ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (489) / 2024

Marta Kalarus,

CICHY KRZYK ('STREFA INTERESÓW')

A A A
Wiele osób, zwiedzając Muzeum Auschwitz–Birkenau, twierdzi, że wstrząsa nimi widok miejsca, w którym mieszkał Rudolf Höss wraz z rodziną. Dzieje się tak bynajmniej nie dlatego, że ów dom wyróżnia się czymś szczególnym pod względem architektury czy innych cech zewnętrznych. Wręcz przeciwnie. Tym, co najbardziej w nim przeraża, jest jego zwyczajność, która silnie kontrastuje z otoczeniem, w jakim się znalazł. Od razu nasuwa się pytanie: jak można prowadzić życie rodzinne w obozie koncentracyjnym, w którym codziennie ginie ogorm ludzi? Odpowiedzi na to pytanie próbuje udzielić Jonathan Glazer.

Czy film szokuje? Tak. Czy dzieje się tak dlatego, że reżyser pokazuje nam drastyczne obrazy obozowego życia? Nie. I właśnie ta metoda, polegająca na tym, iż nie widzimy właściwie w ogóle realiów życia obozowego, powoduje prawdziwy dyskomfort podczas oglądania. Kino powojenne wykorzystywało motyw Holocaustu w bardzo różny sposób. Przeciętny widz jest jednak najbardziej przyzwyczajony do wysokobudżetowych produkcji amerykańskich, w których istnieje wyraźny podział na dobro (więźniowie) i zło (naziści). W tego typu produkcjach otrzymujemy zwykle sceny, w których wyraźnie zarysowane jest ogromne, właściwie niewyrażalne cierpienie, jakiego doświadczali Żydzi. W filmach tych nierzadko pokazuje się też nazistów w momentach, gdy bezlitośnie znęcają się nad ludźmi (często zresztą robiąc to dla chorej rozrywki, jak chociażby w „Liście Schindlera” czy „Pianiście”).

Żeby było jasne – absolutnie nie zamierzam zaprzeczać jakimkolwiek elementom prawdy historycznej. Mam jedynie na myśli, że widz, oglądający w filmach tego typu wstrząsające, zapadające w pamięć sceny, przyzwyczajony jest do właśnie takiego sposobu poruszania tematyki Zagłady. W związku z tym owa pozorna normalność, którą obserwujemy podczas seansu „Strefy interesów”, tym silniej zaskakuje i powoduje, że przekaz dzieła Glazera mocno oddziałuje na odbiorcę. Spotkałam się nawet z głosami, że Rudolf Höss zostaje przedstawiony jako „całkiem porządny, rodzinny facet”, co ewidentnie bulwersowało komentatorów (mimo że np. wśród wspomnień służby rodziny Hössów znajdziemy informacje o tym, że komendant obozu był naprawdę rodzinną osobą, a jego córka stwierdziła, że ojciec był najmilszym człowiekiem na świecie). I właśnie owa pozorna „zwyczajność” komendanta i jego rodziny wywołuje największy szok. Czy to oznacza, że główni bohaterowie to postacie pozytywne, które się lubi? Znowu: nie. Na tym właśnie polega mistrzostwo brytyjskiego twórcy, który za pomocą mniej lub bardziej subtelnych znaków zawiera w filmie informacje, że to, co oglądamy, jest niczym innym niż banalnością zła.

Film zaczyna się sielankowo – piękna pogoda, rodzinny wypad nad wodę, radość i zabawa. Ot, zwykły dzień szczęśliwej rodziny. Piękny, zadbany dom i wspaniały ogród Hedwig, z których kobieta jest tak bardzo dumna, to kolejny niemal rajski element świata przedstawionego. Stopniowo jednak widzimy coraz większe pęknięcia i sceny, które szokują: np. malowanie ust przez Hedwig, „łaskawe” rozdzielanie ubrań między służbę czy towarzyskie pogawędki w ogrodzie na tle dymu z obozowych krematoriów. W wielu momentach, obserwując życie codzienne w domu komendanta, słyszymy niepokojące dźwięki, które niosą dla widza jasną informację, co dzieje się za murami bezpiecznej – jak mogłoby się wydawać – posiadłości Hössów. I znów: nie otrzymujemy żadnej sceny bezpośredniej przemocy, a mimo to obrazy, jakie mamy przed oczami, wstrząsają nami. Duża w tym zasługa przyjętej przez twórcę konwencji realistycznej, ale również doskonałej gry aktorskiej, zwłaszcza w przypadku coraz bardziej docenianej w ostatnim czasie (i słusznie!) Sandry Hüller.

Dzięki takiemu, zdawałoby się, chłodnemu i racjonalnemu podejściu do sprawy reżyser pokazuje, że zło może przybrać bardzo różną postać, a miły pan z parku, który z sympatią głaszcze pieska, niekoniecznie jest tak poczciwy, jak mogłoby się zdawać (co znajduje mocne poświadczenie w jednej z ostatnich scen). Zło tkwi w zwykłych ludziach, jest elementem naszej europejskiej kultury, a Holocuast to pewien zorganizowany system, zdaje się mówić Glazer, co przywodzi na myśl słynną instalację z klocków Lego w wykonaniu Zbigniewa Libery. Reżyser daje nam jednak iskierkę nadziei – nie wszyscy są zepsuci i źli, na świecie istnieje także dobro, co widać w scenach, gdzie młoda dziewczyna próbuje dostarczać żywność więźniom obozu.

„Strefa interesów” nie moralizuje, nie odpowiada na stawiane pytania (czy zło jest w każdym z nas? do czego bylibyśmy zdolni w podobnej sytuacji?), nie podsuwa nam też wprost ogromu emocji na wzór Hitchcocka. Działa za to na odbiorcę w sposób dosyć stonowany, ale równie silny, co sprawia, że po seansie film zostaje w nas na dłużej.
„Strefa interesów” („The Zone of Interest”). Scenariusz i reżyseria: Jonathan Glazer. Zdjęcia: Łukasz Żal. Obsada: Sandra Hüller, Christian Friedel. Wielka Brytania, Polska, Stany Zjednoczone 2023, 106 min.