ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (463) / 2023

Magdalena Piekara,

KILKA SŁÓW O POZYTYWISTACH (ANNA JANICKA: 'POZYTYWIŚCI WARSZAWSCY - DYLEMATY POKOLENIA. STUDIA')

A A A
Bolesław Prus w tekście opublikowanym w ósmym numerze „Niwy” w 1875 roku pisał o zadaniach ówczesnych felietonistów i twierdził, że każdy z nich: „musi być wszędzie i wiedzieć o wszystkim. Musi zwiedzać nowo zabudowujące się place, ulice pozbawione chodników, tamy, mosty, targi wełniane i instytucje dobroczynne, muzea, teatry, uczone psy, cyrkowe konie, posiedzenia różnych towarzystw akcyjnych, jatki, łazienki itd. Musi czytywać i robić wyciągi ze wszystkich pism (…). Musi być kawałeczkiem ekonomisty, kawałeczkiem astronoma, technika, pedagoga, prawnika itd., jeśli zaś brak mu jakiejś cząstki »wszechwiedzy i mądrości« – wówczas musi, nie przymierzając z wywieszonym językiem gonić po mieście specjalistów lub do góry nogami przewracać encyklopedie” (Prus 1956: 191). W podobnej sytuacji znajdują się dziś naukowczynie i naukowcy zajmujący się historią literatury, kultury czy nauki drugiej połowy XIX wieku. Ilość materiału już omówionego wielokrotnie jest wręcz przytłaczająca, a ilość materiału, który jeszcze wymaga badań – równie imponująca (tak dzieje się u Anny Janickiej, gdy wspomina ona choćby o potrzebie stworzenia pełnego portretu Adama Wiślickiego). Niełatwe więc zadanie stoi przed badaczkami i badaczami tej epoki: jak wybrać i jednocześnie ograniczyć materiał wyjściowy, jakie konteksty przywołać, które oczywistości pominąć, a jakie przedstawić w nowym świetle. Zadanie niełatwe, a jednak Janicka podejmuje się go, a na dodatek, odnosi sukces. Stawia ciekawe pytania, mnoży wątpliwości, przedstawia interesująca (obecną już wcześniej w jej badaniach) perspektywę.

W pierwszym tomie „Słownika języka polskiego” Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego definicję słowa „album”. Dowiemy się, iż jest to księga z fotografiami, lecz także „zbiór rysunków, widoków, obrazów” („Słownik języka polskiego” 1900: 33). Dlaczego, pisząc o książce Anny Janickiej, przywołuję ten opis słownikowy? Otóż, w wielu XIX-wiecznych bibliotekach, w wielu biurkach i na wielu stołach znajdowały się albumy. Nie mam tu na myśli tych familijnych ksiąg ozdobnych przeznaczonych na fotografie, lecz myślę o zbiorach rycin, jak np. wielokrotnie wznawiany „Album historycznych widoków Polski” Napoleona Ordy czy „Padół płaczu” Artura Grottgera (wydany wraz z cyklami „Polonia” i „Lithuania” w 1888 roku). Pojedyncze karty składały się na cykl, zyskiwały szerszy kontekst, przestawiały kompletną historię ukazaną z konkretnej perspektywy, czytelnej i zrozumiałej dla odbiorcy. Artyści dokonywali pewnego wyboru, z kolei posiadacze albumów także kupowali takie, które wydawały się im interesujące, a czasem wręcz „mówiące” coś o nich samych, spełniające ich oczekiwania i potrzeby. Książka Janickiej o pozytywistach warszawskich jawi mi się właśnie jako taka XIX-wieczna teka. Każdy obraz jest skończony, ale dodatkową wartość zyskuje w kontakcie z pozostałymi, w ich kontekście, a ta całość odsłania nowe i wcale nieoczywiste treści. Indywidualne ujęcia w pracy Janickiej już prezentują się niezwykle, porządkuje ona bowiem materiał wedle wyrazistego klucza, który przedstawia w części pierwszej, by później omawiać przypadki szczegółowe. Postępuje zresztą jak „rasowi” pozytywiści, o których sama pisze: „Pozytywiści są bardziej konkretni i oprócz idei interesują ich jej konkretne wcielenia” (s. 225). Gdy spoglądamy na poszczególne rozdziały, możemy zastanawiać się, cóż łączy ze sobą broszurę o sławnych Polkach Orzeszkowej czy esej Juliusza Kleinera o Stefanie Żeromskim z dramatami Wacława Szymańskiego. Żeby zachęcić do przeczytania „Pozytywistów warszawskich…”, a jednocześnie nie powiedzieć zbyt wiele, by przyjemność lektury pozostać niezmącona, można jedynie dodać, że autorka wskazuje właśnie na poszczególne pojęcia i tropy, wyraźnie zaznacza zakres własnych poszukiwań i terminologię, którą zamierza się posługiwać, następnie rozpatruje je właśnie w ujęciach szczegółowych, zaś taki układ książki uznać należy za wyjątkowo udany.

Janicka chętnie odwołuje się do stereotypowego postrzegania pozytywizmu i samych pozytywistów, a szczególnie ich poglądów i postaw, już we wstępie wprowadza typologię oglądu tej epoki, która „finałowo prowadzi (…) do ukształtowania obrazu pozytywistycznego, [który] jest wyjątkowo monofoniczny, monologiczny i – co z tego wynika – jego wpływ na przyszłość pozostaje także jednowymiarowy” (s. 15–16). To jeden z elementów książki, który nie do końca jest czytelny i jasny. Rozumiem koncept, zderzenie faktów z obiegowymi opiniami, takimi, które ciążą nad całokształtem obrazu, pojawiając się w mediach czy w procesie szkolnym albo w procesie czytania. Jednak uproszczony i – najczęściej – emocjonalnie oraz wartościująco zabarwiony obraz epoki mógłby być punktem wyjścia do rozważań, ale tylko wtedy, gdy zostałby doprecyzowany. Czyżby ów stereotyp, a może jednak nie tylko jeden, pozostaje jednorodny przez dziesięciolecia, a nawet ponad wiek, spójny i niezmienny?

Pozytywizm warszawski w ujęciu Janickiej przedstawiony jest, co deklaruje sama autorka, „jako impuls modernizacyjny kultury polskiej w chwili załamania się jej dawnych wzorów i paradygmatów, opartych na pryncypiach postaw irredentystycznych. Takie spojrzenie na ten etap rozwoju literatury i świadomości polskiej po traumie 1864 roku wymaga przewartościowania ujęć, które uległy zasklepieniu, a czasem przeszły w fazę stereotypowych zamknięć epoki” (s. 13–14). Podobnie zresztą kończy autorka część pierwszą, gdy odwołuje się do licznych interpretacji patriotyzmu pozytywistów i zauważa, że wcześniej, do 1918 roku, uznawano ich drogę za błędną, ale nie odmawiano im miłości do ojczyzny, zaś później – po odzyskaniu niepodległości – zmieniło się to w stereotyp niepatriotycznego pokolenia. A później dodaje Janicka uwagę, która wybrzmiewa dość mocno w zakończeniu: „Stereotyp godzien podważenia” (s. 101). Wątpliwości będące moim udziałem wzmacniam głosem Grzegorza Grochowskiego, który dostrzegł niebezpieczeństwa związane ze stosowaniem niezwykle obszernego znaczeniowo pojęcia: „Odnoszenie tego pojęcia do sfery tekstów artystycznych, aczkolwiek sankcjonowane przez praktykę badawczą, a zwłaszcza krytycznoliteracką, jest bowiem posunięciem wywołującym szereg kłopotów i wątpliwości. Przede wszystkim mamy do czynienia z terminem zapożyczonym z innych dyscyplin i pierwotnie przystosowanym do opisu odmiennego – tzn. wyodrębnionego na podstawie innych kryteriów – przedmiotu” (Grochowski 2003:49). Pojęcie stereotypu w literaturoznawstwie jest doskonale opracowane, przy okazji badań nad socrealizmem, przez np. Michała Głowińskiego czy Wojciecha Tomasika, da się więc uznawać ów termin za pewną możliwość komunikacyjną, sugerującą ciekawe rozwiązania, zdążające do zakwestionowania go w całości, ukazujące fałszywość założeń, które zakorzeniły się w powszechnej świadomości. Jednak, by takie działanie prowadzić, trzeba byłoby znać zakres samego stereotypu, jego granice, a także najważniejsze jego zmiany w ujęciu diachronicznym.

Ta deklarowana przeze mnie wątpliwość dotycząca stereotypów nie jest związana z chęcią zakwestionowania samego użycia tego terminu. Rozumiem, dlaczego autorka przyjęła taką strategię, wszak nie raz i nie dwa sama zderzałam się z całkowicie nieuprawnionym, niesłychanie powierzchownym sposobem omawiania i oceniania pozytywizmu, doskonale wiem, że „Stereotypy są presuponowane także w tym sensie, że pozostają niefalsyfikowalne, niepodważalne. Raz przyswojonego i wyartykułowanego stereotypu właściwie nie sposób się pozbyć, wymazać go z zasobów posiadanej wiedzy” (Grochowski 2003: 69). Pragnęłabym jednak wyraźniejszego zaznaczenia granic tego pojęcia w książce, która przedstawia złożoność dylematów pokolenia pozytywistów warszawskich. Samo przyjęcie istnienia porozumienia między autorką a czytelnikami, iż obie strony rozumieją zakres i skutki występowania stereotypowej oceny pozytywistów, uważam tu za niewystarczające.

Janicka zaczyna swoje rozważania od zdania, które, moim zdaniem, wzbudzi wśród badaczek i badaczy pozytywizmu dość zrozumiały niepokój, a nawet sprzeciw. Autorka książki o dylematach pozytywistów warszawskich stwierdza: „Pozytywizm nie jest dziś epoką modną, a myśl pozytywistyczna, metodologia pozytywistycznej nauki należą z pewnością do zjawisk, które ufna w swe siły współczesność uznała za minione, przebrzmiałe” (s. 11). Należy mieć nadzieję, że jest wręcz przeciwnie, a wyrażony przez Janicką pogląd uznać za retoryczną przesadę (to, że właśnie tak jest, ujawnia zakończenie książki, gdy autorka pisze o odzyskiwaniu epoki) i przypomnieć opinię Elizy Orzeszkowej, która w „Kilku uwagach nad powieścią” sformułowała pogląd dotyczący pojawiania się pewnych myśli czy idei w tekście: „jeżeliby w łonie społeczności nie było idei, ona by się i w pojedynczym nie zrodziła umyśle. Więc nie autor, jakkolwiek potężny, tworzy ogół, ale ogół tworzy autora; a on jako silny pomaga dźwiganiu się tego, co go stworzyło” (Orzeszkowa 1959: 26). W takim kontekście myśl Janickiej nie pojawia się w próżni, powstałej z tego powodu, że współczesność myśli pozytywistycznej nie ceni. Skoro książka o pozytywistach się pojawiła, to znaczy, że wytworzona została przez pewną potrzebę zrodzoną w umyśle zbiorowości. I właśnie tak trzeba myśleć o dziele Janickiej – jako o jednym ze sposobów, w których objawiła się idea dotycząca przypominania, analizowania i interpretowania pozytywizmu.

W zakończeniu książki Janicka zajmuje się, co zrozumiałe – właśnie w kontekście wcześniejszego, nieustannego zderzania się ze stereotypowymi wizjami tej epoki – dziedzictwem pozytywizmu w XX stuleciu i zauważa, że w obecnym czasie, gdy nastąpiło odzyskiwanie pozytywizmu, z pewnością pojawią się kolejne książki, które przedstawią „osoby i ich nietuzinkowe biografie, (…) miejsca dalekie i bliskie, (…) idee i ich praktyczne realizacje, (…) także pozytywistyczn[ą] codzienność” (s. 352). Wierząc, że właśnie tak się stanie, i czekając na to z niecierpliwością pozostaje mi jedynie podsumowanie, do którego wykorzystam słowa Orzeszkowej: „Nie trzeba (…) »uczyć się około Szkoły Głównej«, by żywo pojąć prawdę i by poprzez to pojęcie natchnionym słowem przemawiać do ludzi” (Orzeszkowa 1866: 2).

LITERATURA:

Grochowski G.: „Stereotypy – komunikacja – literatura”. „Przestrzenie Teorii” 2003, nr 2.

Orzeszkowa E.: „Do czyniącego zarzuty sprawozdaniu o dziele Buckle’a”. „Gazeta Polska” 1866, nr 192.

Orzeszkowa E.: „Kilka uwag nad powieścią”. W: tejże: „Pisma krytycznoliterackie”. Wrocław–Kraków 1959.

Prus B.: „Kroniki”. T. 1, cz. 2. Warszawa 1956.

„Słownik języka polskiego”. T. 1: A-G. Red. J. Karłowicz, A. Kryński, W. Niedźwiedzki: Warszawa 1900.
Anna Janicka: „Pozytywiści warszawscy – dylematy pokolenia. Studia”. Instytut Badań Literackich PAN. Warszawa 2022.