W POSZUKIWANIU ZNACZEŃ (TORGNY LINDGREN: 'LEGENDY')
A
A
A
Pytania, wątpliwości, sprzeczności i obrazy - to elementy opowiadań Lindgrena, które pozostają w nas po przeczytaniu „Legend”, książki napisanej pod znakiem paradoksu. To właśnie pewne sprzeczności pozwalają dotrzeć do prawdy. Najczęściej prawdy o człowieku. Czy istnieje coś lepiej tłumaczącego zachowania i myśli człowieka niż kategoria paradoksu?
Już sama próba klasyfikacji gatunkowej „Legend” przysparza wielu problemów. Oczywiście, możemy je po prostu nazwać zbiorem opowiadań i cieszyć się świętym spokojem, lecz właśnie to szukanie, poszerzanie perspektywy czytelniczej, konfrontowanie się z tekstem otwiera na jego wartość. Historie przypominające baśnie czy legendy, zasłyszane od kogoś, próby minibiografii, mity czy nawet apokryfy tworzą trzynaście mikropróz, na pierwszy rzut oka nieskłdających się na spójną całość. Jednak wspólna im fantastyczność obrazów stworzonych przez szwedzkiego pisarza, paradoksalność odnajdywana w bohaterach i świecie, w którym się znajdują, wraz z gawędziarskim, oralnym charakterem narracji, pomimo odległych czasoprzestrzeni różnych opowiadań, tworzą spójną opowieść o człowieku i jego kondycji.
Torgny Lindgren to pisarz dopiero w Polsce odkrywany. Na polskie wydanie „Legend” czekaliśmy prawie 40 lat od ich powstania (1986); to jego czwarta książka przetłumaczona na język polski. Fakt tym bardziej zaskakujący, jeśli wziąć pod uwagę rangę pisarza, który przez ponad 20 lat był członkiem Akademii Szwedzkiej. O jego popularności świadczyć może m. in. ekranizacja „Droga węża” w reżyserii Bo Widerberga. Natomiast za przekład „Legend” powinniśmy być wdzięczni. Dzięki niemu jesteśmy w stanie zapoznać się z niezwykle interesującymi opowiadaniami Lindgrena. Interesującymi, bo opowiadanymi nie tylko językiem, a może nawet przede wszystkim obrazami.
Język i narracje Lindgrena widoczne w „Legendach” są nietypowe. Nie są świadectwem kunsztu literackiego autora starającego się przemówić jak najpiękniejszym językiem ze szczytów literackich, a próbą dotarcia do „zwykłych” czytelników (o ich istotności pisze w posłowiu Tomasz Feliks), za pomocą języka relatywnie prostego i czytelnego, ale jednocześnie obrazotwórczego. Choć oczywiście nie można odebrać tekstowi artyzmu i precyzji, , nie są one jednak w moim odczuciu najistotniejszymi jego elementami. Są nimi natomiast owa „prostota” i potoczność „Legend”, które decydują o ich dostępności. Świadczą o tym fragmenty z historii o panu i niewolniku: „Gotował Ulvowi posiłki, szorował podłogi, ubierał go i rozbierał, wodą i mydłem mył jego sztuczną szczękę, nocą spał przy nogach jego łóżka, sam zaś jadł, szczał i mył się tylko na komendę Ulva” (s. 13), czy opowieści o miłości olbrzyma i bogini: „Głowa i serce Rungnera były z kamienia, z prekambryjskiej skały, w łożu Frei takoż w kamień przemieniało się jego kolubryniaste narzędzie miłości, a ona czuła, jak gdyby jej brzuch i klatkę piersiową miało rozerwać za każdym razem, kiedy w niej był, za każdym razem, ilekroć orał ją swoim okrutnym lemieszem” (s. 83). Nawet jeśli znajdujemy metafory, są one w znacznej większości na tyle przejrzyste (przynajmniej w swoim pierwszym znaczeniu), że bez trudu jesteśmy je w stanie odczytać.
Podobnie uwagę na świecie przedstawionym, a nie słowie, skupia sposób narracji. Formuły rozpoczynające opowiadania, takie jak: „Pewnego majowego dnia, w domu towarowym Åhléns przy Klarabergsgatan, Duch wstąpił w Anette Svensson” (s. 67) czy „Miłość, no tak” (s. 59) tworzą atmosferę nie tyle czytania książki, ile słuchania opowieści zasłyszanej od starszego, doświadczonego życiowo członka rodziny. Choć momentami o pewnej niespójności stanowią zwroty, które odnajdujemy w pierwszej historii „Legend”, takie jak: „Na trzeźwo nie byłby nigdy znalazł Prazalanz” (s. 5), myślami kierującymi nas wiele lat w przeszłość.
Rola słowa, języka, tak jak wiele problemów i motywów w opowiadaniach Lindgrena, nie jest oczywiście tak prosta. W tekście pojawiają się również wiersz (s. 19–20) i dodatkowe instancje nadawcze pomiędzy bohaterami a głównym narratorem. W opowiadaniu o siłaczce Anette Svensson takimi instancjami są dyskutujący ze sobą pisarz i animizowany, a może nawet antropomorfizowany tekst sam w sobie, będące pewnym metaliterackim głosem o tym, jak można opowiadać. O roli słowa traktuje również opowiadanie o noblistach, postaciach rzeczywistych, co jest czymś nietypowym dla tych tekstów. Laureaci literackiej nagrody nobla, Selma Lagerlöf i Verner von Heidenstam, spotykając się i prowadzą rozmowę pozornie nieistotną. Komunikacja między nimi odbywa się poza słowem, między działaniem a myślą. I to właśnie poszukiwanie najodpowiedniejszych dróg komunikacji jest osiągnięciem Lindgrena w „Legendach”.
Nie słowami, a tworzonymi przez nie obrazami opowiada autor. Powstają one oczywiście przez język i narracje, jakie stosuje szwedzki pisarz, to jednak właśnie w nich poszukujemy sensu w różnych opowieściach. Tym, co zasługuje na wyróżnienie, jest łatwość, z jaką przenosimy się oczami wyobraźni do różnych czasoprzestrzeni „Legend”. Czasoprzestrzeni, które jednocześnie są obrazami bardzo żywymi – stajemy się ich częścią podczas lektury. Niezależnie od tego, czy są to dopowiedzenia do Biblii, historia o Buddzie czy opowiadania o mniej lub bardziej rzeczywistych szwedzkich bohaterach, każdy ze światów stworzonych porywa nas i pozwala nam zobaczyć ich fantastyczność. Nie jest to jednak fantastyczność znana z książek gatunku fantasy. Jest to pewien rodzaj urzeczywistnienia symboli, metafor i myśli w bohaterach i otaczającym ich świecie. Metafory i stany emocjonalno-psychologiczne, w jakich znajdują się bohaterowie, są ucieleśniane, co dostrzeżemy chociażby w tęskniącej za biblijnym Jakubem Mariam: „W rzeczywistości tęskniła za nim do tego stopnia, że pluła krwią, a jej brzuch napuchł i był jak popękany dzban wina. Piersi zaś pokryły się drobnymi szczelinami, przez które sączyła się blada, mlekopodobna ciecz” (s. 91). Pomimo ciągłego przemieszczania się między rzeczywistym a nierzeczywistym, jako czytelnicy nie odczuwamy żadnych problemów w zobaczeniu tych obrazów. A może to właśnie one je łączą? Sprawiają, że te nierealne historie nabierają sensu? Największy trud, a może właśnie wynikająca z tego przyjemność, polega na odnajdywaniu znaczenia w tych obrazach. Są one z jednej strony niezwykle przejrzyste, w pełni widoczne, a z drugiej skrywają wiadomość o kondycji człowieka. Paradoksalnie, to ta pozorna „prostota” opowiadań skrywa wielopoziomową dyskusję o człowieku. Skrytą za jednocześnie rzeczywistym i fantastycznym obrazem świata, który musimy, jak się okazuje, nie tylko oglądać, ale stale szukać w nim głębi, przyglądać się mu bardzo dokładnie. Paradoksalność niezłożonego, a jednocześnie niezwykle transgresyjnego i wielowarstwowego świata, tworzy płaszcz, dzięki któremu bohaterowie, a dokładniej: dotyczące ich paradoksy, ukazują człowieka jako istotę w ogóle.
„Legendy” opowiadają historie za pomocą paradoksów. Pan chcący być niewolnikiem, złodziejka zostająca świętą – to tylko jedne z nich. Sprzeczność, nielogiczność relacji między bohaterami, a nawet między bohaterami a światem, w jakim się znajdują, jak w opowiadaniu o Jozuem, odkrywają prawdę o człowieku. Słowo ,,odkrywać’’ wydaje się jednak być lekceważące w stosunku do wysiłku, jakiego tekst wymaga od czytelnika. Tak naprawdę to my, czytelnicy, musimy wszystko samodzielnie odkryć. Szwedzki pisarz w opowiadaniach ukazuje tylko pewne problemy, postacie, obrazy. Nie zadaje pytań, nie ocenia. Pozostawia płótno takie, jakim jest, zrzucając obowiązek (przyjemność?) interpretacji czytelnikom. Jest to o tyle trudne, ponieważ autor nie tyle nie daje gotowych odpowiedzi, ale nawet nie zadaje pytań. Zostawia nas jedynie z pewnym wrażeniem estetycznym, wątpliwościami, myślami, które sami musimy ułożyć, sformułować w pytania i szukać odpowiedzi. Staje się to tym trudniejsze, gdyż prostota tekstu ponownie jest tylko pozorna. Nie tylko owe opowiadania są szkatułkowe, na różnych poziomach odkrywające różne treści, ale również intertekstualne. „Zmutowane” ziemniaki posiadające znamiona ofiar zamordowanych przez Otta w siódmym opowiadaniu są dowodem zbrodni, który, podobnie jak w przypadku Lady Makbet, widoczny jest tylko dla sprawców. Intertekstualność widać również w opowiadaniu o piłkarzu doświadczającym tej samej sytuacji, natomiast z dwóch różnych perspektyw, co w znacznym stopniu przypomina opowiadanie „Biografia Tadea Isidora Cruza (1829–1874)” z „Alefu” jednego z mistrzów małych form prozatorskich – Borgesa.
Pomimo relatywnie krótkiego rozmiaru książki, liczącej trochę ponad 100 stron, ponownie paradoksalnie, nie jest to lektura jednego wieczoru. Konieczne jest w jej przypadku raczej czytanie wielokrotne, powracanie do różnych opowiadań, odczytywanie ich z różnych perspektyw. Tym bardziej, biorąc pod uwagę szeroki zakres bohaterów, od Buddy po piłkarza, w których każdy czytelnik może znaleźć motywy czy cechy najsilniej z nim rezonujące. To właśnie ta zabawa, interpretacje konkretnych tekstów, pomimo wielu momentów wymagających od nas zatrzymania, przemyślenia, stanowią wartość, dla której warto sięgnąć po „Legendy”.
Już sama próba klasyfikacji gatunkowej „Legend” przysparza wielu problemów. Oczywiście, możemy je po prostu nazwać zbiorem opowiadań i cieszyć się świętym spokojem, lecz właśnie to szukanie, poszerzanie perspektywy czytelniczej, konfrontowanie się z tekstem otwiera na jego wartość. Historie przypominające baśnie czy legendy, zasłyszane od kogoś, próby minibiografii, mity czy nawet apokryfy tworzą trzynaście mikropróz, na pierwszy rzut oka nieskłdających się na spójną całość. Jednak wspólna im fantastyczność obrazów stworzonych przez szwedzkiego pisarza, paradoksalność odnajdywana w bohaterach i świecie, w którym się znajdują, wraz z gawędziarskim, oralnym charakterem narracji, pomimo odległych czasoprzestrzeni różnych opowiadań, tworzą spójną opowieść o człowieku i jego kondycji.
Torgny Lindgren to pisarz dopiero w Polsce odkrywany. Na polskie wydanie „Legend” czekaliśmy prawie 40 lat od ich powstania (1986); to jego czwarta książka przetłumaczona na język polski. Fakt tym bardziej zaskakujący, jeśli wziąć pod uwagę rangę pisarza, który przez ponad 20 lat był członkiem Akademii Szwedzkiej. O jego popularności świadczyć może m. in. ekranizacja „Droga węża” w reżyserii Bo Widerberga. Natomiast za przekład „Legend” powinniśmy być wdzięczni. Dzięki niemu jesteśmy w stanie zapoznać się z niezwykle interesującymi opowiadaniami Lindgrena. Interesującymi, bo opowiadanymi nie tylko językiem, a może nawet przede wszystkim obrazami.
Język i narracje Lindgrena widoczne w „Legendach” są nietypowe. Nie są świadectwem kunsztu literackiego autora starającego się przemówić jak najpiękniejszym językiem ze szczytów literackich, a próbą dotarcia do „zwykłych” czytelników (o ich istotności pisze w posłowiu Tomasz Feliks), za pomocą języka relatywnie prostego i czytelnego, ale jednocześnie obrazotwórczego. Choć oczywiście nie można odebrać tekstowi artyzmu i precyzji, , nie są one jednak w moim odczuciu najistotniejszymi jego elementami. Są nimi natomiast owa „prostota” i potoczność „Legend”, które decydują o ich dostępności. Świadczą o tym fragmenty z historii o panu i niewolniku: „Gotował Ulvowi posiłki, szorował podłogi, ubierał go i rozbierał, wodą i mydłem mył jego sztuczną szczękę, nocą spał przy nogach jego łóżka, sam zaś jadł, szczał i mył się tylko na komendę Ulva” (s. 13), czy opowieści o miłości olbrzyma i bogini: „Głowa i serce Rungnera były z kamienia, z prekambryjskiej skały, w łożu Frei takoż w kamień przemieniało się jego kolubryniaste narzędzie miłości, a ona czuła, jak gdyby jej brzuch i klatkę piersiową miało rozerwać za każdym razem, kiedy w niej był, za każdym razem, ilekroć orał ją swoim okrutnym lemieszem” (s. 83). Nawet jeśli znajdujemy metafory, są one w znacznej większości na tyle przejrzyste (przynajmniej w swoim pierwszym znaczeniu), że bez trudu jesteśmy je w stanie odczytać.
Podobnie uwagę na świecie przedstawionym, a nie słowie, skupia sposób narracji. Formuły rozpoczynające opowiadania, takie jak: „Pewnego majowego dnia, w domu towarowym Åhléns przy Klarabergsgatan, Duch wstąpił w Anette Svensson” (s. 67) czy „Miłość, no tak” (s. 59) tworzą atmosferę nie tyle czytania książki, ile słuchania opowieści zasłyszanej od starszego, doświadczonego życiowo członka rodziny. Choć momentami o pewnej niespójności stanowią zwroty, które odnajdujemy w pierwszej historii „Legend”, takie jak: „Na trzeźwo nie byłby nigdy znalazł Prazalanz” (s. 5), myślami kierującymi nas wiele lat w przeszłość.
Rola słowa, języka, tak jak wiele problemów i motywów w opowiadaniach Lindgrena, nie jest oczywiście tak prosta. W tekście pojawiają się również wiersz (s. 19–20) i dodatkowe instancje nadawcze pomiędzy bohaterami a głównym narratorem. W opowiadaniu o siłaczce Anette Svensson takimi instancjami są dyskutujący ze sobą pisarz i animizowany, a może nawet antropomorfizowany tekst sam w sobie, będące pewnym metaliterackim głosem o tym, jak można opowiadać. O roli słowa traktuje również opowiadanie o noblistach, postaciach rzeczywistych, co jest czymś nietypowym dla tych tekstów. Laureaci literackiej nagrody nobla, Selma Lagerlöf i Verner von Heidenstam, spotykając się i prowadzą rozmowę pozornie nieistotną. Komunikacja między nimi odbywa się poza słowem, między działaniem a myślą. I to właśnie poszukiwanie najodpowiedniejszych dróg komunikacji jest osiągnięciem Lindgrena w „Legendach”.
Nie słowami, a tworzonymi przez nie obrazami opowiada autor. Powstają one oczywiście przez język i narracje, jakie stosuje szwedzki pisarz, to jednak właśnie w nich poszukujemy sensu w różnych opowieściach. Tym, co zasługuje na wyróżnienie, jest łatwość, z jaką przenosimy się oczami wyobraźni do różnych czasoprzestrzeni „Legend”. Czasoprzestrzeni, które jednocześnie są obrazami bardzo żywymi – stajemy się ich częścią podczas lektury. Niezależnie od tego, czy są to dopowiedzenia do Biblii, historia o Buddzie czy opowiadania o mniej lub bardziej rzeczywistych szwedzkich bohaterach, każdy ze światów stworzonych porywa nas i pozwala nam zobaczyć ich fantastyczność. Nie jest to jednak fantastyczność znana z książek gatunku fantasy. Jest to pewien rodzaj urzeczywistnienia symboli, metafor i myśli w bohaterach i otaczającym ich świecie. Metafory i stany emocjonalno-psychologiczne, w jakich znajdują się bohaterowie, są ucieleśniane, co dostrzeżemy chociażby w tęskniącej za biblijnym Jakubem Mariam: „W rzeczywistości tęskniła za nim do tego stopnia, że pluła krwią, a jej brzuch napuchł i był jak popękany dzban wina. Piersi zaś pokryły się drobnymi szczelinami, przez które sączyła się blada, mlekopodobna ciecz” (s. 91). Pomimo ciągłego przemieszczania się między rzeczywistym a nierzeczywistym, jako czytelnicy nie odczuwamy żadnych problemów w zobaczeniu tych obrazów. A może to właśnie one je łączą? Sprawiają, że te nierealne historie nabierają sensu? Największy trud, a może właśnie wynikająca z tego przyjemność, polega na odnajdywaniu znaczenia w tych obrazach. Są one z jednej strony niezwykle przejrzyste, w pełni widoczne, a z drugiej skrywają wiadomość o kondycji człowieka. Paradoksalnie, to ta pozorna „prostota” opowiadań skrywa wielopoziomową dyskusję o człowieku. Skrytą za jednocześnie rzeczywistym i fantastycznym obrazem świata, który musimy, jak się okazuje, nie tylko oglądać, ale stale szukać w nim głębi, przyglądać się mu bardzo dokładnie. Paradoksalność niezłożonego, a jednocześnie niezwykle transgresyjnego i wielowarstwowego świata, tworzy płaszcz, dzięki któremu bohaterowie, a dokładniej: dotyczące ich paradoksy, ukazują człowieka jako istotę w ogóle.
„Legendy” opowiadają historie za pomocą paradoksów. Pan chcący być niewolnikiem, złodziejka zostająca świętą – to tylko jedne z nich. Sprzeczność, nielogiczność relacji między bohaterami, a nawet między bohaterami a światem, w jakim się znajdują, jak w opowiadaniu o Jozuem, odkrywają prawdę o człowieku. Słowo ,,odkrywać’’ wydaje się jednak być lekceważące w stosunku do wysiłku, jakiego tekst wymaga od czytelnika. Tak naprawdę to my, czytelnicy, musimy wszystko samodzielnie odkryć. Szwedzki pisarz w opowiadaniach ukazuje tylko pewne problemy, postacie, obrazy. Nie zadaje pytań, nie ocenia. Pozostawia płótno takie, jakim jest, zrzucając obowiązek (przyjemność?) interpretacji czytelnikom. Jest to o tyle trudne, ponieważ autor nie tyle nie daje gotowych odpowiedzi, ale nawet nie zadaje pytań. Zostawia nas jedynie z pewnym wrażeniem estetycznym, wątpliwościami, myślami, które sami musimy ułożyć, sformułować w pytania i szukać odpowiedzi. Staje się to tym trudniejsze, gdyż prostota tekstu ponownie jest tylko pozorna. Nie tylko owe opowiadania są szkatułkowe, na różnych poziomach odkrywające różne treści, ale również intertekstualne. „Zmutowane” ziemniaki posiadające znamiona ofiar zamordowanych przez Otta w siódmym opowiadaniu są dowodem zbrodni, który, podobnie jak w przypadku Lady Makbet, widoczny jest tylko dla sprawców. Intertekstualność widać również w opowiadaniu o piłkarzu doświadczającym tej samej sytuacji, natomiast z dwóch różnych perspektyw, co w znacznym stopniu przypomina opowiadanie „Biografia Tadea Isidora Cruza (1829–1874)” z „Alefu” jednego z mistrzów małych form prozatorskich – Borgesa.
Pomimo relatywnie krótkiego rozmiaru książki, liczącej trochę ponad 100 stron, ponownie paradoksalnie, nie jest to lektura jednego wieczoru. Konieczne jest w jej przypadku raczej czytanie wielokrotne, powracanie do różnych opowiadań, odczytywanie ich z różnych perspektyw. Tym bardziej, biorąc pod uwagę szeroki zakres bohaterów, od Buddy po piłkarza, w których każdy czytelnik może znaleźć motywy czy cechy najsilniej z nim rezonujące. To właśnie ta zabawa, interpretacje konkretnych tekstów, pomimo wielu momentów wymagających od nas zatrzymania, przemyślenia, stanowią wartość, dla której warto sięgnąć po „Legendy”.
Torgny Lindgren: „Legendy”. Przeł. Tomasz Feliks. Wydawnictwo artRage. Warszawa 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

