ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (492) / 2024

Kamila Czaja,

MROCZNY I POLSKI POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI (JACEK KALINOWSKI: 'SZEŚĆ SNÓW LAURY SZUSTER')

A A A
Poprzednia książka Jacka Kalinowskiego, „Miejsca cieniste” (http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=467&artykul=9475), to w swoim gatunku jeden z najlepszych debiutów z ostatnich paru lat. Nowa powieść budzić więc musi oczekiwania – ale też nieco je wywraca, bo chociaż nadal mamy do czynienia z thrillerem psychologicznym, to już nie z jego współczesną realistyczną realizacją. I chyba dobrze zdawać sobie z tego sprawę przed lekturą. Wprawdzie w pierwszym odruchu miałam wrażenie, że opis na okładce zdradza zbyt wiele, teraz jednak skłaniam się do wersji, że to uczciwe postawienie sprawy. Zwłaszcza że nieco myląca może być seria, w której „Sześć snów Laury Szuster” opublikowano – Znak Crime. To nie pierwszy w serii przykład wyjścia poza formułę zawartą w nazwie (i, jak wynikałoby z opisów, nowej książce Kalinowskiego blisko chyba do, głośnego na BookTubie, innego eksperymentu z gatunkiem, „Nie to miejsce, nie ten czas” Gillian McAllister, wydanego pod tym samym szyldem), ale to dobrze, że wyraźnie przekraczający czasy i światy zamysł powieści uświadomiono już na okładce. 

Doświadczenie lekturowe miejscami przypominało mi mniej to pamiętane z „Miejsc cienistych”, a bardziej to, które parę lat temu miałam z hitową pozycją „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” Stuarta Turtona i które na bieżąco mam z serialową adaptacją „Mrocznej materii” Blake’a Croucha. A mimo tej sieci skojarzeń przyznać trzeba, że wśród polskiej prozy „z dreszczykiem” to pomysł całkiem świeży, bo Zygmunt Miłoszewski wprawdzie eksperymentował z czasem, ale nie w kryminałach, tylko w „Jak zawsze”, a na dodatek podejrzewam, że dla części czytelników i czytelniczek tak jak dla mnie podróże w czasie to w polskiej literaturze mgliście kojarzone po dekadach powieści młodzieżowe Marii Krüger („Godzina pąsowej róży”) i Ewy Nowackiej („Małgosia contra Małgosia”), a nie mroczne karty zbrodni.

Laura jest niewiele po dwudziestce, mieszka w wielkim mieście z adopcyjnymi rodzicami, rzuciła studia, w tajemnicy przed bliskimi dorabia na OnlyFans… i nie ma na siebie pomysłu. Ten brak pomysłu, podobnie jak nadopiekuńczy ojciec i nadmiernie zadaniowa matka, musi jednak na moment ustąpić problemowi pilniejszemu, bo dziewczyna zostaje porwana przez tajemniczego człowieka w masce. A gdy zasypia w zamkniętym pokoju, trafia do Gruźca, rodzinnej miejscowości swojej biologicznej matki, na dodatek w roku 2003, kilka dni przed własnymi narodzinami i tragicznym pożarem, któremu spróbuje zapobiec. Przy okazji pozna swoją dziewiętnastoletnią matkę, Zuzę, i jej przyjaciół, Arka i Meleksa, czyli trójkę siejącą postrach w miasteczku. 

Gdyby nie zaufanie do Kalinowskiego, wynikające z zeszłorocznego debiutu, pewnie bym po taką fabułę nie sięgnęła, zakładając, że to nie dla mnie. Okazało się, że trochę tak, trochę nie. O ile bowiem konstrukcja odliczania dni/snów, suspens wynikający z zaskoczeń i umiejętnego urywania rozdziałów, wciągająca zagadka powiązań między płaszczyznami czasowymi (i to, jak Laura uczy się te powiązania wykorzystywać) oraz podstawowe pytanie, kim jest porywacz (autor sprytnie gubi tropy), choć wszystkie sprawnie poprowadzone, nie przekonałyby mnie, żeby czytać i rekomendować, o tyle inne cechy tej powieści upewniły mnie, że warto w tym wypadku dać szansę „czemuś innemu”. Zresztą z podobnym powodów oglądam serial Croucha – podróże między wariantami rzeczywistości/czasami są bowiem dla mnie interesujące tylko wtedy, kiedy służą powiedzeniu czegoś intrygującego o ludzkiej psychice, życiowych wyborach i o tym, z czego one wynikają i jakie niosą konsekwencje.

A to akurat się Kalinowskiemu udaje, podobnie jak w „Miejscach cienistych”. W sensacyjno-fantastycznej opowieści o niewytłumaczalnych podróżach i przyprawiających o ból głowy paradoksach znalazło się miejsce nie tylko na narrację Laury, ale też na punkt widzenia Zuzy, co pozwala pokazać dwie młode kobiety, które w różnych dekadach zastanawiają się, czy są złymi ludźmi, skoro robią złe rzeczy – a które w dużej mierze są po prostu porzucone przez ważne w życiu osoby i pozbawione przez to poczucia własnej wartości. A Zuza, Arek i Meleks, chociaż miejscami jawią się niczym demony zła albo gang z „Mechanicznej pomarańczy”, też są przecież wytworem czasu, miejsca i okoliczności. 

Autorowi udaje się pokazać, widziane oczami pochodzącej z lat 20. XXI wieku Laury, mroki małego miasteczka A.D. 2003. Dla osób, które idealistycznie wspominają te czasy swojej nastoletniości, może to być zimny prysznic, bo chociaż z głośników lecą pamiętne hity The Rasmus i Evanesence, zapomniane dziś daewoo sunie po ulicach, a gra w węża na nokii budzi sentyment, a Laura chwilami zazdrości nowym znajomym nieuzależniania życia od technologii, to w Gruźcu mamy do czynienia z przygnębiającymi realiami. „Zuza jest pewna, że jakakolwiek inwestycja rozpoczęta w tej szerokości geograficznej nigdy nie doczeka szczęśliwego końca” (s. 170). To właśnie „złe miejsce” (s. 181) oraz rodzinne traumy skłaniają młodych do patologicznych zachowań i/lub desperackich prób wyrwania się. „(…) te czasy są jakimś rozkrokiem między światem bez internetu a jego gwałtownym rozwojem” (s. 82) – diagnozuje dziewczyna z przyszłości, a szerzej rozumiane „pomiędzy” starym a nowym przekłada się tu na bezradność, chaos, brak wzorców i rozluźnienie norm. I chociaż miejscami Kalinowski trochę niepotrzebnie „dociska” (jak w rozmowie bohaterów o Michaelu Jordanie i LeBronie Jamesie [zob. s. 196]) lub wątpliwie dobiera szczegóły (kryptopromocja wydanej w tej samej serii nowej powieści Mariusza Czubaja [zob. s. 301]), to na ogół dość naturalnie buduje światy, w których próbuje sobie radzić, pogubiona wszak nawet we własnym, tytułowa bohaterka.

Nie stracił też Kalinowski umiejętności pisania szczegółowego, ale płynnego i sensualnego. Wizualność i precyzja tej prozy, uzupełnione symboliką (obrazy na ścianach domu Zuzy), mogą zrównoważyć niekonwencjonalne rozwiązania tym czytelnikom i czytelniczkom, którzy nie szukają tego rodzaju fabularnych „ekscesów”. Z kolei dla fanów i fanek nierealistycznych opowieści dobry warsztat pisarza to po prostu dodatkowa zaleta. A wszystko razem sprawia, że „Sześć snów Laury Szuster” może się okazać pomostem między modnymi thrillerami o wątpliwej nieraz literackiej sprawności, kierowanymi do grupy young adult, a solidną gatunkową twórczością dla dorosłych starszych i raczej kręcących nosem na wattpadową produkcję. 

I nie ma co zabierać sobie rozrywki nadmiernym szukaniem racjonalnych uzasadnień, które zresztą szybko porzuca też Laura. Zadawanie zbyt wielu pytań z gatunku: „Czy jak w czasie x bohaterka zrobiła y, to to aby nie wpłynęło na z w czasie a” prowadzić może na manowce, zwłaszcza że Kalinowski kwestię czasów i wymiarów coraz mocniej komplikuje. Większość rozwiązań, jak na okoliczności, brzmi dość logicznie i równocześnie nie jest banalna. Czasem nie wszystko mi się zgrywało, zwłaszcza w finalnej fazie książki, ale myślę, że sporo tego, co nie dawało mi spokoju, to problemy po prostu w takie fabuły nieodłącznie wpisane i przypominające mi, dlaczego nową powieść Kalinowskiego będę – z zastrzeżeniem, że to nie kryminał realistyczny – polecać, ale nie zamierzam nagle zacząć czytać wielu innych w takim nurcie. Jednak, chociaż wolę „Miejsca cieniste”, to kilku godzin spędzonych w snach Laury Szuster nie żałuję i wcale nie chcę cofnąć się w przeszłość do momentu decyzji, czy poświęcić tej książce czas.
Jacek Kalinowski: „Sześć snów Lary Szuster”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2024 [seria: Znak Crime]. 
Recenzja przedpremierowa. Książka „Sześć snów Laury Szuster” ukaże się 19 czerwca.