FESTIWAL ODGRZEWANYCH KOTELTÓW TRWA? ('INDIANA JONES I ARTEFAKT PRZEZNACZENIA')
A
A
A
Już od jakiegoś czasu branża filmowa spotyka się z solidną krytyką. Wielu widzów narzeka na brak kreatywności twórców i tzw. odgrzewanie kotletów. Trudne chwile przechodzi przede wszystkim Disney, który w ostatnich latach zaserwował swoim fanom również odgrzewane ziemniaki i odgrzewany makaron. Chociaż remaki znanych produkcji w konwencji live-action pojawiały się już wcześniej – jak absolutnie genialna „Alicja w Krainie Czarów” z 2010 roku – obecnie możemy obserwować prawdziwy wysyp takich produkcji. Na przestrzeni kilku ostatnich lat dostaliśmy „Mulan”, „Aladyna”, „Piotrusia Pana” i, jeszcze ciepłą po wyjęciu z mikrofalówki, „Małą syrenkę”, a studio zapowiedziało już kolejne projekty.
Oczywiście, sięganie po stare, sprawdzone marki nie jest problemem tylko i wyłącznie Disneya, chociaż trzeba przyznać, że akurat to studio robi to na naprawdę imponującą skalę i trudno byłoby dopatrzyć się w tym komplementu. Na fali wskrzeszania tytułów, które widzowie już dawno uznali za zakończone, do kin powrócił również Indiana Jones.
Wieści o piątej części przygód kultowego archeologa wywołały mieszane reakcje, ale jedna z całą pewnością była wspólna zarówno dla entuzjastów tego pomysłu, jak i jego krytyków: zaskoczenie. No bo jak to? Jeszcze jeden Indiana Jones? Przecież poprzedni, czwarty film, zdawał się być idealnym zakończeniem serii, a sam Indi powinien już dawno przejść na emeryturę. Reakcja ta jest tym bardziej uzasadniona, że „Królestwo Kryształowej Czaszki” miało premierę w 2008 roku, czyli dobre piętnaście lat temu, a już wtedy sam film żartował sobie z ,,sędziwego” wieku głównego bohatera.
Osobiście uplasowałabym siebie gdzieś pośrodku wyczekującej widowni; niby pomysł mi się nie do końca podobał, ale jednak czekałam. Mimo wszystko chciałam wiedzieć, co dalej stało się nie tylko z Indianą, ale również z jego spotkaną po latach miłością, Marion, i odnalezionym razem z nią synem, Henrym (który, jak się zdaje, jednak nie skończył tej szkoły).
Do kina wyruszyłam z duszą na ramieniu. W mym fanowskim sercu wciąż tliła się nadzieja, jednak rozsądek podpowiadał, że idę zobaczyć największy gniot tego roku. Teraz, już po seansie, jedno muszę przyznać. Pomyliłam się. „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” zaskoczył mnie, prawdopodobnie na każdej płaszczyźnie, na której mógł tego dokonać. Z całą pewnością nie powiedziałabym, że to mój ulubiony film z serii, i nadal uważam, że nie był potrzebny, może nawet okazał się zbędny. Tak wyczekiwany wątek dalszych losów rodziny Jonesów został, w mojej ocenie, niemal całkowicie „położony”, a doskonałe zakończenie serii, o którym wspomniałam wcześniej, zaprzepaszczono. Happy end zniknął za horyzontem, a tragedia rodzinna doprowadziła bohatera do godnego pożałowania stanu. Film szybko udowadnia nam, że to już nie jest ten sam Indiana, którego zapamiętaliśmy. Harrison Ford, wcielający się w tę rolę już po raz piąty, nie rozczarowuje, można by rzec, że sprawdza się tak, jak zawsze, czyli co najmniej bardzo dobrze. Odgrywany przez niego charakter wciąż jednak dźwiga na barkach nie tylko ciężar straty syna oraz małżeństwa, ale i niedoskonałego scenariusza.
Nie jest to jedyny minus filmu. Niemal od pierwszej minuty zdajemy sobie sprawę, że coś tu nie gra. Oczywiście, cała seria pełna była absurdalnych sytuacji – jazda motorem przez bibliotekę, ewakuacja z samolotu pontonem czy, rzecz jasna, zabunkrowanie się w lodówce – jednak to, co widzowie otrzymali tym razem, to już trochę inny kaliber. O ile wcześniej elementy humorystyczne się zdarzały i były zrobione ze smakiem, pierwsza sekwencja „Artefaktu przeznaczenia” ma w sobie coś z kabaretu, jakby scenarzyści zebrali wszystkie gagi, które tylko przyszły im do głowy. Czy to bawi? Bawi, ale jest to śmiech nerwowy, z elementami histerii. Był to zresztą element, którego obawiałam się od samego początku. Mając w pamięci „Matrix Zmartwychwstania” i „Piratów z Karaibów: Zemstę Salazara”, przeczuwałam, iż twórcy dołożą wszelkich starań, by w tym Indianie było tak dużo Indiany, że stanie się własną karykaturą. Spodziewałam się ,,skoku na kasę” i taniego sentymentalizmu.
Znane elementy zostały odkurzone i polane nowym sosem, wciąż jednak można było je rozpoznać. Indiana znów występował w tym samym kapeluszu i w znajomej ekipie: on, atrakcyjna kobieta o niejasnych pobudkach, dzieciak-spryciarz i, oczywiście, naziści w roli antagonistów. Tym razem jednak ci ostatni mieli trochę bardziej skomplikowany plan na wygranie wojny (która, tak na marginesie, zdążyła już dobiec końca), dzieciak nie był tak zabawny jak jego poprzednik, a kobieta nie była materiałem na kochankę – co, muszę przyznać, przyjęłam z ulgą. Dla odmiany Helena, grana przez Phoebe Waller-Bridge, okazała się być córką chrzestną Indiany… czyli kolejnym dzieckiem, o istnieniu którego do tej pory nie mieliśmy pojęcia. Niestety, w przeciwieństwie do Henry’ego, ta postać nie potrafiła mnie do siebie przekonać. Chociaż została przyzwoicie zagrana, była przede wszystkim irytująca, a równocześnie mdła. W recenzji Filmwebu możemy usłyszeć, że aktorka nie nadaje się do filmu akcji i być może ktoś inny w tej roli wypadłby lepiej (zob. Muszyński, Taczanowska, Walkiewicz 2023). Niestety, całkowicie się z tym zgadzam. Być może, gdyby trochę więcej czasu ekranowego poświęcić jej przemianie i lepiej wyjaśnić pobudki, całość bardziej zgrywałaby się z resztą filmu. To samo dotyczy zresztą bohatera granego przez Madsa Mikkelsena – niby pomysł był dobry, wykonanie doskonałe, a jednak efekt końcowy niezadowalający.
Powiedziałam jednak, że film mnie zaskoczył i to w naprawdę pozytywnym sensie. Pora zatem przejść do jego dobrych stron. Po pierwsze: to był niezły film. Nie wybitne dzieło, mające zmusić widza do przemyśleń nad własną egzystencją, ale przyjemny film akcji, dający dwie godziny rozrywki. Tam, gdzie trzeba: zabawny, szybki, głośny. Największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że „Artefakt przeznaczenia” został zrealizowany na poziomie – może nie pierwszej trylogii, ale plasuje się w okolicach „Królestwa Kryształowej Czaszki”. Nie przesiąka sentymentalizmem tak bardzo, jak wiele tego rodzaju produkcji, nie niszczy konwencji serii. Umiejętnie (chociaż nie idealnie) zostało w nim wymieszane to, co nowe, z tym, co ,,stare i dobre”. Przy ocenie tego dzieła trzeba również brać pod uwagę, że twórcy nie mieli prostego zadania. Indiana Jones ma swoich fanów, którzy czekali na ten film – a fani mieli swoje oczekiwania. Nie wszystkim udało się sprostać, ale naprawdę uważam, że mogło być o wiele gorzej – i sporo osób wydaje się ze mną zgadzać. Film, na chwilę obecną, zdobył na Filmwebie ocenę 6,7, czyli nawet lepszą od swojego poprzednika. Niewiele, ale jednak. Sprawy dodatkowo nie ułatwiała afera z udziałem Shii LaBeoufa, odtwórcy roli Henry’ego, bez której losy tej postaci być może potoczyłyby się inaczej.
Oczywiście nie sposób przemilczeć również zmiany reżysera. W ostatecznym rozrachunku jednak widać, że za sterami nie stanął Steven Spielberg, a James Mangold, odpowiedzialny między innymi za „Logana”. Jego wizja Indiany Jonesa jest poprawna, ale momentami zbyt poważna – mimo wszystko wspomniana już rodzinna tragedia trochę za bardzo „gryzła się” z tym, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, czyniąc z Indiany postać znajomą, ale dziwnie smutną.
Cały film jednak, czego absolutnie się nie spodziewałam, ratuje zakończenie. Dwie sceny końcowe są kolejno: niesamowicie absurdalne i chwytające za serce. Finał szalonej pogoni za skarbem okazuje się tak szokujący, że naprawdę nie potrafiłam wyjść z podziwu przez cały czas trwania tej sekwencji. Ostatnie minuty filmu są natomiast wzruszające i chociaż to kolejny moment na wykorzystanie sentymentów i przywiązania fanów do serii, osobiście nie wyobrażam sobie na to lepszej chwili.
Powiedziałam już wcześniej, że to niezły film. Z całą pewnością jest poprawny i rzeczywiście trzeba przyznać, że reżyser starał się dotrzymać kroku Spielbergowi, nawet jeśli nie zawsze był w stanie. W mojej ocenie produkcja zdecydowanie zasłużyła sobie na swoje 6/10, może nawet skłoniłabym się ku siódemce. Może to kwestia mojego przywiązania do tej serii, a może niskich oczekiwań. Wydaje mi się jednak, że „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” zasługuje na to, by dać mu szansę, zanim pochopnie nadamy mu łatkę ,,odgrzewanego kotleta”.
LITERATURA:
Ł. Muszyński, J. Taczanowska i M. Walkiewicz [2023]: ,,Indiana Jones 5/ „Artefakt Przeznaczenia” pod lupą”. https://www.youtube.com/watch?app=desktop&v=oRV3d7X58_4&feature=youtu.be.
Oczywiście, sięganie po stare, sprawdzone marki nie jest problemem tylko i wyłącznie Disneya, chociaż trzeba przyznać, że akurat to studio robi to na naprawdę imponującą skalę i trudno byłoby dopatrzyć się w tym komplementu. Na fali wskrzeszania tytułów, które widzowie już dawno uznali za zakończone, do kin powrócił również Indiana Jones.
Wieści o piątej części przygód kultowego archeologa wywołały mieszane reakcje, ale jedna z całą pewnością była wspólna zarówno dla entuzjastów tego pomysłu, jak i jego krytyków: zaskoczenie. No bo jak to? Jeszcze jeden Indiana Jones? Przecież poprzedni, czwarty film, zdawał się być idealnym zakończeniem serii, a sam Indi powinien już dawno przejść na emeryturę. Reakcja ta jest tym bardziej uzasadniona, że „Królestwo Kryształowej Czaszki” miało premierę w 2008 roku, czyli dobre piętnaście lat temu, a już wtedy sam film żartował sobie z ,,sędziwego” wieku głównego bohatera.
Osobiście uplasowałabym siebie gdzieś pośrodku wyczekującej widowni; niby pomysł mi się nie do końca podobał, ale jednak czekałam. Mimo wszystko chciałam wiedzieć, co dalej stało się nie tylko z Indianą, ale również z jego spotkaną po latach miłością, Marion, i odnalezionym razem z nią synem, Henrym (który, jak się zdaje, jednak nie skończył tej szkoły).
Do kina wyruszyłam z duszą na ramieniu. W mym fanowskim sercu wciąż tliła się nadzieja, jednak rozsądek podpowiadał, że idę zobaczyć największy gniot tego roku. Teraz, już po seansie, jedno muszę przyznać. Pomyliłam się. „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” zaskoczył mnie, prawdopodobnie na każdej płaszczyźnie, na której mógł tego dokonać. Z całą pewnością nie powiedziałabym, że to mój ulubiony film z serii, i nadal uważam, że nie był potrzebny, może nawet okazał się zbędny. Tak wyczekiwany wątek dalszych losów rodziny Jonesów został, w mojej ocenie, niemal całkowicie „położony”, a doskonałe zakończenie serii, o którym wspomniałam wcześniej, zaprzepaszczono. Happy end zniknął za horyzontem, a tragedia rodzinna doprowadziła bohatera do godnego pożałowania stanu. Film szybko udowadnia nam, że to już nie jest ten sam Indiana, którego zapamiętaliśmy. Harrison Ford, wcielający się w tę rolę już po raz piąty, nie rozczarowuje, można by rzec, że sprawdza się tak, jak zawsze, czyli co najmniej bardzo dobrze. Odgrywany przez niego charakter wciąż jednak dźwiga na barkach nie tylko ciężar straty syna oraz małżeństwa, ale i niedoskonałego scenariusza.
Nie jest to jedyny minus filmu. Niemal od pierwszej minuty zdajemy sobie sprawę, że coś tu nie gra. Oczywiście, cała seria pełna była absurdalnych sytuacji – jazda motorem przez bibliotekę, ewakuacja z samolotu pontonem czy, rzecz jasna, zabunkrowanie się w lodówce – jednak to, co widzowie otrzymali tym razem, to już trochę inny kaliber. O ile wcześniej elementy humorystyczne się zdarzały i były zrobione ze smakiem, pierwsza sekwencja „Artefaktu przeznaczenia” ma w sobie coś z kabaretu, jakby scenarzyści zebrali wszystkie gagi, które tylko przyszły im do głowy. Czy to bawi? Bawi, ale jest to śmiech nerwowy, z elementami histerii. Był to zresztą element, którego obawiałam się od samego początku. Mając w pamięci „Matrix Zmartwychwstania” i „Piratów z Karaibów: Zemstę Salazara”, przeczuwałam, iż twórcy dołożą wszelkich starań, by w tym Indianie było tak dużo Indiany, że stanie się własną karykaturą. Spodziewałam się ,,skoku na kasę” i taniego sentymentalizmu.
Znane elementy zostały odkurzone i polane nowym sosem, wciąż jednak można było je rozpoznać. Indiana znów występował w tym samym kapeluszu i w znajomej ekipie: on, atrakcyjna kobieta o niejasnych pobudkach, dzieciak-spryciarz i, oczywiście, naziści w roli antagonistów. Tym razem jednak ci ostatni mieli trochę bardziej skomplikowany plan na wygranie wojny (która, tak na marginesie, zdążyła już dobiec końca), dzieciak nie był tak zabawny jak jego poprzednik, a kobieta nie była materiałem na kochankę – co, muszę przyznać, przyjęłam z ulgą. Dla odmiany Helena, grana przez Phoebe Waller-Bridge, okazała się być córką chrzestną Indiany… czyli kolejnym dzieckiem, o istnieniu którego do tej pory nie mieliśmy pojęcia. Niestety, w przeciwieństwie do Henry’ego, ta postać nie potrafiła mnie do siebie przekonać. Chociaż została przyzwoicie zagrana, była przede wszystkim irytująca, a równocześnie mdła. W recenzji Filmwebu możemy usłyszeć, że aktorka nie nadaje się do filmu akcji i być może ktoś inny w tej roli wypadłby lepiej (zob. Muszyński, Taczanowska, Walkiewicz 2023). Niestety, całkowicie się z tym zgadzam. Być może, gdyby trochę więcej czasu ekranowego poświęcić jej przemianie i lepiej wyjaśnić pobudki, całość bardziej zgrywałaby się z resztą filmu. To samo dotyczy zresztą bohatera granego przez Madsa Mikkelsena – niby pomysł był dobry, wykonanie doskonałe, a jednak efekt końcowy niezadowalający.
Powiedziałam jednak, że film mnie zaskoczył i to w naprawdę pozytywnym sensie. Pora zatem przejść do jego dobrych stron. Po pierwsze: to był niezły film. Nie wybitne dzieło, mające zmusić widza do przemyśleń nad własną egzystencją, ale przyjemny film akcji, dający dwie godziny rozrywki. Tam, gdzie trzeba: zabawny, szybki, głośny. Największym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że „Artefakt przeznaczenia” został zrealizowany na poziomie – może nie pierwszej trylogii, ale plasuje się w okolicach „Królestwa Kryształowej Czaszki”. Nie przesiąka sentymentalizmem tak bardzo, jak wiele tego rodzaju produkcji, nie niszczy konwencji serii. Umiejętnie (chociaż nie idealnie) zostało w nim wymieszane to, co nowe, z tym, co ,,stare i dobre”. Przy ocenie tego dzieła trzeba również brać pod uwagę, że twórcy nie mieli prostego zadania. Indiana Jones ma swoich fanów, którzy czekali na ten film – a fani mieli swoje oczekiwania. Nie wszystkim udało się sprostać, ale naprawdę uważam, że mogło być o wiele gorzej – i sporo osób wydaje się ze mną zgadzać. Film, na chwilę obecną, zdobył na Filmwebie ocenę 6,7, czyli nawet lepszą od swojego poprzednika. Niewiele, ale jednak. Sprawy dodatkowo nie ułatwiała afera z udziałem Shii LaBeoufa, odtwórcy roli Henry’ego, bez której losy tej postaci być może potoczyłyby się inaczej.
Oczywiście nie sposób przemilczeć również zmiany reżysera. W ostatecznym rozrachunku jednak widać, że za sterami nie stanął Steven Spielberg, a James Mangold, odpowiedzialny między innymi za „Logana”. Jego wizja Indiany Jonesa jest poprawna, ale momentami zbyt poważna – mimo wszystko wspomniana już rodzinna tragedia trochę za bardzo „gryzła się” z tym, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, czyniąc z Indiany postać znajomą, ale dziwnie smutną.
Cały film jednak, czego absolutnie się nie spodziewałam, ratuje zakończenie. Dwie sceny końcowe są kolejno: niesamowicie absurdalne i chwytające za serce. Finał szalonej pogoni za skarbem okazuje się tak szokujący, że naprawdę nie potrafiłam wyjść z podziwu przez cały czas trwania tej sekwencji. Ostatnie minuty filmu są natomiast wzruszające i chociaż to kolejny moment na wykorzystanie sentymentów i przywiązania fanów do serii, osobiście nie wyobrażam sobie na to lepszej chwili.
Powiedziałam już wcześniej, że to niezły film. Z całą pewnością jest poprawny i rzeczywiście trzeba przyznać, że reżyser starał się dotrzymać kroku Spielbergowi, nawet jeśli nie zawsze był w stanie. W mojej ocenie produkcja zdecydowanie zasłużyła sobie na swoje 6/10, może nawet skłoniłabym się ku siódemce. Może to kwestia mojego przywiązania do tej serii, a może niskich oczekiwań. Wydaje mi się jednak, że „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” zasługuje na to, by dać mu szansę, zanim pochopnie nadamy mu łatkę ,,odgrzewanego kotleta”.
LITERATURA:
Ł. Muszyński, J. Taczanowska i M. Walkiewicz [2023]: ,,Indiana Jones 5/ „Artefakt Przeznaczenia” pod lupą”. https://www.youtube.com/watch?app=desktop&v=oRV3d7X58_4&feature=youtu.be.
„Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia” („Indiana Jones and the Dial of Destiny”). Reżyseria: James Mangold. Scenariusz: James Mangold, Jez Butterworth. Obsada: Harrison Ford, Phoebe Waller-Bridge, Mads Mikkelsen, Antonio Banderas i in. Stany Zjednoczone 2023, 154 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

