ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (489) / 2024

Emilia Noczyńska,

O PRZESADZIE NIEZNAJĄCEJ GRANIC, CZYLI CO NIECO O SPOTKANIU Z INSPEKTOREM WOŁECZKIEM (ANDRZEJ GRAUL: 'INSPEKTOR WOŁECZEK I ŻAR CZUNGPALARMY')

A A A
Na nosie czytelników, zaklinając rzeczywistość, grają i satyra, i parodia, i kamp, jak również Andrzej Graul, który w „Inspektorze Wołeczku i Żarze Czungpalarmy” sięgnął po ostatnią z wymienionych przeze mnie poetyk. Kamp słynie z przesady i nigdy tego nie ukrywał. Ponadto sympatyzuje z kiczem, bywa z nim również mylony lub nawet utożsamiany. A bynajmniej nie są one synonimami. Według słownika PWN kicz to „kompozycja plastyczna, utwór literacki, film itp. o małej wartości artystycznej”. Z kampem jest inaczej. Raczej określa się go jako styl estetyczny oraz pewien rodzaj wrażliwości (Maciejewski 2018), jest zjawiskiem polegającym na umiłowaniu nienaturalności, „przedobrzeniu” oraz „przekoloryzowaniu”, które ironizują rzeczywistość.

„Inspektor Wołeczek” jest dosyć odważnym prozatorskim debiutem, biorąc pod uwagę, że kamp, jako celebracja sztuczności, spotyka się z bardzo zróżnicowanym odbiorem, a niekiedy z niezrozumieniem. Dyskusję nad tą estetyką w 1964 r. zapoczątkowała Susan Sontag. W przełomowym eseju „Notes On Camp” zarysowała charakter nurtu, podkreślając, że z upływem lat jego założenia mogą ulec przeformułowaniu. Przestrzegała również przed uprawianiem go celowo, gdyż taka forma jego eksploracji „bywa zwykle o wiele mniej zadowalająca” (Sontag 1979). Sam Andrzej Graul wydaje się być świadomy wyzwania, którego się podjął. Przy okazji wrocławskiej premiery książki bronił się słowami: „>>Inspektora Wołeczka<< nie należy brać do serca dosłownie, bo wtedy ktoś mógłby się obrazić” (wypowiedź padła podczas spotkania autorskiego z Andrzejem Graulem, które odbyło się 9 listopada 2023 r. w Klubokawiarni Recepcja). Jednym z głównych zarzutów stawianych autorom realizującym założenia tej poetyki jest niemożność znalezienia sposobu na pomieszczenie w narracji wszystkiego, co dusza zapragnie, bo zwykle skutkuje to obniżeniem jakości dzieła. Tak naprawdę czasem trudno stwierdzić, jaki element fabularny celowo został osadzony w tej stylistyce, a który znalazł się w tych rejestrach zupełnie przypadkiem. Historia o Wołeczku niestety mnożny takie wątpliwości. 

Kamp z reguły łączy się z queerem. Na gruncie polskim przykładem świetnego pożenienia tych dwóch estetyk pozostaje kultowe „Lubiewo” Michała Witkowskiego. Graul jednak świadomie odrzuca to proste skojarzenie, zostawiając śladowe nawiązania, jak biseksualność głównego bohatera (której czasem się wstydzi) czy homoseksualność ochroniarzy (nieprzypadkowo fanów Iwaszkiewicza).

Świat przedstawiony, tytułowa Czungpalarma, aż ocieka kampowością, zwłaszcza jej centrum – Klejnot. Mieszka w nim towarzyska śmietanka – kapitaliści, światowcy, napływowi bogacze, którzy spotykają się, by pograć w krokieta, pokera, trochę poplotkować. Noszą skąpe, za to bogato zdobione stroje, popijają drinki z palemką, spacerują między pomnikami greckich bogów, obserwują przechadzające się papugi i, co najważniejsze dla kryminalnej podszewki powieści, knują intrygi. Najjaśniejszym z brylantów Czungpalarmy jest Malaniama – kobieta tak piękna, że na sam jej widok Wołeczek ma silną erekcję (o czym wspomina kilkukrotnie). Ta femme fatale bez skrępowania paraduje (pół)naga, świadoma swojego intensywnego oddziaływania na mężczyzn. Liczą się dla niej wyłącznie pieniądze, a przy okazji – zagubione prawo jazdy matki, z którego do tej pory korzystała bez ograniczeń. Zwraca się więc do tytułowego inspektora, jej dawnego wroga, o pomoc, której on obiecuje udzielić. Nie bez znaczenia dla charakteru tej sceny, jako wprowadzającej w klimat powieści, pozostaje postawa Wołeczka. Zarówno jego gadka, jak i pasek w spodniach pozostają luźne, niemal wulgarne względem Malaniamy.

Już od pierwszych stron „Inspektora Wołeczka” kamp wyraźnie zaznacza swą obecność – widać go w kreacji świata, absurdalności wydarzeń, wyrafinowanym słownictwie nasycającym dialogi czy w egzaltowanych reakcjach bohaterów (np. kiedy tańczą na wieść o tym, że ktoś chce kupić ich ontoaktywnego krokieta albo mocno ściskają się z nowo poznanymi osobami, mimo że przed chwilą niemal skakali sobie do gardeł). W tym wszystkim i tak króluje Alojzy Ildefons Wołeczek. Chociaż jego aparycja nieco odbiega od kampowego kanonu piękna (Susan Sontag zaznaczała, że kamp lubuje się w szczupłych osobach, Wołeczek natomiast niejednokrotnie podkreślał, że jest przy kości), zestaw zachowań, którym w narracji obdarza go Graul, pozwala wpisać portret inspektora w założenia estetyki. Jest nieprzewidywalny, to przede wszystkim. Najpierw robi, potem myśli, z czego ciągle wyciąga konsekwencje, ale rzadko kiedy wnioski. To najgorszy detektyw jakiego widział świat – nie udaje się na miejsce zbrodni, nawet za bardzo nie myśli o zleceniu, interesuje go tylko własne ego. Paradoksalnie nie zależy mu na pomnażaniu pieniędzy, czego można by się spodziewać, a wręcz robi coś odwrotnego – nadmiernie rozdaje je biednym. Ewentualnie wydaje je na swoje chwilowe zachcianki. Tak naprawdę interesuje się wyłącznie samym sobą, sławą zdobytą w sposób, którego nie pamięta, oraz pielęgnowaniem manii wielkości. O samym śledztwie przypomniał sobie po dwóch miesiącach od jego rozpoczęcia, kiedy został bez grosza i tym samym utracił autonomię – wrócił wtedy po zaliczkę. Ten detektyw robi wszystko na opak; płaci innym za zdobywanie kolejnych faktów w sprawie (deleguje innym tak proste czynności, jak zerknięcie do książki telefonicznej).

Wołeczek jest mistrzem groteski – z uporem maniaka burzy wszelki uprzednio zbudowany klimat, jak wtedy, gdy wzruszające przemyślenia o własnej tożsamości rozbija komentarzami nie na miejscu lub, w tym konkretnym przypadku, „(g)astralnymi odlotami”. Zdecydowanie ma on problem z gazami, biegunkami oraz substancjami pochodzenia odczłowieczego. Żarty gastryczne i fekalne pojawiają się w tej powieści nader często. Można mieć ich dość, ale o przesyt w kampie właśnie chodzi.

Przesadę można również dostrzec w sposobie narracji, który nie pozwala ani na chwilę odpoczynku. Czytelnik regularnie i często (nawet do trzech razy na stronę) zarzucany jest dość prostym dowcipem, który w gruncie rzeczy zarysowałam w poprzednim akapicie. Poza zamierzonym przez autora wywołaniu żenady u czytelnika ta decyzja narracyjna powoduje zmęczenie u odbiorcy i, o ironio, wprowadza pewną monotonię, przez którą większość żartów traci na sile. Napiszę wprost – stają się one nieśmieszne i chwilami prostackie. Można odnieść wrażenie, że powyższy zabieg narracyjny wynika bardziej z braku obycia autora z pisaniem w tej stylistyce, niż z celowego przerysowania. Rozumieć przez to można nieumiejętność rozsądnej selekcji wymyślonych żartów i swoisty przesadny horror vacui, który skutkuje brakiem choćby chwilowego ustabilizowania narracji. Andrzej Graul ma dwa tryby pisania: akcji poprzetykanej dialogami albo egzystencjalnych przemyśleń Wołeczka. Skutkuje to dwoma skrajnościami: wydarzeniami, które gnają na łeb, na szyję, bądź kompletną stagnacją. Równowaga narracyjna nie istnieje. Przez taki rozkład akcji i przemyśleń czytelnik nabiera wrażenia, że wszelkie decyzje podejmowane są spontaniczne, chaotycznie z przerwami na wielkie monologi i refleksje. Odbiorca o wielkich planach detektywa dowiaduje się jako jeden z ostatnich, podczas śledzenia dialogów lub sporadycznych, specjalnie napisanych do tego scen, a nie wraz z biegiem narracji. Jest to zaskakujące, gdyż opowieść pisana jest z pierwszej osoby, z perspektywy… Wołeczka.

Pierwsza połowa książki to podróż bohatera przez Czungpalarmę, podczas której rozmawia on z wieloma bohaterami mówiącymi tym samym stylem, zazwyczaj trącącym patosem. Łatwo przeoczyć moment, w którym zmienia się miejsce akcji (najczęściej sygnalizuje to jedno zdanie), czasem dwukrotnie na jednej stronie. I zawsze wygląda to tak samo: opis nowej przestrzeni, rozmowa z kimś, Wołeczek czyni coś absurdalnego, wyrusza dalej. Nie zdradza się przy tym ze swoimi wewnętrznymi zamiarami, jedynie popada w samouwielbienie dla swojej „zajebistości”. Oczywiście Alojzy relacjonuje przebieg wydarzeń, ale niestety ma tendencję do kłamania. Trudno jest nawet stwierdzić, czy zaangażował się w większą Sprawę (i to nie w powstanie zorganizowane przez studników, harcerki oraz szczury), bo wątek ten został zupełnie pominięty; nie licząc słownych zapewnień protagonisty. Katarzyna Witkiewicz, pierwsza recenzentka tej książki, nie bez powodu nazwała Wołeczka „łajzą”.

Pojawia się dość absurdalne pytanie – czy bohater nie kala się żadną głębszą myślą w trakcie akcji przez wrodzoną głupotę (co potwierdzałoby zachowanie Wezyra, który irytował się, że nie mógł wyczytać nic z umysłu Inspektora; Wołeczek tłumaczył tę chwilową pustkę świadomości napadem amnezji)? Czy może z jakiegoś nieznanego powodu detektyw zataja niektóre fakty przed czytelnikiem? Czy skoro całość jest kampowa, to jest to celowe przerysowanie i podkreślenie zagubienia oraz sprzeczności miotających postacią? Jednak kiedy coś znacząco utrudnia lekturę, trudno uznać to za element konwencji. 

Wołeczek nie wie, gdzie podąża, kim jest, dowiaduje się tego stopniowo od napotykanych bohaterów. Ten zabieg skazuje czytelnika na dezorientację, a następnie, poprzez absurdalną pewność siebie głównego bohatera oraz jego niecodzienne decyzje, odbiorca staje się coraz bardziej zagubiony, czuje się niemal „os(c/k)am(p)owany”. Do takich scen należy rozmowa grupy kobiet o sensie patriarchatu czy matriarchatu. Dołącza do nich Wołeczek (który podsłuchał całą rozmowę), by podnieść z ziemi portfel jednej z kobiet, a następnie uderzyć ją z całej siły w twarz. Bez słowa kradnie jej banknot, przekazuje go kelnerowi oraz peroruje o tym, że z chęcią wylizałby tym kobietom stopy (i stwierdza, że generalnie wszystko, co mówiły, to prawda – mężczyźni powinni być usłużni płci pięknej). Potem ucieka, zostawiając za sobą zdumionych gości restauracji. Po fakcie zaznacza, że daleko mu do mizogina. Naprawdę trudno jest próbować zrozumieć tę scenę i wyciągnąć sensowne wnioski. Ocieka ona wynaturzeniem.

W kreacji świata pojawiło się też kilka nieścisłości, ale i niewykorzystanego potencjału dla kampu. Z jakiegoś powodu w Czungpalarmie, mieście znajdującym się w Azji Południowo-Wschodniej, mało kto mówi po palarmsku. Wołeczek nie zna tego języka, a mimo to z każdym swobodnie rozmawia. W jego wypowiedziach pojawiają się wtrącenia z: francuskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego, niemieckiego, angielskiego. W jakim więc języku porozumiewają się mieszkańcy Czungpalarmy, skoro nie w tych najpowszechniej używanych? Po polsku? Autor mógłby stworzyć palarmski podobny do swojego rodzimego języka, co, oczywiście, byłoby absurdalne i najprawdopodobniej kiczowate, ale pasowałoby do ogólnej konwencji. Bez tego Czungpalarma wydaje się być zbyt spolonizowana – wśród postaci pojawia się mnóstwo polskich imion (nawet u osób z klasy robotniczej), bohaterowie czytają Iwaszkiewicza. Czasami myśli się, że Wołeczek przemierza jakieś polskie miasto, a nie egzotyczne miejsce. Zwłaszcza, gdy akcja dzieje się na peryferiach, gdzie naturalizm i biedota grają pierwsze skrzypce, a nigdzie nie ma śladu po bogactwie Klejnotu.

Jedyne, czego nie można ująć tej książce to bogata sieć intertekstualna. W „Inspektorze Wołeczku” pojawiają się nazwiska polskich literatów, literatura rosyjska i inne mniej oczywiste do zauważenia „smaczki”, jak na przykład fascynacja stopami, kojarzona z twórczością Brunona Schulza. Samą postać Wołeczka odczytać można jako zakrzywiony w zwierciadle obraz detektywa – parodię komisarza Maigreta, Dupina, Poirot, czy wręcz… Inspektora Gadżeta. Poza tym w „Wołeczku” dostrzec też można nawiązania muzyczne,  zapożyczenia z popkultury czy kapitału symbolicznego memów. Osoby oczytane, które pragną znaleźć wszelkie ukryte easter-eggi, spędzą trochę czasu przy tej pozycji i najprawdopodobniej będą zadowolone. Nasuwa się jednak pytanie – czy intertekstualność może stanowić linię obrony książki Andrzeja Graula? Myślę,, że nie. Intertekstualność to trochę za mało. Sieci nawiązań współcześnie można dojrzeć w większości dzieł kultury, które mają jedną znaczącą przewagę nad omawiana przeze mnie książką – podane są w dużo przystępniejszej formie, w której wcale nie trzeba trzeć oczu ze zdumienia i cofać o kilka stron, by zorientować się, gdzie „do jasnej ciasnej” znów udała się ta „łajza”.

W „Inspektorze Wołeczku i Żarze Czungpalarmy” absurd goni absurd. Główny bohater działa impulsywnie, czasem nielogicznie, ale iście kampowo. Czuć też atmosferę kiczu, zwłaszcza przy żartach o kupie. Autor chyba miał rację – nie należy brać tej książki na poważnie. A kiedy posłuchamy jego rady, otrzymamy pakunek tendencyjnych dowcipów okraszonych zagubieniem bohatera (oraz naszym), w dodatku z ogromem złoceń, brokatu czy cekinów. Niech się świeci, błyszczy, niech tańczy i śpiewa! I niech… co tam jeszcze może robić? Dla niektórych „Wołeczek” pozostanie guilty pleasure, a dla reszty… no cóż, niestety tylko guilty.

LITERATURA:

„kicz” [w:] „Słownik Języka Polskiego PWN”. https://sjp.pwn.pl/slowniki/kicz.html [data dostępu: 02.01.2024].

Maciejewski Jakub: „Kamp – kicz, „Ruch Filozoficzny” [online] 19 lipiec 2018, t. 74, nr 2, s. 127-143, https://repozytorium.umk.pl/bitstream/handle/item/5607/RF.2018.018%2cMaciejewski.pdf?sequence=1 [data dostępu: 02.01.2024].

Sontag Susan: „Notatki o kampie”. Przeł. Wanda Wartenstein. „Literatura na Świecie” 1979, nr 9, s. 314.
 

Andrzej Graul: „Inspektor Wołeczek i Żar Czungpalarmy”. Wydawnictwo GlowBook. Sieradz 2023.