ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (460) / 2023

Katarzyna Szkaradnik,

'BIJE DZWON - NAM CZY KARWINIE?' ('KRZYWY KOŚCIÓŁ', REŻ. RADOVAN LIPUS)

A A A
Na początku był węgiel.
(Narrator w „Krzywym kościele”)
Debiut pisarski Karin Lednickiej „Šikmý kostel” („Krzywy kościół”) z 2020 roku odbił się głośnym echem za naszą południową granicą, czego dowodzi zwycięstwo w ogólnokrajowym plebiscycie na książkę roku w kategorii powieści obyczajowych. Bodaj jeszcze większe zainteresowanie niż wśród Czechów pozycja ta wzbudziła wśród mniejszości polskiej na Zaolziu, gdyż akcja toczy się właśnie w owym regionie, a konkretnie w starej Karwinie, rodzinnym miasteczku autorki. O tyle osobliwym, że na początku minionego stulecia była to kwitnąca osada, jedna z najludniejszych wsi na Śląsku Austriackim, lecz stopniowo uległa unicestwieniu z powodu rabunkowej eksploatacji węgla, skutkującej osuwaniem się budynków, wyburzeniami i wyprowadzkami. Oprócz domów i mieszkańców ofiarą szkód górniczych padła sama pamięć o tym miejscu, wymazywana przez powojenne władze czeskie, które usiłowały odciąć przesiedlonych od korzeni. Powieść Lednickiej spopularyzowała ową ponurą historię – pod wpływem lektury sporo osób wywodzących się stamtąd (z obecnej dzielnicy Karwina-Doły) zaczęło przetrząsać archiwa rodzinne, a nawet czytelnicy z innych rejonów odwiedzali ten niemal opuszczony teren. Do nielicznych obiektów, jakie się tam ostały, należy tytułowy kościół św. Piotra z Alkantary z połowy XVIII wieku – świadek świetności i degradacji dawnej przemysłowej perły Austro-Węgier i państwa czechosłowackiego – dziś pochylony, bo i pod nim zapadła się ziemia.

Wprawdzie książka nie została jeszcze opublikowana w naszym kraju, ale pierwszy tom planowanej trylogii wziął już na warsztat zespół Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie (wcześniej odbyła się premiera inscenizacji w języku czeskim w Teatrze Petra Bezruča w Ostrawie). Za przekład i adaptację odpowiada Renata Putzlacher – poetka, tłumaczka, scenarzystka i działaczka kultury. Motywy pracy nad przedstawieniem wyjaśniała m.in. w wywiadzie dla programu „U Polaków za Olzą”: „Kiedy wzięłam tę książkę do ręki, zaczęłam chodzić śladami bohaterów, szukać, gdzie stał który dom, gdzie był wielki kościół św. Henryka dla czterech tysięcy wiernych, zamek hrabiego Larischa (…). Więc jest to odkrywanie Karwiny na nowo, taka Atlantyda dla mojej generacji (…), a ja symbolicznie wróciłam po pięćdziesiątce do miasta, gdzie się urodziłam” („O tragedii, która zmienia kurs życia” 2022).

O fenomenie „Krzywego kościoła” świadczy szybkie wyprzedanie biletów na kolejne spektakle – począwszy od premierowego z 22 października 2022 roku – włącznie z tym, w którym miałam szczęście uczestniczyć, 17 stycznia (ekipa gra ten tytuł dwa, trzy razy w miesiącu, czasem również wyjazdowo). Jako zapewne jedna z niewielu osób na widowni nie znałam pierwowzoru, zatem w dużym stopniu skupiłam się na biegu wypadków, ale też twórcy sztuki nie zastosowali rewolucyjnych konceptów formalnych: kompozycja scen i sfera wizualna są podporządkowane opowiadanej historii, mającej wszak charakter realistyczno-obyczajowy. Niemniej dramatyzmu jej nie brakuje, aczkolwiek nie chodzi o zagładę miasteczka, fabuła bowiem rozgrywa się znacznie wcześniej. Zawiązanie akcji stanowi ogromna katastrofa górnicza z 1894 roku – w wyniku eksplozji śmierć poniosło 235 robotników z kopalni „Franciszka” i sąsiednich szybów. Spektakl koncentruje się wokół doświadczeń tych, o których w kontekście owej tragedii rzadko dotąd mówiono, czyli rzeszy wdów i sierot pozostawionych na łaskę, lub raczej niełaskę wzmiankowanego hrabiego Larischa – właściciela miejscowego przemysłu i wszystkich dóbr w okolicy (co znamienne, on sam nie pojawia się na scenie, jego sylwetka wyłania się tylko z niejednobrzmiących opinii innych postaci). „Bardzo ciekawa jest ta perspektywa kobieca w męskim, industrialnym krajobrazie regionu cieszyńskiego, karwińskiego” – stwierdził reżyser Radovan Lipus w przywołanym już programie. „Ona właśnie stanowi pryzmat, przez który patrzymy na to, co się dzieje z życiem ludzi po katastrofie” („O tragedii, która zmienia kurs życia” 2022).

Za oś dramaturgiczną można uznać zderzenie postaw zaprzyjaźnionych protagonistek: pokornej, ufnej i bogobojnej Barbary Matuszek (Małgorzata Pikus), która wskutek wybuchu traci męża (Tomasz Kłaptocz) i 14-letniego syna (Krystian Stonawski), oraz niezależnej Julki Siwek (Barbara Szotek-Stonawski), gotowej przekroczyć konwenanse i zerwać więzy małżeńskie, by odciąć się od tyrana i rozpocząć na nowo, zawalczyć o siebie. Jedna znosi ciosy niczym Hiob, druga wierzy, że do odważnych świat należy, lecz alternatywa: poddanie się okolicznościom versus próba bycia kowalem swojego losu okazuje się bardziej złożona i w świetle zakończenia trudno zawyrokować, po czyjej stronie leży racja. Ponadto bohaterki są wielowymiarowe, zwłaszcza Julka, w której nie sposób upatrywać egoistki dążącej wyłącznie do własnego dobra, przeciwnie – wspiera przyjaciółkę już wówczas, gdy zazdrości jej domowego szczęścia.

Perypetie obu kobiet i ich bliskich, a także Ludwika Pospíšila (Kamil Mularz) – syna Hanesa (Grzegorz Widera), innego górnika, który zginął w eksplozji – śledzimy aż do 1921 roku w dwóch aktach i w kilku odsłonach: w scenariuszu wyróżniono zdarzenia z wybranych lat. Punktem kulminacyjnym jest zatarg polsko-czechosłowacki po rozpadzie Austro-Węgier, obejmujący konflikt zbrojny z 1919 roku i podział Śląska Cieszyńskiego rok później. Mimo że zasygnalizowane zostaje nawet mordowanie polskich jeńców w Stonawie, fabuła ma wydźwięk koncyliacyjny. Zgodnie z nią i z wypowiedziami postaci antagonizmy oraz dylematy narodowościowe pojawiły się dopiero z końcem wojny: przedtem mieszkańcy Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego byli wspólnotą, choć niehomogeniczną pod względem mowy, pochodzenia, wyznania (ale ludność polskojęzyczna stanowiła przytłaczającą większość). Jak stwierdza jeden z górników: „Dyć my tacy pomiyszani żyjymy już tela roków”.

Notabene, realizmu dodaje „Krzywemu kościołowi” właśnie warstwa językowa, która – warto powtórzyć – jest dziełem Putzlacher. Dominuje polszczyzna ogólna (także z uwagi na skład zespołu aktorskiego), lecz w niewymuszony sposób nasycona cieszyńską odmianą lokalną, zwaną „po naszymu”; słychać też kwestie po niemiecku (lekarza, urzędnika) i naturalnie po czesku (Pospíšil senior przybył do Karwiny z Moraw). Następnym elementem kolorytu lokalnego są wplecione w fabułę piosenki – zarówno związane z folklorem górniczym (towarzyszące „hawiyrskim” humorystycznym porzekadłom i tańcom), jak i refleksyjne, np. „Panta rhei” (z tekstem Putzlacher i muzyką Doroty Barovej, odpowiadającej za stronę muzyczną spektaklu), z której zaczerpnęłam cytat do tytułu. Wspomniane tańce współtworzą urozmaicony ruch sceniczny, nad którym czuwa Gabriela Klusáková.

Skromne, wręcz zgrzebne stroje (acz zróżnicowane i dopracowane w detalach) większości bohaterów dopełniają tło historyczno-obyczajowe, niezbędne do wykreowania atmosfery robotniczego Śląska z przełomu XIX i XX w. Kostiumy te przygotowała Marta Roszkopfová, podobnie jak dekoracje – dość minimalistyczne, ale pomysłowo zagospodarowujące trzy plany i boczne skrzydła sceny, choćby do wprowadzenia akcji symultanicznej. Nader funkcjonalna jest metalowa konstrukcja usytuowana z tyłu, służąca m.in. jako zjazd do szybu, wieloznaczna brama i rodzaj wiaduktu, który pozwala w razie potrzeby umieścić postacie nad poziomem ziemi. Przy okazji należy napomknąć o korespondujących z fabułą efektach świetlnych oraz o projekcjach wideo prezentowanych w kluczowych momentach i mających wymowę symboliczną.

Najistotniejsze są jednak są dialogi, w połączeniu z sugestywną grą aktorską oddające ciężką dolę kobiet, które w patriarchalnym społeczeństwie, pozbawione oparcia w mężczyznach i środków do życia, muszą zapewnić byt sobie i dzieciom. Szczególnie wyniszczająca – ale przynajmniej dostępna – jest praca „ograbul”, czyli sortowaczek węgla, a Barbara ponadto obsługuje klientów w gospodzie Mokroszki (Anna Paprzyca), mieszkając w piwnicy z trzema córkami. Najmłodsza ledwo się urodziła, lecz starsze – Franciszka (Katarzyna Kluz) i Basia (Joanna Gruszka) – próbują zmienić swoje żałosne położenie. Co ciekawe, choć ich natury wydają się skontrastowane analogicznie do charakterów protagonistek, los przewidział dla nich inne rozstrzygnięcia. Nie tylko w przypadku młodych bohaterów dochodzą do tego wszystkiego komplikacje uczuciowe, z kolei Ludwik staje przed krytycznym dylematem tożsamościowym. Interakcje między postaciami zostały pokazane przekonująco – cały zespół dołożył starań, by publiczność uznała za prawdopodobne, a nie wykoncypowane, zarówno reakcje na tragedię, jak i żarty „hawiyrzi” w karczmie czy plotki w kościele w oczekiwaniu na ślub.

Jak wspomniałam, oprócz wymiaru psychologicznego w „Krzywym kościele” uwidacznia się aspekt społeczny, pod koniec fabuły zaś – także polityczny. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że właśnie ze względu na te proporcje problem przynależności narodowej nie wybrzmiewa mocniej niż napięcie pomiędzy biednymi i pokrzywdzonymi a potentatem, od którego zależy ich życie lub śmierć. Nie liczą się cierpienie ani nędza wdów i sierot, ważniejsze przecież – jak poucza urzędnik – że „w papierach porządek musi być”. Warto pamiętać, że do pracy w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim ściągały z Galicji, Moraw, nawet z Węgier tłumy robotników skuszonych wizją godziwych zarobków, ale w istocie na „czarnych diamentach” wzbogacali się właściciele zakładów, natomiast harujący po dziesięć godzin górnicy musieli się dopominać o elementarne prawa socjalne. Na początku XX wieku „grof” Larisch posiadał ponadto – również będące miejscami akcji – kurort w Darkowie oraz browar, gdzie pracuje Jurek (Marcin Kaleta). Gdy w 1914 roku wkracza na te ziemie wielka historia, sanatorium zostaje zamienione na szpital polowy, a na ubóstwo wdów nakłada się wojenny niedostatek. Nie tylko konflikt światowy, lecz także lokalny uważają mieszkańcy Śląska Cieszyńskiego za bezsensowny: „Niech już się skończy ta bratobójcza wojna”; „Podzielić Cieszyn? Kaj żeście słyszeli takóm gupote? Żebrok, wy już raczyj nie pijcie”.

Na pytanie prowadzącego program „U Polaków za Olzą” Szymona Brandysa, czy trudniej, czy łatwiej tworzyć takie przedstawienie, gdy samemu pochodzi się z tego regionu, reżyser odpowiedział: „Trochę łatwiej, ale też jest to tym większy obowiązek. Tym bardziej człowiek wie, jakie te historie tutaj są skomplikowane, że to nie jest czarno-białe” („U Polaków za Olzą” 2022). Ze sceny wyraża ową myśl Narrator, cytując autobiograficzny esej dramatopisarza Helmuta Kajzara: „Urodziłem się i wychowałem na pograniczu. Pograniczu państw, języków, kultur, wojny i pokoju. To zawieszenie, »między«, jest stygmatem nie do usunięcia”. Jako główny bohater „Krzywego kościoła” jawi się właśnie społeczność tego pogranicza – zwykli mieszkańcy (a zwłaszcza mieszkanki) górniczej części Śląska Austriackiego – i ów portret zbiorowy niewątpliwie w dużej mierze został skierowany do publiczności z dzisiejszego Zaolzia czy szerzej: całej ziemi cieszyńskiej. Taki wniosek nasuwa choćby padająca z ust jednej z postaci przestroga, że kto zapomni o swoich korzeniach, zagubi się w codzienności.

Wszakże nie trzeba być „tu stela” (jak mówią o sobie autochtoni), by zrozumieć „Krzywy kościół” – jego przekaz jest uniwersalny. Jak podkreśla Putzlacher w innym wywiadzie, książka i sztuka „zawiera[ją] tragedię rozmiaru antycznego. Widzę w tym utworze nawiązania do motywu Niobe, która skamieniała z rozpaczy i bólu. Z kolei w początkowym rozdziale (…), gdzie mamy katorżniczą pieszą wyprawę kobiet po sól z Karwiny do Wieliczki, zauważam aluzję do żony Lota. W »Krzywym kościele« czujemy nieustanny upływ czasu, koło szybu kopalnianego, kręcąc się, odmierza dni, tygodnie, miesiące”. Przemijanie symbolizuje też rozsypana przez Narratora w inicjalnej scenie garść piasku, sygnalizująca, że będziemy mieć do czynienia z historią o nietrwałości całych społeczności i ulotności życia jednostek, lecz wbrew pozorom to zarazem opowieść o potężnej sile drzemiącej w człowieku. A do wymienionych motywów biblijno-mitologicznych dodałabym wątek syna marnotrawnego, który uzmysławia widzom powszechność bratobójczych konfliktów narodowościowych – uciekinierka ze Lwowa oznajmia lakonicznie: „Tam już to wszystko przerabialiśmy”.

Jeśli natomiast chodzi o lokalne niuanse historyczno-polityczne, to osobom nieznającym dziejów Śląska Cieszyńskiego przybliża je właśnie Narrator, swoisty „duch Karwiny”. Rola ta powstała specjalnie dla Jana Monczki, który również się tu urodził i musiał opuścić miasto w dzieciństwie. Wprowadzenie na deski teatru takiej epickiej instancji grozi nadmiarem relacjonowania w stosunku do przedstawiania, na szczęście twórcy spektaklu uniknęli podobnego wrażenia, pozwalając Narratorowi płynnie przechodzić w postacie epizodyczne. Notabene, bodaj każdy aktor drugoplanowy łączy dwie role. I mimo że fabuła toczy się miarowo, są to krótkie scenki, które zmieniają się dynamicznie i wymagają np. błyskawicznej zmiany stroju, dlatego jest to sztuka niełatwa także ze względów technicznych. „Także”, gdyż przede wszystkim stanowi dla aktorów wyzwanie, po pierwsze, emocjonalne i warsztatowe, po drugie, wynikające z presji ze strony czytelników powieści i Zaolzian (Cieszynian) w ogóle. O wyczuleniu mieszkańców regionu na własne wizerunki świadczy rezonans, jaki wywołał inny owoc współpracy Putzlacher z Lipusem, „Těšínské niebo – Cieszyńskie nebe” z 2004 roku, przedstawienie, które osiągnęło status kultowego, choć wzbudziło też obiekcje jako wizja zbyt wyidealizowana. Odnosząc się z kolei do tematu Karwiny, warto nadmienić o adaptacjach powieści Gustawa Morcinka mniej lub bardziej osadzonych w jej realiach: niemal dokładnie trzy dekady temu Těšínské Divadlo wystawiło „Czarną Julkę” w reżyserii Janusza Klimszy, a w 2019 roku Wiesław Hołdys wyreżyserował tam „Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki (o nich pisałam w „artPAPIERze” nr 22). „Krzywy kościół” stanowi kolejną udaną rekonstrukcję tej dawnej osady górniczej, równocześnie zaś unaocznia dramat szarych ludzi – zwłaszcza kobiet i dzieci – dotkniętych katastrofą i wojną, z czym po pandemii i w trakcie walk tuż za naszą wschodnią granicą publiczność może się identyfikować. Po powrocie do Karwiny Julka zadaje Barbary retoryczne pytanie: „A co jest tu? Tylko szachty [tj. kopalnie – K.Sz.]”. Wiele lat po Morcinku Lednická, a dzięki niej Putzlacher, Lipus oraz reszta realizatorów i aktorzy Sceny Polskiej udowadniają, że to niezwykłe miasto widmo kryje w sobie znacznie więcej.

Literatura:

„O tragedii, która zmienia kurs życia”. Wywiad z Renatą Putzlacher i Radovanem Lipusem. Rozmawiała Małgorzata Bryl-Sikorska. „Dziennik Teatralny”, 5.10.2022. http://dziennikteatralny.pl/artykuly/o-tragedii-ktora-zmienia-kurs-zycia.html [dostęp: 10.02.2023].

„U Polaków za Olzą” [audycja radiowa], odcinek 75: „Premiera »Krzywego kościoła« i 75 lat Chóru Męskiego »Gorol«”. Autor: Szymon Brandys. Polskie Radio Katowice. https://podcasty.radio.katowice.pl/u-polakow-za-olza-premiera-krzywego-kosciola-i-75-lat-choru-meskiego-gorol/ [dostęp: 10.02.2023].
Karin Lednická: „Krzywy kościół”. Reżyseria: Radovan Lipus. Przekład i adaptacja: Renata Putzlacher. Scenografia i kostiumy: Marta Roszkopfová. Muzyka i opracowanie muzyczne: Dorota Barová. Choreografia: Gabriela Klusáková. Premiera: 22.10.2022 r., Scena Polska Těšínského Divadla w Czeskim Cieszynie.