FEMINISTYCZNY WIELOGŁOS (LUCY DELAP: 'FEMINIZMY. HISTORIA GLOBALNA')
A
A
A
W „Feminizmach. Historii globalnej” (przeł. Filip Fierek) Lucy Delap proponuje inne spojrzenie na feminizm(y). To praca częściowo poświęcona historii ruchu feministycznego, przemianom dyskursu, nakreśleniu sylwetek poszczególnych postaci czy grup, a także sprzecznościom, konfliktom i spięciom w obrębie myśli i działalności feministycznej. Autorka dystansuje się od podziału na pierwszą, drugą, trzecią i czwartą falę feminizmu, argumentując, że podział ten przystaje tylko i wyłącznie do zachodniego kontekstu, a sam feminizm jest znacznie szerszym zjawiskiem, obejmującym nie tylko Europę Zachodnią i Amerykę. Na pierwszy rzut oka ta myśl nie będzie specjalnie nowatorska dla czytelniczek z Polski – wszak rodzimy feminizm i tak nigdy się w tych ramach nie mieścił, podążając nieco inną ścieżką, głównie ze względu na odmienne warunki i historię kształtowania się kobiecej emancypacji. Delap stara się spojrzeć na feminizmy z innej perspektywy, przedstawić przede wszystkim ich różnorodność i skierować wzrok w stronę głosów, które w zachodniej debacie nie wybrzmiewają mocno.
Kreślona przez Delap mapa feminizmów jest bardzo szeroka – niektóre opisane osoby mogłyby się bardzo zdziwić, że zostały określone feministkami. W plejadzie przedstawianych postaci znalazły się znane działaczki, pisarki czy filozofki, ale także m.in. Violet Johnson (1870–1939), Afroamerykanka i świecka liderka Kościoła baptystycznego w New Jersey, tworząca przestrzenie odpowiadające na potrzeby niebiałych kobiet pracujących; bezimienna autorka gniewnego listu do „Western Echo” z 1886 roku, wydawanego na Złotym Wybrzeżu (obecnie w Ghanie); Amanda Berry Smith (1837–1915), mówczyni i misjonarka z Maryland, lub autorka feministycznej utopii „Ladyland”, Rokeya Sakhwat Hossain (1880–1932). Postacie opisywane przez Delap dzieli wiele – czas, przestrzeń, pochodzenie, sposoby działania, wyznaczane cele. Jednak dla badaczki istotniejsze jest to, co je łączy: idea walki o wyzwolenie i prawa kobiet. Zestawiając ze sobą sprzeczne podejścia, postawy i rozwiązania, Delap nie unika opisywania konfliktów wewnątrz samego ruchu, o ile feminizm kiedykolwiek był jednym ruchem – stąd w tytule pracy pojawia się liczba mnoga. Autorka widzi feminizmy raczej jako wiele ruchów o punktach stycznych i zasadniczych rozbieżnościach. Aby opisać swoje podejście do globalnych feminizmów, posługuje się metaforą mozaiki, złożonej z wielu elementów, różnorodnej, ale tworzącej jeden obraz. Porównuje je także do fal radiowych, wielu różnych głosów, które rozchodzą się w przestrzeni, wzajemnie na siebie oddziałując. W „Feminizmach” Delap podkreśla, że myśl i praktyka emancypacyjna dostosowuje się zawsze do czasu i miejsca, odpowiada na konkretne potrzeby w konkretnym kontekście. Jeśli można mówić o uniwersalności feminizmu, to właśnie dzięki jego różnorodności. Feminizmy zasadzają się na poczuciu różnicy i wykluczenia, a nie na konkretnym planie, rozpisanym i gotowym do realizacji zawsze i wszędzie.
Delap spisuje historię globalnych feminizmów nie według prawideł chronologicznych czy geograficznych, ale tematycznie. Opisuje marzenia, idee, przestrzenie i przedmioty. Nie zabrakło też miejsca dla feministycznych stylów, czyli mody na feminizm i mody według feministek, nie tylko z zachodniej perspektywy. Uwzględnia dyskusje wokół muzułmańskich chust i zasłon, tworzenie publicznego wizerunku przez niektóre działaczki, dopasowywanie się do aktualnej mody lub celowe łamanie wszelkich odzieżowych konwenansów. Pisze także o uczuciach, jakie budzą feminizmy, i polityce emocjonalnej – gniewie, miłości, uczuciach macierzyńskich, wstydzie. Dużo uwagi poświęca również najbardziej ulotnej sferze feminizmów – dźwiękom. Pisze o pieśniach, skandowanych sloganach, odgłosach rewolucji, kobiecej scenie muzycznej i wspólnym śpiewaniu, ale także o kolorach organizacyjnych, przypinkach, kroju spodni, kobiecych przestrzeniach czy księgarniach. Poświęcenie uwagi rzeczom „mniej istotnym”, efemerycznym, jak stroje, przypinki, pieśni czy skandowane hasła, stanowi jedną z największych zalet książki, także pod względem literackim. W „Feminizmach” nieco zabrakło historii sztuki feministycznej, przede wszystkim sztuk wizualnych, filozofia i literatura są dość rozproszone, muzyka, za sprawą rozdziału „Dźwięki”, została opisana nieco wnikliwiej. Zdecydowanie nie można odmówić Delap rozmachu i wielowątkowości, swoją mozaikę feminizmów układa z różnorodnych elementów, które przenikają się na przestrzeni książki, tworząc często udane eseje czy miniatury.
Założeniem Delap było poszerzenie perspektywy, spojrzenie poza Europę Zachodnią i Amerykę. I choć zachodnia perspektywa pojawia się dość często i jest szeroko reprezentowana, to nie jest dominująca – pojawiają się głosy z Afryki, Azji, Ameryki Południowej. Pozostaje jednak pewien niedosyt. Trochę niedoreprezentowana jest Europa Środkowa i Wschodnia, jedna Aleksandra Kołłontaj (Rosja) to trochę za mało. Być może jest w tym nieco polskiego utyskiwania, że nie ma nas na kolejnej mapie (nie licząc drobnej wzmianki o niedawnych Czarnych Protestach), ale pominięcie to może być efektem, było nie było, imperialnej perspektywy. W „Feminizmach” Delap znalazło się miejsce dla imperium i… jego byłych kolonii. Co w skład kolonii nie wchodziło, umyka spojrzeniu badaczki. Trochę szkoda, bo feminizm środkowo- i wschodnioeuropejski to jednak trochę inna bajka niż feminizmy zachodnie, afrykańskie i azjatyckie, zgodnie z myślą wyrażoną przez badaczkę, że feminizmy dostosowują się do warunków lokalnych i określonego kontekstu. Należy jednak oddać autorce sprawiedliwość w kwestii spojrzenia na zachodnie i niezachodnie feminizmy – dostrzega i trafnie opisuje kolonizatorskie zapędy białego feminizmu zarówno w XIX, jak i w XX wieku. To także jedna z największych zalet „Feminizmów” – to nie uładzona opowieść o cukierkowym siostrzeństwie, a historia napięć, sporów i protekcjonalnego podejścia uprzywilejowanych, spotykającego się z różnymi strategiami oporu lub strategicznego konformizmu.
Przy tak szeroko zakrojonej perspektywie, obejmującej kilka wieków i kontynentów, uwzględniającej nie tylko doniosłe działania czy wygrane walki o prawa, ale także drobiazgi dnia codziennego, trudno uzyskać pogłębione spojrzenie. Niektóre konflikty czy punkty sporne ujęto dość wnikliwie, jak np. stosunek zachodnich feministek do innych podmiotów feminizmu niż białe kobiety z klasy średniej i wyższej, która to kwestia została opisana na różnych płaszczyznach czasowych i geograficznych. Autorka dostrzega także napięcia, zwłaszcza w obrębie XX- i XXI-wiecznego feminizmu, w kwestii klasy, rasy, a także orientacji seksualnej. Inne zagadnienia z kolei zostały potraktowane dość skrótowo i naskórkowo – częściowo wymusił to zapewne popularyzatorski charakter publikacji, ale przez to książka traci na głębi i czasami przypomina nieco rejestr lub kronikę, a z feministycznej mozaiki staje się feministyczną wyklejanką z wyszarpanych z większej całości elementów. Delap wydaje się też nie dostrzegać w pełni komercyjnego przeobrażenia (czy raczej: komercyjnej odnogi) współczesnego feminizmu, a w efekcie tworzy przedziwne zestawienia. Tak się dzieje np. w przypadku wpisania „feministycznej” trasy Beyoncé z 2013 roku w szerszą tradycję wykorzystania muzyki w aktywizmie, stawiając ją w jednym szeregu z afroamerykańskimi wykonawczyniami gospel, bluesa i jazzu, riot grrrls czy wykorzystywaniem muzyki przez „sufrażystki, socjalistki, działaczki ruchu wyzwolenia kobiet i lesbijki” do „budowania wspólnoty, wyszydzania przeciwników, zbierania funduszy i przejmowania nieprzyjaznych przestrzeni” (s. 343). Tak jakby nie widziała różnicy między koszulką z napisem „I’m a feminist”, którą można nabyć w popularnej sieciówce, a niszową, kontrkulturową modą, którą opisuje w rozdziale „Style”. Aspekt urynkowienia i utowarowienia feminizmu, który w swojej uładzonej wersji stał się sexy (jak Beyoncé), w zasadzie nie pojawia się w rozważaniach Delap.
„Feminizmy” Lucy Delap mają dość szeroki adres czytelniczy. Będą dobrą lekturą zarówno dla „początkujących” w feminizmie, jak i dla oczytanych absolwentek uniwersyteckich studiów kobiecych, zwłaszcza dzięki uwzględnieniu perspektyw nieobecnych w europejskim, akademickim feminizmie. Autorka poświęca dużo uwagi takim elementom historii ruchu, o których w naszej części świata mówi się rzadko. Najczęściej patrzymy na Zachód, a potem na swoje podwórko – w tej kolejności. I chociaż naszego podwórka z perspektywy Delap za bardzo nie widać, to polskie czytelniczki dzięki „Feminizmom” mogą spojrzeć tam, gdzie rzadko zaglądają.
Mimo pewnych wad i usterek, także w tłumaczeniu („kres narzuconej powszechnie homoseksualności” ze strony 92 w cytacie z Kate Millet jest chyba usterką najpoważniejszą, choć – trzeba przyznać – dość zabawną), „Feminizmy. Historia globalna” to ciekawa publikacja, która przynosi wielowymiarowy, wewnętrznie skomplikowany obraz feminizmów. Nie sposób także nie docenić ciekawej typograficznie okładki polskiego wydania, przygotowanej przez Sarę Makuch. To książka potrzebna, otwierająca nowe spojrzenie na to, czym i dla kogo jest feminizm, a także kładąca nacisk na lokalne konteksty i uwarunkowania. Pozwala widzieć dalej, patrzeć szerzej i rozumieć, skąd się biorą napięcia w obrębie ruchów feministycznych.
Kreślona przez Delap mapa feminizmów jest bardzo szeroka – niektóre opisane osoby mogłyby się bardzo zdziwić, że zostały określone feministkami. W plejadzie przedstawianych postaci znalazły się znane działaczki, pisarki czy filozofki, ale także m.in. Violet Johnson (1870–1939), Afroamerykanka i świecka liderka Kościoła baptystycznego w New Jersey, tworząca przestrzenie odpowiadające na potrzeby niebiałych kobiet pracujących; bezimienna autorka gniewnego listu do „Western Echo” z 1886 roku, wydawanego na Złotym Wybrzeżu (obecnie w Ghanie); Amanda Berry Smith (1837–1915), mówczyni i misjonarka z Maryland, lub autorka feministycznej utopii „Ladyland”, Rokeya Sakhwat Hossain (1880–1932). Postacie opisywane przez Delap dzieli wiele – czas, przestrzeń, pochodzenie, sposoby działania, wyznaczane cele. Jednak dla badaczki istotniejsze jest to, co je łączy: idea walki o wyzwolenie i prawa kobiet. Zestawiając ze sobą sprzeczne podejścia, postawy i rozwiązania, Delap nie unika opisywania konfliktów wewnątrz samego ruchu, o ile feminizm kiedykolwiek był jednym ruchem – stąd w tytule pracy pojawia się liczba mnoga. Autorka widzi feminizmy raczej jako wiele ruchów o punktach stycznych i zasadniczych rozbieżnościach. Aby opisać swoje podejście do globalnych feminizmów, posługuje się metaforą mozaiki, złożonej z wielu elementów, różnorodnej, ale tworzącej jeden obraz. Porównuje je także do fal radiowych, wielu różnych głosów, które rozchodzą się w przestrzeni, wzajemnie na siebie oddziałując. W „Feminizmach” Delap podkreśla, że myśl i praktyka emancypacyjna dostosowuje się zawsze do czasu i miejsca, odpowiada na konkretne potrzeby w konkretnym kontekście. Jeśli można mówić o uniwersalności feminizmu, to właśnie dzięki jego różnorodności. Feminizmy zasadzają się na poczuciu różnicy i wykluczenia, a nie na konkretnym planie, rozpisanym i gotowym do realizacji zawsze i wszędzie.
Delap spisuje historię globalnych feminizmów nie według prawideł chronologicznych czy geograficznych, ale tematycznie. Opisuje marzenia, idee, przestrzenie i przedmioty. Nie zabrakło też miejsca dla feministycznych stylów, czyli mody na feminizm i mody według feministek, nie tylko z zachodniej perspektywy. Uwzględnia dyskusje wokół muzułmańskich chust i zasłon, tworzenie publicznego wizerunku przez niektóre działaczki, dopasowywanie się do aktualnej mody lub celowe łamanie wszelkich odzieżowych konwenansów. Pisze także o uczuciach, jakie budzą feminizmy, i polityce emocjonalnej – gniewie, miłości, uczuciach macierzyńskich, wstydzie. Dużo uwagi poświęca również najbardziej ulotnej sferze feminizmów – dźwiękom. Pisze o pieśniach, skandowanych sloganach, odgłosach rewolucji, kobiecej scenie muzycznej i wspólnym śpiewaniu, ale także o kolorach organizacyjnych, przypinkach, kroju spodni, kobiecych przestrzeniach czy księgarniach. Poświęcenie uwagi rzeczom „mniej istotnym”, efemerycznym, jak stroje, przypinki, pieśni czy skandowane hasła, stanowi jedną z największych zalet książki, także pod względem literackim. W „Feminizmach” nieco zabrakło historii sztuki feministycznej, przede wszystkim sztuk wizualnych, filozofia i literatura są dość rozproszone, muzyka, za sprawą rozdziału „Dźwięki”, została opisana nieco wnikliwiej. Zdecydowanie nie można odmówić Delap rozmachu i wielowątkowości, swoją mozaikę feminizmów układa z różnorodnych elementów, które przenikają się na przestrzeni książki, tworząc często udane eseje czy miniatury.
Założeniem Delap było poszerzenie perspektywy, spojrzenie poza Europę Zachodnią i Amerykę. I choć zachodnia perspektywa pojawia się dość często i jest szeroko reprezentowana, to nie jest dominująca – pojawiają się głosy z Afryki, Azji, Ameryki Południowej. Pozostaje jednak pewien niedosyt. Trochę niedoreprezentowana jest Europa Środkowa i Wschodnia, jedna Aleksandra Kołłontaj (Rosja) to trochę za mało. Być może jest w tym nieco polskiego utyskiwania, że nie ma nas na kolejnej mapie (nie licząc drobnej wzmianki o niedawnych Czarnych Protestach), ale pominięcie to może być efektem, było nie było, imperialnej perspektywy. W „Feminizmach” Delap znalazło się miejsce dla imperium i… jego byłych kolonii. Co w skład kolonii nie wchodziło, umyka spojrzeniu badaczki. Trochę szkoda, bo feminizm środkowo- i wschodnioeuropejski to jednak trochę inna bajka niż feminizmy zachodnie, afrykańskie i azjatyckie, zgodnie z myślą wyrażoną przez badaczkę, że feminizmy dostosowują się do warunków lokalnych i określonego kontekstu. Należy jednak oddać autorce sprawiedliwość w kwestii spojrzenia na zachodnie i niezachodnie feminizmy – dostrzega i trafnie opisuje kolonizatorskie zapędy białego feminizmu zarówno w XIX, jak i w XX wieku. To także jedna z największych zalet „Feminizmów” – to nie uładzona opowieść o cukierkowym siostrzeństwie, a historia napięć, sporów i protekcjonalnego podejścia uprzywilejowanych, spotykającego się z różnymi strategiami oporu lub strategicznego konformizmu.
Przy tak szeroko zakrojonej perspektywie, obejmującej kilka wieków i kontynentów, uwzględniającej nie tylko doniosłe działania czy wygrane walki o prawa, ale także drobiazgi dnia codziennego, trudno uzyskać pogłębione spojrzenie. Niektóre konflikty czy punkty sporne ujęto dość wnikliwie, jak np. stosunek zachodnich feministek do innych podmiotów feminizmu niż białe kobiety z klasy średniej i wyższej, która to kwestia została opisana na różnych płaszczyznach czasowych i geograficznych. Autorka dostrzega także napięcia, zwłaszcza w obrębie XX- i XXI-wiecznego feminizmu, w kwestii klasy, rasy, a także orientacji seksualnej. Inne zagadnienia z kolei zostały potraktowane dość skrótowo i naskórkowo – częściowo wymusił to zapewne popularyzatorski charakter publikacji, ale przez to książka traci na głębi i czasami przypomina nieco rejestr lub kronikę, a z feministycznej mozaiki staje się feministyczną wyklejanką z wyszarpanych z większej całości elementów. Delap wydaje się też nie dostrzegać w pełni komercyjnego przeobrażenia (czy raczej: komercyjnej odnogi) współczesnego feminizmu, a w efekcie tworzy przedziwne zestawienia. Tak się dzieje np. w przypadku wpisania „feministycznej” trasy Beyoncé z 2013 roku w szerszą tradycję wykorzystania muzyki w aktywizmie, stawiając ją w jednym szeregu z afroamerykańskimi wykonawczyniami gospel, bluesa i jazzu, riot grrrls czy wykorzystywaniem muzyki przez „sufrażystki, socjalistki, działaczki ruchu wyzwolenia kobiet i lesbijki” do „budowania wspólnoty, wyszydzania przeciwników, zbierania funduszy i przejmowania nieprzyjaznych przestrzeni” (s. 343). Tak jakby nie widziała różnicy między koszulką z napisem „I’m a feminist”, którą można nabyć w popularnej sieciówce, a niszową, kontrkulturową modą, którą opisuje w rozdziale „Style”. Aspekt urynkowienia i utowarowienia feminizmu, który w swojej uładzonej wersji stał się sexy (jak Beyoncé), w zasadzie nie pojawia się w rozważaniach Delap.
„Feminizmy” Lucy Delap mają dość szeroki adres czytelniczy. Będą dobrą lekturą zarówno dla „początkujących” w feminizmie, jak i dla oczytanych absolwentek uniwersyteckich studiów kobiecych, zwłaszcza dzięki uwzględnieniu perspektyw nieobecnych w europejskim, akademickim feminizmie. Autorka poświęca dużo uwagi takim elementom historii ruchu, o których w naszej części świata mówi się rzadko. Najczęściej patrzymy na Zachód, a potem na swoje podwórko – w tej kolejności. I chociaż naszego podwórka z perspektywy Delap za bardzo nie widać, to polskie czytelniczki dzięki „Feminizmom” mogą spojrzeć tam, gdzie rzadko zaglądają.
Mimo pewnych wad i usterek, także w tłumaczeniu („kres narzuconej powszechnie homoseksualności” ze strony 92 w cytacie z Kate Millet jest chyba usterką najpoważniejszą, choć – trzeba przyznać – dość zabawną), „Feminizmy. Historia globalna” to ciekawa publikacja, która przynosi wielowymiarowy, wewnętrznie skomplikowany obraz feminizmów. Nie sposób także nie docenić ciekawej typograficznie okładki polskiego wydania, przygotowanej przez Sarę Makuch. To książka potrzebna, otwierająca nowe spojrzenie na to, czym i dla kogo jest feminizm, a także kładąca nacisk na lokalne konteksty i uwarunkowania. Pozwala widzieć dalej, patrzeć szerzej i rozumieć, skąd się biorą napięcia w obrębie ruchów feministycznych.
Lucy Delap: „Feminizmy. Historia globalna”. Przeł. Filip Fierek. Wydawnictwo Drzazgi. Okoniny 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

