POCHWYTYWANIE INSPIRUJĄCEJ WIZJI (JOANNA MACY, CHRIS JOHNSTONE: 'AKTYWNA NADZIEJA. JAK SPOJRZEĆ PRAWDZIE W OCZY I W KREATYWNY SPOSÓB SPROSTAĆ KATASTROFIE, W KTÓREJ UCZESTNICZYMY')
A
A
A
Nie byłem pewien, czy należę do modelowych odbiorców „Aktywnej Nadziei”. Rola, jaką odgrywa nadzieja w debacie nad zmianami klimatycznymi, wydaje mi się bowiem co najmniej dwuznaczna. Nadzieja zbyt często przeradza się w bierne oczekiwanie na ratunek ze strony zewnętrznej siły – czy będzie to Bóg, czy cudowny wynalazek technologiczny, czy geoinżynieria – a tym samym usprawiedliwia brak działania, pogrążając nas w marazmie. Nie przypadkiem zresztą w dyskusjach o antropocenie dość często przywołuje się koncepcję „radykalnej nadziei” zaproponowaną przez Jonathana Leara – nadziei, która nie spala się w pragnieniu ocalenia świata, jaki znamy, ale raczej kieruje się ku przyszłości, ku temu, co nadchodzi, dostrzegając i akceptując dezintegrację dotychczasowego porządku. Od jakiegoś czasu w swoich okołoantropocenowych poszukiwaniach coraz częściej trafiałem również na „Active Hope” Joanny Macy i Chrisa Johnstone’a, więc bardzo się ucieszyłem, że ukazało się polskie wydanie tej książki w tłumaczeniu trzech osób praktykujących Aktywną Nadzieję: Alex Gierlińskie, Joanny Wis-Bielewicz i Patrice Reczulskie, a w związku z tym będę mógł lepiej poznać tę koncepcję.
Bo właśnie – Aktywna Nadzieja to raczej praktyka niż pojęcie o jasno zdefiniowanych właściwościach; coś, co robimy, a nie coś, co „posiadamy”. W tym sensie, jak utrzymują osoby autorskie, przypomina ona tai chi: proces, w którym się znajdujemy i który możemy zastosować do każdej sytuacji (swoją drogą, wydaje mi się, że ze względu na to niefetyszyzowanie nadziei lepiej byłoby oddawać ją po polsku za pomocą małych liter). Książka jest właściwie swego rodzaju przewodnikiem po tej praktyce. Nie tylko identyfikuje podstawowe kroki, jakie należy wykonać ku aktywnej nadziei, ale też proponuje szereg ćwiczeń medytacyjnych do samodzielnego lub grupowego wykonania. Te ostatnie pozwalają nam, o ile damy sobie szansę na ich wypróbowanie, oswoić się z propozycją Macy i Johnstone’a, a także utrwalić ją we własnym życiu.
Wydaje się to ważne z co najmniej kilku powodów. Osoby autorskie dostrzegają podobne niebezpieczeństwo, co ja w otwierającym akapicie niniejszego omówienia, dlatego wprowadzają rozróżnienie na nadzieję pasywną (bierne oczekiwanie na interwencję zewnętrznych sił) i aktywną (nieustanne uprawdopodobnianie naszych pragnień). Co istotne, ta druga wcale nie wymaga optymizmu. Przeciwnie: przypomina radykalną nadzieję Leara w tym sensie, że podtrzymujemy ją pomimo „katastrofy, w której uczestniczymy”. Pomimo, ale nie wbrew katastrofie. Świadczy o tym identyfikacja przez Macy i Johnstone’a trzech (meta)opowieści naszych czasów: Wielkiej Dezintegracji, Biznesu Jak Zwykle oraz Wielkiego Zwrotu (i tu w polskim wydaniu wolałbym jednak małe litery).
Nie trzeba dużego wysiłku, by rozpoznać w nich trzy dyskursy opisujące epokę antropocenu. Wielka Dezintegracja to moment, w którym się znajdujemy: rozległy polikryzys ekologiczno-klimatyczno-polityczno-społeczny. Dobrze oddaje go figura dziewięciu granic planetarnych – dziewięciu punktów krytycznych systemu Ziemi, których przekroczenie najpewniej spowoduje nieprzewidywalną, kaskadową katastrofę. Według stanu na 2023 rok jak dotąd przekroczyliśmy sześć z nich. Biznes Jak Zwykle to natomiast aktualnie panujący model polityczno-ekonomiczny, który mimo pilności wyzwań, przed jakimi stoimy, uparcie trzyma się status quo: uzależnienia od wzrostu gospodarczego, paliw kopalnych, nierównej dystrybucji zysków i kosztów praktyk ekstrakcyjnych itp. Podczas gdy dwie pierwsze narracje (dominujące we współczesnym świecie) to najlepszy przepis na zderzenie ze ścianą, trzecia – Wielki Zwrot – opowiada o radykalnej i ocalającej zmianie paradygmatu opartej na kilku wzajemnie się uzupełniających czynnikach: działaniach powstrzymujących szkody wywoływane przez Biznes Jak Zwykle, stosowaniu praktyk wspierających życie, a także zmianie świadomości (odnowie poczucia przynależności do świata).
Aktywną Nadzieję można określić jako pochwytywanie inspirującej wizji Wielkiego Zwrotu i odnajdywanie odwagi na wcielanie jej w życie – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i, poprzez budowanie szerszych grup wsparcia, kolektywnym. Żeby jednak to „zadziałało”, zdaniem Macy i Johnstone’a potrzeba nam czegoś jeszcze: poszerzenia perspektywy. Chodzi zarówno o odejście od modelu indywidualnego „ja” na rzecz bogatszego doświadczenia wspólnoty, jak i o osadzenie naszego działania w szerszych ramach czasowych. Wszystko to razem osoby autorskie nazywają „Praktyką Ponownego Połączenia”. To kolejny element zbliżający „Aktywną Nadzieję” do debat toczących się w obrębie humanistyki środowiskowej, które często odwołują się do niezachodnich wzorców myślenia opartych na innych – raczej relacyjnych niż indywidualistycznych – ontologiach. Macy i Johnstone także to robią, kojarząc Praktykę Ponownego Połączenia z buddyjską bodhićittą.
Jeśli w czyichś uszach brzmi to nazbyt „newage’owsko”, pragnę uspokoić: „Aktywna Nadzieja” nie obiecuje żadnego oświecenia. Zamiast tego proponuje poruszanie się po spirali, czyli figurze, która sugeruje ruch okrężny, a nie linearny, wciąż nawracający do swoich punktów wyjścia. Spirala ta przebiega od wdzięczności (za to, co tu i teraz) przez uhonorowanie bólu z powodu stanu świata po widzenie nowymi oczyma i pójście naprzód. Nadzieja aktywna tym więc różni się od nadziei biernej, że przypomina pracę żałoby: tylko „spojrzenie prawdzie w oczy” i akceptacja utraty (starego świata) pozwoli nam zmienić perspektywę i pójść naprzód. Pozwoli również pogodzić się z tym, że „pójście naprzód” czasami wymaga wykonania dwóch kroków wstecz.
Pewna wątpliwość, którą można by sformułować wobec propozycji Macy i Johnstone’a, brzmiałaby mniej więcej tak: czy w obliczu palącego kryzysu planetarnego nie powinniśmy skupiać się zdecydowanie bardziej na zmianach systemowych niż na jednostkowych próbach sprostania katastrofie? Nie mam poczucia, by „Aktywna Nadzieja” bezpośrednio rozwiązywała ten problem, ale Macy i Johnstone zapewne odpowiedzieliby następująco: pogodzenie się z tym, że indywidualne działania nie zbawią świata, samo w sobie jest elementem praktykowania Aktywnej Nadziei. Nie tylko zwalnia nas ono z nakładania na siebie zbyt dużych, nierealizowalnych wymagań, ale uświadamia też, że entuzjazm jest cennym zasobem odnawialnym, bez którego trudno byłoby nam „pochwytywać inspirującą wizję”. Dlatego Aktywna Nadzieja sprzyja emocjonalnej rezyliencji i przeciwdziała wypaleniu.
W koncepcji Macy i Johnstone’a podoba mi się jeszcze jedno: proponowane przez nich poszerzone rozumienie aktywizmu. To kolejny element, który służy uwolnieniu się od wyrzutów sumienia, a jednocześnie odbudowaniu poczucia własnej sprawczości. Jeśli nie odnajdujemy się w protestach ulicznych, możemy pisać książki. Jeśli pisanie książek nie jest dla nas, możemy rozmawiać o zmianach klimatu ze znajomymi. Jeśli czujemy, że rozmowy to za mało, możemy włączyć się w działania organizacji pozarządowych. Liczy się to, abyśmy wykorzystywali naszą wiedzę, doświadczenia, umiejętności, sieci kontaktów i chęć uzdrowienia świata w sposób, który będzie dobry nie tylko dla „świata”, ale i dla nas.
Bo właśnie – Aktywna Nadzieja to raczej praktyka niż pojęcie o jasno zdefiniowanych właściwościach; coś, co robimy, a nie coś, co „posiadamy”. W tym sensie, jak utrzymują osoby autorskie, przypomina ona tai chi: proces, w którym się znajdujemy i który możemy zastosować do każdej sytuacji (swoją drogą, wydaje mi się, że ze względu na to niefetyszyzowanie nadziei lepiej byłoby oddawać ją po polsku za pomocą małych liter). Książka jest właściwie swego rodzaju przewodnikiem po tej praktyce. Nie tylko identyfikuje podstawowe kroki, jakie należy wykonać ku aktywnej nadziei, ale też proponuje szereg ćwiczeń medytacyjnych do samodzielnego lub grupowego wykonania. Te ostatnie pozwalają nam, o ile damy sobie szansę na ich wypróbowanie, oswoić się z propozycją Macy i Johnstone’a, a także utrwalić ją we własnym życiu.
Wydaje się to ważne z co najmniej kilku powodów. Osoby autorskie dostrzegają podobne niebezpieczeństwo, co ja w otwierającym akapicie niniejszego omówienia, dlatego wprowadzają rozróżnienie na nadzieję pasywną (bierne oczekiwanie na interwencję zewnętrznych sił) i aktywną (nieustanne uprawdopodobnianie naszych pragnień). Co istotne, ta druga wcale nie wymaga optymizmu. Przeciwnie: przypomina radykalną nadzieję Leara w tym sensie, że podtrzymujemy ją pomimo „katastrofy, w której uczestniczymy”. Pomimo, ale nie wbrew katastrofie. Świadczy o tym identyfikacja przez Macy i Johnstone’a trzech (meta)opowieści naszych czasów: Wielkiej Dezintegracji, Biznesu Jak Zwykle oraz Wielkiego Zwrotu (i tu w polskim wydaniu wolałbym jednak małe litery).
Nie trzeba dużego wysiłku, by rozpoznać w nich trzy dyskursy opisujące epokę antropocenu. Wielka Dezintegracja to moment, w którym się znajdujemy: rozległy polikryzys ekologiczno-klimatyczno-polityczno-społeczny. Dobrze oddaje go figura dziewięciu granic planetarnych – dziewięciu punktów krytycznych systemu Ziemi, których przekroczenie najpewniej spowoduje nieprzewidywalną, kaskadową katastrofę. Według stanu na 2023 rok jak dotąd przekroczyliśmy sześć z nich. Biznes Jak Zwykle to natomiast aktualnie panujący model polityczno-ekonomiczny, który mimo pilności wyzwań, przed jakimi stoimy, uparcie trzyma się status quo: uzależnienia od wzrostu gospodarczego, paliw kopalnych, nierównej dystrybucji zysków i kosztów praktyk ekstrakcyjnych itp. Podczas gdy dwie pierwsze narracje (dominujące we współczesnym świecie) to najlepszy przepis na zderzenie ze ścianą, trzecia – Wielki Zwrot – opowiada o radykalnej i ocalającej zmianie paradygmatu opartej na kilku wzajemnie się uzupełniających czynnikach: działaniach powstrzymujących szkody wywoływane przez Biznes Jak Zwykle, stosowaniu praktyk wspierających życie, a także zmianie świadomości (odnowie poczucia przynależności do świata).
Aktywną Nadzieję można określić jako pochwytywanie inspirującej wizji Wielkiego Zwrotu i odnajdywanie odwagi na wcielanie jej w życie – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i, poprzez budowanie szerszych grup wsparcia, kolektywnym. Żeby jednak to „zadziałało”, zdaniem Macy i Johnstone’a potrzeba nam czegoś jeszcze: poszerzenia perspektywy. Chodzi zarówno o odejście od modelu indywidualnego „ja” na rzecz bogatszego doświadczenia wspólnoty, jak i o osadzenie naszego działania w szerszych ramach czasowych. Wszystko to razem osoby autorskie nazywają „Praktyką Ponownego Połączenia”. To kolejny element zbliżający „Aktywną Nadzieję” do debat toczących się w obrębie humanistyki środowiskowej, które często odwołują się do niezachodnich wzorców myślenia opartych na innych – raczej relacyjnych niż indywidualistycznych – ontologiach. Macy i Johnstone także to robią, kojarząc Praktykę Ponownego Połączenia z buddyjską bodhićittą.
Jeśli w czyichś uszach brzmi to nazbyt „newage’owsko”, pragnę uspokoić: „Aktywna Nadzieja” nie obiecuje żadnego oświecenia. Zamiast tego proponuje poruszanie się po spirali, czyli figurze, która sugeruje ruch okrężny, a nie linearny, wciąż nawracający do swoich punktów wyjścia. Spirala ta przebiega od wdzięczności (za to, co tu i teraz) przez uhonorowanie bólu z powodu stanu świata po widzenie nowymi oczyma i pójście naprzód. Nadzieja aktywna tym więc różni się od nadziei biernej, że przypomina pracę żałoby: tylko „spojrzenie prawdzie w oczy” i akceptacja utraty (starego świata) pozwoli nam zmienić perspektywę i pójść naprzód. Pozwoli również pogodzić się z tym, że „pójście naprzód” czasami wymaga wykonania dwóch kroków wstecz.
Pewna wątpliwość, którą można by sformułować wobec propozycji Macy i Johnstone’a, brzmiałaby mniej więcej tak: czy w obliczu palącego kryzysu planetarnego nie powinniśmy skupiać się zdecydowanie bardziej na zmianach systemowych niż na jednostkowych próbach sprostania katastrofie? Nie mam poczucia, by „Aktywna Nadzieja” bezpośrednio rozwiązywała ten problem, ale Macy i Johnstone zapewne odpowiedzieliby następująco: pogodzenie się z tym, że indywidualne działania nie zbawią świata, samo w sobie jest elementem praktykowania Aktywnej Nadziei. Nie tylko zwalnia nas ono z nakładania na siebie zbyt dużych, nierealizowalnych wymagań, ale uświadamia też, że entuzjazm jest cennym zasobem odnawialnym, bez którego trudno byłoby nam „pochwytywać inspirującą wizję”. Dlatego Aktywna Nadzieja sprzyja emocjonalnej rezyliencji i przeciwdziała wypaleniu.
W koncepcji Macy i Johnstone’a podoba mi się jeszcze jedno: proponowane przez nich poszerzone rozumienie aktywizmu. To kolejny element, który służy uwolnieniu się od wyrzutów sumienia, a jednocześnie odbudowaniu poczucia własnej sprawczości. Jeśli nie odnajdujemy się w protestach ulicznych, możemy pisać książki. Jeśli pisanie książek nie jest dla nas, możemy rozmawiać o zmianach klimatu ze znajomymi. Jeśli czujemy, że rozmowy to za mało, możemy włączyć się w działania organizacji pozarządowych. Liczy się to, abyśmy wykorzystywali naszą wiedzę, doświadczenia, umiejętności, sieci kontaktów i chęć uzdrowienia świata w sposób, który będzie dobry nie tylko dla „świata”, ale i dla nas.
Joanna Macy, Chris Johnstone: „Aktywna Nadzieja. Jak spojrzeć prawdzie w oczy i w kreatywny sposób sprostać katastrofie, w której uczestniczymy”. Przeł. Alex Gierlińskie, Joanna Wis-Bielewicz i Patrice Reczulskie. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2023 [seria: Seria z morświnem].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

