WIERSZE
A
A
A
Rozdymka
I
Daryna czyta tablice edukacyjne nad jeziorem Rusałka,
i śmiejemy się, że można by jeszcze postawić „Pomnik poległych
pod rdestnicą kędzierzawą” (spróbuj szybko wymówić tę nazwę,
dziesięć razy z rzędu). Śmiejemy się, choć pod rdestnicą
znajdują się macewy umacniające dno, a wokół jeziora drogowskazy
z napisem „Miejsce straceń”. Jeden z nich ustawiony tak,
jakby kierował do baru serwującego rybę i frytki.
Pan Jakub, dlaczego w Poznaniu są takie głośne syreny policyjne?
Wczoraj na zajęciach z polskiego próbowaliśmy ratować
biedronkę ze zwichniętym skrzydełkiem, mieliśmy jednak zamiast palców
krótkie, śmieszne płetwy, tęsknotą nadęliśmy się bowiem jak rozdymki.
II
Ludmiła czyta tablice edukacyjne nad jeziorem Rusałka
(rdestnica kędzierzawa zbiera coraz bardziej krwawe żniwo
wśród nierodzimych użytkowników języka) i zastanawiamy się,
czy polski ma akcent paroksytoniczny, czy bardziej paroksystyczny,
mniej jak codzienne wyciskanie tabletek paroksetyny
a bardziej folii bąbelkowej, którą Ludmiła gniotła w awtozaku
po demonstracji antywojennej. Nasza mowa została zredukowana
do zrywów, kopnięć
i pisków w ciążowym brzuchu kociej mamy.
Próbujące się wydostać głowy i łapki
na powierzchni futerka
wyglądają jak dmuchana czekolada.
Słoneczniki
Kiedy w latach 90 biskupem w Poznaniu był Jerzy Stroba,
jako sześciolatek słyszałem podczas mszy „z naszym papieżem Janem Pawłem,
z naszym biskupem jeżem”, i nie wyobrażałem go sobie w cierniach,
ale raczej w kostiumie jeża-superbohatera, który w sytuacji zagrożenia
zmienia się w wielką, kolczastą superkulę, która zmiata wszystko,
co złe. Cóż innego mogłoby nas ochronić?
Abstrakcyjne słowa celebransa? Ślimak z głową Josepha Conrada, z jakiegoś powodu
mający być gdyńskim pomnikiem ku czci żeglarzy? Kolce rozdymki
wyjętej z wody? Parasol w kolorach ukraińskich słoneczników
których ziarna skubiesz z nerwów?
Wilczy Młyn (Piosenka)
Opowiadam historie, dzielę opłatkiem Laysów,
zaopatruję w słodkie cząstki kukurydzy,
uzbrajam się i odsłaniam, kup popcorn i siadaj,
popatrz na te bąble pooparzeniowe.
Opowiadam historie, puste kalorie orzeszków,
odsłaniam nagie miejsca, może bolesne trochę,
które od razu się goją (chcę wierzyć – dzielenie tak działa),
wystawione na czułość, wystawione na słońce.
Tu Cmentarz Naramowicki, gdzie leży dziadek Alojzy,
tu Warta, tu nieużytki, osiedle Wilczy Młyn,
gdzie porzucony piesek zakochał się w damskim głosie,
i pobiegł, najpierw wśród chęchów, a potem,
nie zważając na tiry, przebiegł przez Lechicką,
jakby jutra nie było.
I
Daryna czyta tablice edukacyjne nad jeziorem Rusałka,
i śmiejemy się, że można by jeszcze postawić „Pomnik poległych
pod rdestnicą kędzierzawą” (spróbuj szybko wymówić tę nazwę,
dziesięć razy z rzędu). Śmiejemy się, choć pod rdestnicą
znajdują się macewy umacniające dno, a wokół jeziora drogowskazy
z napisem „Miejsce straceń”. Jeden z nich ustawiony tak,
jakby kierował do baru serwującego rybę i frytki.
Pan Jakub, dlaczego w Poznaniu są takie głośne syreny policyjne?
Wczoraj na zajęciach z polskiego próbowaliśmy ratować
biedronkę ze zwichniętym skrzydełkiem, mieliśmy jednak zamiast palców
krótkie, śmieszne płetwy, tęsknotą nadęliśmy się bowiem jak rozdymki.
II
Ludmiła czyta tablice edukacyjne nad jeziorem Rusałka
(rdestnica kędzierzawa zbiera coraz bardziej krwawe żniwo
wśród nierodzimych użytkowników języka) i zastanawiamy się,
czy polski ma akcent paroksytoniczny, czy bardziej paroksystyczny,
mniej jak codzienne wyciskanie tabletek paroksetyny
a bardziej folii bąbelkowej, którą Ludmiła gniotła w awtozaku
po demonstracji antywojennej. Nasza mowa została zredukowana
do zrywów, kopnięć
i pisków w ciążowym brzuchu kociej mamy.
Próbujące się wydostać głowy i łapki
na powierzchni futerka
wyglądają jak dmuchana czekolada.
Słoneczniki
Kiedy w latach 90 biskupem w Poznaniu był Jerzy Stroba,
jako sześciolatek słyszałem podczas mszy „z naszym papieżem Janem Pawłem,
z naszym biskupem jeżem”, i nie wyobrażałem go sobie w cierniach,
ale raczej w kostiumie jeża-superbohatera, który w sytuacji zagrożenia
zmienia się w wielką, kolczastą superkulę, która zmiata wszystko,
co złe. Cóż innego mogłoby nas ochronić?
Abstrakcyjne słowa celebransa? Ślimak z głową Josepha Conrada, z jakiegoś powodu
mający być gdyńskim pomnikiem ku czci żeglarzy? Kolce rozdymki
wyjętej z wody? Parasol w kolorach ukraińskich słoneczników
których ziarna skubiesz z nerwów?
Wilczy Młyn (Piosenka)
Opowiadam historie, dzielę opłatkiem Laysów,
zaopatruję w słodkie cząstki kukurydzy,
uzbrajam się i odsłaniam, kup popcorn i siadaj,
popatrz na te bąble pooparzeniowe.
Opowiadam historie, puste kalorie orzeszków,
odsłaniam nagie miejsca, może bolesne trochę,
które od razu się goją (chcę wierzyć – dzielenie tak działa),
wystawione na czułość, wystawione na słońce.
Tu Cmentarz Naramowicki, gdzie leży dziadek Alojzy,
tu Warta, tu nieużytki, osiedle Wilczy Młyn,
gdzie porzucony piesek zakochał się w damskim głosie,
i pobiegł, najpierw wśród chęchów, a potem,
nie zważając na tiry, przebiegł przez Lechicką,
jakby jutra nie było.
Fot. Mariusz Forecki.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

