NA TEN SERIAL STAWIAM WSZYSTKIE (TWOJE) KAPSLE Z NUKA COLI ('FALLOUT' - SEZON 1.)
A
A
A
O tym, co by było, gdyby – albo nawet o tym, co będzie, kiedy – powstała już niezliczona liczba tekstów wszelkiej maści: książki, filmy, gry, seriale. Co będzie, kiedy świat się skończy? Jak się skończy? Co wtedy stanie się z ludźmi? Czy w ogóle będą wtedy jacyś ludzie? A jeśli nie – kto nas zastąpi?
Już kolejny raz temat ten podejmuje świeżutki, choć nieco zarobaczony przez karaluchy „Fallout”. Nie tylko jako jeszcze jedna opowieść o postapokaliptycznej rzeczywistości, tym razem będącej efektem nuklearnej zagłady, ale również jako kolejna odsłona spod szyldu tego uniwersum. Sam „Fallout” swoją historię zaczął bowiem jeszcze w 1997 roku, kiedy światło dzienne ujrzała pierwsza gra pod tym samym tytułem, a wraz z nią pierwszy mieszkaniec Krypty 13. Wówczas gracze po raz pierwszy mogli przemierzać Pustkowie, szukając hydroprocesora. Kolejne wydanie ukazało się już rok później, ale na „Fallout 3” trzeba było poczekać aż dziesięć lat. Wiele jednak się w tym czasie zmieniło. To już niemal zupełnie inna gra, która wciąż ma to, co kochali fani pierwowzoru – krypty, Pip-Boya, stimpaki i świat, w którym nikt nie chce mieszkać, ale każdy chętnie zobaczy, co tam się do licha wyprawia. W 2010 roku ukazał się jeszcze „Fallout: New Vegas”, nieco później „Fallout 4” i nie najlepiej przyjęty „Fallout 76”. Potem, na kilka dobrych lat, znów zapadła cisza.
I tak oto, 10 kwietnia 2024 roku, cały na biało, ale przybrudzony radioaktywnym pyłem, na scenę wreszcie wkroczył serial „Fallout” – wyprodukowany dla Amazon Prime Video przez Jonathana Nolana i Lisę Joy, wyreżyserowany przez Todda Howarda i powstający pod czujnym okiem Bethesda Game Studios. Szczerze mówiąc, aż do momentu, kiedy ta produkcja została zapowiedziana, nie miałam pojęcia, że na nią czekałam. Serial okazał się jednak pozytywnym zaskoczeniem również z innego powodu: jest zwyczajnie całkiem niezły. Moim zdaniem ocena 8/10 na Filmwebie to bardzo rozsądne podsumowanie. Nie jest to dzieło porywające i głębokie w swym znaczeniu (chociaż może trochę jednak jest?), ale zapewnia kilka godzin dobrej zabawy. Co więcej, „Fallout” Amazona okazuje się pozbawiony częstej przypadłości adaptacji; zwłaszcza tych treści, które zdążyły już zapracować na swoich fanów. Mianowicie, nie drażni ignorancją w stosunku do materiału źródłowego.
Pierwszy sezon „Fallouta” to zupełnie nowa opowieść i zupełnie nowi bohaterowie, a jednocześnie, na swój sposób, kolejna odsłona gry. Na prowadzenie zdecydowanie wysuwa się Lucy (Ella Purnell), która, choć momentami irytująca i dziwaczna, pasuje do świata przedstawionego jak ulał. Naiwna, trochę odklejona od otaczającej ją rzeczywistości, ale kiedy trzeba, gotowa do działania. Jak wszyscy główni bohaterowie „Fallouta”, ona też urodziła się w Krypcie, więc realia życia na powierzchni są dla niej czymś obcym. Mimo to nie została pożarta przez pierwszego napotkanego karalucha i z każdym odcinkiem radzi sobie lepiej.
Nieco gorzej, w mojej ocenie, wypada Maximus (Aaron Moten). Ma więcej szczęścia niż rozumu (nawet jeśli paradoksalnie to Lucy ma największe statystyki szczęścia). Chociaż z czasem i jego da się polubić, to jego wątek, w połączeniu z dziwnie fanatycznym Bractwem Stali, był dla mnie najmniej ciekawy. Doceniam jednak to, w jakim kontraście do siebie działają Maximus i Lucy – ona naiwna, on podejrzliwy, ona wychowana w „luksusach”, on w koszarach. Ich relacja nie tylko działa, ale też potrafi zaskoczyć. Najlepszym przykładem jest sytuacja w Krypcie 4. To chyba Lucy powinna chcieć zostać, prawda? To Maximus powinien ratować ją z opresji/ Chociaż… chyba lepiej nie, jeśli spojrzeć na finał tej sekwencji.
Mówiąc o bohaterach, nie sposób zapomnieć o Ghulu. Na początku praktycznie bez imienia, bez związku z jakimkolwiek innym wątkiem, po czasie okazuje się jednym z najistotniejszych elementów fabuły. To przecież on spaja ze sobą świat Pustkowia i przedwojennej Ameryki. Serial daje nam bowiem coś, czego nie dała wcześniej żadna gra „Fallout” – pozwala zobaczyć świat takim, jakim był, zanim spadły bomby. Owszem, nie jest tego dużo, to zaledwie wycinek tamtej rzeczywistości. Mimo to wiemy, jak doszło do końca świata i co z bohaterem zrobiło dwieście lat życia w abstrakcyjnym koszmarze. W ten sposób dostajemy też wycinek alternatywnej Ameryki lat 50., bez której „Fallout” nie miałby swojego unikalnego klimatu ani swojej wyjątkowej stylistyki.
Tutaj jednak trzeba wytknąć jeden poważny mankament całej produkcji: świat przedstawiony. Chociaż nie jest to minus tak wielki, by kładł się cieniem na całym serialu, to osoby obeznane z „Falloutem” z łatwością wyłapią różnicę. Bohaterowie giną, tracą kończyny, są pożerani przez napromieniowane gady… a jednak to Pustkowie jest śmiesznie bezpieczne i atrakcyjne wizualnie w porównaniu z tym, które znaliśmy z gier. Żądnych krwi frakcji tu jak na lekarstwo, stworów też spotykamy niewiele – właściwie zawsze, kiedy bohaterom grozi jakieś naturalne zagrożenie, to tylko dlatego, że na własne życzenie pakowali się we wszystkie legowiska potworów, jakie udało im się znaleźć na mapie.
Nieco rozczarowująca okazuje się również charakteryzacja Ghula. Chociaż „napromieniowany” Walton Goggins sprawdza się nieźle, aktor wyraźnie jest w swoim żywiole… coś tu nie gra. Ghule, które poznaliśmy we wcześniejszych odsłonach „Fallouta”, były, krótko mówiąc, dość paskudne. Nawet te w czwartej części gry. I nic dziwnego, skoro ich stan fizyczny, a czasem również mentalny, wynikał z choroby popromiennej. Tymczasem ten Ghul, owszem, wygląda, jakby jego skóra stopiła się w zbyt wysokiej temperaturze, podczas swojej podróży przez dwa wieki stracił również nos, ale poza tym wygląda całkiem znośnie – i to nie w tym znaczeniu, o które chodziło (albo przynajmniej powinno chodzić) twórcom serialu.
A co mogę powiedzieć o samej fabule? Na dobrą sprawę niewiele i to wcale nie dlatego, że chcę uniknąć spoilerów – po prostu scenarzyści skutecznie utrudnili mi to zadanie. Mam wrażenie, że nawet gdybym bardzo się starała, nie zdołałabym ująć wszystkiego, co wydarzyło się w tych nie tak znowu długich ośmiu odcinkach.
Początek serialu wydaje się znajomy – kilka elementów zaskakuje, ale znów, zupełnie jak w trzeciej części gry, wyruszamy w podróż z bohaterem, który za wszelką cenę chce odnaleźć ojca, którego okoliczności zniknięcia są znane tylko w niewielkim stopniu. Tak samo jak gra, produkcja Amazona nie pozwala nam podążać śladami jednego wątku. Mamy bowiem troje bohaterów i wiele, wiele więcej historii do opowiedzenia. Nieco irytujące? Możliwe.
Rzeczywiście, momentami kompletnie zapominałam o niektórych elementach historii, nie wszystkie były dopracowane w takim samym stopniu. Trzeba jednak przyznać, że konstrukcja „zadań pobocznych”, które wciąż skupiają uwagę Lucy i odciągają ją od głównego celu, na swój sposób czyni ten serial tylko lepszym.
Brak jednotorowej narracji w efekcie końcowym wypada naprawdę nieźle, z jednym wyjątkiem. Czasem rzeczy po prostu się dzieją, cudownym zbiegiem okoliczności bohaterowie znowu na siebie wpadają. Nie razi to w oczy, ale okazuje się wyczuwalne. Może nie było czasu na przejmowanie się niuansami, może szczegółowe przedstawienie przyczyn i skutków nie jest potrzebne? A może mimo wszystko widać w tym drobny przejaw lenistwa scenarzystów?
Wcześniej powiedziałam, że być może „Fallout” ma nam do zaoferowania coś więcej niż rozrywka na kilka wieczorów. Sama gra zrodziła się z lęku przed wojną nuklearną, ale ten nie jest dzisiaj już tak wszechobecny, choć wciąż wisi w powietrzu, na dodatek połączony z wizją katastrofy klimatycznej. Dodatkowo „Fallout” zawiera w sobie jeszcze jeden element krytyki i ostrzeżenia, który nawet dzisiaj wydaje się nie wybrzmiewać dostatecznie głośno. To fikcyjna opowieść o fikcyjnej przyszłości, zbudowanej na fikcyjnej przeszłości. A jednak nie sposób zaprzeczyć, że kluczowe pytanie stawiane współcześnie przez ludzkość brzmi: co się najbardziej opłaca? Na swój sposób „Fallout”, mimo swojego humoru, podsuwa nam wizję tego, do czego doprowadzić może dzisiejsza filozofia konsumpcjonizmu i kapitalizmu. Bo czy „świat zasługuje na lepszy koniec”, jak głosiły materiały promocyjne?
Żeby jednak nie było zbyt poważnie, „Fallout” to wciąż science fiction z elementami westernu, ze sporą dawką humoru. Próżno doszukiwać się w nim poważnego, głębokiego dramatu o ludzkiej naturze. Przy całej dziwaczności świata przedstawionego, „Fallout” Amazona okazuje się najlżejszym wydaniem Pustkowia i czyhających na nim niebezpieczeństw. To dobry serial do pochłonięcia w jeden weekend, wraz z miską popcornu. Trzeba przyznać, że twórcy się spisali, czyniąc adaptację gry przyjemną dla widzów absolutnie niezaznajomionych z uniwersum, jak i akceptowalną dla zagorzałych fanów. Jeśli ktoś jeszcze nie widział – polecam. A, jeszcze tak dla czystej formalności: wojna nigdy się nie zmienia.
Już kolejny raz temat ten podejmuje świeżutki, choć nieco zarobaczony przez karaluchy „Fallout”. Nie tylko jako jeszcze jedna opowieść o postapokaliptycznej rzeczywistości, tym razem będącej efektem nuklearnej zagłady, ale również jako kolejna odsłona spod szyldu tego uniwersum. Sam „Fallout” swoją historię zaczął bowiem jeszcze w 1997 roku, kiedy światło dzienne ujrzała pierwsza gra pod tym samym tytułem, a wraz z nią pierwszy mieszkaniec Krypty 13. Wówczas gracze po raz pierwszy mogli przemierzać Pustkowie, szukając hydroprocesora. Kolejne wydanie ukazało się już rok później, ale na „Fallout 3” trzeba było poczekać aż dziesięć lat. Wiele jednak się w tym czasie zmieniło. To już niemal zupełnie inna gra, która wciąż ma to, co kochali fani pierwowzoru – krypty, Pip-Boya, stimpaki i świat, w którym nikt nie chce mieszkać, ale każdy chętnie zobaczy, co tam się do licha wyprawia. W 2010 roku ukazał się jeszcze „Fallout: New Vegas”, nieco później „Fallout 4” i nie najlepiej przyjęty „Fallout 76”. Potem, na kilka dobrych lat, znów zapadła cisza.
I tak oto, 10 kwietnia 2024 roku, cały na biało, ale przybrudzony radioaktywnym pyłem, na scenę wreszcie wkroczył serial „Fallout” – wyprodukowany dla Amazon Prime Video przez Jonathana Nolana i Lisę Joy, wyreżyserowany przez Todda Howarda i powstający pod czujnym okiem Bethesda Game Studios. Szczerze mówiąc, aż do momentu, kiedy ta produkcja została zapowiedziana, nie miałam pojęcia, że na nią czekałam. Serial okazał się jednak pozytywnym zaskoczeniem również z innego powodu: jest zwyczajnie całkiem niezły. Moim zdaniem ocena 8/10 na Filmwebie to bardzo rozsądne podsumowanie. Nie jest to dzieło porywające i głębokie w swym znaczeniu (chociaż może trochę jednak jest?), ale zapewnia kilka godzin dobrej zabawy. Co więcej, „Fallout” Amazona okazuje się pozbawiony częstej przypadłości adaptacji; zwłaszcza tych treści, które zdążyły już zapracować na swoich fanów. Mianowicie, nie drażni ignorancją w stosunku do materiału źródłowego.
Pierwszy sezon „Fallouta” to zupełnie nowa opowieść i zupełnie nowi bohaterowie, a jednocześnie, na swój sposób, kolejna odsłona gry. Na prowadzenie zdecydowanie wysuwa się Lucy (Ella Purnell), która, choć momentami irytująca i dziwaczna, pasuje do świata przedstawionego jak ulał. Naiwna, trochę odklejona od otaczającej ją rzeczywistości, ale kiedy trzeba, gotowa do działania. Jak wszyscy główni bohaterowie „Fallouta”, ona też urodziła się w Krypcie, więc realia życia na powierzchni są dla niej czymś obcym. Mimo to nie została pożarta przez pierwszego napotkanego karalucha i z każdym odcinkiem radzi sobie lepiej.
Nieco gorzej, w mojej ocenie, wypada Maximus (Aaron Moten). Ma więcej szczęścia niż rozumu (nawet jeśli paradoksalnie to Lucy ma największe statystyki szczęścia). Chociaż z czasem i jego da się polubić, to jego wątek, w połączeniu z dziwnie fanatycznym Bractwem Stali, był dla mnie najmniej ciekawy. Doceniam jednak to, w jakim kontraście do siebie działają Maximus i Lucy – ona naiwna, on podejrzliwy, ona wychowana w „luksusach”, on w koszarach. Ich relacja nie tylko działa, ale też potrafi zaskoczyć. Najlepszym przykładem jest sytuacja w Krypcie 4. To chyba Lucy powinna chcieć zostać, prawda? To Maximus powinien ratować ją z opresji/ Chociaż… chyba lepiej nie, jeśli spojrzeć na finał tej sekwencji.
Mówiąc o bohaterach, nie sposób zapomnieć o Ghulu. Na początku praktycznie bez imienia, bez związku z jakimkolwiek innym wątkiem, po czasie okazuje się jednym z najistotniejszych elementów fabuły. To przecież on spaja ze sobą świat Pustkowia i przedwojennej Ameryki. Serial daje nam bowiem coś, czego nie dała wcześniej żadna gra „Fallout” – pozwala zobaczyć świat takim, jakim był, zanim spadły bomby. Owszem, nie jest tego dużo, to zaledwie wycinek tamtej rzeczywistości. Mimo to wiemy, jak doszło do końca świata i co z bohaterem zrobiło dwieście lat życia w abstrakcyjnym koszmarze. W ten sposób dostajemy też wycinek alternatywnej Ameryki lat 50., bez której „Fallout” nie miałby swojego unikalnego klimatu ani swojej wyjątkowej stylistyki.
Tutaj jednak trzeba wytknąć jeden poważny mankament całej produkcji: świat przedstawiony. Chociaż nie jest to minus tak wielki, by kładł się cieniem na całym serialu, to osoby obeznane z „Falloutem” z łatwością wyłapią różnicę. Bohaterowie giną, tracą kończyny, są pożerani przez napromieniowane gady… a jednak to Pustkowie jest śmiesznie bezpieczne i atrakcyjne wizualnie w porównaniu z tym, które znaliśmy z gier. Żądnych krwi frakcji tu jak na lekarstwo, stworów też spotykamy niewiele – właściwie zawsze, kiedy bohaterom grozi jakieś naturalne zagrożenie, to tylko dlatego, że na własne życzenie pakowali się we wszystkie legowiska potworów, jakie udało im się znaleźć na mapie.
Nieco rozczarowująca okazuje się również charakteryzacja Ghula. Chociaż „napromieniowany” Walton Goggins sprawdza się nieźle, aktor wyraźnie jest w swoim żywiole… coś tu nie gra. Ghule, które poznaliśmy we wcześniejszych odsłonach „Fallouta”, były, krótko mówiąc, dość paskudne. Nawet te w czwartej części gry. I nic dziwnego, skoro ich stan fizyczny, a czasem również mentalny, wynikał z choroby popromiennej. Tymczasem ten Ghul, owszem, wygląda, jakby jego skóra stopiła się w zbyt wysokiej temperaturze, podczas swojej podróży przez dwa wieki stracił również nos, ale poza tym wygląda całkiem znośnie – i to nie w tym znaczeniu, o które chodziło (albo przynajmniej powinno chodzić) twórcom serialu.
A co mogę powiedzieć o samej fabule? Na dobrą sprawę niewiele i to wcale nie dlatego, że chcę uniknąć spoilerów – po prostu scenarzyści skutecznie utrudnili mi to zadanie. Mam wrażenie, że nawet gdybym bardzo się starała, nie zdołałabym ująć wszystkiego, co wydarzyło się w tych nie tak znowu długich ośmiu odcinkach.
Początek serialu wydaje się znajomy – kilka elementów zaskakuje, ale znów, zupełnie jak w trzeciej części gry, wyruszamy w podróż z bohaterem, który za wszelką cenę chce odnaleźć ojca, którego okoliczności zniknięcia są znane tylko w niewielkim stopniu. Tak samo jak gra, produkcja Amazona nie pozwala nam podążać śladami jednego wątku. Mamy bowiem troje bohaterów i wiele, wiele więcej historii do opowiedzenia. Nieco irytujące? Możliwe.
Rzeczywiście, momentami kompletnie zapominałam o niektórych elementach historii, nie wszystkie były dopracowane w takim samym stopniu. Trzeba jednak przyznać, że konstrukcja „zadań pobocznych”, które wciąż skupiają uwagę Lucy i odciągają ją od głównego celu, na swój sposób czyni ten serial tylko lepszym.
Brak jednotorowej narracji w efekcie końcowym wypada naprawdę nieźle, z jednym wyjątkiem. Czasem rzeczy po prostu się dzieją, cudownym zbiegiem okoliczności bohaterowie znowu na siebie wpadają. Nie razi to w oczy, ale okazuje się wyczuwalne. Może nie było czasu na przejmowanie się niuansami, może szczegółowe przedstawienie przyczyn i skutków nie jest potrzebne? A może mimo wszystko widać w tym drobny przejaw lenistwa scenarzystów?
Wcześniej powiedziałam, że być może „Fallout” ma nam do zaoferowania coś więcej niż rozrywka na kilka wieczorów. Sama gra zrodziła się z lęku przed wojną nuklearną, ale ten nie jest dzisiaj już tak wszechobecny, choć wciąż wisi w powietrzu, na dodatek połączony z wizją katastrofy klimatycznej. Dodatkowo „Fallout” zawiera w sobie jeszcze jeden element krytyki i ostrzeżenia, który nawet dzisiaj wydaje się nie wybrzmiewać dostatecznie głośno. To fikcyjna opowieść o fikcyjnej przyszłości, zbudowanej na fikcyjnej przeszłości. A jednak nie sposób zaprzeczyć, że kluczowe pytanie stawiane współcześnie przez ludzkość brzmi: co się najbardziej opłaca? Na swój sposób „Fallout”, mimo swojego humoru, podsuwa nam wizję tego, do czego doprowadzić może dzisiejsza filozofia konsumpcjonizmu i kapitalizmu. Bo czy „świat zasługuje na lepszy koniec”, jak głosiły materiały promocyjne?
Żeby jednak nie było zbyt poważnie, „Fallout” to wciąż science fiction z elementami westernu, ze sporą dawką humoru. Próżno doszukiwać się w nim poważnego, głębokiego dramatu o ludzkiej naturze. Przy całej dziwaczności świata przedstawionego, „Fallout” Amazona okazuje się najlżejszym wydaniem Pustkowia i czyhających na nim niebezpieczeństw. To dobry serial do pochłonięcia w jeden weekend, wraz z miską popcornu. Trzeba przyznać, że twórcy się spisali, czyniąc adaptację gry przyjemną dla widzów absolutnie niezaznajomionych z uniwersum, jak i akceptowalną dla zagorzałych fanów. Jeśli ktoś jeszcze nie widział – polecam. A, jeszcze tak dla czystej formalności: wojna nigdy się nie zmienia.
„Fallout” („Fallout”). Reżyseria: Todd Howard. Scenariusz: Jonathan Nolan, Lisa Joy. Obsada: Ella Purnell, Walton Goggins, Aaron Moten. Stany Zjednoczone 2024, 45-74 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

