej zasady gościnności i z powodu silnych więzi rodowych. Mniejsza o szczegóły, szkoda w recenzji psuć przyjemność lektury, odkrywania nawiązań do Conrada (poza „Jądrem…” to oczywiście także „Lord Jim”), podobieństw do prozy Teodora Parnickiego („Tylko Beatrycze” i „Nowa Baśń”) czy innych metatekstów, chcę jednak podkreślić, że nie w epizodzie wypędzenia i zagrożenia cywilizacyjnej niewinności Chołodu upatruję sens nowej powieści Twardocha i odpowiedzi na zadane na początku pytanie. Widuch wraz z wypędzonymi wyrusza jeszcze raz, jeszcze dalej na północ – „na Siewier”, do mitycznej krainy, o której opowiadają Chołodzianie, leżącej za morzem rzekomo żyznej wyspy, na której żyją mamuty. Powieść Twardocha jest jak dobrze przemyślana układanka. Dość nużący okazuje się etap mozolnego przedzierania się przez kolejne fragmenty, rozpoznawania konstrukcji, planu, zamysłu – zamierzony jako szalono-awanturnicza opowieść „Chołod” oparty jest na pokracznej narracyjnie, dygresyjnej, retardacyjnej opowieści Widucha (będącej językowym odpowiednikiem monotonnej wędrówki bohatera przez tundrę i rejsu po Oceanie Arktycznym). W końcu jednak, w ostatnich partiach powieści, finał wynagradza nam to przedzieranie się przez tekst, choć wynagradza dość przewrotnie – więcej bowiem w zakończeniu tej historii niewiadomych, niż zakładalibyśmy po fabule opartej na schemacie „archeologii pamięci”.

Czy Widuch dociera do Siewieru? Drugi dziennik przedstawiony Twardochowi przez Borghild przekonuje, że tak, jednak zaznaczona przez Ślązaka na mapach lokalizacja wulkanicznej wyspy nie odpowiada współczesnej wiedzy o geografii dalekiej północy. Problem w tym, że ów drugi dziennik jest tylko kserokopią, a Norweżka nie wyjaśnia Twardochowi, dlaczego nie pokazuje mu oryginału. Ku Siewierowi płynie też – prawem conradowskiej analogii – jacht Borghild i Twardocha. Docieramy tu do sedna „Chołodu”. To Siewier jest ideowym horyzontem obu podróży i sednem fabuły powieści – Siewier i jego mglista, migotliwa obecność-nieobecność, wyspa-marzenie, która może być ucieczką dla wszystkich wyrzuconych poza historię, skrzywdzonych, „innostrańców” (jak nazywa siebie Widuch), pogrążonych w acedii intelektualistów (Twardoch), zwykłych ludzi (Chołodców). Wyspa, do której się płynie – a płyną ku niej kolejne pokolenia ludzi z różnych stron świata, ludzi połączonych wspólnym losem w jakiś tajemniczy, urągający rozumowi sposób – lecz do której dopłynąć się nie da, bo okazuje się fantasmagorią wymęczonej mrozem i głodem psychiki, marzeniem umierającej na nowotwór starszej Norweżki, iluzją optyczną zmęczonego życiem pisarza z Pilchowic. Czy marzenie o Siewierze da się jednak porzucić?

Nie bez powodu wspominam o horyzoncie. Choć nie trawię zimy, zdarza mi się czasem w aplikacjach Google Maps czy Google Earth wędrować po północnych wybrzeżach Rosji, Alaski i Kanady. Ustawiam widok na brzegu w nieziemskim, kosmicznym krajobrazie i wpatruję się w horyzont nieprzyjaznego morza, próbuję wymyślić, co może czuć człowiek z bezpiecznego, spokojnego miasta Europy stojący w takim miejscu. Słychać dla mnie w tym krajobrazie echo jakiegoś archetypowego marzenia o zajrzeniu poza granice naszego świata. Tradycyjne atlasy i mapa Azji w Google Maps pozwalają uwierzyć, że rzeczywiście istnieje jakiś absolutny kres Ziemi, za którym jest coś, czego na mapach nie zaznaczono. Jakieś, mówiąc językiem biblijnym, Nowe Niebo i Nowa Ziemia (nomen omen nazwa jednego z rosyjskich archipelagów), gdzie naprawdę doświadczymy pełni i bezpiecznego życia poza czasem (czymkolwiek by to doświadczenie nie było). Twardoch pokazuje w „Chołodzie”, że to niemal religijne marzenie łączy i ludzi pierwotnych, i sceptycznego śląskiego prozaika, i kobietę-badaczkę natury umierającą na nowotwór, i nie-człowieka Widucha. Warunek tego marzenia jest jeden, „Siewier” musi pozostać widmem, inaczej zamieni się w kolejne miejsce udręki, jak wszystkie „raje na Ziemi”: śląska prowincja, imperia Europy początku XX wieku, rewolucyjna Rosja, a w końcu Chołod.

Kiedy spojrzymy na północne brzegi Syberii w Google Earth, czar horyzontu pryśnie. Odzwierciedlony w tej aplikacji kształt Ziemi pokazuje wyraźnie, że płynąc ku mitycznej Północy, argonauci Twardocha mogliby w linii prostej dopłynąć… do Ameryki Północnej (i to jest ważny w powieści trop), tyle że na drodze staje im w powieści albo rosyjski okręt straży granicznej, albo nieprzyjazna pogoda. I całe szczęście. Dzięki temu bowiem marzenie o Siewierze – Nowej Ziemi zostaje podtrzymane. Powieść wydaje mi się wielką pochwałą tęsknoty za Inną Rzeczywistością, która to tęsknota – piękna, melancholijna – jest rewersem nieuniknionych historycznych, kulturowych i biologicznych ograniczeń, z jakimi musimy się zmagać nieustannie i niezależnie od epoki w analogiczny sposób. W ten sposób bohaterowie „Chołodu” dołączyli chociażby do grona wszystkich zawiedzionych światem melancholijnych żeglarzy, na przykład do bohaterów wspomnianych powieści Parnickiego. Do grona tych, w których literatura, opowieść, legenda, mit budzą nieukojoną tęsknotę za drugą stroną rzeczywistości.
Szczepan Twardoch: „Chołod”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2022.