ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (480) / 2023

Dawid Juraszek,

ZWIERZĘTA RÓWNE I RÓWNIEJSZE: WOKÓŁ 'SPOTKAŃ Z NAGĄ MAŁPĄ' ROBERTA JURSZY

A A A
Czy zbliżamy się do punktu przełomowego w naszym dyskursie wokół zwierząt pozaludzkich? Dopiero co Książką Reporterską Roku 2023 w konkursie Grand Press ogłoszona została „Wędrówka tusz” Bartka Sabeli – poruszająca relacja z codziennej okrutnej eksploatacji istot żywych, których ciała trafiają na nasze stoły. W rozmowie pod wymownym tytułem „Planeta rzeźnia” na łamach „Dwutygodnika” Sabela mówi wprost: „Tylko cztery procent zwierząt, które mamy na świecie, to zwierzęta dzikie, reszta to te, które hodujemy po to, żeby je zjeść. Zrobiliśmy ze świata wielką fermę, wielką rzeźnię” (Wróbel 2023). Jak pisze w swojej recenzji na tych łamach Dariusz Gzyra, „sama tematyka »Wędrówki…« jest ekstremalnie trudna – nie tylko z powodu nasycenia jej opisami krzywdy, ale i dlatego, że zło wyrządzane zwierzętom ma niezaprzeczalny związek z życiem czytelników i czytelniczek”. Odnotowując wartość książki, Gzyra zwraca jednak też uwagę, że piętnując w szczególny sposób produkcję mięsa, Sabela odtwarza „anachroniczny dyskurs wegetariański”, zamiast dać świadectwo etycznej ekwiwalencji wszelkich produktów zwierzęcych (Gzyra 2023b). Innymi słowy, „Wędrówka tusz” to krok we właściwą stronę, ale krok wciąż pojedynczy, gdy trzeba nam tych kroków postawić o wiele więcej.

Książka Sabeli ukazała się niecałe dwa miesiące po opublikowaniu przez Gzyrę cennego przeglądu wydanych w Polsce książek okołozwierzęcych z lat 2018-2022. Artykuł „Drogowskazy, pogłębiarki i niewybuchy” wylicza ponad 60 tytułów – w tym 40 książek autorek i autorów polskich – mających „mniejszy lub większy dobroczynny prozwierzęcy potencjał”. Gzyra dzieli je na Drogowskazy, czyli pozycje radykalne, wizjonerskie, wyprzedzające swój czas, Pogłębiarki, czyli książki wzbogacające naszą wiedzę dzięki zastosowaniu aparatu analitycznego lub naukowego, oraz Niewybuchy, czyli te tytuły, które z różnych względów nie otrzymały szansy zrealizowania swego potencjału (Gzyra 2023a). To wartościowa klasyfikacja, po którą warto sięgać przy ocenie kolejnych książek o relacjach ludzi z innymi istotami.

Zastosujmy ją więc wobec książki Roberta Jurszy „Spotkania z ­nagą małpą. Opowieści o zwierzętach”, która ukazała się w październiku. Już sam tytuł daje nadzieję na ważny głos w dyskusji o ludzkiej zwierzęcości („małpa”) oraz słabości, podatności, otwartości wobec pokrewnych przejawów życia („naga”). Jako dziennikarz i publicysta zaangażowany od lat w działania prośrodowiskowe, Jurszo ma pełne kwalifikacje, by opublikować ważną dla polskiego dyskursu zwierzęcego i, szerzej, ekologicznego książkę. Autor już na wstępie demaskuje fałsz podziału na ludzi i zwierzęta: „Homo sapiens to jeden z ­liści na drzewie życia. Tego nauczyła nas Darwinowska teoria ewolucji, która odesłała w­ niebyt wywodzącą się z chrześcijaństwa hierarchiczną wizję rzeczywistości, gdzie człowiek stoi na czele stworzenia” (s. 8). Innymi słowy, arbitralne bariery gatunkowe zaciemniają, wręcz fałszują rzeczywistość, dając ludziom pozorne prawo do wynoszenia się nad inne istoty świadome. Ta rama pojęciowa pozwala sądzić, że „Spotkania…” okażą się Drogowskazem i Pogłębiarką. Z kolei sprawna promocja daje nadzieję, że nie zostaną Niewybuchem.

Na to ostatnie wskazują też dotychczasowe recenzje. W swojej pozytywnej ocenie na tych łamach Sławomir Iwasiów stwierdza, że Jurszo robi dla opisywanych przez siebie zwierząt „bardzo wiele dobrego: ocala od zapomnienia, to sprawa oczywista, ale też pokazuje, w jakim kierunku powinniśmy zmieniać nasze myślenie o zwierzęcych braciach i siostrach” (Iwasiów 2023). Podobnie Marcin Urbaniak chwali w „Liberté” „Spotkania…” za ukazanie, jak „ludzka ingerencja w pozaludzki świat psychofizyczny i w całe ekosystemy – poprzez zniewolenie, nonsensowne eksperymenty czy kultywowanie okrutnej tradycji łowieckiej – kończy się ciężkimi zaburzeniami psychicznymi zwierząt, ogromem ich cierpienia i ostatecznie bolesną śmiercią przedstawionych jednostek” (Urbaniak 2023). Obaj recenzenci prześcigają się w superlatywach, malując obraz publikacji ważnej, nowatorskiej, inspirującej i arcyciekawej.

Bohaterami i bohaterkami sześciu rozdziałów „Spotkań…" są kolejno delfin Peter, szympans Dawid Siwobrody, łosza Matylda, żubr Wiking, wilczyca Gudrun i ­Pan Gawron. Poznajemy ich losy, koleje życia, biografie, osobiste historie, perypetie życiowe. Wymieniam te pokrewne zwroty, by podkreślić wartość, jaką jest postrzeganie zwierząt pozaludzkich jako jednostek będących indywidualnymi podmiotami. A zarazem, gdy ich drogi przecinają się z tytułową nagą małpą, nader często z podmiotów stają się one przedmiotami: ludzkiego zainteresowania, wyzysku, manipulacji. I bywa, że źle się to dla nich kończy. W snutych przez Jurszę – często na bazie własnych spotkań i zetknięć – opowieściach zachwyt zetknięcia się z pozaludzkim istnieniem łączy się ze zgrozą tego zetknięcia efektów.

Jednym z wartościowszych aspektów książki jest stawianie się w sytuacji danej osoby pozaludzkiej i spekulowanie na temat jej możliwych odczuć wewnętrznych. Jurszo dobrze wie, że antropomorfizacja nie miała i często nadal nie ma dobrej prasy, ale nie znaczy to, że właściwą postawą jest okopanie się na przeciwległym biegunie i postrzeganie zwierząt czysto behawioralnie. Poniewczasie wychodzimy z (post)kartezjańskiego przekonania, jakoby zwierzęta były nieświadomymi automatami, a jakiekolwiek wczuwanie się w ich światy wewnętrzne stanowiło w najlepszym razie przejaw naiwności. Przyswoiwszy sobie wywiedzioną z teorii ewolucji mądrość o przenikalności granic międzygatunkowych, zaczynamy rozumieć, że nasze pola świadomości mogą się nakładać lub mieć echa u innych istot – i wdrażać to zrozumienie w czyn. Jednocześnie „Spotkania…” oferują perspektywę stosownie krytyczną: Jurszo rozważa i modyfikuje lub wręcz odrzuca konkretne przekonania o stanach wewnętrznych zwierząt ze strony cytowanych przez siebie badaczy i świadków, gdy uważa je za błędne lub przesadzone.

Wszystko to jest znakomicie opisane – Jurszo ma dobre pióro i łatwo dać się wciągnąć w jego perspektywę. W miarę jednak lektury coś zaczyna uwierać, czegoś z narastającym dyskomfortem brakuje, coraz wyraźniej rysuje się jakieś pęknięcie – pęknięcie, o którym nie wspominają Iwasiów, Urbaniak ani żadna inna znana mi reakcja na „Spotkania z nagą małpą”. Gdy po mocnym zakończeniu przenikniętym refleksją nad bolesnym dylematem współodczuwania z istotami jednocześnie tak odmiennymi, a tak podobnymi do nas – tak z natury wolnymi, a jednocześnie tak często od nas zależnymi – odkładałem „Spotkania…”, było już dla mnie jasne, że skazą na książce jest podział, który autor mniej lub bardziej świadomie powiela i utwierdza: obalając mur pomiędzy ludźmi i zwierzętami, Jurszo stawia w jego miejsce płot z drutu żyletkowego między dwoma rodzajami zwierząt pozaludzkich.

Zwierzęta, które Jurszę otóż zajmują, to wyłącznie zwierzęta dzikie – owe „cztery procent”, o których mówi Sabela. To one zasługują w „Spotkaniach…” na podmiotowość, osobowość, szacunek. To nad ich dolą, cierpieniem, marzeniami trzeba się pochylać. To w nich warto szukać odbicia nas samych. Czujemy ból serca, czytając o gawronie z postrzelonym skrzydłem. Ocieramy łzę, gdy sędziwy żubr, który zawsze żył po swojemu, mógł wreszcie po swojemu umrzeć. Załamujemy ręce nad dogorywającym w brudnym basenie osamotnionym delfinem. I dobrze. Cóż jednak ze zwierzętami – o wiele liczniejszymi niż te opisane w „Spotkaniach…” – których kawałki ciał jemy, wydzieliny pijemy, skórami się odziewamy? Czy one nie są „liśćmi na drzewie życia”?

Czytając o dolach i niedolach opiewanych przez Jurszę dzikich zwierząt, trudno nie zacząć kreślić paraleli ze zwierzętami hodowlanymi. Paralele te strona po stronie robią się coraz wyraźniejsze, coraz boleśniejsze, coraz głośniej krzyczące o uwagę.

Snując rozważania, czy zwierzęta popełniają samobójstwa, Jurszo pisze, iż „zwierzętom, gdy są nieszczęśliwe, na przykład zamknięte w­ warunkach, które uniemożliwiają im realizowanie ich potrzeb gatunkowych, zdarzają się zachowania autodestruktywne” (s. 43). Za przykład, który ilustruje owe zachowania, obiera orki, które w niewoli ogryzają brzegi basenów. Skoro wszak mowa o zwierzętach zamkniętych w nienaturalnych warunkach, dlaczego nie wspomnieć o gęsiach hodowlanych, które po tygodniach cierpienia spowodowanego przymusowym tuczeniem posuwają się do uderzania głowami o ściany? Bez wątpienia liczba tracących w ten sposób życie gęsi wielokrotnie przekracza liczbę orek gryzących betonowe granice swoich więzień.

Rozważając konsekwencje wprowadzenia odstrzału łosi, Jurszo cytuje eksperta twierdzącego, że „strzelać do oswojonego z ludźmi łosia to tak, jakby strzelać do pasącej się na pastwisku krowy” – takie „polowania” miałyby być niczym innym, jak „rozstrzeliwaniem tych zwierząt” (s. 88-89). Celem tej analogii ma być chyba ukazanie okrutnego absurdu całej sytuacji – może zatem wypadałoby wspomnieć, że w rzeźniach bez przerwy strzela się bezbronnym oswojonym krowom z pistoletów bolcowych prosto w głowę?

Opisując dobiegającego kresu żywota żubra, Jurszo cytuje Adama Wajraka, wedle którego stare żubry „też powinny mieć prawo do umierania na własnych warunkach” (s. 92). Zapewne, ale dlaczego nie wspomnieć, że prawo to powinno też mieć pokrewne żubrom bydło hodowlane, a także trzoda chlewna i drób – innymi słowy, krowy, świnie i kury?

Tenże sam żubr jako noworodek „został przez matkę porządnie wylizany z­ pokrywającego ciało śluzu. To­ był bardzo ważny moment, ponieważ właśnie wtedy zaczął uczyć się tego, jak pachnie, jak wygląda i­ jakie dźwięki – zwane chruczeniem ­– wydaje matka” (s. 93). Podobne zdanie można by napisać o nowonarodzonych dzieciach krów mlecznych – ale w przeciwieństwie do dzikich żubrów, często już po paru godzinach odbierane są one matkom, by po kilku miesiącach zostać „poddane ubojowi”.

Jurszo nie kryje niechęci do polowań: „Biorąc pod uwagę, że żubr nie uciekał przed strzelcem, całość przypomina raczej egzekucję niż polowanie, w ­którym daje się ofierze jakiekolwiek szanse” (s. 108). Gdzie wszelako refleksja o szansach, jakie ma krowa, świnia, owca, kura czy jakiekolwiek inne zwierzę hodowlane, gdy w nieunikniony sposób trafia do rzeźni? „Jestem przeciwnikiem polowań trofeistycznych” – ogłasza Jurszo: „jest to przemysł oparty na śmierci” (s. 111-112). Czy to ostatnie określenie nie stosuje się jeszcze udatniej do przemysłowej hodowli zwierząt?

„To, co zobaczyłem, po prostu mnie zmroziło” – pisze Jurszo o pewnym wilku. „Był zamknięty na wybiegu o ­szerokości i ­długości najwyżej kilku metrów, otoczonym blaszanym płotem. Ogrodzenie miało zadrutowana dziurę, przez która podawano mu jedzenie” (138). Przykry los – czy jednak bardziej wart uwagi, niż cierpienia loch leżących przymusowo w jeszcze mniejszych klatkach, bez możliwości zmiany pozycji, aż wykarmią młode?

„Niekiedy przemoc wobec krukowatych przyjmuje wręcz horrendalną skalę” – relacjonuje Jurszo i precyzuje: „Są ­bowiem krzyżowane. I ­to nie jest żadna metafora ­– przybija się je do drzwi stodół, rozpina na tyczkach, wiesza na drzewach” (s. 165). Horrendum, tak: ale czy większe niż wieszanie świń głową w dół i podrzynanie im gardeł?

Jurszo wspomina o dudku „ze złamanym skrzydłem, ale udało się je złożyć i –zrehabilitować ptaka”, który wszelako zginął niebawem, zaatakowany w ośrodku rehabilitacji przez kruka, którego pogruchotanych kości złożyć nie zdołano (s. 169-170). Smutne to historie – ale chyba nie smutniejsze niż gehenna niezliczonych brojlerów, których kości pękają pod własnym ciężarem, gdy ich brutalnie zmutowane ciała nabierają masy w nienaturalnym tempie.

Dzikie ptaki zabijane są pod pretekstem ochrony zjadanych rzekomo przez nie innych zwierząt czy niszczonych sadzonek. „Najbardziej zdumiewa mnie” – pisze Jurszo – „ludzka buta: rościmy sobie prawo do tego, by decydować o ­tym, co inne gatunki maja prawo jeść, a­ czego nie. I ­za jedzenie czego należy je­ – no właśnie – karać śmiercią. Przekonanie, że wolno nam żądać od innych gatunków, by spełniały nasze oczekiwania, a­ jeśli tego nie robią, to możemy je za to karać, tak głęboko wżarło się w ­naszą kulturę, że stało się niemal naszą drugą naturą”. Jurszo demaskuje tu „nagą i ­w ­gruncie rzeczy śmieszną prawdę o ­nas: o ­zwierzęciu pośród innych zwierząt, które przyznało sobie prawo do tego, by być sędzią i ­katem pozostałych gatunków” (s. 168-169). Mądre to słowa – a zarazem groteskowo wybiórcze, gdy wypowiedziane wyłącznie w kontekście zwierząt dzikich, bez równoległej refleksji nad ludzką butą corocznego sprowadzania na ten świat, a potem dręczenia na owym świecie i wreszcie brutalnego usuwania zeń miliardów zwierząt hodowlanych.

Przykłady takich ignorowanych w „Spotkaniach…” paraleli można by mnożyć. Krzyczą one o uwagę tak głośno, że sam Jurszo nie może ich całkiem ignorować. Na stronie 69 pisze bowiem tak oto: „Weźmy na przykład krowy, jeszcze do niedawna uważane za zwierzęta mało inteligentne i nieszczególnie interesujące. Tymczasem przeprowadzono badania, które prezentują zupełnie inny ich wizerunek. Okazuje się, że krowy mają osobowość, potrafią się uczyć, nawiązują trwałe relacje społeczne z innymi osobnikami (w przypadku ludzi nie zawahalibyśmy się nazwać ich przyjaźnią), a stopień złożoności ich życia emocjonalnego jest podobny do tego rozpoznanego u bardzo inteligentnych ssaków. Tymczasem wciąż trzymamy je w ­hodowlach przemysłowych i pozwalamy na tragiczny los krów mlecznych. Dlatego nauka o zachowaniu zwierząt jest na swój sposób wywrotowa – rozbija nasze przekonania, między innymi te dotyczące gatunków, które uczyniliśmy przedmiotem masowej eksploatacji. Nic dziwnego, że stanowi wsparcie dla rozwijającego się od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku ruchu na rzecz praw zwierząt, który zaczyna coraz silniej oddziaływać na zachodnie społeczeństwa”. Zaiste, nic dziwnego. Dziwne wszelako, że po tych kilku zdawkowych zdaniach Jurszo wraca w najlepsze do narracji uprzywilejowywania życia zwierząt dzikich, nie poświęcając ich hodowlanym pobratymcom żadnej uwagi, choć najwidoczniej zdaje sobie w pełni sprawę, że podział na zwierzęta dzikie i hodowlane jest przeraźliwie arbitralny.

Ktoś powie: autor dokonał wyboru tematu, z czegoś musiał zrezygnować, nie można czynić mu z tego zarzutu. Istotnie, we wstępie Jurszo pisze jasno: „Mam nadzieję, że kiedy już poznacie historie Petera, Dawida, Gudrun, Matyldy, Wikinga i ­Pana Gawrona, nigdy więcej nie spojrzycie na dzikie zwierzęta, które spotkacie w ­swoim życiu, jak na anonimową biologiczną masę. Że ­zobaczycie w­ nich jednostki, które mają cele i – pragnienia. Że ­zobaczycie życie, które zasługuje na trwanie i­ którego nie można odbierać z ­byle powodu” (s. 10). To jednak, że autor dokonał takiego wyboru i w całej książce konsekwentnie się go trzyma, nie oznacza, że ów – nader wygodny – wybór trzeba bezkrytycznie zaakceptować. Zwłaszcza że Jurszo nie podaje uzasadnienia dla zastosowanego w książce podziału na różne kategorie zwierząt, jak gdyby był on tak oczywisty, że aż niewart wzmianki – i sam nie jest wzorem cnoty akceptacji, gdy podobnych podziałów dokonują inni.

Kiedy niedawno za sprawą polityków Konfederacji na moment zrobiło się głośno o jedzeniu psiego mięsa, w artykule na łamach „Gazety Wyborczej” Jurszo pytał prowokacyjnie: „Oburzają was słowa Sośnierza o jedzeniu psów? To dlaczego zjadacie krowy?”. Sedno jego polemiki z osobami oburzonymi na samą myśl o jedzeniu psiny zasadza się na stwierdzeniu, że „Jeśli kryterium wyboru gatunków, które zjadamy, miałoby być ich zdolność do odczuwania bólu – czy w ogóle odczuwania – to między psami a krowami nie ma w tym względzie żadnej istotnej różnicy. Obydwa gatunki są równie wrażliwe i bardzo emocjonalne. Wie to każdy, kto widział nagranie ryczącej rozpaczliwie krowy biegnącej za samochodem, który wiezie jej cielaka do rzeźni”. Pod koniec tekstu Jurszo sięga po zarzut, który w jego mniemaniu zamyka sprawę: „Więc jeśli ktoś uważa, że jest bardziej moralny dlatego, że w jego menu figuruje bydło, ale już nie ma w nim krewnego wilka, to mogę napisać jedynie tyle, że w najlepszym przypadku się oszukuje, w najgorszym – jest zwykłym hipokrytą” (Jurszo 2023).

Biorąc słowa Jurszy za dobrą monetę (co przy zarzutach hipokryzji jest często założeniem ryzykownym), pytam: skoro między zwierzętami domowymi i hodowlanymi nie ma w tym względzie istotnej różnicy, to dlaczego w książce poświęconej rzekomo pokazaniu jedności „liści na drzewie życia” zwierzęta hodowlane spychane są na margines opowieści o zwierzętach dzikich? Dlaczego są co najwyżej „anonimową biologiczną masą” w dalekim tle opowieści? W swoim artykule Jurszo podpiera tezę o hipokryzji wyświechtanymi stereotypami kulturowymi, by jednocześnie w swojej książce jechać w najlepsze na romantycznym stereotypie zwierząt dzikich jako tych, których pragnienie wolności zasługuje jakoby na specjalne traktowanie. Jeśli – zakładam – poruszyło Jurszę nagranie zrozpaczonej krowiej matki, to nie można nie zadać mu pytania, dlaczego, dedykując całą książkę wspólnocie międzygatunkowej, zarazem w duchu gatunkizmu (szowinizmu gatunkowego) dokonał dyskryminującego podziału na zwierzęta równe i równiejsze, o ogromnej większości egzystujących i umierających dziś bezimiennych zwierząt wspominając tylko półgębkiem.

Nie, nie zamierzam wykorzystywać zarzutu hipokryzji, by odbierać wartość „Spotkaniom z nagą małpą”. Pisałem kiedyś o kulcie konsekwentności, który prowadzi do absurdalnych rezultatów: bywa, że od człowieka niekonsekwentnego w czynieniu dobra wyżej cenimy człowieka konsekwentnego w czynieniu zła, bo ten ostatni „przynajmniej jest w tym uczciwy” (Juraszek 2021). Osobiście wolę, aby Jurszo opisywał nam okaleczonego gawrona, zarazem ignorując zadręczanego kurczaka, niż aby machnął ręką także na los gawrona i nie napisał książki w ogóle. Tak samo wolę, by amator hamburgerów oburzał się na zjadanie psów, a nie – zrugany przez gniewnego publicystę – postanowił, że skoro już je te mielone krowy, to dla konsekwencji przestanie bronić wszelkich innych zwierząt. Na pewno będzie to lepsze dla psów, a potencjalnie i dla krów: bo hipokryzja, uważana przez wielu za grzech śmiertelny i miażdżący zarzut, jest często po prostu etapem drogi na spektrum wartości i działań.

Drastycznie uprzywilejowując arbitralnie wydzieloną kategorię zwierząt, książka Jurszy okazuje się zwichnięta, ale nie jesteśmy na szczęście jako odbiorcy skazani na wybiórczą perspektywę autora. Wierzę, że podobne do wspominanych przeze mnie paraleli przyszły również do głowy innym czytelnikom i czytelniczkom, inspirując cenne przemyślenia o powiązaniach między formami życia. Trudno jednak uniknąć konstatacji, że pisząc książkę o spotkaniach zwierząt ludzkich i pozaludzkich, zwyczajnie nie można już dziś zostawiać na marginesie losu zwierząt hodowlanych, doświadczalnych czy także skazanych na naszą opiekę i pozbawionych sprawczości zwierząt domowych. To trochę tak, jak gdyby pisząc całą książkę na temat ekstremalnych zjawisk pogodowych, o kryzysie klimatycznym wspomnieć przelotnie w jednym zaledwie akapicie.

„Spotkania…” istotnie są książką ważną, nowatorską, inspirującą, arcyciekawą – ale zaprzepaściły szansę na bycie książką przełomową. Nie trzeba było wiele: wystarczyłoby nieco więcej miejsca poświęcić losom hodowlanych pobratymców dzikich zwierząt. Dałoby się to zrobić to na dwa sposoby: zamieszczając w strategicznych miejscach wzmianki na wzór tych, które zasygnalizowałem w powyższych paralelach, lub – jeszcze lepiej – sześć rozdziałów o zwierzętach dzikich wieńcząc jednym rozdziałem o losie np. jednej konkretnej hodowlanej krowy (choćby tej biegnącej za uprowadzającym jej dziecko samochodem), której Jurszo nadałby imię, w której życie wewnętrzne by się zagłębił, której opowieść spisałby dla potomności. Jakże lepsza, mocniejsza, uczciwsza byłaby to wtedy książka.

Nawet jednak w obecnej ułomnej postaci „Spotkania…” są lekturą godną polecenia – trzeba tylko spróbować nie odwracać wzroku, gdy odwraca go autor. „Spotkania…” zasługują na miano Pogłębiarki, ale daleko im do Drogowskazu. Ciągną nas za łokieć we właściwym kierunku, ale zarazem trzymają nas za kołnierz, byśmy na dobrej drodze nie poszli dalej. Wytyczają nowe obszary, ale jednocześnie bezwzględnie patrolują ich granice, ignorując dobiegające z drugiej strony płotu żyletkowego krzyki bólu. Być może trzy nakreślone przez Gzyrę kategorie warto uzupełnić o czwartą: Pogranicznicy.

Podobnie, jak „Wędrówkę tusz”, także „Spotkania z nagą małpą” trzeba przeczytać – i pójść o jeden, drugi, trzeci krok dalej niż autorzy.

LITERATURA:

Gzyra D. [2023a]: „Drogowskazy, pogłębiarki i niewybuchy. Książki okołozwierzęce z ostatnich lat”. https://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/darek-gzyra-ksiazki-okolozwierzece-z-ostatnich-lat/.

Gzyra D. [2023b]: „To nie jest wegański manifest”. https://www.artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=462&artykul=9365.

Iwasiów S. [2023]: „Śladami nagiej małpy”. https://www.artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=475&artykul=9657.

Juraszek D. [2021]: „Pokochaj dysonans poznawczy, czyli życie w cieniu planetarnej katastrofy”. https://liberte.pl/pokochaj-dysonans-poznawczy-czyli-zycie-w-cieniu-planetarnej-katastrofy/.

Jurszo R. [2023]: „Oburzają was słowa Sośnierza o jedzeniu psów? To dlaczego zjadacie krowy?” https://wyborcza.pl/7,177851,30118306,oburzaja-was-slowa-sosnierza-o-jedzeniu-psow-to-dlaczego-zjadacie.html.

Urbaniak M. [2023]: „Test lustra, czyli Homo sapiens przegląda się w oczach innych gatunków”. https://liberte.pl/test-lustra-czyli-homo-sapiens-przeglada-sie-w-oczach-innych-gatunkow/.

Wróbel O. [2023]: „Planeta rzeźnia”. https://www.dwutygodnik.com/artykul/10710-planeta-rzeznia.html.
Robert Jurszo: „Spotkania z nagą małpą. Opowieści o zwierzętach”. Wydawnictwo Filtry. Warszawa 2023.